Skocz do zawartości

    • Jotes
      Każdy z nas, kupując spławik za 30, czy nawet 60 zł + koszty wysyłki, ma prawo oczekiwać, że zakupiony towar jest najwyższej jakości i spełni nasze oczekiwania. Niestety, teoria i logika sobie, a praktyka sobie. Tak niestety nie jest i należy nad tym ubolewać, że jesteśmy "dymani" za własne pieniądze i zwodzeni reklamami i niemal bajkowymi opisami produktów. Pozostaje nam więc tylko ślepa wiara, że renomowana przecież firma, nie wciśnie nam bubla. A jak to wygląda podczas użytkowania, zgodnego z przeznaczeniem?
      Ponieważ czuję się zawiedziony jakością zakupionych spławików, w tym tekście "biorę na warsztat" pięciu producentów, których produkty posiadam i jestem już po wnikliwych testach i obserwacjach. I jakkolwiek zabrzmi poniższy tekst, będę miły i wyrozumiały, wyliczę wady, a gdzie się da, przedstawię własne pomysły na ewentualne rozwiązanie problemów. A będą to slidery: Traper, Rive, Gut-Mix, Dino i Cralusso.
       
      I - Traper G13
       

       
      W sklepie internetowym, cena tego spławika wynosi 25 zł, w moim mieście należy za niego zapłacić ca 30 zł.
       
      W opisie na stronie sklepu internetowego, możemy przeczytać same pochwały. A jaka jest rzeczywistość nad wodą?
       
      Kupiłem z tej serii slider 4+10 g i na szczęście tylko ten jeden model. Ale nie byłbym sobą, gdybym kupił tylko jedną sztukę. W sumie kupiłem trzy jednakowe. Na szczęście, bo nie miałbym już dowodu do sfotografowania i opisania w tym tekście.
       

       
      Opisując wady tego spławika, należy wymienić ich aż tyle:
       
      1. Podana gramatura ma się nijak do rzeczywistości. Podczas wyważania, okazuje się, że jeden jest niedoszacowany o ok 2 g, a drugi o ponad 2 g. Mowa o dwóch jednakowych przecież spławikach! W opisie powinno być więc 4+12g, co byłoby najbliższe prawdy!
       
      2. Wypadające w trakcie użytkowania dociążenie własne. Podczas połowu z łodzi - z Bogiem sprawa - postawiłem bojkę w nęconym miejscu, podniosłem obie kotwice i popłynąłem po spławik, gdy samo dociążenie zostało na żyłce. Mogłem sobie więc pozwolić na solidne wklejenie. Podczas połowu z brzegu, strata!
       

       
      3. Wypadające gniazdo na antenki. Wkleiłem!
       
      4. Pękające gniazdo antenki na delikatne brania, na węglowym pręciku, powodujące utratę tej antenki. Gniazdo antenki tubowej, rozpycha tę antenkę, a pęknięta również spada i ginie.
       

       
      Na powyższej fotce, wklejona na stałe antenka tubowa.
       
      A tak wygląda teraz całość:
       

       
      No dobrze, ale co powoduje pękanie tego gniazda i czy można temu jakoś zaradzić na przyszłość?
       

       
      Na fotografii przedstawiam oryginalną antenkę na pręciku węglowym Traper i antenkę konkurencyjnej firmy Cralusso. Przyczyn pękania gniazda upatrywałbym w pozycjach 1 i 3, na powyższej fotografii::
       
      1. Grubość pręcika to 1,2 mm, jego długość to 116 mm (wraz z nasadką). Jak widać jest to pokaźnej długości i sztywności dźwignia, która spada na wodę z różnych wysokości i pod różnymi kątami. Siłą rzeczy, przeciążenia działające na cienki plastik, muszą to gniazdo zniszczyć.
      2. Pręcik Cralusso o grubości 1 mm i długości 81 mm (wraz z nasadką). Ta dźwignia z racji swej długości i grubości oraz większej elastyczności (mimo wszystko), nie powoduje aż takich przeciążeń, jak oryginalna. Uważam więc, że taka grubość pręcika i taka jego długość byłaby idealna.
      3. Na końcówce oryginalnej antenki Traper, znajduje się przegrubienie na 2 mm. Moim zdaniem, zamiast niego, producent mógł dołożyć "ciała" do grubości ścianek gniazda. To z kolei wzmocniłoby jego wytrzymałość. Jeszcze inna możliwość i tutaj będę się posiłkował pomysłem z wagglerów Dino. W ten oryginalny otwór 2 mm włożyć odpowiedni kawałek rurki/wężyka silikonowego lub igelitowego, który wzmocniłby gniazdo, a jednocześnie amortyzował uderzenia o wodę.
      4. Na zdjęciu pod tym numerem, zaznaczyłem niewymienną antenkę, co też uważam za błąd i ograniczanie innych możliwości, takich, jak na poniższym zdjęciu:
       

       
      Prawda, że imponująca ilość rozwiązań, w zależności od nasłonecznienia, itp?
       
      5. Słaba konstrukcja korpusu i moim zdaniem zbyt krótki i zbyt gruby element wklejany w korpus. Gdyby to rozwiązanie było podobne, jak w przypadku sliderów Dino, było by solidne i trwałe. Cieńszy i dłuższy fragment dociążenia wklejany w korpus, pozwoliłby na pozostawienie więcej "ciała" korpusu, z delikatnej i kruchej balsy.
       
      Na tej fotce przedstawiam pozostałość po zapasowym sliderze Traper 4+10 g:
       

       
      Po obejrzeniu pozostałości po sliderze, postanowiłem już po niego nie popłynąć. Miałem go już serdecznie dosyć.
       
      Czy powinienem do zalet tego produktu zaliczyć trwałość lakieru? NIE, bo nikt mi łachy nie robi, że za moje pieniądze towar będzie chociaż w tym jednym miejscu, zgodny z opisem i przeznaczeniem!
       
      II - Slidery Rive
       
      Te spławiki urzekły mnie dokładnością wykonania, graniczącą niemal z perfekcją. Idealnie zachowana oś symetrii. Pokręcając końcówką antenki i trzymając za koniec dociążenia wstępnego, żadnych bić i odchyłek od osi symetrii. Ale na tym koniec, bo przecież nie do tego celu ma służyć, by obracać go w palcach...
       

       
      Wady:
       
      1. Do najważniejszej i dyskwalifikującej te slidery, zaliczam fatalnej jakości lakier. Już po kilku pierwszych wędkowaniach, lakier najpierw spęczniał, porobiły się pęcherze, a następnie odprysł. Oprócz tego, na całej powierzchni korpusu powstały liczne pęknięcia lakieru.
       
      Nowe, wyglądały tak:
       

       
      Po kilu wędkowaniach, tak:
       

       
      Teraz, po moim lakierowaniu, tak:
       

       
      Niestety, płacąc za wyroby nawet tak renomowanej firmy, nie mamy żadnej pewności, czy wydane 49 zł,
       

       
      czy 59 zł
       

       
      + koszt wysyłki, to nie jest wyrzucenie pieniędzy w błoto. W moim przypadku tak właśnie się stało, zaufałem firmie, a kupiłem buble...z najwyższej półki cenowej.
       
      Te reakcje lakieru, nie są też spowodowane złym przechowywaniem spławików, gdyż te przechowuję w wentylowanej tubie:
       

       
      2. Do kolejnej wady zaliczam, mały wybór antenek (w zestawie tylko 2 szt) i zbyt grubą końcówkę pręcika węglowego, co bez odpowiedniej obróbki, uniemożliwia wykorzystanie antenek innych producentów (np Cralusso). Po odpowiednim obrobieniu tej końcówki, stworzyłem teraz nieograniczone możliwości, w zastosowaniu różnych innych antenek. Na zwykłej osełce z piaskowca, dociskając równo palcem ok 1 cm końcówki i pokręcając, zmniejszyłem średnicę na tyle, że pasują teraz wszystkie antenki Cralusso, ale i te oryginalne też. Obrabiając pilnowałem, by tylko i wyłącznie 8 do 10 mm zeszlifować i by było okrąglutkie, nie stożek.
       
      3. W przypadku sliderów z wykorzystaną do budowy stosiną pawiego pióra (za 49 zł), do poważnych wad zaliczam:
       
      a. wypadające gniazdo antenek
      b. pękające gniazdo do antenek na pręciku węglowym
      c. to "nieszczęsne" gniazdo do antenek, ma jeszcze jedną bardzo poważną wadę, a dotyczy ona wszystkich producentów - bez wyjątków. Opiszę ją jednak pod zdjęciem Dino, gdyż ono najlepiej ukazuje istotę tej wady konstrukcyjnej.
       
      Czy za tak wysoką cenę za 1 szt, mam prawo czuć się oszukany i nabity w butelkę? TAK i tak właśnie się czuję! Produkty tej firmy - dla mnie! - nie posiadają już żadnych zalet. Za taką kasę, to te spławiki powinny mi robić takie rzeczy, o których nawet nie napiszę (nieletni mogą czytać). A przecież nie będę specjalnie kupował polskiego lakieru bezbarwnego, do francuskich bubli. No chyba, że to producent dokłada do zakupu i lakier i miłą młodą dziewczynę (Francuzkę, francuskiego pochodzenia) do (z)malowania korpusu...
       
      III - Slidery Gut-Mix
       
      Posiadam te trzy sztuki - 3+8, 3+10 i 3+12 g:
       

       
      Cóż, nie mam dobrego zdania o nich.
       
      Do wad zaliczam:
       
      1. Gigantyczną wadę konstrukcyjną, jaką jest "uciekanie" po żyłce w trakcie lotu zestawu. Spławik nie trzyma się przy ciężarku. Złe wyważenie, niestabilny lot i koziołkowanie uznaję, jako główną przyczynę odstawienia ich do lamusa.
       
      Przyczyną niestabilności w locie mogą być - moim skromnym zdaniem - dwie wady: zbyt krótka antena z pawiego pióra, albo złe dociążenie własne i przesunięty środek ciężkości. Albo i jedno i drugie?...
       
      2. Katastrofalne nieporozumienie z rozwiązaniem mocowania antenek.
       

       
      Na fotce wg numeracji:
       
      1. Gniazdo anteny tubowej ϕ 5 mm - przy zakupie brak ich w komplecie.
      2. Gniazdo antenki wewnętrznej ϕ 3 mm - przy zakupie tylko jedna antenka.
      I? Żadnych innych kombinacji np z antenkami na pręciku węglowym
       
      Jak dla mnie, zbyt mało kombinacji z antenkami i żadnych innych możliwości od producenta.
       
      Gdyby jednak "zapożyczyć" pomysł od Trapera i wkleić dwustopniowe gniazdo, a jeszcze od czoła przewidzieć dodatkowe rozwiązanie, to już bym może nie marudził.
       
      Takie:
       

       
      No cóż! Widziały gały, co brały? No widziały, widziały! Ale, gdybym wiedział przed zakupem, że tak będą się zachowywały w locie, to bym nie kupił. Poza tym, ta "głupia" antenka na pręciku, mogłaby (ale nie musiała!) ustabilizować je w locie.
       
      Te spławiki, po kilku próbach, idą w zapomnienie...
       
      IV - Slidery (i wagglery) Dino
       
      Spławiki tej firmy, kupiłem sobie na "prezent" gwiazdkowy. Wybrałem slidery 10-12 i 14 g, oraz kilka wagglerów.
       

       
      Poniższa fotka przedstawia wady dotyczące mocowania antenek, zarówno na pręciku węglowym, jak i tubowych:
       

       
      Opisując wg numeracji na zdjęciu:
       
      1. Antenka tubowa, wciskana na gniazdo zewnętrzne nr 4 i 5. To rozwiązanie uważam za porażkę konstrukcyjną związaną z nieznajomością podstawowych praw fizyki. Czemu?
       
      Odpowiedź na poniższej fotce:
       

       
      Gniazdo na tę antenkę jest stożkowe, więc z oczywistych względów musi rozpychać i rozsadzać, delikatną przecież, antenkę tubową. Ten feler przyczynia się do licznych strat tych antenek. Z widocznych na zdjęciu, pozostały mi jedynie niedobitki.
       
      Uwaga! W tym miejscu opiszę problem dotyczący wszystkich spławików wyposażonych w antenę z pawiego pióra, każdego producenta.
      W przypadku zastosowania stosiny pawiego pióra, jako anteny głównej, to gniazdo powinno być montowane tak, by antena wchodziła w środek plastikowej nasadki, nawet na 6 do 10 mm głęboko. Innym rozwiązaniem, byłoby wydłużenie elementu gniazda, powyżej stosiny tak, by było za co przytrzymać.Tylko w ten sposób można uniknąć zgniecenia stosiny w palcach, gdy wciskamy lub wyciągamy ciasno wchodzącą antenkę, zwłaszcza tę na pręciku. A ponieważ jest tak, jak jest, zaliczam to jako kolejną wadę konstrukcyjną, gdyż wszystkie te stosiny ulegają zgnieceniu, podczas wymienionej czynności. Można też spojrzeć na dołączone zdjęcia. Czy jest za co przytrzymać palcami, podczas montażu i demontażu antenki? NIE! Jest tylko delikatna stosina. Zbyt delikatna do moich spracowanych silnych "paluchów"...
       
      Widoczny na zdjęciu slider z antenką tubową (10 g), ma już na stałe wklejoną antenkę tubową. Przyczyną było zastosowanie przeze mnie antenki na pręciku węglowym Cralusso, ciut ciaśniej wchodzący w gniazdo. W efekcie, podczas zmiany antenki, pręcik się ułamał w środku gniazda, i tam pozostał, gdyż nie miałem za co przytrzymać podczas próby wymiany. To zmusiło mnie do wklejenia tej antenki.
       
      2. Antenka na delikatne brania, na węglowym pręciku do sliderów widocznych na ogólnej fotografii. Niedoskonałość polega na tym, że pręcik jest zbyt małej średnicy, w stosunku do gniazda i ciągle wypadają z niego te antenki. W komplecie nie ma antenek na odpowiednio ciasno osadzanym pręciku. Nie pasują też nieco grubsze antenki od wagglerów. Te są z kolei zbyt grube. Ten feler również skutkuje licznymi stratami antenek.
       
      3. W zaznaczonym polu, widoczna jest końcówka antenki na pręciku węglowym, do wagglera Dino. Pomimo fabrycznego (?) nałożenia na pręcik silikonowej tulejki, antenka zbyt luźno wchodzi w gniazdo, co także powoduje straty antenek. Z kolei w gnieździe (nr 5) osadzona jest druga silikonowa lub plastikowa tulejka (zielona), która ma zapobiegać pękaniu tego gniazda. Pomysł niemal genialny, gdyby nie felerne pręciki i silikon na nim. Mimo wszystko, luźno to wchodzi.
       
      4 i 5. Uwidocznione gniazda antenek. I o ile w zamyśle rozwiązanie niemal doskonałe, gdyż otwory w gniazdach są głębokie, niektóre wyłożone silikonem i te nie pękają, o tyle średnica samych pręcików węglowych, źle dobrana.
      To rozwiązanie przekonuje mnie, iż producenci - w większości zawodnicy wyczynowi, praktycy - doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ten delikatny, plastikowy element pęka od uderzeń o wodę i powoduje straty nie tylko antenek przecież, ale i pieniędzy na nie i czasu. Pęknięte wzdłuż gniazdo, czyni cały spławik ułomnym (delikatnie nazywając). Ale może właśnie o to chodzi? Może ci praktycy na inne spławiki łowią, a inne sprzedają? Może ich spławiki nie posiadają tych wad? Na rynek trafia tylko tandetna masówka?
       
      Kolejnym, poważnym błędem konstrukcyjnym, jest dociążenie wstępne, a dokładniej, zbyt duża średnica jego końcówki. Ten feler uniemożliwia dobranie właściwego łącznika silikonowego z krętlikiem, do montażu na żyłce.
       

       
      By odpowiednio dopasować końcówkę, do tulejek silikonowych Drennan, musiałem obrobić ją na ostrzałce stołowej (szlifierce), a potem ręcznie, papierem ściernym 400. I o ile nie było problemu w przypadku slidera 10 g, o tyle 12 i 14 g należało dopasować. Na zdjęciu numerami 1 i 2 oznaczyłem miejsca szlifowania. Dopiero na tak oszlifowaną i wygładzoną końcówkę, można naciągnąć silikon.
      Jeśli ktoś uważa, że zmieniłem w ten sposób wyważenie spławika? Coś popsułem? Zaręczam, że nie. Bo przecież o ile zeszlifowałem ten fragment, o 0,10-0,15 g? W każdym razie, po tym "zabiegu" wciąż pięknie i prościutko lecą do celu. I o to w końcu chodzi!
       
      Pomimo wymienionych licznych wad konstrukcyjnych, tych spławików jednak nie przekreślam całkowicie i wciąż jestem gotów dać im szansę. Czemu? Bo są idealnie wyważone, w locie zachowują się bardzo stabilnie, co przyczynia się do dużej celności rzutów. Bo do lakieru nie mam prawa mieć zastrzeżeń. Jest OK!
      Poza tym, jeden z tych sliderów zapisał się już pewną ciekawostką w mojej historii. Okazał się bardzo prowokujący dla... sandaczy. Na jednym z moich wędkowań, kiedy zająłem się złowionym leszczem, wyjęty z pyska ryby haczyk wyrzuciłem za burtę łodzi i cały zestaw, tak sobie bujał się na fali. Spławik został zaatakowany przez niemałego sandacza i przegryziony - Opis tutaj.
       

       
      Na tym zdjęciu widać też długość elementu dociążenia własnego, wklejanego głęboko w korpus (podpowiedź dla Trapera).
       
      I widoczne na nim dowody ugryzienia sandaczowego, o rozstawie zębów 28 mm:
       

       
      Spławik już jest sklejony i polakierowany, gotowy do dalszej "posługi".
       
      V - Cralusso Pro Slider
       
      Zakupiłem te najbardziej potrzebne na moim ulubionym łowisku - 10 - 12 i 14 g:
       

       
      Kolejne, niemal doskonałe spławiki, gdyby nie ich istotny i właściwie jedyny feler.
       

       
      Na zdjęciu zaznaczyłem, właściwie jedyny błąd konstrukcyjny tych sliderów. Jest to niczym nieuszczelnione ruchome połączenie, anteny głównej z korpusem. Gdyby ta antena wciskana była we wklejoną/wciśniętą/włożoną (?) w korpus silikonową tulejkę, rurkę, to nie miałoby miejsca wciekanie tam wody i gromadzenie się jej wewnątrz anteny, a co za tym idzie, również nasiąkania korpusu. Taki dodatkowy element silikonowy, byłby wzajemnym uszczelnieniem i dla anteny i dla korpusu. Ta wada powoduje, że w miarę wędkowania, z czasem zaczyna brakować regulacji wyporności na antenie i należy zdjąć śrucinę.
       
      Obecnie będę próbował uszczelnić je taśmą teflonową - 1 zwój. Jeśli jednak to nie pomoże, to zastosuję bardziej radykalne rozwiązanie - klej.
       
      Kończąc powtórzę - Widziały gały, co brały? Widziały! I cóż z tego? Nie mogłem przewidzieć aż tylu mankamentów, wad, usterek, niedoróbek (?), nie da się tak "na oko" i na odległość. Przeglądam ofertę, akceptuję cenę, kupuję i wszystko ma być na najwyższym poziomie, a latać ma jak "strzałeczka".
      A może po prostu nie potrafię się posługiwać tymi spławikami? Hmm! Wszystko można mi przypisać, ale skoro tak, to co z felerami nie związanymi z ich lotem? Lakier, pękające gniazda, rozsadzane antenki tubowe, zgniatanie stosiny, wypadanie obciążenia własnego, etc, etc? A podobnych pretensji jest mnóstwo w necie. I nie da się z tym nic zrobić?
      No tak, ale jak czytam na innych forach, to "każdy orze, jak może". Kupują spławiki, kupują od razu porządny lakier i sami sobie radzą. OK, jeśli chcą mieć dobrze zrobione, nie ma sprawy. Ale po takich producentach powinno się non stop jeździć w necie, na forach i pod ich ofertami sklepowymi, jak po łysej kobyle. Może to by ich nauczyło choć odrobinę uczciwości, bo jeśli chodzi tylko o sam lakier na spławikach, to temat jest stary, jak świat. Jeśli sami nie potrafimy się postawić i walczyć o należny szacunek, to nas tak będą dymać za naszą kasę, do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej!
       
      Podsumowując już całość, zastanawiam się, gdzie leżą granice zwykłej, ludzkiej przyzwoitości? Co skłania firmy do wypuszczania na rynek takich niedoróbek? Tylko popyt? A co z renomą tych firm? Co z kontrolą jakości? Czy my mamy do każdej zakupionej rzeczy dokupować całą masę akcesoriów, do ewentualnych napraw, sprzedawanych nam bubli?
       
      Coś tu jest bardzo "nie halo"! Jestem wściekły, bo w opisanych spławikach ulokowałem niemałą kasę. Lubię mieć ładne i markowe rzeczy, ale nie lubię być oszukiwany. Chyba nikt tego nie lubi... Dlatego postanowiłem opisać swoje doświadczenia z tymi spławikami i tymi konkretnymi producentami. Pod rozwagę i ku przestrodze! Bowiem - "nie wszystko złoto, co się świeci". Nie zadowala mnie stwierdzenie "niemal doskonałe spławiki". Za tę cenę, mam prawo wymagać pełnej doskonałości i perfekcji wykonania. Nie pochwalam brakoróbstwa!
      Nie wiem, czy jeszcze ktoś ma podobne do moich doświadczenia z tymi produktami, ale po to jest net, by dzielić się doświadczeniami. I tak niniejszym czynię. Na postawione w tytule pytanie, każdy musi sobie odpowiedzieć samodzielnie, jak i ja uczyniłem i wiem, czego już unikać. Za to teraz, pozostaję z pytaniem, co w takim razie kupować i komu zaufać?...
      Tylko proszę, niech nikt nie napisze, żeby kupować tanie wyroby, by uniknąć kosztownych rozczarowań, bo to nie jest recepta na pozbycie się markowych bubli z rynku!
       
      Są jeszcze inni producenci. Ich wyrobom się przyjrzę...
       
      Klucz widoczny na zdjęciach, jest przypadkowy. To nie jest klucz do rozwiązania problemu, choć "szczęśliwym posiadaczom" jakieś pomysły i lepsze rozwiązania, podsuwam. Niech więc to będzie klucz, do wędkarskich sukcesów. I tego wszystkim życzę!

    • wind
      Kilka dni temu trafiła w moje ręce nowość na polskim rynku, echosonda Ibobber. Czym jest echo i do czego służy chyba nie trzeba żadnemu wędkarzowi tłumaczyć, każdy miał styczność z takim urządzeniem i wie, jak działa. Ibobber łączy w sobie zalety echosondy i urządzenia mobilnego o niewielkich rozmiarach i prostej obsłudze. Wystarczy włożyć w kieszeń kolorową kulę oraz smartfona z zainstalowana aplikacją i można iść na ryby. Oczywiście warto zabrać ze sobą wędki.

       
       

       
      W pudełku znajdziemy urządzenie, ładowarkę z wyjściem USB, gustowną sakiewkę oraz kolorową instrukcję obsługi. Drugi elementem zestawu, w który musimy się zaopatrzyć we własnym zakresie, jest smartfon lub tablet z funkcją Bluetooth i systemem operacyjnym Android lub iOS. Aplikację dla Androida znajdziecie na Google Play a dla iOS na iTunes. Urządzenie uruchamia się automatycznie przy kontakcie z wodą.
       

      Dane techniczne:
      Średnica urządzenia – 59mm
      Waga – 47g
      Sonar – pojedyncza wiązka, kąt 90st., zasięg głębokości do 40m, lokalizacja ryb na wyświetlaczu z zaznaczeniem głębokości.
      Bluetooth – wersja Smart v4.0, zasięg działania do 30m
      Bateria – 3,7V , czas działania do 10 godz
      Jednostki miary – metryczna/anglosaska
      Ponadto aplikacja wyposażona jest w dodatkowe funkcje:
      Kalendarz, pogodynka, temperatura wody, stan baterii.
       
      Użytkowanie urządzenia jest proste, do umieszczenia go w wybranym miejscu używamy wędziska, echo mocujemy za pomocą prostego węzła spinningowego lub z użyciem agrafki. W korpusie mamy dwa uszka do mocowania, jedno z boku do łączenia z zestawem do zarzucania, drugie vis a vis, ale trochę niżej, co ma umożliwić korzystanie z sondy jako spławika. Sam bardziej widziałbym to jako miejsce mocowania obciążenia do kotwiczenia w wybranym miejscu, jeśli miałoby by to pełnić funkcję wskaźnika brań bliżej byłoby do kuli wodnej.
       

       
      Echosondy możemy używać w dwojaki sposób, klasycznie do czytania dna i lokalizacji ryb w wybranym miejscu lub do mapowania dna na wybranym odcinku. Wszystko zależy od wyboru opcji w aplikacji. Ale o tym wszystkim w kolejnym tekście, już znad wody.
      Szczerze przyznam, że będzie to mój pierwszy kontakt z echosondą w praktycznym wędkowaniu i jestem bardzo ciekawy jak to wpłynie na sam komfort łowienia i wyniki. Należę do tego pokolenia, które radziło sobie bez elektroniki w wędkarstwie, a dyscypliny wędkarskie, którym się oddaję nie wymagają takiego wyposażenia dodatkowego. Ale pewnie mogą pomóc, szczególnie na nowych, nieznanych łowiskach.
      Echosonda z telefonem połączone, baterie naładowane, czas wybrać się nad wodę . Wrzesień będzie czasem testów nad różnymi łowiskami, na pewno podzielę się z Wami swoimi odczuciami.

    • wind
      Po ubiegłorocznym debiucie w memoriale im. Romana Banaszkiewicza postanowiliśmy w tym roku ponownie pojawić się na tej imprezie pod egidą ForumWedkarskie.pl Silna Ekipa w składzie Jonasz, Marcin i Wasz ulubiony  admin, czyli wind. Czwarty zawodnik, Zbyszek – ZYBI68 niestety nie dotarł na start. Wszyscy mieliśmy nadzieję na dobry występ i wysokie lokaty, tym bardziej że wielu wędkarzy z czołówki pomorskiego spławika wybrało tego dnia inne zawody. Niestety, tak jak w ubiegłym roku miałem mnóstwo szczęścia w tym nie dopisało. Ale po kolei …
      W niedzielę 21 sierpnia spotkaliśmy się przed 7.00 nad kanałem Śledziowym w zacnym gronie 35 wędkarek i wędkarzy z Trójmiasta. Pojawili się również koledzy z dalszych stron, nawet z jednego z kół z Ostródy. Sprawnie przebiegła odprawa i losowanie stanowisk i szybko ruszyliśmy na swoje stanowiska. Tym razem wylosowałem miejscówkę w środku stawki, stanowisko nr 24. Jonasz miał więcej szczęścia, trafił 3 a Marcina miałem znów w niedalekim sąsiedztwie, 5-6 stanowisk ode mnie. A ja ponownie, tak jak w zeszłorocznych zawodach, trafiłem na bardzo przyjemne sąsiedztwo przemiłej pani Danusi z koła w Sopocie. I to było ostatni pozytyw mojego startu w tegorocznym memoriale.
      Zawody zaczęły się o 9.00 przy pięknej, słonecznej i bezwietrznej pogodzie.

       

      Pierwsze stanowiska mieściły się bardzo daleko, aż za drzewami widocznymi w tle. To właśnie gdzieś tam walczył Jonasz.
      Nęciłem mieszanką Traper Gold Series z ziemią bełchatowska i połową gazety jokersa.
      Na początek wrzuciłem 12 kul wielkości kubańskiej pomarańczy. Później donęcałem kulkami wielkości mandarynki. Przygotowałem sobie dwa baty, ósemkę i piątkę oraz odległościówkę. Przez pierwszą godzinę próbowałem łowić na ósemkę, kombinując z gruntem. Następną godzinę ćwiczyłem pod brzegiem na piątkę. Wreszcie zdecydowałem się poszukać ryb pod drugim brzegiem. Niestety, zaczęło mocno wiać i trudno było trafić zestawem w ten sam rejon łowiska. Wreszcie zrezygnowałem z łowienia na dystansie i wróciłem do batów. Moi sąsiedzi łowili pojedyncze ryby, niestety i pani Danusia i ja wciąż siedzieliśmy na zero. Około godz. 12.00 i do mojej sąsiadki uśmiechnęło się szczęście, trafiła miarowego okonka. Tym sposobem w sektorze ostałem się jako jedyny zawodnik bez ryby. Ostatnie dwie godziny łowiłem na zmianę, pół godziny ósemką, pół godziny piątką.
      Właściwie to mogłem po losowaniu pojechać do domu, albo chociaż pospać w aucie i wrócić na ostatnie 15 minut. Właśnie przez ostatni kwadrans zacząłem łowić ryby, całe cztery leszczyki o łącznej masie 485g. Punktualnie o 13.00 skończyliśmy zawody i wtedy zaczęło … lać. Zdążyłem schować do auta pokrowiec z wędkami, resztę pakowałem w deszczu moknąc przy okazji dokumentnie.

      Po ważeniu udaliśmy się na pobliskie gospodarstwo gdzie czekał na nas catering.

      Po smacznym posiłku doczekaliśmy się wreszcie wyników współzawodnictwa. Urobek był różny, od ponad 3 kg do zera. Aby wygrać sektor trzeba było ułowić dobrze ponad 2kg.



      Całą imprezę prowadzili pani Barbara oraz pan Bogdan. Nad prawidłowym obliczaniem wyników czuwał kolega Patryk.
      Nasza reprezentacja w zdecydowanej większości stanęła na wysokości zadania. Jonasz zrobił drugi wynik w sektorze waga 2570g i czwarty w końcowej klasyfikacji,
      Marcin również był drugi w swoim sektorze z wynikiem 1695g i szóstym w generalce,

      a mi przypadło w udziale jakże chwalebne ósme miejsce w sektorze i trzecia dziesiątka w całej stawce.
      Marcin przytulił również nagrodę za największą rybę zawodów, leszcze 1080g.

      Jonasz z Marcin godnie zaprezentowali barwy naszego Forum na tej imprezie, mój wynik można by podsumować w kilku żołnierskich słowach, których tu nie przytoczę. Mimo wszystko już umówiłem się z panią Danusią na „za rok” …

       

      Dzięki chłopaki za udział.

    • wind
      Jedną z form reklamy dla firm z branży wędkarskiej jest sponsorowanie lub organizacja imprez sportowych. Tym razem do współzawodnictwa zaprosił właściciel producenta zanęt, przynęt i dodatków wędkarskich, firmy Aqua Star z Kaszub. Zawody miały formę drużynowych zmagań w dwóch technikach, spławikowej i gruntowej. I tak spotkaliśmy się 17 lipca nad jeziorem Lubańskim w Nowej Karczmie w bardzo licznym gronie 28 drużyn dwuosobowych. Były to już drugie zawody gdzie pojawiła się Ekipa ForumWedkarskie.pl . I wierzę, ze nie ostatnie.
      Z naszej małej forumowej społeczności wystartowało nas trzech, Marcin w parze ze swoim kolegą Wiktorem oraz Jonasz w duecie z Waszym ulubionym administratorem .

      Już losowanie stanowisk okazało się dla nas szczęśliwe, my trafiliśmy nr 14 a Marcin z Wiktorem nr 15. Po przygotowaniach zaczęliśmy łowić o 9.15. Czekało nas 8 długich godzin i o ile grunciarze siedzieli często na wygodnych fotelach to spławikowcy musieli wysiedzieć całą turę na swoich podestach.
      Jonasz myśli, jak podejść ryby

      W końcu wziął się do garów.



      Jako pierwsze pod tyczkami pokazały się okonki – palczaki, od czasu do czasu drobna płotka. Jonasz szybko zareagował i zaczął łowić odległościówką. Z dystansu dłubał systematycznie płotki i drobne leszczyki. Marcin konsekwentnie walczył tyczką z rojami mikro okonków. Ja na swoje pierwsze branie czekałem ponad dwie godziny, w końcu bombka rozpoczęła swoją wędrówkę ku górze, zacinam … siedzi!!! Czuć na kiju fajną rybkę. Faktycznie, wyholowałem całkiem przyzwoitego leszczyka. Na drugiego musiałem czekać kolejne dwie godziny, bardzo podobnej postury pojawił się w podbieraku około 13.30. Niestety, więcej ryb moja siatka nie zobaczyła. Zakończyłem zmagania dwiema rybami o wadze 1,54kg. Jonasz wydłubał nieco więcej, bo około 2,6kg. Za to Wiktor tego dnia miał Dzień Dziecka.

      Wyholował w sumie 9 czy 10 leszczy o masie całkowitej 9,94kg. Marcin dorzucił swoją biżuterię co dało w sumie jedyny tego dnia wynik powyżej 10kg. Po zakończeniu zmagań, zważeniu ryb i posprzątaniu stanowisk ze sprzętu i śmieci ruszyliśmy na pobliski parking na poczęstunek i ogłoszenie wyników. Przygotowany catering zaskoczył miło wszystkich uczestników, każdy dostał słuszna porcję pieczonego dzika, bigosu i pieczywa. Najedzeni czekaliśmy na oficjalne wyniki, oczywiście zwycięzca był znany ale każdego ciekawiło własne miejsce w stawce. Szczerze mówiąc głośno mówiłem Jonaszowi o górnej połówce stawki ale po cichu liczyłem na pierwszą dziesiątkę. Ku mojemu szczęściu okazało się, że nasze niezbyt oszołamiające wyniki dały nam ósme miejsce w klasyfikacji generalnej. Biorąc po uwagę, że cała stawka to 28 drużyn, często wędkarzy wyczynowych, całkowity brak znajomości łowiska i moje mierne umiejętności w technice gruntowej, uważam, że ósemka to bardzo dobry wynik.
      Zwycięska para:

      Wszyscy nagrodzeni:

      Byłbym oczywiście niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał o osobistych sukcesach Marcina partnera z drużyny, czyli Wiktora. Nie dość, że bardzo sympatyczny gość to jeszcze skuteczny wędkarz. Poza wspólnym z Marcinem sukcesem w klasyfikacji generalnej Wiktor otrzymał nagrodą za największą ryby, leszcza 1,9kg oraz dla najlepszego gruntowca. Chłopaki długo jeszcze po zakończeniu całej imprezy ładowali nagrody do swoich aut.

      Jeszcze kilka słów wyjaśnień, cóż to za Ekipa i na co to komu. Otóż pomysł na forumowy „team” wykluł się w mojej głowie w połowie listopada ubiegłego roku gdy prowadziłem z kolegami konsultacje na temat Pucharu Forum w 2016 roku. Całym zamysłem było stworzenie grupy 4-6 wędkarzy z naszych stron, którzy chcieli by wystartować od czasu do czasu w forumowej koszulce na imprezach komercyjnych, podobnych do opisywanych powyżej zawodów. Na dziś aktywnie łowi nas trzech, Jonasz, Marcin – maron07 i moja skromna osoba. Mam nadzieję, że wkrótce będzie nas więcej. Podziękowania dla Pawła za przygotowanie koszulek dla Ekipy.

      Szczególne podziękowania oczywiście dla Marcina i Jonasza za udział w zawodach i godne reprezentowanie naszej społeczności. Byłbym niezmiernie szczęśliwy, gdyby udało się nam „adoptować” Wiktora do naszego grona. Wierzę, że niedługo będę mógł znów zająć Wam parę chwil relacją z jakiejś ciekawej imprezy, chwaląc się przy okazji kolejnymi sukcesami Ekipy ForumWedkarskie.pl.
       
      I jeszcze parę widoczków znad wody:



    • wind

      Frangielka

      Przez wind, w Metody i techniki połowu,

      Wędkarz powinien być człowiekiem myślącym i dążącym do doskonalenia własnych umiejętności. Powinien też umieć dostosować się do każdych warunków na łowisku, tak aby łowić skutecznie i, co chyba najważniejsze, z przyjemnością. Wszyscy wiemy jak ważnymi aspektami wpływającymi na komfort wędkowania są warunki atmosferyczne. Jednym z kluczowych jest wiatr.
      Łowiąc na grunt czy metodą angielską nie jest to tak uciążliwe jak przy łowieniu pełnym zestawem. Dość duży opór stawia sam blank długiego wędziska a do tego podmuchy potrafią szarpać i przesuwać zestaw. Europejscy mistrzowie bata, czyli francuzi, wymyślili lekarstwo i na to. Połączyli elementy pełnego zestawu i angielskiej metody odległościowej, z czego wyniknął mieszaniec zwany frangielką. Klasyczny zestaw do bata uzbrojono spławik typu waggler co spowodowało, że najbardziej narażony na wietrzne ekscesy odcinek żyłki między spławikiem a szczytówką bardzo łatwo zatopić i utrzymać pod powierzchnią wody.
      Zwykle mam jeden taki zestaw w szufladzie kosza zbudowany pod bata 7m, który jest dla mnie podstawowym wędziskiem. Jako żyłkę główna używam miękkiej i tonącej 0,14. Spławki raczej delikatne, np. 3+1g, czyli 3 g wstępnego dociążenia w korpusie i dodatkowe 1g na żyłce.
       

       

      Spławik po wygruntowaniu blokuję na stałe dwoma stoperami gumowymi lub specjalnym łącznikiem również zapożyczonym z metody angielskiej. Jednak stopery świetnie spełniają swoja rolę i nie widzę konieczności inwestowania dodatkowej kasy.


       

       
      Nieco nad przyponem umieszczam resztę potrzebnego obciążenia w postaci 3-4 śrucin. Do tego na przyponie wieszam jeszcze 0,09g jako sygnalizacyjną.
      Zestaw zarzuca się „spod siebie”, aby uniknąć niepotrzebnego ryzyka uszkodzenia blanku przez obciążenie skupione na korpusie spławika. Sam zestaw jest na tyle ciężki, że mimo wiatru można daleko i dokładnie zarzucić a taka technika rzutu również chroni od przeciążeń powodowanych przez wiatr. Po zarzuceniu zanurzam szczytówkę na jakieś 20-30cm i szybki ruchem cofam wędzisko jednocześnie zatapiając żyłkę. Sam zestaw oczywiście będzie się poruszał przy wietrznej pogodzie ale nie będzie to tak szybki spływ jak w przypadku gdy żyłka poruszana jest falami i wiatrem na powierzchni wody.
      Sam pomysł znalazłem kilka lat temu w jednym z numerów Wiadomości Wędkarskich i początkowo potraktowałem jako rodzaj ciekawostki, która owszem, jest interesująca, ale dla mnie nie przydatna. Ponieważ 95% mojego wędkowania to bat, w końcu dopadł mnie problem silnego bocznego wiatru. Często po prostu rezygnowałem z wybranej miejscówki i szukałem innej, bardziej osłoniętej. Wreszcie zaświtało mi, że kiedyś ktoś ten problem już rozwiązał i gdzieś o tym czytałem. Recepta okazała się prosta i skuteczna. Dziś można znaleźć o frangielce sporo w Internecie łącznie z filmami instruktażowymi gdzie jak na dłoni widać wszystko krok po kroku, budowę zestawu i technikę wędkowania.
      Zachęcam wszystkich do szukania własnych rozwiązań problemów, z którymi przychodzi nam się zmierzyć na łowiskach. Nie warto odpuszczać kiedy czasem rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki i to prostsze niż się może wydawać.
       


    • wind
      Dziś o metodzie, która jest stara jak wędkarstwo ale bardzo kontrowersyjna. Przez pewien czas była u nas zabroniona, potem wróciła do łask. Ostatnio nawet usankcjonowano w regulaminie APR użytkowanie podstawowego narzędzia do pozyskiwania przynęty, czyli podrywki. Pewnie już wiadomo, ze chodzi o tzw. „ żywca” . Metoda niezwykle skuteczna w połowie większości gatunków ryb drapieżnych ale przez część wędkarskiej braci uznana za „gorszą” , kojarzona z tzw. „gumo filcami”, cokolwiek miałoby to oznaczać, potępianą głównie przez jej domniemaną niehumanitarność. Cóż, każdy ma prawo do własnej oceny i moim zdaniem w zupełność wystarczy, że wyraża swą dezaprobatę nie stosując tej metody. Mimo to uważam ją za wartą spróbowania, a odpowiednia technika i odnalezienie właściwego miejsca może spowodować niezwykle skuteczne wędkowanie. Jak wspomniałem na początku, można z powodzeniem łowić prawie każdy gatunek drapieżnika, ja próbowałem do tej pory w ten sposób łowić węgorze, okonie i oczywiście szczupaki.
      Przygotowując sprzęt na szczupaka i węgorza korzystam z tego samego wędziska i kołowrotka. Trzyczęściowe składane wędzisko długości 3,6m i c.w. do 60g. Odpowiednia długość i dość sztywna praca daje pewność skutecznego zacięcia z dużego dystansu. Kołowrotek Okuma Travertine Baitfeeder wielkość 45 z nawiniętą żyłką 0,25mm. Wolny bieg przyda się przy połowie węgorzy, stawiając żywca za szczupakiem pozostawiam kabłąk otwarty. Żyłka jak wspomniałem, średnicy 0,25mm, przeznaczona do metod gruntowych, niezbyt rozciągliwa. Plecionka do tej metody jest zbyt sztywna, ale to tylko moje zdanie.

      Wskaźnikiem brań w tej metodzie jest spławik. Stosuję wyporne, jaskrawo malowane spławiki przelotowe o wyporności 8-15g, zależnie od wielkości używanych przynęt. Obciążam zestaw jednopunktowo przelotową oliwką o masie nieco mniejszej niż wyporność spławika. Żyłką główną łączę z krętlikiem na przyponie węzłem spinningowym. Przypon długości minimum 25cm, solidna agrafka i kotwica odpowiedniej wielkości.

      Na przynętę wybieram rybki, które najczęściej łowię batem w wybranej miejscówce. Zwykle są to płotki lub krąpie. Wolę te drugie ze względu na spłaszczoną budowę ciała, taki szeroki tułów daje większe „echo” żerującemu drapieżnikowi. Idealnym żywcem jest karaś ze względu na niezwykłą żywotność. Niestety, nie zawsze udaje się „na gwizdek” złowić odpowiednią rybę na przynętę i trzeba zadowolić się tym, co mamy do dyspozycji. Żywca zapinam kotwicą za grzbiet pod płetwą grzbietową.
      Grunt ustawiam mniej więcej na 2/3 głębokości łowiska, zestaw ustawiam w miejscu, które „pachnie” szczupakiem, czyli na skraju zarośli, trzcin czy skupisk kwiatów pływających. Są to ulubione miejsca drapieżników, gdzie czekają na swoje ofiary. Jak wcześniej wspominałem po zarzuceniu zestawu i wybraniu luzu na żyłce otwieram kabłąk i pozwalam żywcowi na swobodne penetrowanie okolicy. Oczywiście trzeba pilnować, aby przynęta nie schowała się w zaroślach, zaczep i strata zestawu murowana. Kwestia zacięcia to też bardzo sporna sprawa i praktycznie każdy wędkarz ma na to własną teorię. Mówią, że trzeba dać rybie dobrze zagryźć, niektórzy dają sobie czas na papierosa i dopiero wtedy zacinają. Ja preferuję całkiem inną szkołę, która mówi, żeby po braniu dać dosłownie chwilę i po zatrzymaniu się ryby ( co świetnie widać na szpuli kołowrotka ), mocno zaciąć. W ten sposób mogę później bez problemu uwolnić rybę niewymiarową lub taką, której zechcę darować wolność.
      Gdy zapada zmrok ten sam zestaw przezbrajam w dwóch miejscach. Zmieniam spławik na taki, w którym można zamocować świetlik a kotwiczkę z wolframem lub stalką zastępuję 30cm żyłkowym przyponem z haczykiem z oczkiem. Obowiązkowym połączeniem żyłki głównej z przyponem jest duży i mocny krętlik. Żywczyka zapinam za pyszczek, konkretnie za górna wargę ewentualnie za ogonek. Tu najczęściej stosuję ukleję lub słonecznicę. Zmniejszam też nieco grunt ustawiając przynętę w pół wody. Tym razem kabłąk pozostawiam zamknięty. Zacinam od razu jak zobaczę branie, węgorz połyka łapczywie swoją ofiarę nie obracając jej w pyszczku.
      Łowienie okoni na żywca to już zupełnie inna para kaloszy i prawdę mówiąc „ćwiczę temat” bez większych sukcesów do tej pory. Sprzętowo wygląda to wiele delikatniej niż poprzednio. Wędzisko pozostaje to samo, kołowrotek wielkości 3000 z nawiniętą tonącą żyłko 0,18mm. Spławik przelotowy o wyporności 6-10g wyważony w 1/2 wartości oznaczonej na korpusie.

      Dalej jak poprzednio: krętlik, przypon z żyłki głównej długości 25cm i haczyk nr 2-4 . Na przynętę stosuję zwykle podstawowy pokarm okonia w moim jeziorku czyli słonecznicę. Ma jedną wadę ,trzeba stosunkowo często ja zmieniać. Zacinam praktycznie od razu, jednak trzeba to zrobić z wyczuciem, okoń ma dość delikatny i kruchy pyszczek, poza tym łapczywie połyka swój posiłek i czasem może by problem z odhaczeniem ryby.
      Zwykle stawiam zestaw żywcowy przy okazji połowów spławikowych. Jako dodatkowa szansa na bonusowy połów. Za to dość często widuję wędkarzy, którzy stosują „wędrującą” odmianę tej metody. Przemieszczają się wzdłuż brzegu z wędziskami i wiaderkiem z żywcami. Dają szansę drapieżnikowi przez 15-20minut na jednej miejscówce i jeśli nie ma efektów ruszają dalej. W ten sposób aktywnie penetrują duży obszar łowiska i znacznie zwiększają swoje szanse na spotkanie z zębatym zbójem.
      Zgodnie z obowiązującym regulaminem APR przynęta musi pochodzić z łowiska, w którym wędkujemy. Ma to ochronić nasze wody przed gatunkami inwazyjnymi, jak np. karaś srebrzysty oraz przed rozprzestrzenianiem się chorób, które mogą przenosić ryby z innych akwenów. Oczywistym jest też to, że przynęta musi być wymiarowa i poza okresem ochronnym, o ile takowe posiada.
      Utarło się, że drapieżniki najchętniej łowimy tuż po zakończeniu okresu ochronnego, mówi się, że po tarle najchętniej żerują i najłatwiej je złowić. Na pewno jest w tym wiele racji, ale równie dobre brania np. szczupaka można mieć np. późną jesienią. Dlatego zwykle odkładam żywcowe połowy o kilka tygodni po okresie ochronnym z dwóch podstawowych przyczyn. Po pierwsze, ryby nie mają kalendarza i jeśli mamy chłodną wiosnę to mogą być jeszcze nie wytarte. Trofea ociekające mleczem czy ikrą nie są urokliwe a troska o jakość naszych wód powinna nam podpowiadać, ze warto dać im jeszcze spokojnie dokończyć dzieła prokreacji. Druga przyczyna jest bardzo prozaiczna, ryby łowione jesienią posiadają wiele więcej walorów kulinarnych.
      Metoda połowu jak każda inna, może kontrowersyjna i „zalatująca” słusznie minionymi czasami, ale jak każda ma swój urok i przede wszystkim skuteczność

    • wind
      Tym razem wszystko się odwróciło. Pogoda była super a frekwencja zawiodła. Na starcie pojawili się jedynie Jonasz, Jarek i moja skromna osoba. Ale już trójka uczestników pozwalała na przeprowadzenie zawodów. Tym razem spotkaliśmy się nad kanałem Śledziowym w miejscu zeszłorocznych zmagań. Losowanie, przygotowania i trochę przed 8.00 zaczęliśmy.


      Początkowo ryby się nie interesowały tym, co moczyłem w wodzie na haczyku, ale nauczony doświadczeniem z poprzednich wypadów cierpliwie czekałem. Kątem oka widziałem, że Jonasz ostro walczył z uklejami a Jarek był na podobnym etapie co ja, czyli oczekiwał na jakąkolwiek reakcje ryb. W końcu silny boczny wiatr zmusił mnie do małej korekty w ustawieniach i technice, co dało efekt odławiania pojedynczych ryb. Zaczęły wychodzić całkiem fajne płotki, parę krąpików i leszczyków.


      W odróżnieniu od Jonasza uklei miałem tylko kilka ale i nie nastawiałem się na nie. Końcowe wyniki rozczarowały, mój był najsłabszy ze wszystkich tegorocznych wypadów nad ten kanał. Jonasz nieznacznie przekroczył 2 kg, ja dorzuciłem 85g do kilograma a Jarek "pochwalił" się wynikiem 160g. Na usprawiedliwienie można tylko dodać, ze był to jego raz nad tą wodą.
      Po zawodach odpaliliśmy grilla, podzielili pulę na pierwszą trójkę i rozjechali do domów.

      Już niedługo, bo 14 maja spotykamy się nad jeziorem Wycztok przy okazji trzeciej odsłony naszego pucharu, tym razem zmierzymy się w metodzie gruntowej, spławiki zostają w domu .
       
      P.S. Oczywiście, skleroza nie boli tylko człowiek się nachodzi . Zapomniałem o ... wynikach .
      Jonasz wygrał z wynikiem 2085g, ja uzbierałem 1085g a Jarek skromne 160g. Najważniejsze, że nikt nie zszedł na zero.

    • wind
      Chociaż aura nie napawała optymistycznie z werwą ruszyłem na spotkanie forumowych kolegów. Za oknem wiatr i niskie, ciemne chmury, za to w radio temat przewodni z filmu " Siedmiu wspaniałych", nie mogło się nie udać  .Na miejscu był już Jonasz, za chwilę dotarli Zbyszek i Marcin, nieco później dotarł Sebastian.
      Na miejscu był już Jonasz, za chwilę dotarli Zbyszek i Marcin, nieco później dotarł Sebastian.

      Daliśmy sobie prawie 1,5 godziny na przygotowania zanim pierwsza zanęta poszła do wody.


      Zaczęliśmy łowić o 8.00 i planowaliśmy 4 godzinną turę. Jako pierwszy ryby zaczął łowić Marcin, potem Jonasz wyholował pierwszego leszcza a my ... łapaliśmy katar . Wreszcie i ja złowiłem okonka, i dość sporadycznie ale jednak coś tam zacząłem odławiać. Tymczasem Marcin nadal dłubał okonki a Jonasz miał już a siatce trzy leszczyki.
      Po 10.00 już każdy coś tam miał w siatce, a ja nawet przestałem marznąć , a przynajmniej przestałem ten chłód odczuwać. Pierwszy odpadł Sebastian, nie dość, że zimno to i obowiązki służbowe wzywały, reszta wytrzymała do 11.30 i zaczęli się zwijać. Ja wykorzystałem 100% czasu i wytrwale dłubałem okonki do 12.00. Nawet trafiła mi się jedna płoteczka .

      Wytrwałość popłaciła i "urobek" pozwolił na zajęcie drugiego miejsca. Zwyciężył Jonasz z bardzo dużą przewagą, a za mną uplasowała się reszta towarzystwa.
      A na koniec ogrzaliśmy się przy grillu i pojedli kiełbaski.

      Jeszcze tylko miesiąc z małym okładem i znów się spotkamy na Pucharze.
      Ogromne podziękowania dla uczestników, pokazali siłę charakteru i mimo kiepskiej pogody pojawili się nad Motławą.

    • Alexspin
      Po latach hołdowania sprzętowi JAXON-a, na starość doszedłem do wniosku, że trzymanie się jednej marki nie ma racjonalnych podstaw. Zwłaszcza zróżnicowanie i specjalizacja wędzisk, wymaga teraz od wędkarza poszukiwań nie tylko odpowiedniej wędki do połowu określonych gatunków ryb, ale również takiego, którym będzie się jeśli nie komfortowo, to chociażby wygodnie wędkować. Kiedyś, gdy zaczynałem moją przygodę ze spinningiem, a było to prawie ćwierć wieku temu, wystarczało jedno wędzisko. 
      Teraz przeglądając katalogi firm i oferty sklepów, można dostać zawrotu głowy od mnogości i zróżnicowania oferty. Dla tego stwierdziłem, że trzeba też urozmaicić swój arsenał. Mimo, że w jego skład wchodzą nadal wędziska JAXON-a, urozmaiciłem go o DRAGON-a (Moderate 305 opisałem w poprzednim moim wpisie), KONGER-a a ostatnio nabyłem SHIMANO Catana DX 270cm L. Jest to seria wędzisk będąca ulepszoną kontynuacją Catany CX. Designe tradycyjne dla wędzisk Catana, dolna część blanku czerwona, przechodząca łagodnie w grafitową czerń jest bardzo przyjemna dla oka. Wędzisko jest dostarczane w dwu kieszeniowym pokrowcu z bardziej mięsistej i nieco sztywniejszej tkaniny niż to ma miejsce nawet w znacznie droższych DRAGON-ach. Podnosi to standard zabezpieczenia wędziska przed urazami mechanicznymi, ale nie łudźmy się, ten pokrowiec podobnie jak inne standardowo dostarczane z wędziskami nie daje gwarancji pełnego bezpieczeństwa, więc do transportu sprzętu dobrze jest zaopatrzyć się w profesjonalny pokrowiec. Ten dostarczany z Cataną nie jest zawiązywany tradycyjnymi troczkami, które potrafią się urwać, ale zaopatrzony w dobrze trzymające trzy rzepy o znacznej powierzchni.
      Wędzisko ma całkowitą długość 270 cm, w tym niestety bardzo długa rękojeść która od stopki do końca korka wynosi aż 57 cm, przy czym długość od stopki do środka uchwytu kołowrotka wynosi 39 cm. Nie każdemu taka długość dolnika będzie poręczna, ale dzięki temu kołowrotek o masie 300g wyważa go niemal idealnie i kilkugodzinne spinningowanie nie powoduje nadmiernego zmęczenia.
      Ciężar wyrzutu określony na 3-14 g pokrywa się z rzeczywistością, choć użycie przynęty lżejszej (1-2g) nie powoduje nadzwyczajnego skrócenia rzutów, a żyłka ani razu nie splątała się podczas czterogodzinnego machania kijkiem (nie używałem plecionki). Wędzisko ładuje się przy lekkich przynętach typu smużaki i pływające owady całkiem wystarczająco, co daje nadzieję na pasjonujące i skuteczne wiosenne wyprawy na jazie i klenie.
      Nie próbowałem rzucać przynętami przekraczającymi górną granicę CW, ale obserwacja zachowania blanku z przynętami 13-gramowymi pozwala sądzić, że przekroczenie górnej granicy nawet o 5-6 g nie powinno mieć żadnych szkodliwych skutków, oczywiście pod warunkiem zachowania płynności wymachu.
      Rękojeść jest wykonana z korka dobrej jakości i nie dostrzegłem żadnych wykruszeń lub ubytków nawet na jego krawędziach, czym nie mógł pochwalić się czterokrotnie droższy DRAGON Moderate, który jak pisałem miał drobne ubytki i pęknięcia na krawędziach. Rękojeść podzielona jest uchwytem kołowrotka sygnowanym VIBRA Spot, stabilnie mocującym kołowrotek, bez tendencji do luzowania się, choć moje zastrzeżenia budzi jego delikatność, ale dwa lata gwarancji pozwalają na spokojny sen. W górnej części uchwytu jest owalne wycięcie odsłaniające blank, a oparty na nim kciuk doskonale odbiera nawet delikatne zmiany pracy przynęty i efekty zainteresowania przynętą wykazywanego przez potencjalne ofiary naszych łowów. Stopka zamykająca rękojeść jest na tyle elastyczna, że nawet dość energiczne postawienie wędziska na twardym podłożu, nie zagraża blankowi udarem.
      Blank tradycyjnej konstrukcji, bez wklejanej pełnej szczytówki ma bardzo regularną zbieżność od dolnika, aż po stosunkowo cienką szczytówkę.
      Niestety po dotychczasowych peanach teraz trochę dziegciu. Otóż tradycyjnie jak we wszystkich dotychczasowych seriach Catany, od BX do obecnej DX, blank w dolnej części sprawia wrażenie stosunkowo grubego, gdyż na styku z korkiem rękojeści, średnica blanku wynosi 12 mm, przy porównywalnym wędzisku DRAGON Moderate 305 dłuższym o ponad 30 cm, które w tym punkcie ma średnicę 11 mm. Dla tego też krótsza Catana waży 170 g i jest cięższa o ponad 30 g od Moderate, co daje wskaźnik masa/długość 0,63 dla Catany, przy 0,45 dla Moderate.
      Kolejne zastrzeżenia budzą pokaźne nadlewki lakieru na stopkach wszystkich bez wyjątku przelotek,. Nie spotkałem się jeszcze z takim wykończeniem nawet w najtańszych wędziskach JAXON-a i obawiam się, czy po dłuższym użytkowaniu te nadlewki nie będą się wykruszać na skutek naprężeń pracujących przelotek i jaki będzie to miało skutek dla ich trwałości. Czarne omotki bez szczególnych ozdobników, niemal nie odcinają się wizualnie od blanku, też zalane są stosunkowo grubą warstwą lakieru, co mi się osobiście nie bardzo podoba i to nie tylko ze względów estetycznych, a z obawy przed łuszczeniem się. Tutaj też widoczna jest znaczna różnica w wykończeniu pomiędzy Cataną a Moderate. Same przelotki Shimano SIC (7 sztuk) nie budzą zastrzeżeń, są solidne a ich ustawienie jest bardzo precyzyjne i równe liniowo. Przelotka startowa ma średnicę wewnętrzną 20 mm, a szczytowa 3 mm.
      Blank zbudowany z połączenia włókien węglowych XT30 i XT40 oraz włókna Geofibre (co by to nie oznaczało) charakteryzuje się, od samego początku obciążenia, ugięciem na całej długości. Jednak wędzisko nie jest zbyt miękkie ani kluchowate i wygląda, że mimo przeznaczenia raczej do połowu kleniojazi, to przy dobrze ustawionym hamulcu kołowrotka, powinno zachować się zupełnie przyzwoicie podczas holu bolenia, czy brzany niewstydliwych rozmiarów.
      Reasumując, Catana 270 DX L jest dobrą alternatywą wędziska kleniowego dla posiadacza nie najzasobniejszego portfela, gdyż nawet biorąc pod uwagę jej nieco niższy poziom techniczny w porównaniu z Moderate 305 jest ona czterokrotnie tańsza od swojego DRAGON-owego kolegi.
      Recenzja oparta na czterogodzinnym spinningowaniu Cataną:
      - z kołowrotkiem JAXON Armand 300M (305 g),
      - z żyłką DRAGON Light blue 0,16 mm (3,65 kg), przynętami od 1 do 13 g (smużaki, obrotówki, wahadłówki i gumy),
      - w Warcie z bystrym nurtem warkocza powstającego przy solidnej, długiej ostrodze i w prądach wstecznych w klatce między ostrogami.





    • Alexspin
      Ostatnio wszedłem w posiadanie wędziska DRAGON Moderate 305 przeznaczone do lekkiego spinningu. Opis na blanku określa długość 305cm, ciężar wyrzutu 3-15g, moc lekką, akcję med-fast i zalecaną linkę wytrzymałości od 1,36kg do 3,63kg co przekładając na średnicę linek oznacza, iż zalecanymi byłyby żyłki od 0,12mm do 0,16mm i plecionki od 0,02mm do 0,06mm. Oznacza to, że używając linek o większej mocy, możemy narazić wędzisko na uszkodzenie mechaniczne. Stanowi to poważne ograniczenie jeśli chodzi o użytkowość wędziska, gdyż wybierając się na klenie i jazie, do połowu których wędzisko to jest dedykowane, możemy narazić się na przyłów 5-kilogramowego bolenia, nie myśląc nawet o sandaczu lub szczupaku.
      Na szczęście (w nieszczęściu) dystrybutorzy najpopularniejszych linek, w celach marketingowych – delikatnie mówiąc – przesadzają podając teoretyczną, wyśnioną przez nich wytrzymałość i jeśli od cyferek uwidocznionych na etykiecie odejmiemy 1/3 deklarowanej wytrzymałości, w niczym nie przesadzimy. Zatem zupełnie bezpiecznie dla wędziska możemy stosować żyłki 0,20mm i plecionki 0,08mm.
      Moim zdaniem nie będzie też konfabulacją założenie, że DRAGON, dla zabezpieczenia potencjalnych roszczeń reklamacyjnych, poszedł w tej dziedzinie w drugą stronę, zaniżając parametry mocy wędziska również o około 1/3, a więc wędzisko powinno bezpiecznie wytrzymać ataki ryby o ciężarze 5,44kg, zatem zastosowanie żyłki 0,25mm lub plecionki 0,10mm – przy precyzyjnie działającym i dobrze ustawionym hamulcu kołowrotka – nie powinno spowodować katastrofy.
      Wędzisko, mimo swojej znacznej długości, jest niezwykle lekkie – zaledwie 138g – a blank w pobliżu rękojeści ma grubość 11mm, czyli 1,5 grubości standardowego ołówka. Blank „TORAY” Made in Japan wykonany bardzo starannie i estetycznie, równiutko polakierowany w kolorze grafitu i czerni z białymi i srebrnymi, opalizującymi napisami. Równie starannie wykonano czarne omotki Gudebrod ze srebrnymi obramowaniami. Jedynym szpecącym elementem była odklejająca się foliowa nalepka z nadrukiem „Quality Control DRAGON”, co nie najlepiej świadczy o tej kontroli jakości. Uzbrojenie stanowi 10 doskonałych, równiutko zamontowanych przelotek FUJI Alconite K-Series. Uchwyt dzielony z niestety wykruszającego się na krawędziach, ponoć naturalnego portugalskiego korka klasy AAA (Extra Premium) oraz faktycznie najwyższej klasy, bardzo miłej w dotyku pianki EVA. Solidny uchwyt kołowrotka FUJI IPS skręcany od góry, bardzo pewnie i stabilnie mocuje kołowrotek. W siodełku uchwytu wstawka z czarnego plastiku ze srebrnym, opalizującym napisem DRAGON®. Stopka uchwytu zakończona pierścieniem metalowym z nakładką z twardej, dobrze amortyzującej gumy otacza firmowy medalion ze znakiem firmowym.
      Biorąc pod uwagę rybostan z jakim na co dzień możemy się spotkać w naszych wodach „odrybionych” „proekologicznymi” i „prowędkarskimi” działaniami ZG PZW, na pierwsze wędkowanie nowym nabytkiem użyłem kołowrotka z plecionką MIKADO Octa Braid 0,08mm o teoretycznej wytrzymałości 5,15kg na szpuli głównej oraz żyłką DRAGON Light Blue Guide Select 0,20mm o teoretycznej wytrzymałości 5,55kg, na szpuli zapasowej. Próba wędziska miała odbyć się przy użyciu wahadłówek, obrotówek, woblerów i gumek o wadze od 1 do 15 gramów z brzegu Warty w sąsiedztwie przystani turystycznej ograniczonej z obu stron kamiennymi, solidnymi ostrogami tworzącymi piękne warkocze z rwącym nurtem i prądami wstecznymi w klatce pomiędzy nimi. Dno rzeki – jak się później okazało – usiane było licznymi zaczepami w postaci nasiąkniętych konarów, sztachet z płotów zapewne wyrzuconych po wiejskich zabawach, a nawet okazałych kości bydlęcych.
      Próbę rozpocząłem od najlżejszych (1-2g) posiadanych przynęt i niestety okazało się, że rzut zarówno plecionką 0,08, jak i żyłką 0,20 sprawia pewne problemy. Wędzisko nie ładowało się, a rzuty były krótsze niż wykonywane przez towarzyszącą mi słabą kobietkę, identycznymi przynętami, kołowrotkiem i linkami, przy użyciu wędziska JAXON Extera 240cm/3-15g. Dopiero przynęty o ciężarze ponad 4g zaczęły osiągać przyzwoite odległości adekwatne do długości wędziska, a gdy doszedłem do przynęt 15-to gramowych, rzuty osiągały niemal 70m. Oznacza to, że deklarowany ciężar wyrzutu jest nieco zaniżony. Stawia to pod znakiem zapytania skuteczność kuszenia wiosennych kleni najlżejszymi smużakami i pierzakami zmuszając do podawania ich z prądem, aby spłynęły na odpowiednią odległość, a więc będziemy z konieczności ustawieni w miejscu, z którego kleń będzie nas doskonale widział, a podanie kleniowi na głowę „spadającej z drzewa” 1-2 gramowej imitacji owada może się okazać niemożliwe do wykonania.
      Wędzisko doskonale przekazuje do dłoni trzymającej uchwyt pracę przynęty ale dopiero począwszy od ciężaru ponad 4g. Wyczuwalne jest nawet zamiatanie ogonkiem przez twistera, ale dopiero takiego o długości ponad 7cm, więc prowadzenie „paprochów” już nie jest komfortowe, w przeciwieństwie do wyżej wymienionego wędziska JAXON-a. Zapewne jest to wynikiem, iż JAXON to wklejanka, a testowany DRAGON ma tradycyjną szczytówkę. Przy prowadzeniu przynęt 4-10g nie powoduje znaczącego ugięcia szczytówki, czego można się było spodziewać, natomiast przekroczenie granicy 10g ugina już szczytówkę w dość widoczny sposób. Niestety, podczas czterech godzin wędkowania nie udało się zaciąć żadnej ryby, natomiast hol znacznego zaczepu (około 4kg przegniła sztacheta) pokazał dopiero piękny łuk dokładnie odzwierciedlający opis akcji wędziska jako MF. Należy przyznać, że wędzisko na pewno wytrzymałoby hol ryby o ciężarze około 5-6kg, a prawdopodobnie i nieco większej, czego niestety nie da się powiedzieć o wyżej wspomnianym wędzisku JAXON Extera, które złamało się tuż powyżej łączenia przy wyjmowaniu niespełna 3kg kości giczy cielęcej. Ale też zupełnie inne przeznaczenie jest obydwu wędzisk – Moderate to typowe wędzisko kleniowo-jaziowe, natomiast Extera to jedynie okoniówka.
      Reasumując, DRAGON Moderate 305 to wędzisko dobrej klasy specjalistycznej, przystosowane do łowienia kleniojazi, choć mogłoby w lepszy sposób obsługiwać lekkie przynęty. Doświadczenia testu wykazały, że w zasadzie najlepiej stosować przynęty w zakresie 4-10g, a optymalnymi linkami są plecionka opisana jako 0,08mm i żyłka 0,20mm. Stosowanie lżejszych i cięższych przynęt oraz linek o większych średnicach powoduje dość gwałtowny spadek komfortu i bezpieczeństwa łowienia. Natomiast uważam, że nie należy obawiać się przyłowu średnich rozmiarów innych ryb drapieżnych, ze szczególnym wskazaniem boleni, które za cenę niewielkiego spadku komfortu można z niewielkim ryzykiem, pokusić się sprowokować do brania na przynęty o ciężarze zbliżonym nawet do 20g. Byleby nie natrafić na wściekłą ośmiokilogramową lokomotywę, wówczas lepiej poświęcić przynętę i część linki, niż wędzisko za niemal 7 stówek.
      W tym miejscu muszę odnieść się do tego ostatniego „parametru” Moderate, biorąc pod uwagę jego użytkowość, według moich subiektywnych odczuć, cena niestety jest „nieco” zawyżona i adekwatną wydaje się kwota nie wyższa niż 400 zł. Za taką cenę wędzisko byłoby niemal doskonałe, co z pozdrowieniami przedstawiam do przemyślenia dystrybutora.
      Alexspin
      Aleksander J. Twardowski
      Załączone miniatury

    • Jotes
      O historii tej metody i połowach przy jej zastosowaniu z łodzi, napisałem w poprzednim artykule pt: „Angielska metoda odległościowa”. Tym razem, chciałbym przybliżyć nieco połowy z brzegu w głębokim łowisku. Następnym razem, będzie to niewielki i płytki zbiornik wodny, a być może płytkie łowisko na Zalewie Sulejowskim?
      Łowię w Zalewie Sulejowskim, z opaski betonowej, gdzie głębokość wody oscyluje pomiędzy 8, a 10 m – w zależności od odległości, na jaką posyłam swój zestaw. Potrzebuję, zatem solidnego sprzętu i odpowiedniego do tej metody spławika przelotowego, którym jest właśnie Slider. I o ile do połowu z łodzi, mogłem sobie pozwolić na zastosowanie Wagglera, nieprzeznaczonego do łowienia w wodzie o głębokości 6,5 m, o tyle z brzegu, konieczne jest zastosowanie Slidera o odpowiedniej gramaturze.
      Do połowu na tej wodzie, wybrałem odległościówkę Trabucco o długości 3,9 m i cw 8-25 g. Kijek jest lekki, solidny i mocny, o progresywnej akcji, pozwalającej na oddawanie długich i precyzyjnych rzutów. Oraz kołowrotek dedykowany specjalnie do tej metody. W moim przypadku jest nim Rive R-Match 4000. Jest to tegoroczna nowość. Wykonany jest bardzo solidnie i z dbałością o szczegóły. Duża średnica aluminiowej szpuli, pozwala na dalekie i dokładne rzuty zestawem. Wodoszczelny i precyzyjny hamulec, pozwala na skuteczne zacięcie i delikatny hol ryby. Wysokie przełożenie, bo aż 6,0:1, ułatwia szybkie i skuteczne zatopienie żyłki, gdyż na jeden obrót korbki, nawój wynosi 1,15 m.

      Jeśli chodzi o stosowaną przeze mnie żyłkę, to najczęściej stosuję żyłki Dragona z serii X-Treme Match oraz Super Camou, o grubości od 0,16 do 0,18 mm. Są to na moje potrzeby i moim zdaniem bardzo dobre jakościowo żyłki, mocne, a co najważniejsze nie tracą swojej zatapialności. A to akurat najważniejsze cechy, którymi kieruję się przy zakupie.
      Na tak głębokim łowisku, tym razem należy już użyć odpowiedniego spławika, przeznaczonego do takich właśnie połowów. Jest nim oczywiście Slider, montowany w zestawie przelotowo. W zależności od głębokości łowiska i odległości od brzegu, na którą będziemy zarzucać zestaw, stosujemy Slidery o różnej gramaturze. Ja na swoim łowisku posługuję się kilkoma takimi gramaturami i są to: 3+8g, 3+10g, 3+12g, 4+8g, 4+10g i 4+12g. Pierwsza z tych wartości, określa, ile dociążenia wstępnego zamontowano w korpusie Słidera, a druga określa, ile dociążenia należy założyć na żyłkę, by odpowiednio wyważyć cały spławik.
      W swoim wyposażeniu powinno się też mieć wymienne i różnokolorowe atenki do Sliderów/Wagglerów.
      Jak w każdej metodzie i technice, tak i tutaj można zmontować zestaw na kilka różnych sposobów i odmian. Ja montuję swój zestaw przy użyciu własnej roboty ciężarka z rurką antysplątaniową, czyli łowię belgijską odmianą odległościówki. Moje ciężarki to przeróbka kupnych ciężarków w kształcie łezki. Taki ciężarek rozwiercam odpowiedniej średnicy wiertłem, w otwór wkładam rurkę od preparatu WD-40 na ok. 3-4 mm od jej końca i wklejam Super Glue. Oczywiście nie bez znaczenia jest tutaj odpowiednie nałożenie ciężarka – grubszą średnicą w kierunku krótkiego końca rurki (odwrócona łezka). Ja akurat zastosowałem rurki od WD-40, gdyż po puszczeniu Vici do kolegów, nazbierało mi się ich sporo, ale zdecydowanie lepsza jest rurka od patyczków do uszu. Ta z patyczków ma mniejszą średnicę zewnętrzną i jest „akuratnej” długości. Wiem, wiem! Wszystkich czytelników nurtuje teraz pytanie: A po kiego licha taki ciężarek i to jeszcze montowany na jakiejś rurce? Jak już wspomniałem w opisie swojego ciężarka, ma on stanowić element zestawu, który zapobiega splątaniom podczas zarzucania. W tym właśnie miejscu, należy zwrócić pilną uwagę na sam sposób montażu naszego zestawu ze Sliderem. A zatem, opiszę każdą czynność i każdy element z osobna, poczynając od samej góry: a).   stoper żyłkowy – wiążę dwa stoperki, jeden przy drugim, z żyłki 0,16mm. Po zaciągnięciu każdego z nich – oczywiście na mokro/na ślinę! – odcinam nadmiar żyłki, pozostawiając jednak końcówki o długości 1,5 cm. Robię tak po to, by przelatujący w trakcie rzutu, przez przelotki stoper, łagodnie przez nie przechodził, co ułatwia ten elastyczny przecież koniec żyłki. Takie końcówki nie zaburzają też niczego na szpuli kołowrotka, żyłka przy zarzucaniu zestawu, bez oporu schodzi ze szpuli. b. przelotowy systemik do przypinania Slidera – w tym względzie jestem tradycjonalistą i nadal stosuję taki systemik.
      *Ciekawostka - w przypadku Cralusso, mamy do czynienia z uniwersalnym systemikiem, który można stosować stacjonarnie montując na żyłce, ale też przelotowo. Cenowo jednak silnie odbiega od pozostałych, ale jest tego wart. Nie zakładam pod stoperem koralika oraz Slidera bezpośrednio na żyłkę główną. Tak już się przyzwyczaiłem i tak już u mnie pozostanie. Lubię wygodę w przepinaniu spławików. c). Slider – co prawda spławik przypinam dopiero na łowisku, ale i jemu wypada poświęcić choć kilka linijek tekstu. Na fotografii pokazuję, co należy zrobić z każdym Wagglerem i Sliderem z wkręcanym trzpieniem lub nakrętką. Jak widać, ja do każdego z nich, dokładam mikroskopijnej wręcz wielkości, gumowy oring. A robię to po to, żeby podczas połowu nie rozkręcał się i żebym nie musiał tracić tak kosztownych zabawek. Dociśnięty nakrętką lub trzpieniem oring rozpłaszcza się i zapobiega rozkręcaniu.
      d). ciężarek z rurką antysplątaniową – ten ciężarek, stanowiący 80-90 % całości dociążenia Slidera, nawlekam na żyłkę główną bezpośrednio pod Sliderem, zakładając go ciężarkiem do góry (w kierunku Slidera) i dłuższym końcem rurki do dołu (w kierunku przyponu) .
      Robię tak po to, aby rurka antysplątaniowa spełniała swoją rolę. Po wykonaniu rzutu, ciężarek w locie ustawia się grubszą częścią korpusu do przodu (z racji większego ciężaru, odwróconej łezki!) , ciągnąc za sobą rurkę, przypon antysplątaniowy i przypon z haczykiem. Jednak, należy jeszcze i ten ciężarek (przelotowy przecież) , zastopować, by podczas lotu zestawu, nie przesuwał się po żyłce głównej. Do tego celu stosuję najzwyklejszy w świecie amortyzator gumowy do montażu w topie tyczki wędkarskiej. Przez otwór rurki przekładam od dołu podwójnie złożony kawałek żyłki np. 0,16 mm, przekładam przez pętlę amortyzator i wciągam go podwójnie w środek rurki. Następnie odcinam koniec amortyzatora i osiągam taki skutek, że żyłka główna ciasno przechodzi przez rurkę i ciężarek nie „biega” po niej podczas lotu zestawu.
      W swoim opisie, podałem sposób na zastosowanie „odwróconej łezki” , gdyż ja akurat posiadam zapas tych właśnie ciężarków, zakupiony znacznie wcześniej. Niech się, zatem nie marnują. Lepszym jednak rozwiązaniem, byłoby zastosowanie kulek ołowianych. Wciąganie amortyzatora w rurkę można również zastąpić mniej skomplikowanym sposobem zastopowania ciężarka zaciskając powyżej małą śrucinę. Po nawleczeniu ciężarka z rurką i wciągnięciu w nią stopera z amortyzatora, do końca żyłki głównej dowiązuję krętlik nr 20-22. e). przypon antysplątaniowy – do zakończenia żyłki głównej, czyli wspomnianego już krętlika, dowiązuję odcinek fluorocarbonu 0,28 mm, o długości 1 m. Ten przypon ma spełniać wraz z ciężarkiem z rurką, rolę przyponu antysplątaniowego, gdyż zastosowanie w tym miejscu cienkiej żyłki głównej, powoduje, że ma ona tendencję do okręcania się wokół anteny spławika, a to z kolei jest główną przyczyną wszystkich splątań naszych zestawów. Fluorocarbon z racji swojej sztywności, nie okręca się wokół antenki. Nie muszę więc tracić cennego czasu i nerwów, na rozplątywanie zestawu.
      Ponadto, zawiązany w tym miejscu krętlik, spełnia rolę stopera, zapobiegającego przesuwaniu się w dół ciężarka i spławika. Fluorocarbon zapobiega też skutkom zgniatania i osłabiania po zaciśnięciu śrucin doważających zestaw i śruciny sygnalizacyjnej. Do wolnego końca fluorocarbonu, wiążę drugi krętlik nr 20-22, na który dopiero zakładam przypon z haczykiem.
      Swoje zestawy montuję na spokojnie w domu, pozostawiając jedynie precyzyjne doważenie spławika już nad wodą. Zmontowane kije spinam rzepami i przewożę w wielokomorowym pokrowcu. Po przyjeździe na łowisko, rozpoczynam od wyboru miejsca połowu i zorganizowania sobie wygodnego stanowiska. A ponieważ łowić będę z opaski betonowej o dużym kącie nachylenia względem wody, podest montuję na samej górze opaski, poziomuję, wiążę linkę do barierki ochronnej, a następnie ustawiam przy samej wodzie i już na gotowo zabezpieczam linką, przed „wjechaniem rydwanem” do wody.
      Na platformie po prawej stronie, stawiam miskę z zanętą, pojemnik z przygotowanymi do strzelania procą kulami zanęty, dwie proce i pojemniczek z robakami. Na lewej platformie, ustawiam wiaderko z wodą, do mycia rąk po zanęcie, wypychacz do haczyków, nożyczki, szczypce do zaciskania śrucin, marker do znaczenia odległości połowu/nęcenia i podbierak na długiej tyczce. Na tej platformie, kładę też przymiar do mierzenia ryb. Bardzo przydatna rzecz, by uniknąć wstydu, gdy niewymiarowa rybka „przypadkiem wpadnie” nam do siatki.
      Wszystkie niezbędne akcesoria, mam więc pod ręką, a wszelkie drobne akcesoria w szufladkach podestu i w kasetach pod siedzeniem. Pod ręką mam też zawsze ręcznik i picie. Tuż przed zajęciem miejsca na podeście, wrzucam do wody siatkę do przetrzymywania złowionych ryb i wpinam szybkozłączką w podest. Dopiero po zorganizowaniu sobie stanowiska, rozkładam już na siedząco wędkę, wyważam na gotowo spławik, wygruntowuję łowisko… No właśnie – gruntowanie łowiska! Do tej czynności opuszczam wszystkie śruciny, przed ich zaciśnięciem na full, do samego przyponu z haczykiem. Dokładam jeszcze jedną śrucinę – zazwyczaj ok. 1 g - i zaczynam gruntowanie, stopniowo przesuwając stoperki. Po dokładnym wygruntowaniu łowiska, we wcześniej obranym punkcie, zaznaczam na żyłce markerem odległość, a tak wyruntowany zestaw pozostawiam w wodzie i zaczynam nęcić, strzelając zanętą z procy. Wcześniej przygotowane kule, wielkości małej pomarańczy lub duuużej mandarynki, posyłam wokół spławika, jednocześnie rozciągając je lekko w kierunku, w którym prądy mogą mi znosić zestaw. Do tego celu używam procy Drennan, na średnie odległości zieloną, na dalsze czerwoną.
      Dopiero po tych wszystkich czynnościach, mogę przystąpić do właściwego połowu ryb. Zdejmuję już śrucinę przeważającą zestaw do gruntowania, rozstawiam śruciny wyważające spławik i zaciskam je szczypcami. Swój zestaw zarzucam ok. 10-15 m poza strefę nęcenia, zanurzam szczytówkę kija, na ile pozwala mi głębokość wody w pobliżu mojego stanowiska i zatapiam żyłkę główną, wykonując dwa do trzech szybkich obrotów korbką kołowrotka. Następnie szybciutko wykonuję zacięcie w bok, by środkowy odcinek pomiędzy spławikiem, a wędziskiem schować pod wodę. Teraz dopiero dociągam zestaw do znaczka markerem na żyłce i zaczynam obserwować zachowania spławika.
      A te potrafią być przeróżne, od nie cackania się, czyli gwałtownego zatopienia, poprzez kucanie o 1 cm w górę lub w dół, aż do zabawy i wykładania/podnoszenia części lub całej atenki nad wodę. W miarę upływu czasu, łowisko należy donęcić kilkoma kulami zanęty, ale tym razem już zdecydowanie mniejszymi, które nie spłoszą żerujących ryb. Do tego celu i do mniejszych kul – wielkości małej mandarynki – służy mi też inna zupełnie proca (Middy) z mniejszym koszyczkiem.
      W zależności od sytuacji, czyli intensywności brań, donęcam raz na 15-30 min, strzelając od 3-5 kul znętowych z robakami (pinka) . Celem moich połowów są głównie leszcze, duuuże leszcze, których nie brakuje w Zalewie Sulejowskim. Jednak cieszy mnie każdy ruch spławika i każda złowiona ryba.
      Jeśli chodzi o zanęty, to nie cuduję i stosuję wyłącznie kupne. Jedna z nich widoczna na zdjęciu z przymiarem. Do nich dopiero dodaję jakieś dodatki, np. kukurydzę konserwową, makaron kolanka, melasa, klej i oczywiście robactwo, czyli pinkę. Aż tak bardzo mi nie zależy na nałowieniu niezliczonych ilości, więc nie przemęczam się i nie kombinuję z własnymi mieszankami. Zanętę moczę jeszcze w domu. Do około 1 litra wody mineralnej (nie gazowanej) , wlewam dawkę melasy, dokładnie mieszam, następnie stopniowo dolewam do przygotowanej (na oko) mieszanki zanęt. W miarę dodawania wody z melasą, całość mieszam mieszadłem wkręconym w wkrętarkę. Takie dokładne mieszanie mieszadłem powoduje, że już nie muszę przesiewać zanęty przez sito – jak dla mnie i na moje potrzeby jest OK. Namoczoną zanętę odstawiam na bok i zanim dobrze napije się wody, zaczynam już przesiewać przez sito, glinę rozpraszającą. Potem łączę obydwie porcje, dodaję kukurydzę (razem z tym słodkim wywarem!) , makaron (większe kąski tylko dla leszczy) i dokładnie mieszam ponownie, wkrętarką. Tak przygotowaną wstępnie zanętę zamykam pokrywą i dopiero wyjeżdżam na ryby. Pinkę dodaję już na łowisku i również mieszam. Na łowisku już też, dzielę zanętę na dwie części. W zależności od czasu, jaki planuję spędzić nad wodą, na pół, lub tylko 1/3 porcji odkładam i dodaję do niej klej (Bentonit) . Z tej właśnie mniejszej części ugniatam kule do strzelania i odkładam w osobny pojemnik. Tak sklejona zanęta ma pracować przez dłuższy czas, utrzymując ryby w zanęcie. Należy więc nimi nęcić strzelając je wszystkie przed rozpoczęciem połowu. Naturalnie przed rozpoczęciem połowu należy też wystrzelić kule niedoklejane Bentonitem, by te zaczęły pracować, natychmiast wabiąc ryby w łowisko. Na haczyk zakładam białe robaki, lub dowolnie z zanęty: przetarta pinka, kukurydza, albo kanapki. Efekty połowu, nie zawsze mnie zadowalają ("taki mamy klimat") , ale oby spławik znikał z pola widzenia. Czasem będzie to jakaś drobnica, czasem kilka, kilkanaście leszczy, a czasem mieszanina drobnicy z leszczami. I czasem trafi się jakiś ładny okaz lechona, a mój dotychczasowy miał 63 cm. Cóż, przyjdzie dzień, a poprzeczka się przesunie – trzeba tylko wierzyć… I to by było na tyle.


      A cóż to? Zmiana barw? Oficjalny trening przed zawodami międzynarodowymi?
      Sza! O tym w kolejnym odcinku, który jest w planach.

×