Jump to content

    • Supergrover
      Zawsze marzyłem aby wybrać się na połowy łososia - niekwestionowanego króla ryb.                     
      Pomorski Przewodnik Wędkarski zorganizował licytacje na rzecz chorej Magdy (klik), gdzie można było taki rejs wygrać. Postanowiłem więc pomóc i jednocześnie spełnić wędkarskie marzenie – zapolować na tę piękną rybę. Udało mi się jedną z licytacji wygrać i kilka dni później popłynąłem na fantastyczną wyprawę wędkarską po naszym bałtyckim morzu.  
      W poniedziałek 20 marca o godzinie ósmej stawiliśmy się wraz z Pawłem na przystani rybackiej w Helu. Po raz pierwszy w życiu miałem wyruszyć na wyprawę w poszukiwaniu łososia. Metodą połowu miał być trolling.
      Po kilkunastu minutach przygotowań związanych z ogarnięciem łodzi Tropheus oraz przeładowaniem sprzętu wędkarskiego wypłynęliśmy w morze. Po dopłynięciu na łowisko rozpoczęliśmy rozstawianie zestawów. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, iż zajmuje to tyle czasu i jest tak bardzo skomplikowane. Paweł mimo, że był bardzo zajęty cierpliwie tłumaczył mi co to jest planer, winda czy flasher. Pokazał też jak to się wszystko rozstawia.
      Potem przystąpiliśmy do wędkowania. Przez pierwsze dwie godziny nic się nie działo. Korzystaliśmy więc z fantastycznych okoliczności przyrody, a ja czekałem na upragnione branie. Co jakiś czas dochodziły do nas meldunki z innych łodzi o złowionych łososiach, ale u nas póki co nic się nie działo... Potem nastąpiło pierwsze branie. Paweł zaciął rybę i oddal mi wędkę, abym na własnej skórze przekonał się co znaczy prawdziwa moc na kiju. Holowanie tak silnej i walecznej ryby nie jest łatwe. Twierdzę wręcz, że to ciężka praca, która bardzo szybko odkłada się w bicepsie. Po kilkunastu minutach holu, popełniłem niestety drobny błąd i ryba wypięła się niecały metr od burty. Stosując terminologię piłkarską do przerwy 1-0 dla  Salmo salar. Walczymy dalej!
      Przez kolejne godziny nic ciekawego się nie działo. Radio milczało, więc pozostałe łodzie również nie miały kontaktu z rybami. Powoli zaczynałem tracić nadzieje. Paweł cały czas mnie jednak pocieszał i twierdził, że często zdarza się na jego łodzi branie tuż przed spłynięciem. Nie pytajcie mnie czy w tamtym momencie mu wierzyłem, ale … tak się właśnie stało. J  Parę minut po siedemnastej (na pół godziny przed powrotem) zanotowaliśmy kolejne branie.
      Z sercem walącym jak dzwon, ale też w pełnym skupieniu rozpocząłem kolejny i bardzo ostrożny hol. Wykorzystałem całą moją wędkarską wiedzę i umiejętności. Cały też czas jak mógł pomagał mi Paweł. Po trzydziestu minutach ekscytującej walki, kilku mega odjazdach przy burcie ukazała się wspaniała ryba. Piękna, zdrowa, srebrna i tłusta mamuśka. Na pierwszy rzut oka większa od mojego uda. Szybka akcja z podbierakiem w wykonaniu Pawła i ryba wylądowała na pokładzie. Po opanowaniu emocji zmierzyliśmy łososia. Miarka pokazała 107 centymetrów. To mój pierwszy łosoś w życiu i od razu medalowy (srebrny medal jest od 100 cm). Rekord Polski to 128 cm.
      Po zmierzeniu ryby i krótkiej sesji zdjęciowej zaczęliśmy zwijać zestawy, bo nie chcieliśmy żeby noc zastała nas na wodzie. Paweł usiadł za sterem, a ja wpatrywałem się w morze. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Udało się! Ten dzień nie mógł skończyć się lepiej.
      Jeżeli ten artykuł Was zaciekawił, zachęcam również do obejrzenia filmu z tej wyprawy.
      Zamieściliśmy go na kanale wędkarskim Wodnik Szuwarek. Miłego oglądania życzę.
      PS. Specjalne podziękowania kieruję do właściciela łodzi Tropheus – Pawła. To fantastyczny człowiek i bardzo dobry szyper. Mam nadzieję, że jeszcze niejeden raz wypłynę z nim na morze w poszukiwania króla Bałtyku. Tego i Wam życzę.
      Cały czas możecie też przystąpić do licytacji na Pomorskim Przewodniku Wędkarskim i tym samym wesprzeć chorą Magdę. Wielki Post (modlitwa, post i jałmużna) to idealny czas na takie działania. Licytacje znajdziecie pod tym linkiem (KLIK).

      Pozdrawiam, Wodnik Szuwarek Team.

    • Jotes
      Cóż, nie byłbym sobą, gdybym nie pochylił się nad usterkami tych spławików i nie spróbował ich naprawić, a opisałem je przecież wszystkie w artykule pt "„Slidery – konstrukcyjne niedoskonałości czy buble?”.
      Dla przypomnienia, z czym będę "walczył":

      Znaczącym i uciążliwym problemem w tych spławikach były gniazda na antenki tubowe, ale też na te na pręciku węglowym. Stożkowy kształt gniazda zewnętrznego rozpychał antenki tubowe. A z kolei gniazdo wewnętrzne na antenki na pręciku, było zwyczajnie zbyt luźne. W obydwu przypadkach użytkownik ponosił dotkliwe straty antenek i zamiast relaksować się nad wodą, to się tylko stresował. A ponieważ ja nienawidzę takich sytuacji, to postanowiłem jakoś temu zaradzić. Rzecz jasna, kupując cokolwiek, życzę sobie, by było zgodne z opisem i przeznaczeniem. Krótko mówiąc, by nadawało się do użycia - bez mojej dodatkowej pracy. Bluzgając zatem na producenta brakoroba, przystąpiłem do pracy.
      Moim sprzymierzeńcem okazało się samo brakoróbstwo producenta, gdyż gniazdo samo sobie wypadało ze stosiny pióra pawia (tak genialnie było "wklejone").
      Przygotowałem odpowiednie narzędzia, konieczne do przeprowadzenia "operacji":

      Tę stożkową końcówkę gniazda odciąłem nożem. 

      I trzymając w szczypcach uniwersalnych przewierciłem wiertłem 1,8 mm:

      Dobrałem odpowiedniej średnicy wężyk silikonowy i wkleiłem w gniazdo. Jak widać na zdjęciu, nie szczędziłem materiału, wężyk wystaje po kilka milimetrów z każdej strony:

      Klej kapnąłem z obydwu stron gniazda, uważając jednak, by nie przykleić węglowego pręcika wewnątrz silikonowego wężyka.
      Po wyschnięciu kleju (rzecz jasna Super Glue), włożyłem gniazdo do połowy jego długości w końcówkę stosiny pawiego pióra, kapnąłem kroplę kleju na gniazdo, wysunąłem je jeszcze odrobinę z pióra, pozwalając jednocześnie spłynąć po nim kropli kleju i szybkim ruchem wcisnąłem na całą głębokość. Teraz gniazdo już nie wypadnie, gdyż jest solidnie wklejone:

      Dopiero teraz węglowy pręcik odpowiednio ciasno wchodzi w gniazdo. Nie ma już możliwości wypadnięcia.
      No tak, ale ktoś może zapytać - A co z gniazdem na tubowe antenki, przecież je odciąłeś? Tak odciąłem, gdyż i tak nie nadawało się do użytku, bo stożek skutecznie psuł te antenki. Najważniejsze i tak były dla mnie te na pręciku węglowym.
      Po zakończeniu prac związanych z naprawą sliderów, przyszła jeszcze kolej na naprawę gniazd w wagglerach, bo dziury w nich były, jak leje po bombach:

      W ich przypadku poszło błyskawicznie. W widoczne na fotce plastikowe zielone rurki, wkleiłem taki sam wężyk silikonowy, jak w sliderach:

      A tak teraz wygląda pierwsza wersja Dino (nr 1), na tle nowej wersji (nr 2)

      Teraz dopiero wszystko jest odpowiednio spasowane i ma przysłowiowe ręce i nogi. 

      Antenki nie mają już możliwości wypadnięcia.
      Całe te prace, jak widać, były proste i szybkie do wykonania i o tym napisałem w artykule „Slidery – konstrukcyjne niedoskonałości czy buble?”.  Szkoda więc, że producenci nie myślą o tym, co robią, jak robią i dla kogo robią. A darmo przecież nie dają!...
      Połamania!

    • Jotes
      Tym razem chciałbym opisać sposób usunięcia usterki sliderów Cralusso, którą zaliczyłem do poważnych, w swoim artykule pt. „Slidery – konstrukcyjne niedoskonałości czy buble?”.
      Cały feler tych spławików polegał na tym, że do gniazda anteny z regulacją wyporności dostawała się woda, która przedostawała się też do wnętrza samej anteny. Ta wada powodowała, że podczas łowienia z czasem zaczynało brakować regulacji wyporności, co zmuszało do zdjęcia śruciny.
      Według mnie, to gniazdo nie było dostatecznie uszczelnione, bądź w ogóle nie uszczelnione. Brakowało mi w tym rozwiązaniu jakiegoś elementu uszczelniającego, ale na tyle miękkiego i elastycznego, by wręcz obciskał się na tej ruchomej antenie, jednocześnie pozostawiając cały zakres regulacji (nr 1)

      Postanowiłem więc, że zakupię odpowiednio ciasny i miękki wężyk silikonowy i jego użyję do uszczelnienia gniazda (nr 2).

      I tak też zrobiłem. W sklepie internetowym winodomowe.pl zamówiłem dwa odcinki silikonowego wężyka Ø 4/6 mm oraz 5/7 mm (średnica wewnętrzna i średnica zewnętrzna). Przed przystąpieniem do pracy, musiałem jeszcze tylko odpowiednio przygotować korpus spławika. Zabrałem na próbę jeden do swojej letniej rezydencji (kanciapa) i samą końcówkę zeszlifowałem na szlifierce stołowej o 1 mm, gdyż oryginalnie zakończona była cieniutkim stożkiem. Takie zeszlifowanie – prostopadle do osi korpusu! - dało mi odpowiednio szeroką i płaską powierzchnię do przyklejenia kawałka silikonowej uszczelki. Ale też, mogłem przyjrzeć się materiałowi, z którego wykonany jest korpus i co znajduje się w jego wnętrzu?
      Okazało się, że korpus wykonany jest z niebieskiej pianki o bardzo drobnej granulacji, wręcz mikroskopijnej. Po oszlifowaniu odsłoniłem więc powierzchnię porowatą, na której zdecydowanie lepiej trzymać będzie klej. Z kolei wewnątrz korpusu wklejona była cienkościenna rurka plastikowa, ale sztywna. Rurka, która nigdy nie gwarantowała należytego uszczelnienia obydwu elementów ruchomych. I to ta właśnie rurka okazała się być całą przyczyną wciekania wody w korpus (nr 3).

      Do tak przygotowanego korpusu dociąłem kawałek silikonowego wężyka (ok 4 mm długości), a wybrałem ten ciaśniejszy, czyli 4/6 mm, gdyż ten 5/7 okazał się moim zdaniem zbyt luźny (nr 4). Plasterek silikonu nałożyłem na antenę i włożyłem ją w gniazdo korpusu. Teraz silikon zsunąłem ciasno dociskając do pianki i na łączenie wycisnąłem jedną kropelkę kleju Super Glue. Była to pierwsza kropla! Obracając w palcach korpus, pozwoliłem tej kropli kleju opłynąć łączenie dookoła. Ewentualny nadmiar kleju odsączyłem kawałkiem gazety. Tak – gazety! Ręcznik papierowy, papier toaletowy, czy kawałek szmaty, mógłby być natychmiast przyklejony do korpusu, a takich wpadek należy unikać. Tak przyklejone uszczelnienie odstawiłem do całkowitego wyschnięcia, wstawiając cały spławik w doniczkę z ulubionym kwiatkiem mojej żony.
      Po wyschnięciu pierwszej warstwy kleju, ponownie wycisnąłem kolejną kropelkę na łączenie korpusu z silikonową uszczelką i znowu pozwoliłem jej opłynąć wokół korpusu. Taki zabieg dla pewności powtórzyłem trzykrotnie. Niby ze spławikiem i tak nikt się nie baruje ze względu na jego delikatność, ale lepiej mieć pewność na sto procent. Delikatny nadmiar kleju w niczym nie powinien przeszkadzać.

      Już po całkowitym zakończeniu klejenia i próbach „na dotyk”, postanowiłem wszystkie swoje Cralusso przerobić w ten sam sposób. Okazało się, że klejenie zachowuje odpowiednią wytrzymałość, a antena ciasno wchodzi teraz w gniazdo. A skoro tak, to dopiero teraz jest odpowiednio uszczelniona. Potwierdziły, to również „próby wazonowe”. Gotowy już spławik wrzuciłem do wysokiego wazonu wypełnionego wodą na kilkanaście godzin, a po wyjęciu, nie stwierdziłem obecności wody i zmian wyporności/wyważenia. A więc w przypadku sliderów Cralusso, to by było na tyle – koniec problemów (mam nadzieję!).

      Kolejnym moim eksperymentem, będzie naprawa wadliwych gniazd w sliderach Dino, co niebawem nastąpi. Pomysł już dojrzał... 
      Z wędkarskim pozdrowieniem - Jotes

    • Supergrover
      Jakiś czas temu trafiłem na film gdzie wędkarz ze wschodu łowił właśnie na tę pastę. Wyniki miał przednie, a na wędce meldowały mu się głównie karasie i karpie. Oczywiście w sporych ilościach. Zestaw z którego korzystał do wędkowania w Polsce się nie nadaje (chociażby ze względu na RAPR), ale po drobnych przeróbkach sprzętowych możemy tę pastę zaadoptować.
      Wykonanie tej pasty jest stosunkowo proste, a koszt więcej niż przystępny (niecałe 3 zety), więc postanowiłem ją zrobić i przy najbliższej okazji przetestować. Podstawowe składniki to groch łuskany (0,5 kg) oraz kasza manna (200 gramów). Opcjonalnie możemy dodać takie składniki jak barwnik spożywczy lub kurkuma (celem poprawienia koloru), czosnek granulowany (smak i zapach) lub miód (smak i konsystencja) ale przy tak intensywnie pachnącej przynęcie/zanęcie jest to moim zdaniem zbytek.


      Zdjęcia 1 i 2 - gotowa pasta. Część możemy zapakować w woreczek foliowy (warto posmarować już uformowaną pastę olejem) i zamrozić.
      Wszystkich, których ten artykuł zainteresował zachęcam do obejrzenia filmu, który wraz z synem nakręciłem i umieściłem na kanale wędkarskim Wodnik Szuwarek. Pokazujemy tam jak taką pastę wykonać. Mimo, że robiliśmy ją po raz pierwszy ... udała się. 
      Moim zdaniem pasta najlepiej spisze się przy łowieniu na bata (mocno trzyma się na haczyku) lub przy metodzie gruntowej (oblepiamy nią sprężynkę). Można też spróbować łowić nią koszykami do methody. Oblepić sam koszyk, a przynętę (groch, kukurydzę, kulki o podobnym smaku czy kolorze) umieścić (wbijając sam hak) na samej górze.
      Testy niebawem. 
       
       
       

    • wind
      Tradycją dla mnie staje się rozpoczęcie sezonu spławikowego na wodach okręgu elbląskiego. Zwykle jeździliśmy na Szkarpawę do Drewnicy, za to w tym, podobnie jak w ubiegłym roku zacząłem spławikowy rok nad Nogatem w Jazowej. Pogoda zachęcała, wieści znad wody napawały optymizmem.


      Na miejscu melduję się ok 7.30 i miałem problem ze znalezieniem dobrego miejsca. Dzień wcześniej otrzymałem w moim ulubionym sklepie informację, że wędkarze zaczęli łowić pierwsze wiosenne liny, więc tłok nad wodą miał usprawiedliwienie. Rozłożyłem się ze sprzętem w tym samym miejscu, w którym zaczynałem rok temu. Od razu pojawił się nieproszony gość, miejscowy kot. Trochę się pokręcił, poobcierał o podest i wiaderka,po chwili poszedł dalej. Pewnie liczył na jakąś rybkę ... Przy okazji widać jaki śmietnik pozostawiają po sobie nasi ... "koledzy".

      Przygotowałem sobie zanętę Starfisha Karaś - Lin wymieszaną z paczką gliny rzecznej. Woda była dość wysoka a uciąg, jak na Nogat, całkiem mocny. W miejscu gdzie gruntowałem głębokość wynosiła ok. 2m. Łowiłem batem 8m z 2g zestawem.
      Ryby pojawiły się od razu, tradycyjnie jako pierwsza zameldowała się na haczyku niewielka płoteczka. Potem było już tylko lepiej, rybki brały cały czas, i były coraz większe. Co ciekawe brały wyłącznie płotki. Dopiero po donęceniu pojawiło się kilka leszczyków i krąpików w wersji mini i mikro.







      Po donęceniu brania stały się rzadsze, w końcu po 11.30 ustały całkiem. Właściwie to i dobrze, mogłem spokojnie, bez poczucia niedosytu, zwinąć się do domu. Sąsiedzi - gruntowcy coś tam mieszali w wodzie zestawami ale chyba niczego konkretnego nie złowili, przynajmniej głośno się nie chwalili.
      Nogat na pierwsze wędkowanie po zimowej przerwie wybieram ze względu na dość bogaty rybostan, może okazy nie są codziennością, ale zawsze połowię do bólu pleców. Zwykle aż do maja odwiedzam miejscówki za Wisłą, można fajnie połowić i będzie okazja przygotować jakiś fajny materiał o zanętach Starfisha.

      Widać, ze prace przy budowie ekspresowej "7" trwają w najlepsze, ciekawe jaki wpływ nowe mosty będą miały na życie rzeki.

    • Jotes
      Co prawda sezon na salmonidy już dawno rozpoczęty, ale jaziowo-kleniowy już w zasadzie można otwierać, by za chwilę zasiąść tez nad spławiczkiem, czy gruntówką. Nie jest to nowy tekst, ale wraz z rychłym nadejściem wiosny, rozweseli nasze skołatane zimowym marazmem serca. A i Adam Mickiewicz, mam nadzieję, z tych samych powodów, wybaczy mi tę parodię jego wiekopomnego dzieła... 
       

       
      Koncert Mańkiela
      ***
      Było spinningistów wielu,
      Ale żaden nie śmiał łowić przy Mańkielu
      Mańkiel przez całą zimę nie wiedzieć, gdzie bawił,
      Teraz się nagle, na łowisku zjawił.
      Tymczasem dwaj młodzianie przy Jego wędach klęczą,
      Stroją je w przynęty i próbując brzęczą.
      Zawsze miał tajne, skuteczne sposoby,
      By wyławiać hurtem, ryby z onej wody.
      Mańkiel z przymrużonymi na pół oczyma,
      Milczy i nieruchomy kij w garści trzyma.
      Spuścił go, zrazu świszcząc wiatrem tryumfalnym,
      Potem gęsto siekł wodę jak deszczem nawalnym.
      Dziwią się wszyscy - lecz to była tylko próba,
      Bo wnet przerwał, w górę kij podniósł i w nosie podłubał.
      Znowu rzut: już drży szczytówka tak lekkimi ruchy,
      Jak gdyby zadzwoniło w nią skrzydełko końskiej muchy
      Wydając ciche, ledwie słyszalne drżenia.
      Mistrz zawsze patrzył na wodę, czekając natchnienia.
      Spojrzał z góry, spinning dumnym okiem zmierzył,
      Wzniósł kija, spuścił, raz, dwa o wodę uderzył,
      Zdumieli się wędkarze...razem ze strug wody wiela
      Buchnął boleń, jak gdyby cala wędkarska kapela
      Ozwała się przynętami, z żelastwa, czy z gumy...
      Szmer podziwu gapiów, dawał powód dumy.
      Połowy czas zacząć. – Pierwszy Mańkiel rusza
      I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza,
      I wąsa podkręcając, podał przynętę rapie 
      I skłoniwszy się grzecznie, po tyłku się drapie.
      Za Owym wędkarzem szereg cały się gromadzi,
      Dano hasło, zaczęto połowy – ON już… prowadzi.
      ...Oto stanął, jak gdyby chciał swą zdobycz pytać,
      Pochyla ku niej pięść, chce grzmotnąć zza ucha.
      Ryba wzrok odwraca, boi się, nie słucha,
      On zdjął beretkę, czai się pokornie,
      Ryba raczyła spojrzeć, lecz milczy oślizgła upiornie.
      On cios uwalnia, oczyma jej zgon śledzi
      I zaśmiał się na koniec - rad przy całej gawiedzi.
      Rusza teraz prędzej, spogląda na rywali z góry
      I swą beretkę z czaplinymi pióry
      To na głowie umieszcza, to nad głową wstrząsa,
      Aż włożył ją na bakier i podkręcił wąsa.
      - Idzie, wszyscy z zazdrością, idą w jego ślady,
      On by rad ze swą wędką wymknąć się z gromady.
      Czasem staje na miejscu, rybę z dumą wznosi
      I żeby w cholerę poszli, pokornie ich prosi.
      Czasem zamyśla zręcznie w krzaki się uchylić,
      Odmienia drogę, rad by konkurentów zmylić,
      Lecz go szybkimi kroki ścigają przekręty
      I zewsząd częstują… trawkowymi skręty,
      Więc naćpał się, prawicę na rękojeść składa,
      Jakby rzekł "Znam ja was, mym rybeńkom biada!"
      Wraca z powrotem, z dumą i z wyzwaniem w oku
      Prosto w tłum; tłum wędkarzy nie może dotrzymać mu kroku,
      Ustępują mu z drogi – sięgnąwszy flaszki,
      Puszczają się znów za nim - słychać zewsząd pijackie wrzaski:
      "Ach, to może ostatni, pijcie, pijcie młodzi,
      Może to ostatni, co tak ryby zwodził!"
      I szli za Mańkielem po brzegu, hucznie i wesoło…
       
      Nad wodę Bracia ukochani.

    • stawny
      Długi czas przymierzałem się do napisania tego mini artykułu, teraz nadszedł wreszcie czas!
      Chcę kolegom i koleżankom po "kiju", i tym młodszym wraz ze starszymi, przedstawić moje mini widzenie użytkowania błystki obrotowej.
      Wszyscy znamy wirówki, albo jak kto woli obrotówki. Jednak nie wszyscy wiemy, jak łowna jest to przynęta, gdzie w wodach przebarwionych tysiącami kolorowych sylikonowych gumek, albo woblerami, i innymi cudacznymi wynalazkami, które mają zadanie skusić, coraz bardziej ostrożne ryby! Oczywiście i ja stosuję większe i mniejsze, wyżej wspomniane wynalazki, ale wracając do tematu.
      Moja styczność z wirówkami nastąpiła, gdy zaczynałem nad kanałem Piastowskim w Świnoujściu wprawiać się w wędkarstwie - pod okiem mojego dziadka. Było to w latach 90-tych, kiedy bum przynęt gumowych zalał nas wędkarzy-wtedy mój nauczyciel spinningu, zawsze był wierny blaszce. Ile razy za młodu odwiedzałem sklepy wędkarskie (w Świnoujściu wtedy były dwa), tyle razy dostawałem oczopląsu, na widok kolorowych gumeczek. Miałem swoje gumisie, ale jakoś ryby ich nie gryzły, a dziadek to wiedział, i śmiał się ze mnie.
      Pewnego razu, podczas rodzinnego wędkowania gruntowego powyżej przeprawy Karsibór, zmontowałem spinning. Tak dla odmiany, wtedy otrzymałem pierwszy raz do ręki obrotówkę. Była to zwyczajna czysta srebrna blaszka, o przeciążonym korpusie, podobna do błystki firmy ABU. Tak uzbrojony zacząłem młócić wodę. Kilka rzutów, i zahaczył się okoń. Wtedy oczy mi wyszły z orbit, ale dziadek wiedział, że sukces błystki jest pewny! Chyba bardziej, niż tych gumowych (kondomów) - Młodzieży pamiętajcie używajcie gumek!
      Jednak wędkowania spinningiem zaprzestałem po czasie, na rzecz spławika. Potem wracałem od 2008 roku, do spinningu, ale bez rezultatów. Gdy po śmierci mojego nauczyciela, otrzymałem jego sprzęt wędkarski, to wtedy przy segregacji "staroci", natrafiłem znowu - a jak!, na łowną wirówkę, która mi przyniosła za młodu okonka. Wyciągnąłem stare blaszki, były w dobrym stanie, wtedy okonie zwariowały na nie!
      Pewnie Ameryki tu nie odkryję, ale ze stu procentową pewnością stwierdzam, że błystka obrotowa jest godna polecenia wszystkim zaczynającym styczność ze spinningiem. Moje kolekcjonowanie blaszek rozpocząłem, od zakupu kilku obrotówek, wtedy nawet o rozmiarze nie wiedziałem, że istnieje jakiś każdej blaszki - sugerowałem się wizualną kolorystyką własną. Teraz moja kolekcja powiększyła się zdecydowanie, i fachowo (rozmiarowo). Uwielbiam teraz używać błystek w lekkim spinningu.
      Jestem tradycjonalistą, uważam, że zwyczajne np. Comety i Longi w rozmiarze 2 i 3 wystarczą, na skuszenie każdej ryby drapieżnej. Staram się używać nad wodą obecnie, dwóch podstawowych kolorów blaszek: srebro i miedź, w rozmiarze 2 i 3 (przy dobrych braniach), a w wodzie zmąconej, i przy słabych braniach zakładam na żyłkę nawet rozmiar 4 i 5, czasem także z przeciążonym korpusem. Jednak lubię udziwnienia, w postaci kropek i pasków, a te kropkowo-pasiaste wirówki, niekiedy są lepsze, jeśli mówimy o problemach w słabe dni np.z powodu prześwietlonej i zmącenia wody. Uwielbiam i polecam także kolory "Fluo" zastosować.
      I na koniec mini artykułu.
      Moi drodzy, gdy pakujecie swój sprzęt do spinningu (gumy,woblery, itp.), miejcie w pudełku dosłownie z dwie obrotówki, a okonie i szczupaki, oraz masa innych drapieżników zawsze chętnie je przekąsi - obrotówka naprawdę ożywia martwą wodę!
      Poniżej zamieszczam zdjęcia moich obrotówek, tych najbardziej łownych, i do których mam sentyment.



      Stawny
      Maciej

    • max-wo
      Sezon w roku 2016 był dla mnie prawdziwym wyzwaniem. W tym roku pierwszy raz miałem okazje łapać z kimś tak doświadczonym jak Ozet, i uczyć się pod jego okiem, i dwóch innych dorównujących mu talentem wędkarzy.
      Po zdaniu testu na kartę wędkarską i jej odebraniu pojechałem na ryby z prawdziwymi wędkarzami. Nie umiałem wtedy łapać (z resztą twierdze że nadal nie umiem). Zanętę robiłem prosto z paczki bez ziemi, była albo za sucha albo przemoczona. Podczas pierwszego wyjazdu złapałem cztery krąpiki porównując do Ozeta, który złapał ich wtedy razem z płociami blisko sto, to nie połapałem. I to nie tylko przez źle zrobioną zanętę, żyłka główna wtedy 0,25 i ''cieniutka'' 0,18 na przepon, były dowiązane do siebie pętlami o średnicy 25-30cm. Spławik 4,5 grama wyważony dwoma śrucinami. Jako pierwszy z pomocą przyszedł Ozet, on skorygował moje błędy zrobił inny zestaw, a ja jak za sprawą czarnej magi zacząłem ''łapać'' ryby.
      Po tym jak zakupiłem inny sprzęt na przykład bat Konger Arcus 6m zacząłem podchodzić na poważnie do wędkarstwa. Lecz jeszcze przed tym batem łapałem trochę szczęśliwie ciekawe ryby. Takie jak Jaź 1,28kg wraz z trzema 28cm płociami.

      Ryby zostały złowione na starym mieście Jaź rośnie nadal a płocie oddane koledze. Od razu nawiąże do tego że nie zabieram dla siebie ryb, lubię ryby, ale nie te które sam złapie. Dla niektórych wydaje się to nie normalne, ale tak już postępuje. Wracając do tematu po kupnie bata zacząłem doceniać jego szybkość i skuteczność. Robiłem zestawy na podstawie zestawów Jacka Kolendowicza. Wtedy w środku lata wyglądało to tak spławik 0,75-1,6 obciążenie adekwatne do ciężaru spławiku i przepon z 0,18 udało mi się zejść do 0.10 i haczyka 14 to podziałało. Oczywiście na temat zanęt najwięcej rzeczy dowiadywałem się od jednego z kolegów i Ozeta. Jednak dwoma moimi największymi zanętowymi odkryciami były zanęty Lorpio lin-karaś i Extreme Z. Milewskiego, to na nich zacząłem pokonywać tych doświadczonych wędkarzy. Jeszcze w tym październiku przez trzy wyjazdy z rzędu byłem nie pokonany (mój osobisty rekord) i to na trzech innych wodach. W połowie listopada łapaliśmy piękne płocie, na siedem wyjazdów tylko raz wygrałem, ale to jaki postęp w ciągu tych 9 miesięcy zrobiłem wypomina mi najczęściej Ozet ; ''że taki szczyl ośmiela się z nami wygrywać, przecież jak ja rekordy zbiorników biłem to ty na stojąco pod szafę wchodziłeś''. Łapaliśmy wtedy takie płocie.

      Podsumowując w tym roku ''połapałem'' ale też nauczyłem się łapać, czyli dobierać przynęty i zanęty do warunków. Poznałem sposoby wędkowania jakich nie znałem np. Przepływanka była dla mnie nie zrozumiała ''po co puszczać przynętę w płynącej wodzie, skoro ryba jej nie dogoni''. Nauczyłem się dużo, i mam nadzieje że rok 2017 pobije ten rok nie pod względem ryb a pod względem wspomnień.
      Powodzenia w przyszłym sezonie.
      Max

    • wind
      Zanęta w wędkarstwie pełni bardzo ważna rolę i do tego nie trzeba żadnego z nas przekonywać. Za to mnogość wyboru na półkach w sklepach wędkarskich może przyprawić o zawrót głowy. Również i ja jestem takim „poszukującym” , szczególnie jeśli chodzi o rekreacyjne wędkowanie. Niedawno wpadły mi w oko zanęty Trapera z serii BREAM – Leszcz. Kupiłem celem przetestowania trzy różne zanęty z tej serii: Turbo, Dynamic i Belge.
      Na pierwszy ogień poszła zanęta Dynamic. Słodki zapach zwiastował podobny smak ale tu lekkie rozczarowanie, słodycz była ledwie wyczuwalna. Drobna frakcja i trochę żółtego pieczywa fluo kierunkowała zanętę raczej na drobnego leszcza i krąpia.
       

       
      Po nawilżeniu zanęta nabrała głębokiego czerwonego koloru z widocznymi, choć nielicznymi kawałkami pieczywa fluo.
       

       
      Swoim zwyczajem całość przetarłem przez sito i wymieszałem z ziemią bełchatowską. Mieszanka nabrała ciemnej barwy z dobrze widoczną częścią czerwonej zanęty.
       

       
      Tydzień później sprawdziłem kolejną paczkę, tym razem Belge. Kolor bardziej neutralny, jasno brązowy, smak i zapach właściwie taki sam jak w poprzedniej paczce. Tak samo niewielki dodatek żółtego pieczywka fluo.
       

       
      Po dowilżeniu zanęta nabrała zdecydowanie brązowego koloru.
       

       
      Również i tą zanętę po przetarciu przez sito połączyłem z ziemią bełchatowską. Całość nabrała ciemnej barwy z ledwo widoczną zanętą, czyli zgodnie z moimi oczekiwaniami.
       

       
      Ostania z tej serii, czyli TURBO okazała się nijaką w kolorze drobna zanętą, za to zdecydowanie najsłodszą ze wszystkich i z najwyraźniejszym zapachem mielonego biszkoptu. Podobnie jak w poprzednich paczkach znalazłem dodatek żółtego pieczywa.
       

       


       
      Po nawilżeniu zanęta jedynie pociemniała, co zrozumiałe, ale pozostała nijakiego , szarawego koloru.
       

       
      Po przetarciu przez sito i wymieszaniu z ziemią stałą się czarna zanętą, dobrą na zimne pory roku. Tym razem dodałem jeszcze do zanęty garść pinki.
       

       
      Opisywane zanęty należą do zdecydowanie niskiej półki cenowej, kosztują około 7zł za kilogramowe opakowanie, ale mogą być dobrym wyborem w codziennym, rekreacyjnym wędkowaniu. Świetnie łączą się z ziemią bełchatowską tworząc dobrą kompozycję kolorystyczną przy tym nie tracąc wiele na intensywności zapachu. Używając wcześniej zanęt leszczowych tego producenta z serii Special i Sekret zauważyłem, że przy nawilżaniu trzeba bardzo ostrożnie dodawać wodą i łatwo je przemoczyć. Jest to uciążliwe przy przecieraniu, na sicie tworzą się kluchy. Na plus jeszcze mogę dodać, że nie znalazłem w zakupionych paczkach żadnych niepożądanych dodatków jakie czasem się trafiają w najtańszych produktach, czyli kawałków folii, piór czy innych śmieci.
      Celowo nie napisałem o wynikach osiąganych przy używaniu poszczególnych zanęt. Przede wszystkim używałem ich w trzech różnych terminach, przy różnych warunkach i każdą na innym łowisku. Również ten tekst nie jest testem tych zanęt a jedynie próba przybliżenia produktów i pomocy w dokonaniu wyboru innym wędkarzom. Na ilość, jakość i wielkość złowionych ryb ma wpływ wiele innych czynników i akurat marka produktu ma tu niewielkie znaczenie. Jeżeli szukacie taniej zanęty na „niedzielne” wędkowanie to ta serię mogą polecić.

    • wind
      Niedawno przedstawiłem Wam nowość na naszym rynku, echosondę Ibobber. Wiemy jak się prezentuje i jakie ma parametry techniczne. Nadszedł czas aby sprawdzić w boju, jak to właściwie działa. 
      Wreszcie zabrałem Ibobbera nad wodę. Instalacja aplikacji poszła bez problemu, również połączenie urządzenia z telefonem nie nastręczyło kłopotów. Aplikacja okazała się bardzo przyjazna, menu przejrzyste i intuicyjne. Do tego, co ważne dla starszego pokolenia, wszystko w języku polskim.
      Zaczynamy od połączenia urządzeń, smartfona i echosondy. W Ustawieniach wybieramy zakładkę „Dane osobowe” gdzie wpisujemy swoją nazwę użytkownika ( Przydomek ) oraz adres e-mail. Od razu możemy ustawić język aplikacji oraz jednostki miary.
       

       
      Trzeba pamiętać, że aby połączyć urządzenia w telefonie musi być włączony bluetooth a sama sonda musi być w wodzie. Pierwsze połączenie jeszcze w domu dokonałem wrzucając ją po prostu do szklanki z wodą.
       

       
      Naciskamy ikonę pośrodku górnej listwy i telefon zaczyna poszukiwania echa i zielony ptaszek w kratce przy nazwie użytkownika oznacza, że jest gotowe do pracy.
       

       
      Menu aplikacji jest podzielone na kilka części:
      W pierwszym rzędzie mamy dwie opcje bieżącego użytkowania urządzenia, jako sondy w tradycyjny sposób ( sonar ) lub do mapowania dnia zbiornika (zbiornik wodny ).
       

       
      Ikona rybki z lewej to tradycyjny sonar, z prawej imitacja pofałdowanego dna to wybór opcji mapowania dna. Jest to ciekawa opcja pozwalająca na zbadanie większego odcinka dna i odtworzenia obrazu w formie animacji. Aby dokonać takiego zapisu klikamy lewą ikonkę i zarzucamy sondę na wodą.
       

       
      Naciskamy OK. i ściągamy powoli echo do siebie. Prędkość zwijania możemy wybrać w ustawieniach. Domyślnie ustawione jest 2 stopy na sekundę.
       

       
      Po zakończeniu badania otoczenia możemy sobie odtworzyć animację i na spokojnie jeszcze raz obejrzeć dno wybranego odcinka.
      Kolejne dwie funkcje to dodatki w postaci kalendarza z fazami księżyca oraz pogodynka. Temperatura powietrza, wilgotność, kierunek i siła wiatru oraz ciśnienie atmosferyczne to informacje, które możemy znaleźć w każdej z popularnych aplikacji, jakie mamy na swoich telefonach.
       

       
      Działanie sonaru możemy obserwować w dwojaki sposób, jako kolorowy wykres
       

       
      lub jako tradycyjną grafikę, na której widać domniemane ryby i roślinność.
       

       

       
      Jeżeli w czasie pracy sondy klikniemy ikonkę zobaczymy dodatkowe parametry, takie jak stan baterii czy temperatura wody. Możemy włączyć alarm dźwiękowy, który powiadomi nas gdy w zasięgu działania sondy pojawią się ryby lub włączyć tryb nocnego oświetlenia.
       

       
      Na powyższej grafice zaznaczyłem jeszcze jedną fajną funkcję. Jest to zapis wędkowania gdzie znajdziemy datę i godzinę wędkowania, dokładne współrzędne GPS wraz ze znacznikiem na mapie, głębokość, temperaturę powietrza i wody. Sami możemy uzupełnić informację na temat stosowanej metody połowu, stosowanych przynęt, warunków atmosferycznych oraz osiągniętych wyników. Jest również opcja załączenia zdjęć.
       

       

       
      Podsumowując opis samej aplikacji, jest prosta w obsłudze, ilość możliwych ustawień ograniczono do minimum co powoduje, że każdy sobie z nią poradzi, również osoby, które na co dzień raczej stronią od elektroniki.
      Testy praktyczne zacząłem nad swoim ulubionym jeziorkiem. Używałem wędziska dług 3.6m o c.w. 60g. Żyłkę 0.25mm wiązałem bezpośrednio do uszka w urządzeniu węzłem spinningowym lub używałem solidnej agrafki.
       

      Telefon i sonda połączyły się ze sobą szybko i od razu zaczęły pracować. Trochę podejrzane wydały mi się odczyty głębokości i faktycznie, gdy sprawdziłem „fizycznie” głębokość w tym miejscu okazało się, że sonda pokazuje około 30cm więcej niż jest w rzeczywistości. Ponieważ w tym miejscu zalega gruba warstwa bardzo luźnego mułu myślę że tą właśnie wierzchnią warstwę sonda odczytała jako wodę. Trudniej już było zweryfikować czy pojedyncze kępki roślinności faktycznie występowały w miejscach, które sonda wskazywała.
      Kolejne testy to starorzecza Wisły, jej bieżący odcinek w Kiezmarku oraz fosa wokół twierdzy Wisłoujście. Na wszystkich tych łowiskach sonda nieco „oszukiwała” na głębokości, niektóre wartości mogłem sprawdzić fizycznie, choćby ustawieniem gruntu na bacie, na innych łowiskach musiałem opierać się na informacjach od łowiących na miejscu wędkarzy. Problematycznym okazało się również faktyczne wskazywanie występującej roślinności. W miejscu, w którym na 100% występowała spora warstwa zarośli sonda pokazywała czyste dno.
      Inną wyraźna wadą urządzenia jest ograniczony zasięg działania łączności Bluetooth. Choć producent określa maksymalny zasięg na 30metrów to w rzeczywistości jest to około 20-25m i na takim dystansie przekaz danych jest bardzo powolny. Być może to wina sondy, być może mojego smatfona, tego nie potrafię w 100% określić. Niemniej jednak jest to uciążliwe. Optymalny zasięg to moim zdaniem około 20m co wyklucza jej przydatność w większości technik wędkarskich.
      Do zalet można zaliczyć małe gabaryty, wygodę w użytkowaniu i naprawdę dobrą baterię. Po kilkukrotnych próbach bateria wciąż była bliska pełnego naładowania. Nie miałem okazji używać sondy w warunkach nocnych z włączonym oświetleniem więc nie wiem, jak ta funkcja wpływa na baterię. Ale pewnie jest to oświetlenie LED więc nie obciąża specjalnie baterii. Również aplikacja nie „katowała” za mocno baterii w telefonie, obeszło się bez problemów z zasilaniem.
       
      Ponieważ dla mnie był to pierwszy „poważny” kontakt z echosondą, powyższy test pewnie nie jest przeprowadzony do końca profesjonalnie. Za to jest to opinia zwykłego wędkarza, do których jest ten produkt dedykowany. Być może gdybym miał więcej czasu znalazłbym inne zalety, te kilka wypadów mogło być za mało.

    • Alexspin
      Nie ma niczego gorszego jak w weekend, który można by poświęcić wędkowaniu a siedzi się w murach i sprawdza bzdety pisane przez studentów podczas egzaminów poprawkowych. Nachodzą człowieka wówczas głupie przemyślenia i chęć nauczania.
      Przed nami ostatni tydzień września, nadeszła jesień, okres-eldorado dla spinningistów. Temperatura leci na dół, rybki zaczynają gromadzić zapasy energii na zimowe miesiące i tarło. Nad wodę wyruszają nie tylko starzy „wyjadacze” ale również nowicjusze, którzy w tym sezonie rozpoczęli przygodę ze spinningiem i to często przygodę bezrybną, bo tegoroczna pogoda (upały raczej nie sprzyjają połowom drapieżników) wraz z destrukcyjnymi działaniami naszego „kochanego” Zarządu „Gównego”, nie sprzyjały uzyskaniu pozytywnych efektów.
      Naszło mnie pytanie, od czego zaczyna początkujący spinningista? Oczywiście od wiązania węzełków. Każdy chciałby mieć taki węzeł, który zagwarantuje jego zestawowi 100-procentową moc i to jest jeden z podstawowych błędów w rozumowaniu. Cóż z tego mi przyjdzie, jeśli węzeł zachowa – oczywiście teoretycznie – tę samą moc co liniowa linki? Ano tylko straty, bo jeśli przydarzy się zaczep zaraz po wyrzuceniu przynęty na odległość 30-40m a węzeł nie puści, to linka pęknie tam gdzie sama będzie chciała – wynik – ekstremalnie mogę stracić 30-40m żyłki lub co droższe – plecionki. A wyobraźmy sobie niespodziewane branie suma, który wywleka nam z kołowrotka 150m cennej PP, Momoi lub Varivas'a, pomijając często wielokrotnie tańszą przynętę. Nie chce się o tym nawet myśleć...
      Otóż właśnie węzeł ma nas ratować przed takimi stratami. Jednocześnie chciałoby się, żeby ten węzeł nie był zbyt słaby, bo krętliki, przypon i przynęta też kosztują. Zatem należy znaleźć „złoty środek” – węzeł ma być mocny, ale nie mocniejszy niż liniowa wytrzymałość linki. Praktycznie nie spotkałem węzła, który utrzymywałby 100-procentową moc w stosunku do liniowej, chyba (piszę chyba, bo człowiek nie zna wszystkiego) nie ma takiego.
       
      Przez ćwierćwiecze mojego spinningowania „przerobiłem” najróżniejsze supełki, węzełki i węzły zanim doszedłem do tego, że stosuję praktycznie pięć. Zacznę od początku.
       
      Węzeł, którym mocujemy linkę do szpuli kołowrotka. Wydawałoby się, że jest to węzeł najmniej ważny, bo zaczep mu raczej nie zagraża, a jeśli ryba wyciągnie nam z kołowrotka kilkaset metrów linki, a żaden z pośrednich węzłów nie puści, to i tak musimy ciąć, żeby nie utracić wędziska i kołowrotka, ale to są przypadki bardzo, bardzo rzadkie i nie musimy się nimi przejmować. Natomiast węzeł taki musi nam zagwarantować, że cały nawój nie zacznie się nagle ślizgać na szpuli. Nie zagwarantuje nam tego, często wiązana przez nowicjuszy zwykła pętla,

      natomiast gwarancję zapewni bardzo prosty węzeł szpulowy

      wykonany z dwóch zwykłych supełków. Wiążemy na końcu linki supełek a następnie, po owinięciu szpuli, drugi taki sam na lince i zaciągamy tak, aby linka zacisnęła się na szpuli a ten pierwszy supełek zablokował się na drugim. Niestety wiązanie takie nie zapewni braku poślizgu jeśli bezpośrednio na szpuli zawiążemy plecionkę, która i tak może się ślizgać. Dla tego, nawet jeśli posiadana ilość plecionki wypełniłaby naszą szpulę, należy zastosować cieniutki, choćby 2-warstwowy podkład z żyłki.
       
      Teraz zaczynają się dla nowicjusza schody. Jakim węzłem połączyć żyłkowy podkład z plecionką? Dobrym węzłem jest zalecany zwłaszcza dla wiązania NanoFil-u węzeł zwany

      i trudno się z tym nie zgodzić zwłaszcza jeśli chodzi o NanoFil, ale jest to węzeł dość skomplikowany, a NanoFil dość rzadko jest stosowany jako linka główna. Całkowicie wystarczającym do wiązania podkładu żyłkowego z plecionką, jest łatwy do wykonania węzeł zderzakowy.

      Niektórzy zalecają węzeł baryłkowy, ale ja jestem zdania, że nie jest to najlepsze rozwiązanie, gdyż w tym węźle linki przeplatają się między sobą i może nastąpić przecięcie. Przy węźle zderzakowym linki nie mają wzajemnych przeplotów, a są jedynie zawiązane wzajemnie na sobie i węzły tylko stykają się ze sobą. Nadto taki węzeł jest bardzo łatwy do wykonania.
       
      W tym miejscu dygresja – większość doświadczonych wędkarzy proponuje, żeby na podkład stosować żyłki zużyte a nawet zleżałe. Jestem zdania, że jest to nie najlepsze, choć „ekonomiczne” rozwiązanie. Wyobraźmy sobie, że toczymy walkę z okazowym, walecznym szczupakiem lub boleniem, a na kołowrotku mamy tylko 100m plecionki - czasem tak są dystrybuowane plecionki, choćby KONGER-a, jak również wynoszonego pod niebiosa Power Pro. Co się wówczas dzieje? Ano rybka zrywa tę steraną żyłkę podkładową i idzie w świat zakolczykowana nie tylko przynętą z tytanowym przyponem ale i z naszymi stu metrami cennej plecionki. Dla tego osobiście używam na podkład dobrą żyłkę, w miarę możliwości zbliżoną mocą do linki głównej, a ponieważ nawet do wędkowania z brzegu morza nie przekraczam deklarowanej przez dystrybutora, mocy plecionki około 20kg, to podkład z żyłki o zbliżonej mocy nie jest czymś nieosiągalnym.
       
      Mamy już nawinięty na kołowrotek podkład mocno połączony z linką główną, (moje spostrzeżenia mają zastosowanie zarówno do używanych jako linki głównej plecionki, jak i żyłki) i adept spinningu staje przed dylematem – jakim węzłem zamocować przynętę? Tutaj problem jest bardziej złożony niż przy poprzednich węzłach. Moim skromnym zdaniem nie powinno się „przywiązywać” do jednego rodzaju węzła, a to dla tego, że różne przynęty mają różne wymagania. Po pierwsze, węzeł na końcu linki powinien spełniać dwa podstawowe, teoretycznie wykluczające się warunki. Po pierwsze powinien być na tyle mocny, żeby nie zrywać się na byle zaczepie lub przy braniu silnej ryby, po drugie powinien być na tyle słaby, żeby potencjalne zerwanie zestawu nastąpiło właśnie na węźle, a nie w miejscu gdzie linka „se chce”. Trzecim warunkiem – subiektywnym – jest prostota i szybkość wiązania.
      Przy rozpatrywaniu tego trzeciego warunku rozumiem wędkarzy, którzy praktycznie, wyłącznie stosują Palomar,

      jest to węzeł, który – bez obrazy – zawiąże średnio inteligentny szympans. Niestety, nie jest to węzeł „najlepszy”. Jego wadą jest wytrzymałość, która ogranicza się do co najwyżej 80% wytrzymałości liniowej linki. Nie twierdzę absolutnie, że go nie stosuję, ale korzystam z niego tylko w pewnych okolicznościach, a mianowicie, gdy nie stosuję agrafki, a koniecznym warunkiem skutecznego wędkowania jest szybkość wymiany przynęty, lub po zerwaniu zawiązanie nowej (np. zawody). Ma on jeszcze jedną wadę, która ujawnia się przy wiązaniu bezpośrednio do dużej przynęty (długa guma lub wobler) wówczas musimy zrobić odpowiednio dużą pętlę przez którą przekładamy przynętę, a wówczas trzeba go zaciągać bardzo ostrożnie i precyzyjnie.
      Drugim węzłem, który stosuję i uważam za lepszy od Palomara, jest Cat's Paw (po polsku „kocia łapa”).

      Jest węzłem mocniejszym od Palomara, gdyż utrata mocy to tylko około 10%, ale pod pewnymi warunkami. Podstawowym jest brak zaczepów w łowisku a to jest rzadkość. Otóż Cat's-a – odmiennie do innych węzłów – nie zaciągamy do oporu, uzyskujemy wówczas dodatkową amortyzację warkocza jaki tworzy. Niestety po mocnym zaczepie, lub zacięciu zdecydowanie walczącej ryby, zaciąga się sam tracąc właściwości amortyzacyjne i jego wytrzymałość spada do poziomu Palomara, więc należy go po takiej akcji przewiązać ponownie. Drugą jego wadą, mimo stosunkowo dużej prostoty wiązania, jest to że praktycznie nadaje się tylko wówczas gdy przynęty łączymy z linką za pośrednictwem agrafki (agrafki z krętlikiem). Nie wyobrażam sobie kilkukrotnego (niezależnie od przekroju linki stosuję siedmiokrotne) przewijania, praktycznie żadnej przynęty przez pętlę, tym bardziej, że prawidłowe, równe zawiązanie (zwoje muszą być idealnie równoległe, a obydwa nawoje warkocza jednakowo zaciągnięte) tego węzła przy dużej pętli jest dość trudne, a jest to warunek skuteczności jego funkcji amortyzacyjnej. Dla tego stosuję go praktycznie tylko do wędkowania z brzegu morza, lub w kanałach portowych, gdzie niebezpieczeństwo zaczepu jest zdecydowanie mniejsze niż na śródlądziu, a częsta wymiana przynęt (ograniczone możliwości częstej zmiany miejscówki) o skrajnie odmiennej pracy, na przykład woblera na obrotówkę, lub gumy na „karlinkę” i tak obliguje do stosowania krętlika z agrafką.
      Najczęściej stosowanym przeze mnie węzłem jest Trilene z modyfikacją (po polsku trzy końce).

      Węzeł niezależnie od napięć jakie na niego działają zachowuje nie mniej niż 95% mocy liniowej linki i nie więcej niż 98%, co spełnia obydwa podstawowe warunki jakie stawiamy węzłom. Jego zaletą jest stosunkowo duża prostota wiązania. Kolejną zaletą jest bezproblemowa możliwość stosowania go zarówno jeśli używamy agrafki (agrafki z krętlikiem), jak również przy bezpośrednim wiązaniu do przynęty, bez „gimnastyki” z przekładaniem przez jakąkolwiek pętlę. Jedynym warunkiem jego skuteczności, który mógłby stanowić argument przeciw jego stosowaniu, podobnie jak przy Cat's-u, jest konieczność bardzo starannego zaciągnięcia. Poszczególne zwoje – wykonuję 5 dla dużych (od 0,18mm) średnic linki i 9 dla najmniejszych (od 0,08mm) – nie mogą zachodzić na siebie i powinny być idealnie równoległe. W zamian za poświęconą chwilę cierpliwości i staranności odwdzięczy nam się tym co najważniejsze – nie puści na byle zaczepie a w ostateczności pęknie sam, nie dopuszczając do tego żeby linka pękła gdzie „se chce”.
       
      Tyle moich dywagacji na temat węzłów, ograniczonych zresztą do klasycznego spinningu, bo tylko takim się bawię, pomijając Dorp Shota, boczny trok i inne odmiany „zaoceaniczne”.
       
      Na zakończenie dwie wskazówki dla adeptów spinningu i nie tylko, niezależnie jaki węzeł będziecie stosować, niezależnie jaki sobie upodobacie i uznacie za „swój ulubiony” a więc "najlepszy", każdy musi być wykonany starannie i wiązany na mokro, więc pijcie podczas wędkowania wodę, żeby nie zabrakło wam śliny przy zaciąganiu waszego „supersupełka” a skład chemiczny spożytego płynu inny niż H2O nie spowodował osłabienia waszej linki.

×