Jump to content

    • wind
      To, że spotkamy się w sierpniu było pewne, tak samo jak to, że do spotkania dojdzie nad Narwią. Kwestią otwartą pozostawał wybór miejscówki, wstępnie miała być to stanica wędkarska w Czarnowie ale stanęło na biwaku w okolicach Ponikiewa, pod Pułtuskiem.
      Sprzęt kompletowałem już od grudnia, wiele godzin spędziliśmy na dyskusjach, przez forum i telefonicznie. Każdy drobiazg, każdy najmniejszy nawet element zestawu był wielokrotnie omawiany, wiele wieczorów spędziliśmy w internetowych sklepach wędkarskich i na portalach aukcyjnych.
      Im bliżej było terminu wyjazdu tym bardziej rosło ciśnienie, czy wszystko mam, czy spotkanie się uda, czy pogoda dopisze … Wreszcie w poniedziałek 18 sierpnia ruszyliśmy na południe. Pierwszy postój w Przasnyszu, gdzie miły pan skarbnik koła nr 70 przybył na swoim stalowym rumaku i specjalnie dla mnie otworzył swoje biuro . Z zezwoleniem w kieszeni na następny postój wybraliśmy Pułtusk gdzie jeszcze tylko trochę przynęt kupiliśmy i ruszyliśmy już prościutko nad rzekę. Przy okazji przestroga dla wybierających się w tamte rejony. Jeżeli chcecie wykupić zezwolenia okresowe na więcej niż 3 dni (te można nabyć na stronie mazowieckiego okręgu PZW) to nie liczcie na to, że uda się to załatwić w Pułtusku, niestety, mimo, że rzeka przepływa przez miasto jest w gestii okręgu mazowieckiego ale pułtuskie koła wędkarskie należą do okręgu ciechanowskiego. Taka mała ciekawostka.
      Po drodze spotkaliśmy jeszcze czerwonego muła a za jego kierownicą roześmianą i szczęśliwą facjatę naszego przyjaciela ze stolicy, Zbyszka, w niektórych środowiskach znanego również pod pseudonimem Docio . Uściskom, miśkom i innych przejawom radości ze spotkania po roku nie było końca. Wreszcie dotarliśmy na sam brzeg Narwi.

      Tam kontynuowaliśmy radosne obchody, od czasu do czasu robiąc przerwy na budowę obozowiska.



      W końcu jako tako się zainstalowaliśmy, pozbieraliśmy puszki po piwie, które zdążyliśmy skonsumować podczas pracy i nadszedł czas na meritum, czyli rozkładanie wędzisk i konstruowanie zestawów. Wkrótce sumówka znalazła się na miejscu, a wąsacze miała nęcić świeżutka wątróbka od kurczęcia. A potem … potem było to, co jest esencją takich wieczorów, czyli długie rozmowy, wspomnienia minionego lata i poprzednich spotkań, wspólnych znajomych.



      I tak upływały nam dni i wieczory, mimo braku ryb godnych uwiecznienia na zdjęciach, a szczególnie celu naszej podróży czyli sumów, każda chwila warta była tych kilometrów jakie musieliśmy przejechać. Wędkarzy było naprawdę mnóstwo, właściwie tylko się zmieniali, towarzystwo mieliśmy non stop, również w nocy. Czasem panowie byli bardziej kulturalni, czasem mniej. Mistrzami chamstwa a może raczej bezmyślności, zostało czterech panów z Wyszkowa, którzy przybyli we wtorek o 4.40 i przy włączonym klekoczącym silniku diesla deliberowali nad naszymi głowami, gdzie by tu się rozłożyć z wędkami … Cóż, nic na to nie poradzimy, ale każdy dzień utwierdzał nas w prawidłowym wyborze miejsca, takich tłumów wędkarzy dawno nie widziałem. A wyniki wszyscy mieliśmy bardzo podobne, bez względu na czas, miejsce, przynętę czy wybraną technikę wędkowania. A to oznacza, że wszystkiemu winne były ryby, nie MY . I chociaż nie osiągnęliśmy wędkarskiego celu wyprawy to dziś jestem o wiele bogatszy o wiedzę, tym bardziej, że poprzednie próby odbywały się nad wodą stojącą, łowienie w rzece z tak silnym nurtem to całkiem inna para kaloszy.



      Odrywając się od wędzisk na krótkie chwile zabierałem żonę na wyprawę do lasu, właściwie to do Puszczy Białej,

      na skraju której biwakowaliśmy, i na spacery brzegiem rzeki.

      Wypoczywaliśmy na maksymalnych obrotach, chłonąc spokój, naturę i zaliczając kompletny „reset”. Niestety, druga połowa sierpnia to już chłodne noce, a ostatnia była wręcz koszmarnie zimna, moja żona bardzo odczuła niską temperaturę. Nawet mnie chłód obudził, więc to już musiało być naprawdę … rześko .

      Niestety, nasz pobyt musieliśmy nieco skrócić, co prawda tylko o jeden dzień, ale zawsze to strata. Do domu sprowadziły nas ważne sprawy rodzinne, są kwestie ważniejsze od własnych przyjemności.
      Zdążyliśmy zwinąć namiot w ostatniej chwili, właściwie już zaczęło padać gdy pakowaliśmy namiot do pokrowca i graty do auta.
      Właściwie jeszcze pierwszego wieczora zaczęliśmy już snuć plany na przyszłoroczne spotkanie, możliwości mamy kilka, ale najpoważniejsze kandydatury to ciepłe kanały konińskie lub powrót nad zalew Sulejowski. Szczególnie kusząca jest ta druga propozycja, ale mamy na zastanowienie jeszcze cały rok. Aż rok …
      Za to pozostaną nam w głowie i w sercach wspomnienia pięknej rzeki …




    • Jotes
      Rzecz jasna cały poniższy opis wyrażam własnym zdaniem, według własnej logiki i pojmowania wszelkich niuansów związanych z tą metodą.

      Początki tej metody sięgają lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, a sama metoda wymyślona/stworzona została odpowiednio do warunków atmosferycznych panujących w Anglii. Nie na darmo mówimy często, że dzisiaj mamy angielską pogodę, gdy na dworze jest ponuro, mgliście, pada deszcz i wieje wiatr. I właśnie do takich warunków dopasowano odpowiednią metodę amatorskich i sportowych połowów ryb.
      Oczywiście moim skromnym zdaniem, cała idea odległościówki sprowadza się do połowu na różnych odległościach – dystansach i zatopieniu żyłki celem uniknięcia wybrzuszeń, przez co traci się kontrolę nad zestawem, a to z kolei uniemożliwia skuteczne zacięcie. Jedynym koniecznym elementem pierwotnego zestawu do odległościówki był odpowiedni spławik, dzięki któremu można żyłkę zatopić. Dzięki tej metodzie można dotrzeć z zestawem do ryb żerujących z dala od brzegu, ale też daje ona możliwość odciągnięcia ryb od zestawów innych wędkarzy łowiących np. na zestaw skrócony, gdzie długość wędziska/tyczki ogranicza zasięg połowu. I to tyle odnośnie samej idei odległościówki angielskiej!
      Prekursorem tej metody był Billy Lane w 1963 r, który na mistrzostwach świata wywalczył dzięki tej metodzie tytuł mistrzowski. Najprawdopodobniej, to właśnie po jego sukcesie metoda odległościówki angielskiej, zyskała światową renomę i cieszy się nią do dziś.
      O sprzęcie, jakiego wtedy użył, wiadomo jedynie, iż był to zwykły bambusowy kij i kołowrotek o stałej szpuli. A jak możemy się również domyślać posłużył się też wagglerem, który umożliwiał mu posyłanie zestawu na większą odległość oraz zatopienie żyłki.
      Nietrudno się też domyślić, że jego wędzisko wyposażone było w zwykłe druciane przelotki, kołowrotek z głęboką szpulą i małymi obrotami oraz zwykłą żyłkę, której napięcie powierzchniowe nie pozwalało zatonąć, jeśli się jej uprzednio nie odtłuściło.
      Dopiero wraz postępem technologicznym i coraz większą popularnością samej metody, nastąpiła ewolucja sprzętowa. Zaczęto produkować specjalne kije do metody odległościowej, wyposażone w minimum 13 przelotek na wysokich stopkach, odpowiednie kołowrotki z płytką szpulą/szpulami, tonące żyłki, których nie potrzeba odtłuszczać przed wędkowaniem tą metodą i wagglery. Produkowane są też masowo inne części składowe zestawów odległościówki: systemiki do mocowania wagglera stacjonarnie i przelotowo, śruciny, stille oraz ciężarki przelotowe, stopery i koraliki, mikroskopijne wręcz krętliki, a nawet odpowiednie do tej metody haczyki z krótkim trzonkiem. Jednak to tylko drobnostki/duperele, mające wielu ojców, a do których nie miał dostępu w roku 1963 autor i ojciec tej metody, a wszystko w pierwotnym zestawie musiał stworzyć samemu zaszczepiając w naśladowcach ideę angielskiej metody odległościowej.
      Mając już za sobą wstęp, opiszę teraz swoje doświadczenia z tą metodą.
      Moje początki z odległościówką również były dość prymitywne. Zaczynając przygodę, miałem do dyspozycji jedynie odpowiedni do tej metody kijek o długości 4,20 m, kilka wagglerów i żyłkę, którą odtłuściłem już na łowisku przy pomocy własnoręcznie zrobionej specjalnie rolki/podpórki. Kołowrotek, który zastosowałem, był Byron Hit 300 o przełożeniu 6,2:1. I choć był to topowo spinningowy kołowrotek, zaadoptowałem go do metody angielskiej odległościówki, odpowiednio wypełniając szpulę podkładem żyłkowym.
      Mój zestaw także był improwizowany na potrzeby nauki metody odległościowej i składał się m.in. ze zwykłej agrafki z krętlikiem nawlekanym na żyłkę do mocowania wagglera, koralika z żony „sznura pereł”, śrucin, krętlika i przyponu.
      Obecnie nadal łowię tym samym kijkiem o cw 5 – 20 g, ale już z kołowrotkiem typowym do tej metody, z płytką szpulą i z przełożeniem 6,2:1 oraz żyłką matchową o grubości od 0,16 do 0,18 mm. Mój zestaw do połowu leszczy z łodzi składa się z następujących elementów: stoper żyłkowy, systemik do mocowania wagglera przelotowo, stoper gumowy amortyzujący uderzenia wagglera, stoper żyłkowy uniemożliwiający przesuwanie stopera gumowego przez spławik, ciężarek przelotowy, kolejny stoper gumowy chroniący wiązanie krętlika, krętlik nr 20 i przypon z haczykiem wiązany do oczka krętlika węzłem ABU. Wcześniej stosowałem gotowe zestawy, odpowiednio wyważone do konkretnego wagglera i zwinięte na drabinkę. Taki zestaw miał jednak swoje minusy. Podczas zarzucania potrafił się czasem splątać, a po zakończeniu połowu, należało go odciąć i zwinąć na drabinkę. Z przelotowym ciężarkiem nie mam takich problemów – nie mam żadnych problemów.
      Omawiając szczegółowo całość zestawu, należy kolejno od jego góry wymienić:
      Stoper nitkowy kupny, jak na zdjęciu lub stoper wykonany z żyłki widocznej również na zdjęciu. Ja stosuję zawsze stoper żyłkowy i stąd taka żyłka na moim wyposażeniu Systemik do przypinania wagglera – przelotowo lub stacjonarnie. Ja oczywiście łowiąc w łowisku o głębokości 6,4 m, stosuję przelotowy systemik Różne wagglery, w zależności od odległości, na której łowimy oraz głębokości łowiska. Ponieważ ja łowię z łodzi, stosuję najczęściej waggler 3+3 – 3+4,5. Taki waggler jest wystarczający na niewielkim dystansie od łodzi (maksymalnie. 15-20 m) W zależności o natężenia światła, refleksów od wody, połowy rozpoczynam przeważnie od wagglera 3+3 g z antenką w kolorach czerwieni, z białym paskiem i resztą atenki w kolorze czarnym. W miarę jak zwiększa się intensywność światła/nasłonecznienia, zmieniam na typowo leszczowy spławik, malowany na całej długości atenki różnymi kolorami
      Stoper gumowy. Ten stoper nawlekam pod wagglerem i w odległości ok. 120 cm od krętlika, a drugi taki tuż przy krętliku Ciężarki przelotowe o różnej gramaturze w zależności od wagglera Śruciny ołowiane do ewentualnego dokładnego wyważenia wagglera. Zaciskam je pomiędzy wagglerem, a przelotowym ciężarkiem (ok. 50-60 cm powyżej ciężarka) Krętliki nr 20 Gotowe, kupne przypony z haczykami różnych firm i z różnej grubości żyłki. Najczęściej stosuję przypon Owner o długości 25 cm z haczykiem nr 12 i wiązany na żyłce 0,12 mm Dodatkowo na łowisku, już w trakcie połowów, koniecznym elementem wyposażenia wędkującego jest wypychacz do haczyków. Przydają się też szczypce chirurgiczne, nożyczki oraz gruntomierz Kolejnymi przydatnymi elementami są proc, którą przerobiłem na uniwersalną do strzelania kulami zanęty, jak i też robakami, makaronem i luźnymi ziarnami. Usprawniając proc, wkleiłem w ten koszyczek wyrzucający zanętę, półokrągłą miseczkę plastikową. Jest to część miarki do mleka w proszku lub odżywki dla dzieci, wielkości piłeczki ping pongowej. I kolejny element wyposażenia, to rolka – podpórka do odtłuszczania żyłki, montowana przy pomocy widocznego na zdjęciu zacisku, bardzo przydatna, gdy żyłka ze względu na zabrudzenie przestaje tonąć Konieczna jest też odpowiednia i odpowiedniej długości siatka do przechowywania złowionych ryb, widoczna na innych fotografiach. Na łowisko wypływam łodzią i kotwiczę ją i na dziobie i na rufie. Staram się łowić zarzucając zestaw po stronie jednej z burt, gdyż jako podpórki używam relingu łodzi, na który założyłem piankę chroniącą wędzisko przed otarciem
      Łódź kotwiczę tak, żeby móc łowić plecami do słońca i do wiatru, ułatwia mi to zarzucanie zestawu oraz jego obserwację. Łowienie z łodzi daje mi i tę przewagę, że mogę napłynąć z każdej strony do stale nęconego łowiska.
      Moimi pierwszymi czynnościami na łowisku są: nęcenie zanętą, którą moczę jeszcze na brzegu, wrzucam 5-6 kul wielkości pomarańczy, trzykrotnie strzelam procą gotowanym makaronem kolanka, następnie rozkładam podbierak na długiej tyczce 3,25 m, rozkładam przygotowany już kijek, przypinam odpowiedni waggler i wygruntowuję zestaw. Zestaw oczywiście ustawiam tak, by przelotowy ciężarek leżał na dnie, ale ma jedynie je muskać. Przynęta zostaje wtedy położona na dnie w zanęconym wcześniej miejscu, gdyż leszcz jest rybą poszukującą pożywienia na dnie. Dopiero po tych czynnościach przystępuję do łowienia.
      Na haczyk zakładam w zależności od intensywności brań od jednego do dwóch białych robaków lub jednego białego i jedną pinkę, albo dwie pinki.
      Zarzucam kilkanaście metrów poza miejsce nęcenia, zanurzam na ok. 1 m szczytówkę wędziska i dwoma lub trzema szybkimi obrotami korbki kołowrotka zatapiam żyłkę. Dodatkowo, wyciągając szczytówkę z wody wykonuję energiczne zacięcie w bok, którym wciągam środkowy odcinek żyłki pod wodę. Od gładkości powierzchni wody zależy szybkość i łatwość zatopienia żyłki. Czym powierzchnia wody gładsza, tym trudniej ją zatopić i należy też odpowiednio wykonać od dwóch do nawet pięciu, sześciu obrotów korbką. Na sfalowanej wodzie jest to znacznie łatwiejsze. Po zatopieniu żyłki kasuję jej luz i otwieram kabłąk, by zestaw szybciej zszedł na dno. Dopiero, gdy żyłka przestaje schodzić ze szpuli, zamykam kabłąk, wciągam waggler w zanęcone wcześniej miejsce i ponownie kładę robaki na dnie.
      Rzecz jasna leszcza można złowić na różne inne przynęty, nawet na te, które znajdują się w mojej zanęcie, jak chociażby kukurydza, czy makaron. Można też na haczyk zakładać kanapki: np. ziarnko kukurydzy i jednego robaka białego lub pinkę. Ja jednak idę na łatwiznę i łowię wyłącznie na robaki.
      Wędzisko trzymam cały czas w dłoni, opierając tylko o reling tak, by szczytówka znajdowała tuż przy lustrze wody. W ten sposób mam pełną kontrolę nad zestawem. Zacinając, wystarczy energiczny ruch wędziskiem do góry lub w bok. Energiczny, lecz nie siłowy! Hamulec w kołowrotku ustawiam tak, by już w momencie zacięcia oddał trochę żyłki.
      Brania leszczy zazwyczaj są takie, że antenka spławika nagle zaczyna się wynurzać. Takie branie zacinam natychmiast, gdyż oznacza ono, że leszcz trzyma przynętę w pysku, podnosząc z dna ciężarek. Mogą też być sygnalizowane nieznacznym bo jednocentymetrowym wynurzeniem, bądź zanurzeniem atenki wagglera – trzeba po prostu być cały czas czujnym i bacznie obserwować spławik.
      Gdy brania ustają, bądź są sporadyczne/rzadkie, stosuję manewry prowokujące ryby do brania. Zestaw zarzucam tak, że po zatopieniu żyłki i opadnięciu ciężarka na dno jeszcze kilka metrów przed nęconym miejscem, odczekuję ok 5 minut, a gdy brak jest brania, przesuwam zestaw dwoma obrotami korbki kołowrotka bliżej zanęty, w zanętę, a potem bliżej siebie. Bardzo często brania następują, gdy przynęta ponownie opadnie na dno. Taki manewr powtarzam kilkakrotnie, aż do momentu, kiedy przynęta znajduje się już zdecydowanie poza miejscem zanęconym. Oczywiście należy też co jakiś czas donęcić łowisko. Robię to mniej więcej raz na pół godziny, strzelając procą od 3 do 5 kul zanęty wielkości mandarynki oraz dwukrotnie strzelam makaronem kolanka.
      W opisany wyżej sposób łowię nie tylko leszcze, ale też wszędobylskie krąpie, płocie, okonie, jazie, a nawet jazgarze.
      Na dołączonych fotografiach widoczne są też leszcze pokaźnych rozmiarów 50+ oraz 60+ i choć brakuje im sporo do okazów, to i tak są miłym połowem


      Również miejsce stałego nęcenia, staje się bardzo atrakcyjnym łowiskiem, do którego ryby z ochotą wracają na darmową ucztę. I jak widać po dołączonych fotografiach, nie trudno o dwucyfrowy wynik spławikowej zasiadki. Także powtarzalność takich wyników jest łatwiejsza





      I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje doświadczenie w metodzie angielskiej odległościówki. Zważywszy, że na stałe uprawiam inną metodę połowu. No cóż! Na bezrybiu i leszcz ryba…
      Jotes

    • wind
      Weekendowy wypad nad Wycztok zacząłem w piątek, od wizyty w Centrum Wędkarstwa. Niestety, znów wróciłem zawiedziony, nie kupiłem tego czego potrzebowałem. Za to w nieocenionej Trotce w Lotni było wszystko, co mi do szczęscia potrzebne. I na co komu te centra???
      Trasa, którą zwykle pokonujemy w 40minut tym razem zajęła nam 1,5 godz. Ponieważ okoliczności były piątkowo-popołudniowe cierpliwie odstaliśmy swoje i tuż przed godziną 18.00 zameldowaliśmy się w Kamieniu.
      Szybkie ogarnięcie bagaży i prowiantu, poukładanie się ze wszystkim w przyczepie i popłynęliśmy szybko zanęcić łowisko na dzień następny i pogadać z naszym kolegą, @ZYBI68 . Tak, tak, okazało się juz wcześniej, że Zbyszek jest sąsiadem z naprzeciwka i już kilkukrotnie rozmawialiśmy, tyle, ze ja z łódki a on ze stałego lądu. Po powrocie na nasz brzeg, jeszcze tego samego wieczora żona wyciągnęła mnie na pomost i zaczęliśmy połowy. Tak właściwie to Kasia zaczęła, ja jak zwykle w jej towarzystwie nie odnotowałem brań. Kasia za to złowiła kilka żywczyków: krąpiki i leszczyki.
      W sobotę budzik zadzwonił o 5.30 i tuż po 6.15 rano płynąłem na łowisko. Zbyszek z ojcem już byli na posterunku, podobno od świtu.

      O mojej miejscówce na tym jeziorze wspominałem już przy okazji zeszłorocznych relacji. Jest to płytka (40cm wody) zatoka, odcięta od brzegu zaroślami z tatraku i pałki wodnej, od otwartej wody osłania je pole grążeli.

      Na "swoje" mam dosłownie 5-7minut na wiosłach .

      Wieści od Zbyszka nie nastrajały optymistycznie, ale skoro miałem już zanęcone i przypłynąłem na miejsce postanowiłem spróbować przechtrzyć parę rybek. Dość szybko leszcze się pokazały i kilka skusiło się na czerwonego robaka.

      I właściwie była to jedyna tego dnia skuteczna przynęta. Po 9.30 brania ustały, odsiedziałem jeszcze chwilkę i po 11.00 wróciłem na drugie śniadanie.
      Po kawce i odpoczynku wybraliśmy się na wycieczkę łodzią i przy okazji próbowaliśmy trolligu.

      Zabraliśmy naszego pekińczyka, mówię, Wam, to prawdziwy pies na ... ryby. A właściwie suczka . Niestety, mimo dwóch kółek wokół jeziora (drugie zrobiliśmy po obiedzie) nic nie skusiło się na szczupakowe pewniaki czyli nieśmiertelne i dobre na wszystko Algi . Przy okazji przekonaliśmy się, jak wielka presja wędkarska jest wywierana na to łowisko, mimo, że całkiem spore, wędkarzy naliczyliśmy koło setki. W przerwie między okrążeniami przygotowaliśmy ulubiony obiadek. Generalnie, taki widok to miód na moje serce.

      A na sam koniec żonka znów zaciągnęła mnie na moją miejscówkę vis'a vis i znów połowiła drobiazgu a u mnie ... szkoda gadać .
      Następnego dnia postanowiłem wstać, wzorem Zbyszka, o świcie i zacząć wcześnie swoje łowy. Budzik zawołał mnie o 4.00 ale po namyśle postanowiłem dać sobie jescze trochę odpoczynku . W końcu zwlokłem się o 5.20 i tuż po 6.00 już siedziałem w łódce na swoim miejscu. Tym razem ryby postanowiły odespać i pierwsze brania pojawiły się dopiero po godz 8.00. Nie przeczę, przysnąłem i stuk ściągniętej przez rybę wędki o burtę wyrwał mnie z letargu. Niestety, rybka się spięła, ale postanowiłem być bardziej czujny . Najpierw, pod trzcinkami, pojawiły się nieduże leszczyki. Na drugiej wędce ustawionej na skraju zarośli nieznanej mi rośliny , zauważyłem zdecydowany odjazd, zacięcie i ... coś siedzi . Walka była krótka, bo i rybka nieduża, ale za to do końca nie wiedziałem co to. Okazało się, że na kanapkę z kukurydzy i białego robaczka połakomił się mój ulubiony mieszkaniec naszych wód czyli linek.

      Fakt, niewielki, raptem 35cm ale radocha niesamowita. Senność gdzieś odeszła. Jeszcze kilka brań, niestety nie zaciętych i telefon z drugiego brzegu wezwał na śniadanie. Wynik porannej zasiadki może niezbyt imponujący, ale przecież nie o oto tu chodzi.

      Po śniadanku wyskoczyliśmy jeszcze z Kasią na krótkie łowy na pomost ale słonce nas wygoniło. Resztę niedzieli spędziłem w hamaku ze świetną książką. A popołudniu, wzorem zeszłorocznych wypadów na dziakę, pojawiła się burza i 1,5 godzinna ulewa.

      Weekend jak najbardziej udany, spędziliśmy dwa naprawdę fajne dni nad wodą, zresetowali się, odpoczęli ... Następna taka okazja chyba dopiero w sierpniu. A może nie ... .

    • jonasz7
      Dnia 12 kwietnia wybrałem się na ryby, nad kanał Piaskowy z zamiarem przetestowania glin firmy Fish-er. Nad wodę zabrałem ze sobą paczkę zanęty leszczowej, ziemi torfowej, gliny Argille brązowej oraz gliny rzecznej czarnej.
      Nad wodą pojawiłem się o godz. 8.00 po przygotowaniu i wygruntowaniu stanowiska zająłem się za przygotowanie mieszanki, w pierwszej kolejności namoczyłem zanętę. Drugim krokiem było przetarcie Argilli i ziemi torfowej przez drobne sito, na którym nie zostawały żadne zbędne śmieci. Gliny były o odpowiedniej wilgotności i spoistości.


      Całość po przetarciu wymieszałem, dzięki temu powstała średnio ciężka, pulchna mieszanka o ciemno brązowej barwie, która łatwo się formowała. Ulepiona kula miała w całości dolecieć do powierzchni wody i szybko się rozpaść tworząc tzw. dywan na mulistym dnie.


      Do dwóch paczek glin dodałem całe opakowanie zanęty oraz 200ml jokersa i szczyptę pinki.
      Kolejnym krokiem było przygotowanie nośnika do jokera, tutaj posiłkowałem się gliną rzeczną czarną.

      Tutaj te same zalety, solidne opakowanie, odpowiednia konsystencja oraz wilgotność i zero śmieci przy przecieraniu. Glina po przygotowaniu jest dość ciężka, po lekkim domoczeniu bardzo dobrze klejąca, lekko ściśnięta idealnie nadaje się na podanie jokersa nawet na zamulonym kanale. Gliny nie trzeba było doklejać, bardzo dobrze formowało się z niej kulki nie uszkadzając delikatnych larw, których było 300ml.
      W pierwszej kolejności wrzuciłem 12 kul wielkości pomarańczy z pierwszej mieszanki, które w całości doleciały do powierzchni wody. Następnie kubkiem wyjechałem z ośmioma kulkami wielkości mandarynki.
      Ryby pojawiły się przy pierwszym wstawieniu zestawu, na początku były to drobne krąpie, które z czasem zaczęły być coraz to większe, pojawiały się pojedyncze ładne ponad 20-sto centymetrowe płotki i leszczyki po około 300g ryby dopisywały przez całe 4 godz. wędkowania. Po zważeniu waga wskazała 4650g. To chyba najlepszy rezultat z testu terenowego glin firmy Fish-Er.

    • grzybek
      No i stało się.
      Z Wrocławia przyjechał do rodziny na Wybrzeżu Janek73 więc wspólnie z Krisem1313 zorganizowaliśmy wędkarską wyprawę.
      Celem pierwszego dnia naznaczyliśmy śledzia jako cel główny.
      Ryby w ogromnych ławicach migrowały wzdłuż Zatoki Gdańskiej w koryta delty Wisły.
      Namierzaliśmy je w Martwej i Śmiałej Wiśle, wokół Portu Północnego.
      Przy okazji chcieliśmy zaprezentować koledze dostępne z łodzi nasze łowiska, techniki i ryby.
      Była okazja pokazać jak łowimy morskie sreberka - wędrowne trocie.
      Woda trochę zmącona, wydaje się, że głównym nurtem zeszła fala podeszczowa.
      Może to efekt pracujących na Martwej Wiśle pogłębiarek?
      Wiatr ze wschodu przygnał ją w naszą stronę. Też możliwe.
      Niestety, żadna torpeda nie chciała uderzyć w nasze zestawy więc oberwało się śledziowi
      Jako, że był pierwszy dzień weekendu ludzi na łodziach i na brzegu była cała masa.
      Nabrzeże wzdłuż Kapitanatu Portu Gdańsk, Westerplatte, główki portu w Górkach Wschodnich i Zachodnich...oblężone!



      Rozwinęliśmy zestawy i hulaj dusza - piekła nie ma!
      Wyposzczone po zimie apetyty, rozbudzone masą świeżej rybki rozpalały nasze emocje.
      Nie przesadzaliśmy z rozmiarem pogromu otumanionej ryby.
      Na pewno nie wyłowiliśmy dostępnego limitu ale mieliśmy frajdę z łowienia.
      Po kilka rybek na zestawie to łowna opcja.
      Pokazałem Jankowi, że wcale nie trzeba łowić ryb tam gdzie najwięcej wędkarzy.
      Łatwiej i przyjemniej można łowić w głębi lądu.
      Bez falowania, bez krzyżowania zestawów, spokojnie i na temat.

      Wystarczająco, żeby zrobić małe zapasy i uszczęśliwić najbliższych.
      Wracając do bazy zrobiliśmy pętlę podróżując przez Śmiałą a później przez Martwą Wisłę.
      Na Martwej wskazaliśmy koledze najlepsze łowiska sandaczowe w Polsce.
      Oblukaliśmy wyspę Ostrów, gdzie rozbudowały się kiedyś gdańskie stocznie - kolebka Solidarności.
      Minęliśmy po drodze most wantowy i budowany pod Wisłą dwupasmowy tunel.
      Po drodze obserwowaliśmy ruch na nabrzeżach stoczni i portu i tak dopłynęliśmy do celu - do prastarej Twierdzy Wisłoujście.
      Dla nas to normalka ale mam nadzieję, że Jankowi podobała się taka eskapada.
      W końcu był naszym gościem a taka podróż zostanie mu w pamięci.
      Nie samymi rybami człowiek żyje.

      Kolejnego dnia odpoczynek dla nas ale nie dla Janka!
      Ten korzystał do woli z dobrodziejstw morza i uzupełniał zapasy śledzi w słoikach
      Łowił na maxa od samego rana, dzen w dzen - po kaszebści.
      Nie trzeba było długo czekać i postanowiliśmy pomoczyć kija na Zatoce Gdańskiej.
      Zdecydowaliśmy naprędce żeby pomęczyć "pełnomorskiego" śledzia i spróbować zahaczyć dorsza.
      Znowu w komplecie jak wcześniej popłynęliśmy na słoną wodę.
      Kilka miesięcy nie łowiłem dorsza więc próbowałem płynąć przez znane mi miejscówki i sprawdzić czy nie chapniemy jakiegoś potworka.
      Uwiesił się jeden Jankowi chociaż to nie ten, z tych do wędzenia.
      Co nam szkodzi popłynąć dalej, na głębsze łowiska gdzie pływają wędkarskie kutry zarobkowe?
      Znaleźliśmy je pod Helem, 10km od półwyspu, na tzw "kolanie"
      Nie musieliśmy tam dopływać.
      Jakieś dwa kilometry bliżej, przed boją rozgraniczającą tory wodne portów Gdańska i Gdyni znaleźliśmy ryby na echu.
      Na tzw "kamyczkach" znaleźliśmy tyle dorszy, że łowiliśmy je jak śledzie - po kilka na jeden zestaw.
      Na ekranach echosond wyglądały jak odbicia małych ryb na dnie, typowe śledziowe echa.
      W myśl wcześniejszej sugestii Okno (z domu Janek) chłopaki zrobili zestawy śledziowe z twisterami.
      Zamiast śledzi zaczęły wyjeżdżać bolki - małe dorszyki do 40cm
      Oczywiście trafiały się też mniejsze, te można było wypuszczać.

      Ja moczyłem szprotkę na 150g oliwce, macając dno też wyciągałem ryby.
      W końcu odpaliłem spina, dowaliłem główkę jigową 80g i solidną gumę 10cm.
      Na 35m głębokości bez pilkera i kotwiczenia też dało się łowić.
      Bywały okresy, że non stop mieliśmy brania.
      Na swojej wędce z dużą przynętą ciągle czułem podskubywania, zasysanie gumy.
      Od czasu do czasu branie bez zacinania.
      Bywało, że dorsz siadał na przynętę jak sandacz i zahaczał się za brzuszek.
      Wtedy wydaje się, że to solidna ryba.
      Nieźle pobawiliśmy się.
      Zamiast spodziewanych śledzi złowiliśmy kilkadziesiąt dorszyków.
      Tylko jeden, zabłąkany śledzik zawieruszył się w tej ławicy.
      Trudno na podstawie echa określić wielkość i rodzaj ryby na dnie.
      Pogoda dopisała i atmosfera na łodzi świetna.
      Czegóż chcieć więcej?
      Przez te dwa dni morda spalona choć sterowałem ustawiony plecami do słońca.
      Jednak fale odbijają promienie i wyszło, że się opaliłem.
      Gęba spuchła od tego Rentgena solidnie, jakbym spawał bez maski
      Wracaliśmy w doskonałych nastrojach już po zmierzchu.
      Światła na wybrzeżu odpalały się w miarę jak słońce chyliło się ku zachodowi.
      Podróż powrotna przebiegła bez przeszkód.
      W drodze a później na brzegu sprawiliśmy kilka świeżych ryb.
      Nakarmiliśmy wnętrznościami nieodłączne mewy.
      Ogromne ptaszyska aż się biły za kawałkiem padliny.
      Dorsze nie powalały wielkością.
      Czas żeby pokazać gościowi z głębi lądu jak łowi się prawdziwe rybska.
      Padł pomysł, żeby popłynąć po "morskiego lamparta" popołudniu, kiedy słoneczna lampa nie prześwietla tak wody i nie płoszy zbója.
      Po sprawdzeniu prognozy pogody wybór padł na środek tygodnia.
      Słaby zefirek z północnego wschodu, fala 0.0m - wcale nie najgorzej.
      Umówiliśmy się popołudniu, w komplecie u mnie pod chatą i szybko przeprawiliśmy się promem na Wisłoujście.
      Na łodzi cieplutko tak, że można było zdjąć kurtki i swetry.
      Wiatr nie przeszkadzał w murach Twierdzy a słońce grzało stare kości.



      Kilka pamiątkowych fotek, rozwijamy zestawy i ruszamy w drogę.
      Na zakolu kanału masa śledzi w toni.

      Nic to - mijamy ją beznamiętnie kierując się na wyjście z portu.
      Wiaterek wzmaga się, zakładam żeglarski sweter, czapeczkę.
      Coś za mocno dmucha.
      Po wyjściu z główek portu i osłaniającego nas wschodniego falochronu trafiamy na silne, upierdliwe fale z prawej burty.
      No nie Pany - nie tak miało być!
      Łódź jest pełnomorska, mogę śmiało płynąć ale nie chodzi o to żeby zmagać się z naturą tylko spokojnie połowić!
      Przy takiej fali i pewnym dryfie nie połowimy na spina, 15kg kotwica nie utrzyma półtoratonowej łajby.
      Bez sensu - załamka.
      Jako szyper odpowiadam za ludzi na łodzi.
      Jako marynarz nie ryzykuję na morzu.
      Zaraz za główką falochronu odbijam na zachód, w stronę plaży w Brzeźnie, z wiatrem i falą.
      Krótka rozmowa i i po chwili rozwijamy zestawy trociowe lub na fląderkę.
      W miarę oddalania się od falochronu fala rośnie i decydujemy się na powrót w koryto Wisły.
      Osłonięci od wiatru kierujemy się na most wantowy i rozwijamy zestawy trolingowe z woblerami Górala.
      Pada pierwszy okonek, później Krzychu ma piękne branie i krótki hol zakończony obcięciem zestawu!
      Ładny zębacz przegryzł plecionkę bez przyponu.
      Kilka delikatnych skubnięć, w końcu Janek zalicza sandacza.
      Wszystkie ryby wędrują do wody.
      O "złotej godzinie" pakuję się w świeżą górkę usypaną prawdopodobnie przez pracujące na Martwej Wiśle kopary i szalandy.
      Byłem zaskoczony wysokością i stromizną tych górek choć widziałem je na echu.
      W końcu zaryliśmy kilem jeden ze szczytów, ok 75cm pod powierzchnią wody.
      Silnik stop, załoga na rufę i wycofujemy.
      Obserwując ekrany widzę, że napływamy tyłem na kolejną górkę!
      Quźwa, co jest grane?
      Zdążyłem wyłączyć motorek i ryjemy stopą silnika po kolejnym szczycie.
      Autentyczna matnia!
      Znaleźliśmy się między dwoma górkami, sztucznymi, podwodnymi przeszkodami tam, gdzie wcześniej nigdy ich nie było!
      Wydawało mi się, że znam te rejony a tu zagwozdka.
      Zmieniło się! Samo życie.
      Przy próbie odpalenia silnika słyszę jak na wirniku pompy mieli się piasek.
      Niedobrze.
      Jeżeli wirnik nie wyrzuci ziarenek wytrze się i nie będzie obiegu wody chłodzącej silnik - to grozi przegrzaniem silnika, zatarciem.
      Równie dobrze mogą zatkać się kanaliki chłodzące w kadłubie silnika.
      Na szczęście udało się odpalić napęd, odpłynąć z tej strefy.
      Przestało szumieć ale często oglądałem się za siebie i sprawdzałem, czy jest chłodzenie?
      Do tej pory nie mam pewności, czy obieg wody i wirnik pompy nie dostał w kość?
      Przygoda musi być
      Jak nie linka sieci pod śrubą to lina kotwicy albo cokolwiek innego musi urozmaicić nam podróż.
      Trochę siwych włosów znów przybyło ale co tam... must be fun.
      Straciłem pożyczone kolegom dwa woblery. Trudno, raz kozie śmierć.
      Chyba byłem zły, czułem w sobie wędkarską złość.
      Nie udało się popłynąć tam gdzie zamierzałem.
      Dla Janka opisałem wcześniej wędkarskie przygody ze spiningową metodą połowu dorsza.
      Miałem nadzieję na podobne wyniki.
      Chciałem pokazać jak można łowić dorsze bez używania ciężkiego sprzętu i kaleczenia ryb kotwicami pilkerów.
      Tak bardziej sportowo, finezyjnie.
      Nie udało się, trudno.
      Może następną razą? Zobaczymy...

      Będziemy mieli co wspominać przez kolejne lata.
      Dzięki za kolejną, wspaniałą przygodę.
      Ahoj!

    • grzybek
      Ja kochać wiosnę.
      Ten czas, kiedy przyroda budzi się do życia, obserwuję ten stan na co dzień.
      Wręcz prowokuję rodzinę, szczególnie wnuczkę do poszukiwań tych zmian.
      Dzień robi się coraz dłuższy, temperatura rośnie, przybywa więcej słońca, światła.
      Człowiek lepiej się czuje. Chce się żyć!
      Kwiaty w ogródku zaczynają kwitnąć, mamić kolorami, ptaki stroszą piórka, zakładają gniazda, woda ożywia się.
      Nie inaczej jest w ogrodzie.


      To nic, że mieszkam w mieście. Tu się urodziłem i pewnie przeżyję ostatnie swoje dni.
      Odnajduję to co dla mnie najważniejsze i najciekawsze.
      Mimo, że wędkuję przez większość czasu w roku sezonu nie muszę kończyć zimą.
      Dysponując łodzią zacumowaną w bezpośredniej bliskości portowego kanału i morza mogę wypływać na wodę prawie każdego dnia.
      Mimo, że od późnej jesieni polujemy z kolegami na trocie podchodzące pod morski brzeg to wciąż rozglądamy się za wszelkimi rybami.
      Będąc w zasadzie non-stop na wodzie obserwujemy wiosną ławice szproty, certy, śledzia podchodzące co raz bliżej brzegu.
      Niejako jesteśmy w awangardzie wiadomości na ten temat, którymi dzielimy się z innymi wędkarzami.
      Wiosna to szczególny okres w życiu ryb.
      Większość gatunków przygotowuje się do tarła, intensywnie żerując grupuje się w ławice. Łatwiej je namierzyć, zlokalizować i złowić.
      Przez ostatnie lata upodobałem sobie morskie łowiska. Dla mnie to świadomy wybór.
      Opłaty za wędkowanie są znośne, łowiska nie przebłyszczone, nie przełowione i często można zaznać pięknych emocji przy holowaniu fajnej, mocnej ryby.
      Preferuję łowić dorsza, tego morskiego lamparta, także troć ale nie unikam kontaktów z flądrą, beloną czy pospolitym śledziem.
      Każdą rybę próbuję podejść na kilka sposobów. Przynęt na rynku jest sporo i większość wędkarskich metod można tu zastosować.
      Znaleźć własne, niestandardowe to już osobna frajda.
      Od lat propaguję łowienie z własnej łódki i przybliżam innym wędkarzom przepisy związane z taką koncepcją.
      Obserwuję coraz więcej łodzi i sądzę, że ten trend rośnie w szybkim tempie. Możliwe, że mam w tym swój udział.
      Dzisiaj, w pierwszych dniach wiosny spróbuję Wam przybliżyć mój oryginalny sposób na dorsza.
      Pomysł nie do końca mój bo zaobserwowałem go wcześniej u kolegów z Bydgoszczy ale zaanektowałem go do warunków swoich łowisk.
      Chodzi przede wszystkim o zastosowanie główek jigowych i ripperów do połowu tej ryby.
      Dorsze łowię celowo na małych głębokościach metodą typowego opadu sandaczowego.
      Używam zwyczajnej wędki spiningowej do połowu tej ryby.
      Nie widzę większego sensu męczyć nadgarstka i ręki ciężką wędką dlatego ciężar wyrzutowy oscyluje w granicach 35g.
      Główka jigowa 40-50g z gumą 10cm nie robi na niej większego wrażenia. Przez kilka godzin wędkowania nie odczuwam zmęczenia.
      Cienka, nie zużyta plecionka 014 spokojnie wystarcza do wyholowania 8kg ryby.
      Używam ostatnio, najczęściej sprawdzonego kręcioła Penn Slammer 360

      Precyzyjny, lekki kołowrotek znanej marki, odporny na słoną wodę.
      Staję łodzią na określonej pozycji, najczęściej na 12-15m głębokości.
      Kotwiczę specjalnym ciężarkiem (ok 15kg ołowiu odlanego w menażce turystycznej).
      Wypuszczam i cumuję na dziobie ok 20m liny i pozwalam łodzi minimalnie dryfować w kierunku który mi odpowiada.
      Chodzi o to żeby mieć dobry kontakt z przynętą. W dryfie jest to zdecydowanie utrudnione.
      Nie szukam ławic ryb a miejsc gdzie może skupić się drobny pokarm małych ryb.
      Mogą to być resztki wraku, rowy po kotwicach ogromnych statków cumujących na redzie, podwodne górki, spady, dołki, kamienie...
      Tam kryją się małże, skorupiaki, krewetki, małe rybki.
      Na nich żeruje dorsz.


      Kiedy po kilku rzutach główką jigową 50g udaje mi się określić kierunek w którym płynie woda, staram się wtedy ściągać przynętę pod prąd.
      Po zarzuceniu przynęty (twister 4") czekam aż guma opadnie na dno.
      Po dotknięciu dna podbijam gumę przekręcając dwa, trzy razy korbą kołowrotka.
      Guma odrywa się od dna i szybuje w wodzie (pod prąd szybuje dłużej).
      To decydujący moment kiedy ryba ją widzi, czuje linią boczną i najczęściej wtedy atakuje.
      Branie czuć ewidentnie, zdecydowanie.
      Wystarczy lekko zaciąć i nie ma zmiłuj, z reguły ryba dobrze siedzi na haku 4-5/0.
      Czasem w jednym rzucie czuję kilkakrotnie na kiju jak zasysa przynętę zanim zaczepi o hak.
      Dorsz, jak wiele innych drapieżników ma ogromny pysk.
      10cm guma to dla niego żaden problem.


      Łowię tą gumą dorsze w granicach 30 -80cm.
      Ta ryba nie ma jakiś specjalnych zębów ale jak zassie rybę to nie odpuszcza.
      Jeżeli nie mam brania i guma ponownie opadnie na dno luzuje się linka, którą znowu naprężam podbijając kolejny raz przynętę.

      Takie łowienie sprawia mi ogromną frajdę.
      Rzadko kiedy "usiądzie" bolek wielkości breloczka.
      Na większych głębokościach używam cięższych główek, z taką samą gumą.
      Czasem zakładam 3" - typowo sandaczowe.
      Jednak na głębokości np 35m trudniej kotwiczyć w jednym miejscu bez zastosowania odpowiedniej kotwicy i długiej liny.
      Taka lina powinna mieć 3-5krotną długość głębokości - tzn minimum 100m!
      Dla mnie to już przesada.
      Po za tym głębokość i dryf wody wybrzusza linkę z przynętą i trudniej wyczuwać branie.
      Wychodzę z założenia, że skoro potrafię odnaleźć ryby na małych odległościach, blisko portu to nie ma sensu gnać tam gdzie wszyscy.
      Pod Hel albo na "śmietniki" gdzie dominują małe ryby skupione w ławicach.
      Wolę złowić kilka ryb średnich rozmiarów niż wytępić ławicę okołowymiarowych breloczków.
      Mam większą frajdę i satysfakcję.
      Regułą jest, że na małych głębokościach dorsze unikają prześwietlonych łowisk.
      Wiosną, jesienią czy zimą woda jest względnie czysta i często naświetlona promieniami słońca.
      Staram się łowić w pochmurne dni albo przed zmierzchem.
      To moja ulubiona pora dnia na jakiekolwiek drapieżniki.
      "Złota Godzina" to dla mnie najlepszy czas na łowienie.
      Ostatnie promienie słońca zmuszają ryby do wzmożonego poszukiwania zdobyczy zanim zapadnie ciemność.
      Tracą ostrożność - to decydujący czas dla wędkarza.
      Pomimo, że potrafią żerować nocą to jednak wzrok na pewno jest im potrzebny.

      W takim miejscu właśnie i taką metodą o mało nie złowiłem swojej największej ryby w życiu.
      Nie dałem rady odciągnąć jej od dna.
      Kilka minut walczyłem z nią na naprężonej lince.
      Wyraźnie czułem jak szarpała łbem.
      Udało mi się podciągnąć ją pod łódź ale weszła w jakieś zawady na dnie.
      Nawet wtedy czułem jej szarpanie paszczą.
      Do tej pory to czuję w kościach, takich rzeczy nie zapomina się.

      Wiosna to chyba najciekawszy okres wędkowania.
      W zasięgu i niejako do dyspozycji wiele gatunków ryb.
      Robi się cieplej, łatwiej i wręcz przyjemniej.
      Każdemu polecam ten czas.


      Załączone miniatury

    • Guest
      Bez wątpienia, przystawka (zwana w moich stronach półgruntem), jest jedną z dwóch najstarszych technik wędkarskich. Wywodzi się bezpośrednio z techniki zwanej współcześnie zestawem pełnym,czyli bata, adoptowanego do łowienia w warunkach rzek, rzeczek,kanałów. Wszędzie tam, gdzie trzeba było "zakotwiczyć"(przystawić) zestaw, aby dobrać się do większych dennych ryb, przemieszczających się wzdłuż spadów bocznych koryta rzeki czy kanału.
      Ograniczona długość zestawu,oraz marne parametry wytrzymałościowe dawnych linek,sprawiały, że co większe ryby odzyskiwały wolność chwilę po zacięciu. Dopiero w XXw. gdy "pod strzechy" zaczęły trafiać kołowrotki, szanse wędkarzy gruntowych znacznie wzrosły w starciu z rzecznym karpiem,brzaną czy dużym leszczem.
      Sprzęt.
      Do łowienia na przystawkę nadaje się w zasadzie każde wędzisko w zakresie długości 3,6-6m. Możliwie lekkie i dobrze wyważone. Mogą być to: uniwersalne teleskopy, mocne matchówki, bolonki, feedery i baty. Odpadają bazarowe potworki, fatalnie wyważone z nieprzewidywalną wytrzymałością. Z długością wędziska nie należy przesadzać, gdyż im dłuższe wędzisko,tym trudniej je "uruchomić" w reakcji na branie. W łowiskach z silnym nurtem,radziłbym stosować wędziska wolniejsze o ugięciu bliższym środkowego. Taka wędka dobrze amortyzuje gwałtowne zrywy ryb i pomaga wyholować nawet płytko zaciętą rybę. Wędziska o szybkiej akcji i szczytowym ugięciu,lepiej sprawdzą się w łowiskach o słabym uciągu nurtu.
      Kołowrotek-bez szczególnych wymagań, ale bezwzględnie musi mieć płynnie działający hamulec. Wielkość,jak w innych technikach spławikowych w zakresie 1000-3000, dobrany gabarytami do realiów łowiska, nie do marzeń, co zresztą dotyczy także żyłek. Średnicę żyłki dobieramy adekwatnie do gatunków ryb na które polujemy. Może to być np.0,18mm, na płoć, jazia, leszcza, przypony 0,12;0,14;0,16mm. Ale może też być 0,30mm, na karpia, amura czy brzanę, przypony 0,24; 0,26; 0,28mm.
      Spławiki w zasadzie takie jak do przepływanki, tyle że ze znacznie krótszym kilem/statecznikiem. Chociaż akurat w przystawce,kształt i wyważenie spławika mają znaczenie drugorzędne.
      Obciążenie to oliwki, łezki, gruszki z wtopionym krętlikiem. Gramaturę dobieramy stosownie do siły nurtu,aby pewnie "trzymało się"dna.
      Przypon - swego czasu,stosowałem przypony w zakresie 30-60cm, zależnie od intensywności żerowania i gatunku łowionych ryb. Np.na płoć 30-40cm, na leszcza 40-60cm.
      Haczyk - dobrany wielkością do stosowanych przynęt, ale mocą i kształtem do gatunków na które polujemy.
      Budowa zestawu.
      Zestaw do przystawki jest prosty. Spławik, przelotowe obciążenie, krótki odcinek koszulki igielitowej(5mm), krętlik i przypon z haczykiem. Koszulka igielitowa zabezpiecza węzeł przed zbijaniem przez ciężarek. Przy doborze obciążenia można przyjąć zasadę, że tam gdzie w przepływance klasycznej wystarczą 4g, do przystawki należy założyć 8g, czyli podwoić wartość obciążenia oraz spławik o gramaturze 8g. Najlepiej gramaturę obciążenia określić w konkretnych warunkach łowiska metodą prób i błędów. Zależnie od siły nurtu, zestaw należy przegruntować od 1,5 do 2 głębokości łowiska (układa się po skosie). Jeżeli głębokość łowiska jest większa niż długość wędziska, spławik trzeba zdjąć i obserwować szczytówkę, albo założyć inny sygnalizator brań.
      Stanowisko i łowienie.
      Dobrymi miejscami do łowienia na przystawkę są: dolne krawędzie spadów bocznych koryta rzeki lub kanału, półki na tychże spadach, zewnętrzne zakręty nurtu (wewnętrzny brzeg), obrzeża opasek faszynowo-kamiennych, napływy i zapływy ostróg, wnęki brzegowe, cienie prądowe za podwodnymi przeszkodami. Wędkę zarzucamy "spod siebie", prostopadle do osi nurtu lub nieco po skosie z nurtem,6-10m od brzegu. Nurt zniesie zestaw w określone miejsce, zestaw się zatrzyma. Jeżeli dany układ nam odpowiada odkładamy wędzisko na dwie podpórki. Można na jedną, wtedy dolnik opieramy na kolanie. Jeżeli zestaw "bije"w brzeg, znaczy to że obciążenie jest za małe. Zwiększamy obciążenie, nie zwracając wogóle uwagi na wyporność spławika. W tej sytuacji podciągamy spławik nad lustro wody, i będzie on niejako podwieszonym na szczytówce wskaźnikiem brań. Niektórzy moi koledzy i znajomi,tylko tak łowią, stosując do obciążeń 15-20g, spławiki piórowe,wiszące nad powierzchnią wody.
      W łowiskach z szybkim lub średnim nurtem nęcimy zanętą w postaci kul. Na wolnych uciągch można nęcić także luźnym ziarnem czy robakami. Przed nęceniem, zarzucamy wędkę i obserwujemy jak nurt ustawi zestaw. Dopiero teraz nęcimy powyżej spławika, tak aby w efekcie przynęta na haczyku,znajdowała się w smudze zanęty.
      Skuteczność tej techniki łowienia,zależy w równej mierze od trafności wyboru stanowiska,jak i od zachowania wędkarza nad wodą. Musimy pamiętać, że będziemy łowić ryby niemal spod nóg. Wszelkie przygotowania do łowienia,czynimy w pewnej odległości od brzegu, aby już na starcie nie wypłoszyć ostrożnych ryb.


    • wind
      W odróżnieniu od lat poprzednich tegoroczna zima szybko nas opuściła i mamy iście wiosenne temperatury. Słonko też coraz smielej wygląda zza chmur i przyjemnie przygrzewa.
      O dwóch - trzech tygodni zaczynam się zbierać nad wodą ale wciąż coś przeszkadza, a to składki nie zapłacone, a to deszcz pada, a to zimno, a to się nie chce rano wstać. Ale w końcu się zebrałem i z Marcinem wybraliśmy się do Błotnika na starorzecze Martwej Wisły.

      Pogoda piękna, o 8.00 było 6st, lekka bryza marszczyła wodę poza naszymi stanowiskami i poruszała okolicznymi trzcinkami.

      Na miejscu spotkalismy już naszego forumowego kolegę @yeti. Topił robala już jakiś czas ale niestety, bez skutku.
      Zajeliśmy miejscówki kilkadziesiąt metrów dalej. Szybki montaż zestawów, przygotowanie zanęty i ... łowimy . Wreszcie . Za chwilę w wodzie wylądował koszyk z zanętą i drugi zestaw spoczął na podpórkach. Cóż, tak jak u sąsiadów, woda wyglądała na martwą, jak nazwa wskazuje i nic, nawet wszedobylska babka nie trąciła przynęt. A łowiliśmy na białego z pinką w róznych konfiguracjach, jako tajną broń miałem jeszcze w zanadrzu parzony pęczak. Niestety, nasze wysiłki spełzły na niczym, poprostu albo ryby nie było w pobliżu albo nie "gryzła" bo nie chciała. Po 9,.00 sąsiedzi się zwinęli, a zaraz po nich zawitali do nas ... YETI . Tak, ci sami, którzy od kilku lat systematycznie towarzyszą otwarciu sezonu. Obejrzyli karty, legitymacje, rejestry, pogadali i poszli dalej. Przy okazji pochwalili się ujęciem chwilę wcześniej "szarpakowca", który zdołał "ułowić" pół wiadra cert. Już Policja się nim zajmowała.
      Wkrótce po tych odwiedzinach zwinęliśmy się do domu po drodze odwiedzając znane nam kanały i miejscówkę na Martwej Wiśle "pod figurką" . Nad rzeką spotkaliśmy trzech wędkarzy, wyniki mieli dokładnie takie same jak my, kilka kilometrów dalej.


      Natrafiliśmy też na ślady pobytu wspomnianych "szarpakowców", i tutaj sporo certy padło ich łupem. Mam nadzieję, że to ten sam koleś, którego rano złapali. Jeśli nie to może chociaż ręku mu uschnie ...

      Rzut oka jeszcze na kanał Śledziowy

      kanał Piaskowy

      utwierdziły nas w przekonaniu, ze na spotkanie z rybkami za pomocą cywilizowanych metod jest jeszcze za wcześnie. Ale świeżego powietrza nigdy za mało . Następny wypad już za tydzien, tym razem na celowniku wody za Wisłą .

    • Guest
      Ogólnie rzecz biorąc w batach zastosowanie mają trzy rodzaje szczytówek:
      Pusta, z którą zazwyczaj bat kupujemy (dla początkujących – szczytówka jest prawie na całej swojej długości pusta w środku, dopiero kilka końcowych centymetrów jest z zamkniętego profilu, a czasem nawet nie, bo widać mikroskopijny otwór w najwęższej części szczytówki).
      Pełna zwana wklejką, konkretnie – w pustą część szczytówki jest wklejona tzw. igła z pełnego włókna węglowego.
      Szczytówka pusta z wklejoną tulejką wewnętrzną lub zewnętrzną pod amortyzator.

      Foto1: Od lewej: wklejka, szczytówka z amortyzatorem, szczytówka pusta
      Kiedy stosujemy poszczególne rodzaje szczytówek, oraz ich wady i zalety:
      Szczytówka pusta – stosujemy ją, gdy łowimy średnią rybę z myślą o braniu jej „na klatę”, czyli do ręki. Łatwiejszy też jest hol większych sztuk. Wadą takiej szczytówki jest możliwość spadania podczas holu ryb małych i/lub delikatnie zaciętych. Po prostu szczytówka jest za sztywna i nie amortyzuje wystarczająco podczas holu. Szczytówka z wklejką tzw. pełna – jej przydatność docenimy wówczas, gdy łowimy sztuki małe lub holujemy ryby zapięte za przysłowiową „skórkę” Daje też nam możliwość zastosowania odchudzonych zestawów, a zwłaszcza przyponów – nie grozi nam zerwanie delikatnego przyponu przy gwałtownym zacięciu, jak przy szczytówce pustej i sztywnej. Wadą takiego rozwiązania jest wydłużony czas holu, zwłaszcza większych sztuk, i trudności z uchwyceniem ryby podniesionej nad wodę. Niektórzy eksperci jako wadę takiej szczytówki podają fakt, że bat robi się wolniejszy i mniej celny przy zarzucie..... Szczerze mówiąc, moim zdaniem, jeśli taka różnica jest to na tyle nieznaczna, że nie warto tym sobie zawracać głowy.
      Szczytówka/bat z amortyzatorem. To rozwiązanie ma pewnie równie wielu (jak nie więcej) przeciwników niż zwolenników, za rzekome wypaczenie idei ‘batmaństwa”. Kiedy stosujemy bat z amortyzatorem? Gdy jesteśmy pewni, że bardzo prawdopodobne są przyłowy, których wyjęcie przekracza możliwości bata z tradycyjną szczytówką. Wady pomniejsze – zaburzenie wyważenia kija, przy niewłaściwym doborze wytrzymałości poszczególnych części zestawu, czyli bata/amortyzatora/przyponu istnieje bardzo duże ryzyko połamania wędki. I ostatnia z pomniejszych wad, - potrzebujemy dużo czystej, nie zarośniętej wody na hol ryby, którą ciężko jest kontrolować za pomocą bata z amortyzatorem.
      Największa wada moim zdaniem, to długość holu i trudności z podebraniem......
      Dlaczego? Otóż załóżmy, że zastosowaliśmy odcinek amortyzatora o długości 1m. Gumy rozciągają się przeciętnie od, 300 do 500%, czyli podczas holu większej sztuki nagle mamy zestaw dłuższy o około 3 do 5m, i jak tu sięgnąć podbierakiem? Pozostaje nam długie, powolne męczenie ryby i właściwa technika holu polegająca na swoistym „pompowaniu” szczytówką. Czyli pochylamy szybko wędkę żeby część amortyzatora wróciła do szczytówki a potem powoli podnosimy bat i tak do skutku. Drobna podpowiedź, – jeśli hol się przedłuża, i jest taka możliwość, to warto, co jakiś czas zanurzyć szczytówkę, a przez to cały amortyzator w celu jego schłodzenia.

      Foto2: Kawałek amortyzatora

      Foto3: Ten sam kawałek rozciągnięty
      Trochę techniki, czyli przygotowujemy szczytówki do łowienia:
      Szczytówka pusta, najczęściej spotykana w kupionych batach, i najprostsza do przygotowania. Po prostu wyjmujemy szczytówkę z bata, idziemy do sklepu i dobieramy odpowiedniej średnicy łącznik szczytówka – żyłka ( polecam łączniki firmy Stonfo), który wklejamy za pomocą zwykłej kropelki czy super glue. Nie warto moim zdaniem stosować żadnych żywic czy klejów typu poxipol, bo w razie uszkodzenia będziemy mieli problem z odzyskaniem łącznika, bądź szczytówki.
      Foto4: Dwa przykładowe łączniki. Pierwszy od lewej mocniejszy.
      Szczytówka z wklejką – dużo rzadziej spotykana w kupionych kijkach zwłaszcza dłuższych. Kupić osobno, też raczej ich się nie da, więc pozostaje nam zrobienie takiej szczytówki samemu Do tego celu potrzebujemy: szczytówkę pustą, i drugą z pełnego włókna węglowego (oryginalną szczytówkę warto sobie zostawić). Czy kupimy je w sieci, czy w sklepie stacjonarnym, nie ma znaczenia, trzeba tylko zachować kilka parametrów. Otóż szczytówka pusta musi mieć taką samą dolną średnicę i zbliżoną długość jak oryginał. Czyli mierzymy oryginał i zgodnie z tym zmawiamy/kupujemy. Z wklejką jest troszkę trudniej, zwłaszcza, jeśli chodzi o dobór jej dolnej grubości. Dlaczego? Bo są wg mnie dwie metody wklejania igły w pustą szczytówkę. Pierwsza polega na tym, że tniemy pustą szczytówkę w pasującym nam miejscu, i dokupujemy wklejkę o równej lub mniejszej średnicy dolnego końca niż powstały otwór. Następnie pasujemy wklejkę w otwór – ma wchodzić z lekkim luzem. Jeśli nie wchodzi to korygujemy jej grubość za pomocą papieru ściernego. Moim zdaniem wklejka powinna wchodzić w pustą szczytówkę na 4-5cm, więc taką długość odmierzamy i zaznaczamy. Następnie przy użyciu np. żywicy epoksydowej wklejamy igłę, starając się żeby kleju było tak dużo, żeby „złapał” wklejkę na całym wklejanym odcinku. Drugi trudniejszy, preferowany przeze mnie sposób, to takie dobranie dolnej średnicy wklejki, że po ucięciu w odpowiednim miejscu pustej szczytówki można je złożyć teleskopowo, tak, że jak powyżej zostanie w części pustej około 5cm wklejki, w miarę ściśle przylegające do ścianek pustej szczytówki. Jak to uzyskać? Najlepiej za pomocą suwmiarki i papieru ściernego. Konkretnie – zaznaczamy na pustej szczytówce domniemane miejsce cięcia, ( ale nie tniemy!!!). Następnie 5cm niżej mierzymy suwmiarką średnicę szczytówki. Od tego wymiaru odejmujemy dwukrotną grubość ścianek szczytówki i mamy prawdopodobną dolną średnicę wklejki, którą zakupujemy. Jaka długość wklejki? Moim zdaniem nie mniej niż 35cm, a nie więcej niż 45cm. To już zależy od tego, jaką akcję chcemy uzyskać, to samo odnosi się do grubości wklejki w części szczytowej ( im mniejsza grubość tym wklejka bardziej giętka). Gdy mamy już wszystko zakupione, mierzymy jeszcze raz i jeśli jest ok., to za pomocą trójkątnego pilnika tniemy pustą szczytówkę w założonym miejscu. Pasujemy obie części. Gdy wklejka okaże się za gruba, to albo ją szlifujemy, albo ponownie odcinamy fragment pustej części np. 0,5cm (lepiej częściej ciąć niż uciąć za dużo), i tak do skutku.
      Jeśli utniemy za dużo, lub, gdy wklejka wchodzi nam na zakładane 5cm, a mimo to połączenie klekoce, czeka nas „grubsza” robota. Ja radzę sobie w ten sposób, że nakładam na te dolne 5cm wklejki warstwę żywicy, czekam aż wyschnie i szlifuję papierem ściernym często pasując do pustej części. W razie potrzeby czynność powtarzam. Ostatecznie muszę osiągnąć taki rezultat, że wklejka w pustej części idealnie przylega do ścianek, co eliminuje ryzyko złamania z powodu niedopasowania łączenia.
      W tym sposobie nie wklejam igły – pozostawiam połączenie teleskopowe, co w razie
      Jakiejś „awarii” pozwala mi, albo wymienić, albo odzyskać wklejkę.
      Jeśli mamy wątpliwości (niektórzy polecają), co do jakości/bezpieczeństwa takiego
      połączenia, to można zrobić delikatną omotkę na styku wklejki i pustej części
      szczytówki. Na koniec oczywiście wklejamy łącznik szczytówka – żyłka.
      Szczytówka z amortyzatorem. Tytułem wstępu – nie każdy bat nadaje się do takiego łowienia. Wędki delikatne o cieniutkich ściankach blanku i szczytówki odpadają. Po prostu podczas holu mogą nie wytrzymać naprężeń w miejscu styku korka/drabinki amortyzatora, lub tulei w szczytówce. Na szczęście dotyczy to przeważnie wędek specjalistycznych, z wyższej półki. Każdy przeciętny allrounder da radę. Potrzebujemy: szczytówki pustej w środku, tulei zewnętrznej lub wewnętrznej amortyzatora, korka rozporowego do amortyzatora lub drabinki/konnektora, łącznika guma – żyłka, no i samego amortyzatora.
      Pokrótce: Szczytówka powinna mieć taką samą średnicę dolną jak oryginał. Możemy zastosować dwa rodzaje tulejek amortyzatora – zewnętrzną lub wewnętrzną. W tym wypadku wybieram zewnętrzną żeby zaoszczędzić na długości szczytówki – wymaga ucięcia mniejszego odcinka szczytówki przy montażu

      Foto5: Tulejki wewnętrzna i zewnętrzna.
      Korek rozporowy lub drabinka – ja stosuję korki rozporowe Stonfo, które poprzez skręcenie lub rozkręcenie mają regulowaną średnicę. Co do drabinek i innych konektorków dostępnych w handlu oczywiście też się nadają do użycia aby tylko były małe i lekkie.
      Foto6: Pierwszy od góry – polecany przeze mnie korek rozporowy Stonfo. Łącznik guma – żyłka – proponuję łączniki Stonfo w rozmiarze adekwatnym do rozmiaru amortyzatora (opisy zależności bez problemu do znalezienia w sieci). Dobrze by było by łącznik był na tyle mały żeby bez problemu przeszedł wraz ze szczytówką przez drugi element bata. Foto poniżej:
      Foto7
      Foto8: Różnej wielkości łączniki Amortyzator – moim zdaniem do bata najlepsze są amortyzatory silikonowe lub
      silikonowo/lateksowe. Czysty lateks odpada jest za miękki, delikatny i rozciągliwy.
      Długość amortyzatora wg mnie w zależności od warunków powinna wynosić w stanie
      napiętym od 40cm (w samej szczytówce) do max 1m. Średnica – nigdy nie stosowałem
      w bacie gum grubszych niż 1mm, przeważnie 0,8-0,9mm. Pamiętajmy, że grubość
      amortyzatora dobieramy do przewidywanej wytrzymałości/średnicy przyponu. Przypon ma być zawsze najsłabszym ogniwem zestawu. W sieci bez problemu znajdziemy tabelki z zależnością grubość amortyzatora a zestaw/przypon.
      To samo dotyczy doboru tulejki zewnętrznej – w sieci i sklepach internetowych jest podany rozmiar amortyzatora, do jakiego są przeznaczone. Ja wolę wybrać tulejkę o nr większą. Tzn., jeśli mamy amortyzator 0,8mm to powinniśmy wybrać tulejkę o średnicy wewnętrznej około 1mm. Ja idę dalej i kupuje taką, w którą wchodzi guma nawet 1,2 mm – swobodny przesuw amortyzatora, to moim zdaniem podstawa.
      Montaż tulejki na szczytówce jest prosty – mierzymy suwmiarką szczytówkę i tniemy nieco powyżej zaznaczonego miejsca za pomocą pilnika trójkątnego. Pasujemy tulejkę, która powinna wchodzić na lekki wcisk. Jeśli nie pasuje odcinamy ponownie fragment szczytówki i tak do skutku. Teraz odcinamy potrzebny odcinek amortyzatora i przeciągamy go przez szczytówkę. Ja stosuję specjalny drut do tej czynności, ale można sobie poradzić jakimkolwiek drutem, czy grubą żyłką.
      Foto9: Drut zwijany do przeciągania amortyzatorów. Tu rada – po ucięciu odpowiedniego odcinka gumy, porozciągajmy amortyzator w rękach, żeby się „ułożył”. Tzn. złapmy między dłonie odcinek 20cm i rozciągnijmy go maksymalnie, i tak dalej po całej długości amortyzatora. Po takim zabiegu okaże się, że odcięty odcinek zrobił się nam dłuższy. Unikniemy w ten sposób korekty napięcia amortyzatora po pierwszej większej rybie.
      Od strony tulei przywiązujemy łącznik guma – żyłka ( węzłów w sieci możemy znaleźć mnóstwo) Ja na zdjęciach przedstawiam ten, którego sam używam:
      Foto10: Łącznik w częściach – tulejka dolna, widoczny otwór montażowy do amortyzatora.

      Foto11: Nakładamy tulejkę dolną na amortyzator.
      Foto12: Przeciągamy podwójnie złożony amortyzator przez otwór.
      Foto13: Robimy prosty, zwykły węzeł.
      Foto14
      Foto15: Przekładamy pętelkę przez łącznik, poczym zsuwamy poniżej węzła .
      Foto16: Zaciskamy ściśle węzeł .
      Foto17

      Foto18: Wciskamy tulejkę aż poczujemy, że wskoczyła na swoje miejsce
      Foto19: Odcinamy zbędny kawałek gumy pozostawiając kilka milimetrów. Teraz przeciągamy amortyzator przez szczytówkę, na moim zdjęciu za pomocą specjalistycznego drutu:
      Foto20: Przeciągamy drut przez szczytówkę od dołu i blokujemy amortyzator w uchwycie.
      Foto21: Przeciągamy gumę przez szczytówkę. Na drugim końcu dowiązujemy korek rozporowy (węzeł ten sam). Do korka rozporowego dowiązuje kawałek sztywnej plecionki.
      Foto22: Szczytówka gotowa do montażu w bacie . Teraz w drugi element bata wkładamy szczytówkę i zaciągamy ją teleskopowo. Korek rozporowy powinien schować się w elemencie, a na zewnątrz tylko wystaje kawałek plecionki.
      Foto23: Pozostawiona plecionka nie przeszkadza i nie wchodzi między elem. bata jeśli jest wystarczająco sztywna.
      Bierzemy w palce łącznik guma – żyłka i sprawdzamy napięcie amortyzatora.
      Foto24
      Robimy to poprzez wyciagnięcie amortyzatora ze szczytówki i puszczenie go. Jeśli łącznik uderza bardzo mocno w tuleję i mamy problem z wyciągnięciem gumy, to amortyzator naciągnięty jest za mocno napięty. Jeśli po wyciągnięciu chowa się w szczytówce bardzo wolno i opornie lub nie chowa się wcale, to za słabo. Korekty w obie strony dokonujemy poprzez skręcenie lub rozkręcenie korka rozporowego, lub ucięcie amortyzatora i ponowne jego przywiązanie.
      Troszkę bardziej szczegółowo – ciągniemy za plecionkę przywiązaną do korka, i wyciągamy go z elementu, regulujemy korek, i puszczamy sznurek. Ponownie sprawdzamy naciąg amortyzatora, jak opisałem powyżej i tak do skutku.

      Foto25: Korek wyciągnięty do regulacji.
      Ostatecznej korekty i tak dokonamy nad wodą ciągnąc za zestaw przy rozłożonym bacie. Wrócę jeszcze do korków rozporowych i drabinek – jak ktoś ma zacięcie i chce oszczędzić na kosztach może je zrobić samemu. Ja kiedyś wykonałem sobie taki komplet z korków od wina i drutu. Trzeba tylko zeszlifować taki korek w stożek o odpowiedniej średnicy, zrobić oczko na drucie, którym przekłuwamy korek, a po przekłuciu wykonać oczko z drugiej strony (drut trzeba wkleić). Możemy wykonać takie korki do poszczególnych długości amortyzatorów, lub regulować ich średnicę poprzez oklejenie korka taśmą izolacyjną. Niestety ten typ korków samoróbek ma jedną wadę, która odnosi się także do całości łowienia batem z amortyzatorem, a którą świadomie pominąłem wcześniej. Chodzi mi konkretnie, o to, że choćbyśmy nie wiem jak się starali, i jakie patenty stosowali, to i tak woda dostanie się do środka wędki. Pół biedy, kiedy mamy oryginalny korek rozporowy lub drabinkę, wówczas woda spływa, do dolnika i wystarczy tylko, co jakiś czas poluzować nakrętkę na dole bata i wypuścić ją. Zastosowanie samoróbki lub korków ściśle przylegających do blanku wędki powoduje, że woda zostaje w górnej części blanku. Co to oznacza wiadomo – przeciążenie ścianek, mocny zamach i po wędce. Więc jeśli zdecydujemy się na takie rozwiązanie, pamiętajmy o konieczności oczyszczania bata z wody wewnątrz wędziska.
      I to by było na tyle.
      Wiem, że nie wszystko dla wszystkich będzie jasne, mimo, że starałem się opisać temat jak najdokładniej. Niestety nie mam na tą chwilę materiałów, żeby wykonać wklejkę i pokazać poszczególne etapy na zdjęciach.
      Pozdrawiam
      Kuba ( ŁYSY0312)

    • grzybek

      Naturalny pokarm dorsza

      By grzybek, in Ryby,

      Dorsz to jedna z najbardziej rozpowszechnionych ryb na Zatoce Gdańskiej.
      Jej główny drapieżnik.
      Choć mieszkam dwa kilometry od morza to moje pierwsze spotkania z tą rybą to początkowo Norwegia a teraz Zatoka Gdańska.
      Zaczynałem od spinningu i chyba pozostanę przy tej metodzie poławiania tego morskiego zbója.
      Wędkując w Norwegii z brzegu stosowałem przede wszystkim szczupakowe zestawy.
      Ot, pospolite gumki Mannsa czy Relaksa na metalowym przyponie.
      Musiałem używać metalowych przyponów bo dużo innych ryb przecinało, przegryzało mi plecionki.
      Nie ma porównania walka ryb złowionych na spinning do emocji związanych z holowaniem drapieżnika z burty kutra na otwartym morzu czy Zatoce.
      Łowienie ryb z kutra na ciężkie zestawy z pilkerem i przywieszkami w skrócie nazywam wyciąganiem wiadra z wody.
      Wolę spinning.
      Skończyłem z wędkowaniem z kutrów bo to i kosztowne i nudne.
      Łapanie na przysłowiowy "gwizdek"
      Zaczynasz i kończysz łowić na sygnał szypra.
      Często nawet nie zdążysz dobrze zarzucić wędki.
      Ostatnimi laty zacząłem pływać własną krypą, poznawać kolejne łowiska.
      Przekonałem się, że wcale nie trzeba wypływać daleko, łowić głęboko itp.
      W miarę wyjmowania kolejnych ryb i poznawania ich treści żołądkowej zacząłem poznawać ich zwyczaje i naturalny pokarm jakim się żywią.
      Dało mi to wiele do myślenia.
      Okazuje się, że małe dorsze żywią się przeróżnymi żyjątkami.
      Poczynając od kiełży zdrojowych, po przez krabiki, małże, gliździochy, kończąc na mniejszych rybkach.
      Tu garnela - stosunkowo duży raczek dorastający od 40 do 50mm, blisko spokrewniony z krewetkami.
      Nie jest całkowicie przezroczysty, o lekkim zabarwieniu różowawo – brunatnym, któremu towarzyszą drobniutkie, ciemne plamki.


      Powyżej tzw wesz morska (podwój wielki)
      Taką drobnicą żywią się mniejsze osobniki, nazywam je bolkami.
      Poniżej cały omułek a także jego części wyjęte z żołądka małego, wymiarowego dorsza wraz z krabikiem i kiełżem zdrojowym.


      Większe osobniki dorsza odżywiają się innymi rybami, także własnego gatunku.
      Wynika to wyłącznie z moich własnych spostrzeżeń, takie mam doświadczenia.
      W żołądkach dorszy, które złowiłem znajdowałem różne ryby i stworzonka.
      Całkiem spore dorszyki, stynki, śledzie, flądry, tobiasze, szprotki, babki bycze.
      Wyjmowane ze sporych głębokości często pozbywają się treści żołądkowej.
      Także już wyjęte z wody najczęściej oddają swoje wcześniejsze zdobycze.
      Na Zatoce Gdańskiej, w trakcie łowienia dorszy na spining holowałem swoją największą rybę życia.
      Do tej pory czuję ją w kościach.
      Mogłem ją tylko podholować do łodzi ale w żaden sposób nie dawałem rady jej podnieść do góry.
      W końcu weszła w resztki starego, drewnianego wraku pod łodzią i tyle ją widziałem...
      Nie zapomnę jej nigdy.
      Od wielu lat pozostaję przy metodzie spinningowej.
      Stosuję technikę typowo sandaczową - podbicie przynęty z dna i opad na lekkim, spiningowym kiju.
      Dwa obroty korbą i czekanie na branie.
      Czasem ryba przydusi przynętę do dna, z reguły jest to jednak zdecydowane branie i wierzcie mi lub nie - wystarczy jeden hak.
      Używam gum w rozmiarze 3-4", do tego główka jigowa 40-50g na 15m głębokości.
      Na większych głębokościach albo kiedy łapię bez kotwicy, w dryfie muszę używać cięższych główek.
      Z reguły wystarczają mi główki do 80g choć uwzględniając dryf jednak czasem przywalę 250g ołowiem.
      Łowiąc na głębokościach do 15m niewymiarowe dorsze, zaczepione jednym hakiem za pysk mają szansę przeżyć po niezbyt intensywnym holu.
      Poniżej jedna ze stosowanych gumek, dodam, że łowna, dobre kolory.

      Niżej gumka 4" na główce 50gramowej - moja typowa przynęta dla większości dorszy które złowiłem.
      To Kopyto Relaks'a.

      Dorsz bierze zdecydowanie i nie ma zmiłuj się.
      Często odgryzie ogon albo cały trzon urwie przy kolanku haka, trudno, zdarza się.
      Najchętniej łowię sandaczowym 2,3m Team Dragon'em do 35g cw albo MHXem z pracowni kolegi.
      Dzięki świetnej konstrukcji czuję dno i każde skubnięcie, branie, nierówności dna.
      Pomocna tu jest nierozciągliwa plecionka, ja używam średnicy 014mm.
      Wystarcza na metrowe ryby.
      Odstawiłem ciężkie pilkery, przywieszki, parasolki...dla mnie to kupa złomu.
      Ciężkie, nieprzydatne mi dzisiaj graty.
      To samo z kręciołami.
      Odpuściłem sobie targanie topornych, wielkich, ciężkich i zbędnych betoniarek.
      Używam typowo spinningowych kręciołów wielkości do 3-4000.
      Łapię fajne ryby i jestem zadowolony.
      Trochę szans tym rybom trzeba dać, nawet jak zerwą plecionkę w ostatnim zrywie na wodzie.
      To przecież przede wszystkim sport, adrenalina, emocje, wędkarstwo...
      Stosując jeden hak mam świadomość, że każda ryba ma szanse.
      Przynajmniej takie mam wrażenie.
      Preferuję haki Gamakatsu Big Game 6/0 ale inne nie są dużo gorsze.
      Dobieram hak do wielkości gumy, najczęściej od 4/0-6/0

      Warto wiedzieć czym odżywia się ryba którą chcę złowić.

    • grzybek

      Jesienna wyprawa

      By grzybek, in Opowiadania,

      Któryś z kolegów wpadł na pomysła żeby jesienią najechać Odrę.
      Wcześniejszy wypad kolegów z Gdańska nad tą rzekę był ponoć udany.
      Rybki i humory na tym wypadzie dopisały więc długo nie zastanawiałem się nad przyjęciem zaproszenia.
      Mieliśmy jechać na kilka dni, dwoma autami, po kilka osób w jednym.
      Na tyle wygodnie żeby nie było ścisku a i sprzęt znalazł odpowiednie miejsce.
      Schronienie w swoim domu zapewniał nam Janusz – jeden z zaprzyjaźnionych, śląskich wędkarzy.
      Jako, że mieliśmy wędkować w dwóch okręgach zezwolenia wykupiliśmy przez Internet.
      Te zakupy spustoszyły mój cienki portfel niezrzeszonego członka PZW.
      Od lat nie jestem członkiem Polskiego Związku Wędkarskiego więc potraktowali mnie jak dojną krowę.
      Wybuliłem dużo za dużo ale czego nie robi się dla przeżycia ciekawie zapowiadającej się wędkarskiej przygody?
      Raz danego słowa kolegom nie zmienił nawet bolesny zabieg u chirurga-stomatologa na kilka dni przed planowanym wyjazdem.
      Ot zwyczajny SQS (StarośćQuźwaStarość) – cóż: starość nie radość, młodość nie wieczność.
      Dałem se wyrwać kilka zmęczonych kłów na raz żeby mieć już spokój na dłuższy czas.
      Stomatolog wraz z technikiem dentystycznym wyklepali mi nową koparę i ta dała mi popalić!
      Opuchnięte, niezagojone, poszyte dziąsła - kawał obcego ciała w pysku nie pozwalały mi pogryźć czegokolwiek.
      Do tej pory mam ciary na plecach jak to wspomnę.
      Jarek, Bartek, Marcin, Mariusz, Piotrek i ja spotykaliśmy się i poznawaliśmy w necie, na jednym z portali wędkarskich.
      Teraz mieliśmy okazję spotkać się w rzeczywistości, w realu.
      W szóstkę sprawnie zapakowaliśmy się do autek i w drogę – ahoj przygodo!
      Chłopaki skojarzyli mnie z Piotrem w jednym wozie, na tylnym siedzeniu.
      Poznawaliśmy się lepiej w trakcie długiej rozmowy.
      Tematów było wiele, jak to między wędkarzami.
      Po drodze przez pół kraju wysuszyliśmy kilka butelek z napojami energetycznymi.
      Te napoje chyba pędzone przy księżycu bo łatwo wchodziły, rozwiązywały języki i dawały kopa.
      Trasa minęła tak szybko, że nie spamiętałem, jak znaleźliśmy się w domu gościnnego Janusza z Kędzierzyna – Koźla.

      Rano suszyło okrutnie ale szybko okazało się, że nie przyjechaliśmy tu na wypoczynek.
      Bartek już tego dopilnował, nie dał nam poleżeć.
      Jego wędkarskie ADHD nie pozwoliło innym pobyczyć się, odpocząć czy zawiązać sadełko.
      Czekała na nas Wielka Rzeka i wędkarska przygoda: spotkania z brzanami, sandałami i wąsatymi sumiskami.
      Te pobudzały wyobraźnię, która nie pozwalała poddać się bez walki.
      Nie wyspałem się, Ziemia uciekała mi spod nóg chociaż starałem się utrzymać pion i formę.
      Nikt nie obiecywał, że będzie lekko.
      Bez wątpienia w tej grupie byłem seniorem i czułem wzrok młodszych kolegów na plecach.
      Może spodziewali się, że pokażę im jak łowić te rybska?
      Możliwe, niewykluczone ale mi nie szło zupełnie.
      Gleba ciągle rozkołysana - od kiedy Kopernik wstrzymał Słońce - ruszył Ziemię mam problem z utrzymaniem równowagi, szczególnie po zakrapianej, długiej podróży i nocnych Polakach rozmowach.
      Zastraszająco szybko traciłem przynęty w płytkiej, skalistej, nieznanej mi wodzie.
      W czasie gdy rozpoznawałem kolejne miejscówki ryby zaczęły wieszać się każdemu innemu – byle nie mnie!
      Ten pierwszy dzień wspólnego wędkowania był dla mnie stracony, wręcz okupiony masą zerwanych przynęt.
      Chciałem żeby ten dzień skończył się jak najprędzej.
      Koledzy w płytkiej wodzie ciągali na spina leszcze, brzany, sandałki…
      Za pysk, za płetwę, za ogon… - poprawiali swoje życiowe osiągi a mnie te ryby olewały zupełnie.
      To nie był mój dzień.
      Zaraz na początku Mariusz wyholował swoją życiową brzanę – oj, podkręcił nam śrubę!
      Można było pocieszać się gdy po długim holu okazało się, że jest podhaczona za płetwę grzbietową – niby nie liczy się ale i tak każdy z nas chciałby poczuć takie ładne, silne rybsko na swoim kiju.
      Piękna rybka! Zasłużone graty za wzorowy hol i życiówkę!

      Nie łowiliśmy na punkty, na wagę, dla mięsa. Wszystkie ryby wracały do wody.
      Po tym ciężkim dla mnie rozpoznaniu łowisk wróciliśmy na posiłek.
      Janusz - nasz łaskawy gospodarz na Śląsku w raz z rodziną dopieszczali nas z wrodzoną gościnnością.
      Na obiad rodzina Janusza przygotowała pyszną wątróbkę z cebulką. Mniam!
      Wygłodzony cokolwiek próbowałem pogryźć kęsik tą moją nową koparą.
      Żułem z gębą pełną bólu, szwy w świeżo pociętych dziąsłach uwierały niemiłosiernie.
      Jak poprosiłem chłopaków żeby mi przeżuli kęsa to mnie wyśmiali!
      Nie tak miało być!
      Trzeba przyznać, że nie marnowaliśmy czasu.
      Każda chwila była cenna i wykorzystywaliśmy na maxa łagodne, jesienne dni i każdą sposobność żeby wyrwać się nad wodę.

      Bartek wstrzelił się znowu w leszcze, później w bolenie, wszyscy łowili sporo szkolnych, krótkich sandałków.
      Kolejny dzień kończyliśmy wieczornym ogniskiem, gdzie kiełbaski na patyku, z musztardą i browarem smakowały wybornie.
      Było gwarnie, wesoło, miło.
      Nie było szumnego „Góralu, czy ci nie żal…” czy „płonie ognisko w lesie…” ale zawsze pełna kultura – wszelkie flaszeczki, puszeczki i inne pozostałości zebrane i porzucone w odpowiednim miejscu.

      Godziny i dni wspólnego wędkowania w zgranej grupie mijały szybko.
      Nie przeszkadzały nam deszcz czy mgła, raźno maszerowaliśmy po kolejnych, obiecujących miejscówkach.
      Błoto, w którym często stawialiśmy stopy tylko utwierdzało nas w przekonaniu, że to świetna pora dla twardzieli.
      Szkoła przetrwania, którą w praktyce dawno powinniśmy mieć opanowaną.

      Kolejnego dnia, kiedy chłopaki pognali czesać kolejne, znane im wcześniej miejscówki mijałem przy brzegu dwóch autochtonów.

      Rozparli się wygodnie na fotelach, przy zastawionym stole łapali rentgeny z ostatnich, słonecznych dni tej jesieni.
      Feedery w uchwytach, żyłka w wodzie, uczyli pływać robale – relax na maxa.
      Nie chciało mi się już specjalnie biegać więc przycupnąłem przy nich kładąc się na ścieżce.
      Od słowa do słowa zaczęła się rozmowa.
      Nie chcieli uwierzyć, że przyjechaliśmy na Śląsk aż z Wybrzeża.
      W trakcie luźnej rozmowy jeden z nich stwierdził, że zna jednego gostka z Gdańska.
      Korespondował z nim na jakimś portalu, umawiał się na wyprawę na dorsza…
      Miał na imię Bartek, wymienił jego nicka czy nazwisko – he he, wydało mi się znajome.
      Sprawdziłem w kontaktach na fonie.
      - Jeżeli to ten sam Bartek to właśnie przechodził obok Ciebie!
      Korespondujecie, umawiacie się w eterze a on przechodził obok Ciebie w realu.
      Zadzwoniłem do jedynego Bartka jakiego znałem i oddałem słuchawkę zaskoczonemu wędkarzowi.
      Jakież było jego zdziwienie kiedy przekonał się, że Balon to ten sam Bartek o którym mowa! Ha, ha!
      Kiedy Balon do nas przyczłapał zrobiło się swojsko, wesoło… rozdzwoniły się szkła.
      Fajne to było spotkanie.
      Hanysy otworzyli się, zaczęli uśmiechać się, żartować, polewać…
      Lody zostały przełamane. Gęby im się rozjaśniły i znowu pośmialiśmy się trochę.
      Co do śmiechu to Piotr i Marcin nie dawali nam szans odetchnąć przez te wszystkie dni.
      Nasze przepony wciąż rechotały salwami gromkich śmiechów po ich dowcipach.
      Potrafią rozbawić towarzycho. Mają chłopy talent.
      Mogliby w kabarecie występować, w duecie i solo.
      Do dzisiaj czuję ból w okolicach mięśnia piwnego.

      W ostatnich dniach wyprawy w końcu i do mnie uśmiechnęło się wędkarskie szczęście.
      Dzień wcześniej przytuliłem się do Mariusza i jego miejscówki na wewnętrznym zakręcie koryta bocznego, głębszego kanału.

      Między nami wiązała się jakaś nić wędkarskiego zrozumienia.
      Daleko od brzegu znalazłem fajny, twardy, wypłukany przez prąd wody dołek i tam także znalazłem sandacze.
      Skoro nikt nie łapał wymiarowych sandałów to w końcu zmieniłem gumki o cal mniejsze i dopasowałem główki jigowe do warunków na tym konkretnym łowisku.
      2-calowym kopytkiem w kolorze wściekłej żółci wstrzeliłem się idealnie.
      To był strzał w dziesiątkę.
      Rzucając daleko pod przeciwległy brzeg ,na skos do prądu mogłem kontrolować dokładnie małe kopytko na lekkiej główce.
      Plecionka w minimalnym nurcie i czuły kij przekazywały do nadgarstka idealnie każdy opad, puknięcie o twardy kamień, dno…
      Na pożyczonego od Janusza Avid’a (z ang Pazerny) zaczęły regularnie wyjeżdżać z wody kolejne mętnookie rybki.
      Wcale niekonieczne było częste podbijanie przynęty.
      Zastosowałem mieszaną technikę opadu, gdzie nad najgłębszym miejscem przesuwałem gumkę ponad dnem.
      W jakimś sensie opad to była podstawa ale brania najczęściej odczuwałem przemykając małą przynętą nad wypłukanym, kamienistym dołkiem - „gdzie patyki tam wyniki”
      Po kilku wyjętych rybach koledzy podeszli po bokach wietrząc zwierzynę.

      Z jednej i drugiej strony zaczęli przerzucać łowisko gumami, w końcu trzeba było rzucać na krzyż.
      Utrudniało to wędkowanie, wkurzało więc dałem sobie siana – niech się wyszaleją.
      Puściłem pod nosem niewybredną wiązankę i położyłem się w trawie obserwując dalszy bieg wydarzeń z pozycji leniwca.
      Kiedy kolegi odpuścili mi „moją” miejscówkę znowu zacząłem czesać dołek.
      W końcu, po jednym z kolejnych, podobnym do każdego innego pstryknięć solidne zacięcie i twardy hol!
      Czuję solidny, pulsujący ciężar na pożyczonym od Janusza kiju.
      Od razu zrozumiałem, że siedzi coś mocnego. Rybsko dołowało próbując odpłynąć z nurtem i zerwać się z haka.
      Siedząc na dupsku zaciąłem powtórnie, kładąc się jednocześnie na plecy.
      Na tle szarzejącego nieba widzę kij z pracowni wygięty w pałąk!
      Czuję i słyszę jak hamulec momentami odpuszcza kiedy ryba wali ogonem po plecionce.
      Leżę na plecach, kij w paraboli, plecionka wyje napięta a wystraszony Janusz drze się: odpuść hamulec bo kija złamiesz!
      Przeciąganie liny z parowozem trwa kilka sekund, po chwili… zerwało połączenie.
      Quźwa mać!
      Kolejne słowa grzęzną w krtani.
      Pomimo dwóch solidnych zacięć, mocnego, sprawdzonego w bojach sprzętu ryba po kilkusekundowym holu spina się.
      Przed chwilą byłem zły na upartych sąsiadów, teraz wściekły - rozczarowany pechowym rozwojem wypadków.
      Kolejna „metrówka” z ostatnich miesięcy i lat poszła w długą, zrobiła ze mną i z moim sprzętem to co chciała.
      Znowu zostałem ze sobą sam. Bezradny, załamany, z roztrzęsionymi grabiami.
      Oglądam co mi zostało: plecionka cała… hak cały, ostry… kręcioł, wędzicho – wszystko super!
      Wszystko gra a jednak… zastanawiam się, czy popełniłem jakiś błąd?
      Pewnie ciśnienie podskoczyło mi zenitu.
      Adrenalina buzowała.
      Na lince pozostał świeży, długi ślad śluzu.

      Ewidentny fakt wytrzepywania ogonem haka przez mądrego, doświadczonego, wąsatego mięśnia.
      To nie pierwszy raz na przestrzeni ostatnich miesięcy, kiedy hak 3/0, 4/0, 5/0, 6/0 nie wbił się odpowiednio w zakuty łeb drapieżnika.
      To duże, solidne haki. Często Gamakatsu, Mustad…
      Niektóre ryby mają tyle zębów, tyle kości, że trudno je przebić hakiem, wierzcie mi.
      Ufff. Długo jeszcze rozpamiętywałem tę chwilę na siedząco.
      Łapy drżą, rozdygotane mięśnie pulsują. Osz ty Karollo!
      Wierzę, że każdy wędkarz oczekuje tego jednego właśnie brania przez wiele lat.
      Od kiedy łowię z łodzi takich brań i holi mam więcej.
      Zdarzały mi się ryby których nie potrafiłem oderwać od dna.
      Czasem taki hol trwał kilka minut ale rybsko mogłem jedynie przyciągnąć do łodzi, do góry nihuhu.
      Na tym kanale, łowiąc z umocnionego brzegu niewiele miałem szans ale kto o tym myśli?
      Każdy z nas ma nadzieję wyholowania olbrzyma, życiówki i takie tam…
      Widocznie nie było mi pisane tego dnia.
      Kilka, kilkadziesiąt minut później wędkujący obok Jarek ma podobne branie i krótki, intensywny hol.
      Oj, poćwiczyły sobie wąsate na nas, poleciały z nami w kulki.
      Wieczór zapadł szybko, ja miałem dosyć.
      Wiem, że nie zapomnę tego holu do końca świata.
      Kolejnego, tym razem ostatniego ranka wróciliśmy z Mariuszem w to samo miejsce.
      Mgła nad wodą potęgowała uczucie tajemniczego uroku tej miejscówki.
      Niewysoki, umocniony kamieniami pod wodą brzeg utrudniał holowanie kolejnych, zaciętych rybek.
      Jednak, mimo wszystko, w końcu udało mi się wyjąć swoją kolejną życiową rybę.
      Okazało się, że choć niewymiarowy to jednak mój największy sum w kraju, jakby na osłodę i zakończenie łowów.
      Nie tak wielki jak ten co wypiął się poprzedniego wieczora ale równie piękny, jak każdy którego wyjąłem i każdy pływa do tamtej pory.
      To było ukoronowanie tego pobytu dla mnie.
      Mój największy, wyjęty sum w Polsce.
      Ledwo przedszkolak przy tym który dał mi popalić wcześniej.
      Te niewyjęte nie liczą się.
      Kolorowy, jesienny wąsaty zdobył nowe doświadczenie i jeszcze niejednemu wędkarzowi rozbudzi wyobraźnię.
      Odpłynął po krótkiej, pamiątkowej sesji zdjęciowej.

      Dobre pół roku później, na zupełnie innej wodzie, też przypadkiem trafiłem na podobnego przeciwnika.
      Trollingując za sandaczem uderzyła w wobler lokomotywa.
      Kto by przypuszczał jak silna to ryba?
      Nie łowiłem sumów i nie miałem doświadczenia ani odpowiedniego sprzętu.
      Nie mniej, po długotrwałej walce udało się wciągnąć rybę - potwora na łajbę.
      Przez półtora godziny mordowałem się z wąsatym przeciwnikiem z delikatnym sprzętem.
      Byłem zaskoczony wielkością i mocą bestii.
      Jak długo wędkuję (pi x drzwi pół wieku) pierwszy raz udało mi się coś takiego wyjąć z wody i wiem, że drugi raz to byłby nadmiar szczęścia.
      To se ne wrati! To się więcej nie zdarzy - za dobrze by było.
      O większej nie marzę, nie śni mi się po nocach - wystarczy.
      Zdałem sobie sprawę, że miałem dużo szczęścia.
      Dużo więcej niż tamtego, jesiennego wieczora.
      Na brzegu byłem bez szans.
      Wierzę, że każdy z tej naszej grupy na pewno ma swoje subiektywne spojrzenie na tą wyprawę.
      Mniemam, że dla każdego był to udany wypad.
      Mieliśmy swoje lepsze i gorsze chwile.
      Dla mnie jedno jest pewne.
      Wspólne spotkania wędkarzy nad wodą sprzyjają przyjaźniom.
      Jestem wdzięczny kolegom za miłe wspomnienia, które zostaną na długo w pamięci.
      Piszę o tym żeby zachować w pamięci te chwile, przekazać innym moje własne, subiektywne wrażenia.
      Trzeba korzystać z życia bo nie pracujemy tylko po to aby przeżyć ale po to aby żyć a warto żyć tak żeby mieć co wspominać.
      Wspólna pasja powinna nas łączyć - nie dzielić i to jest najważniejsze.
      Minął dobry rok od czasu tego spotkania.
      Przekonałem się jeszcze raz, zdałem sobie sprawę, że często nie mamy wpływu na to kto pojawi się w naszym życiu ale mamy wpływ na to kto w nim pozostanie.
      Miło wspominam tamte dni, zachowam je na długo w pamięci.

      Andrzej Radzio (vel Andy, Anaki, borovik, borovik szl, grzybek…)

×