Jump to content

    • okno
      Rybki łowił mój ojciec i łowie ja tak przez 44 lata. 
      Urodziłem się w Gdańsku i w Brzeżnie się wychowywałem więc nad morzem spędzałem sporo czasu jako plażowicz ale i jako wędkarz. W latach mojej młodości ojciec zabierał mnie w rejony Kociewia i Kaszub na ryby które łowiliśmy w jeziorach na wędki wykonane z leszczyny i zimą z pod lodu na błystki wykonane samodzielnie. I tak właściwie wędkarstwo moje opierało się głównie na jeziorach. Cisza, spokój i ja z ojcem lub sam wpatrzony w spławik czekający na branie. Ale też wędkarstwo morskie nie było mi obce, jakże różne od teraźniejszego. Łowiliśmy z ojcem z mola w Sopocie piękne morskie okonie na spining wykonany z kawałka bambusa z wielkim ruskim kołowrotkiem na spławik zakładając na haczyk kiełże. Później po 1970 r gdy budowali Port Północny jeździliśmy łowić morskie płocie z kamieni jakie wrzucano do morza do budowy pirsu, oczywiście na spławik. Tak z tym batem i spławikiem wędkowałem przez długie lata na jeziorach, czasem na Wiśle bieżącej, martwej i kanałach ale też wiosną jak śledź pojawiał się w Porcie Północnym na tarło to pojawiałem się i ja. Tak te śledźie łowiłem jeszcze w okresie stanu wojennego kiedy można było jakoś do Portu Północnego na pirs wejść. Później już nie chcieli wpuszczać wędkarzy więc dałem sobie spokój i dalej jeździłem z bacikiem po słodkich wodach aż tak właściwie do 24 marca 2012 roku kiedy to za namową Bartka - Baloonstyle, wyruszyłem w raz z nim oraz innymi żądnymi wędkarstwa morskiego, na moją pierwszą z prawdziwego zdarzenia wyprawę w morze na dorsze kutrem. Na około sami koledzy więc i atmosfera była świetna.

      Na czele oczywiście stał wiecznie uśmiechnięty weteran wypraw morskich Bartek,

      przez którego złapałem "zajoba" morskiego.
      Radocha ze złowienia pierwszego dorsza była ogromna gdyż do tej pory dorsze widziałem w sklepie rybnym, a w tedy złowiłem na wędkę.

      Już po pierwszym razie prawdziwe wędkarstwo morskie wciągneło mnie do reszty, jak że inne od śródlądowego, sprzęt, przynęty, technika łowienia, umiejętność łowienia w grupie nawet ubiór trzeba było przystosować do bytności na morzu. Z wędkarstwa lekkiego trzeba było się przestawić na bardzo gruby kaliber, z przynęt 1-15 gramowych na 100-250 gram przy głębokości dochodzącej do 90 metrów. Już po pierwszej wyprawie wiedziałem co mi jest potrzeba aby poczuć ten dreszcz emocji zaciętego dorsza. Wizyta w pracowni Rodmas od razu rozwiązała moje potrzeby pod względem odpowiednich wędek a resztę uzbrojenia rozwiązali chłopaki z Lotni, tak na początek bo wiedza i doświadczenie przychodzi z czasem z każdą wyprawą. Trzy tygodnie nawet wytrzymałem i zabierając ze sobą Bartka meldujemy się tym razem na szybkiej łodzi Marinero.

      To już nie był duży kuter a jazda bez porządnego trzymania groziła po prostu wypadnięciem.

      Mała łódka, ośmiu wędkarzy no i nowe doświadczenie oraz rady Bartka i jego uśmiech nie ocenione.
      Mija tydzień i zabierając ze sobą Bartka i Jarka - Minus meldujemy się w nocy w Kołobrzegu, na jednostce Pelikan

      aby wypłynąć na dwudniową wyprawę na Bornholm.
      Wygodna kajuta

      pod pokładem koje

      gdzie smacznie mi się spało aż mnie obudzili śniadaniem na wodach Bornholmu.Cały dzień łowienia z przerwami na posiłek przynosi nowe doświadczenia na innym nowym łowisku. Połowiliśmy Duńskich dorszy

      w świetnej atmosferze kolegów

      odwiedziliśmy port Nexo

      i na drugi dzień łowiąc po drodze zresztą z marnym skutkiem wróciliśmy do Kołobrzegu. Jak później doszliśmy do wniosku że ryby w tej wyprawie nie były najważniejsze, a wspaniała atmosfera w śród nas no i nowe doświadczenie.
      Bakcyl morski opanował mnie na dobre więc byłem częstym gościem we Władysławowie zabierając ze sobą czasem córkę która tak jak ja polubiła morskie łowienie.

      Udało mi się zorganizować wyprawę w pierwszą rocznicę istnienia forum

      na której zostali ochrzczeni nowicjusze

      Rok 2012 zakończyłem 36 wyprawami na morze przeważnie z Władysławowa ale i na Zatokę Gdańską zdobywając coraz to nowe doświadczenie, łowiąc na różnych jednostkach i różne dorszyki. Większe i mniejsze przeciętnej wielkości wyrabiając przy tym sobie opinie o jednostkach i szyprach nimi pływającymi.

      Od początku roku 2013 zająłem się modernizacją łodzi kupioną w raz z kolegami jeszcze jesienią,

      ale mimo dużego wkładu pracy znalazłem czas na wypady z kolegami na Zatokę Gdańską.

      Modernizacja łodzi trwała do połowy kwietnia i wreszcie wodowanie,chrzest i łódka gotowa do pływania,

      a z nią nowe możliwości i doświadczenia wędkarstwa na Zatoce Gdańskiej. Trzeba było ją najpierw poznać więc początkowe efekty były wręcz zerowe, no może poza śledziem którego trochę łowiłem gdy wracałem bez ryby z Zatoki ale on mnie w tym okresie nie interesował. Po nad to wypływałem na morze z Władysławowa ale już tylko dwoma jednostkami łodzią Marinero, gdzie można było sobie połowić już ładne dorszyki,

      oraz dla relaksu jednostką m/y Ostry gdzie jest pełen katering, zabierając ze sobą tym razem syna.

      Większość jednak czasu poświęcałem łowieniem rybek w Zatoce Gdańskiej na własnej łodzi gdzie metody łowienia i sprzęt w pewnym stopniu różni się od wędkarstwa na pełnym morzu. Poznawałem przez ten rok Zatokę, miejscówki, łowienia na gumowe przynęty wykonane prze zemnie

      przez innych

      oraz wszelakie twistery i kopytka.
      Też od czasu do czasu przyjeżdżałem do Władysławowa na rejsy po morzu i jak była możliwość podziwiałem wschody słońca

      Rok ten obfitował wypady na Zatokę Gdańską jak i na morze, 44 wypad na początku września pamiętam a później już straciłem rachubę w tym liczeniu a z resztą i po co. Zatoka to obszar nie obliczalny zarówno w rybę jak i pogodę, a co przyniesie rok 2014 - zobaczę.
      Pozdrawiam
      Jan.

    • wind
      Od czasu do czasu pojawiają się na forum pytania początkujących (?) wędkarzy odnośnie dokumentów uprawniających do legalnego wędkowania. Skupmy się na dokumentach obowiązujących wędkujących na wodach Polskiego Związku Wędkarskiego.Wymóg posiadania karty wędkarskiej nakłada na nas art. 7 ustawy o rybołówstwie śródlądowym. Aby posiąść ów dokument należy zdać egzamin w wybranym kole PZW, bo ta właśnie organizacja jest upoważniona do przeprowadzania egzaminów na kartę wędkarską i kartę łowiectwa podwodnego. Ale nas siłą rzeczy interesuje ta pierwsza. Przy okazji chciałbym zatrzymać się na chwilę nad sensem przeprowadzanych egzaminów. Poza tym, że najczęściej to fikcja, nie widzę większego sensu w wymogu znajomości przepisów, które zmieniają się dość często a ponadto podstawowe przepisy takie jak wymiary i okresy ochronne oraz limity są dostępne do sprawdzenia w dowolnym momencie, również w czasie wędkowania. Nic również nie stoi na przeszkodzie aby posiadać w wędkarskiej torbie czy skrzynce, ba, nawet w kieszeni kamizelki wędkarskiej, drukowanej wersji regulaminu APR. Wtedy można w każdej chwili i na bieżąco rozstrzygać niepewne sytuacje. Jedyną grupą poddawaną egzaminom powinni być członkowie – uczestnicy, czyli nasi najmłodsi koledzy. Myślę, że tak „poważna” instytucja, jak komisja egzaminacyjna przynajmniej na początku wędkarskiej drogi prawidłowo „ustawi” tok myślenia takiego młodego wędkarza, że przepisy są po to, aby je znać i ich przestrzegać. Zawsze jest szansa, że im tak zostanie „na starość” . Dodatkowym wymogiem obowiązkowym w takim egzaminie powinno być rozpoznawanie poszczególnych gatunków ryb, bo tutaj zdarzają się pomyłki prowadzące wprost ku łamaniu przepisów dotyczących wymiarów i okresów ochronnych. Jest sporo gatunków tak podobnych do siebie, że nie każdy jest w stanie ze 100% pewnością rozpoznać je prawidłowo. Tym bardziej, że niektórych nie spotykamy na co dzień.
      Ale wracając do samego dokumentu. Po pomyślnie przebytym egzaminie udajemy się właściwego starostwa powiatowego i tam, składając odpowiedni wniosek, zaświadczenie o zdaniu egzaminu i dowód uiszczenia odpowiedniej opłaty oraz zdjęcia dokonujemy formalności. Zwykle po kilku dniach dokument jest gotów do odbioru.

      Ten biały kartonik to właśnie nasza karta wędkarska, która jest ważna dożywotnio, o ile jej nie utracimy, np. wyrokiem sądu.
      Cóż, mamy kartę więc jesteśmy w ¾ drogi. Teraz już z górki. Kolejnym dokumentem jest zezwolenie na połów. Wybieramy sobie koło PZW, o ile chcemy łowić na łowiskach związkowych oczywiście, i tam otrzymujemy legitymacje członka stowarzyszenia wraz z wklejonymi „znaczkami” udowadniającymi dokonanie opłat składek upoważniających do połowu ryb. Przy pierwszej wizycie opłacamy również tzw. „wpisowe” i opłatę za wydanie legitymacji. Warto wspomnieć, że składki są ważne na rok kalendarzowy, czyli do 31 grudnia. Jeśli nie zdążymy opłacić składek do końca kwietnia następnego roku musimy liczyć się z tym, że będzie ponownie wymagana opłata „wpisowa”.

      Przy opłaceniu składek otrzymamy również tzw. Rejestr Połowu. Mała, kolorowa książeczka, do której wpisujemy daty i miejsca połowu oraz ewentualne zabrane z łowiska ryby. Obowiązek jego prowadzenia jest powszechny na wodach PZW i wymagany przy kontroli przez uprawnione służby. Warto pamiętać, ze przed rozpoczęciem wędkowania bezwarunkowo należy wpisać datę i numer/nazwę łowiska. Trwa to naprawdę kilka sekund a może pomóc uniknąć nieprzyjemnych przepychanek z kontrolującymi. W taki przypadku brak długopisu, czasu, czy zwykłe zapominalstwo nie mogą być „okolicznością łagodzącą”. Sam mam odruch Pawłowa, zanim siądę na krześle nad wodą dokonuje odpowiedniego wpisu i mam „święty spokój”. Łowię na wodach PZW od lat i nigdy, ale to nigdy, nie zdarzyło mi się zapomnieć o wpisie w rejestrze.
      W Rejestrze znajdziemy podstawowe zasady obowiązujące na łowiskach, również dodatkowe zaostrzenia przepisów zawartych w RAPR. Rejestr zdajemy w kole, w którym go otrzymaliśmy. Zwykle robimy to przy okazji opłacania składek na kolejny rok.

      I tak już wiemy, że potrzebne są nam trzy dokumenty aby spokojnie, bezstresowo i na pełnym luzie oddawać się uprawianiu naszego hobby na łowiskach związkowych.
      Ale przy okazji słów parę o łowieniu w wodach morskich. Tutaj nie ma wymogu posiadania karty wędkarskiej, należy jedynie uzyskać odpowiednie zezwolenie z Okręgowego Inspektoratu Rybołówstwa Morskiego. Jest to o wiele prostsze, wystarczy dokonać opłaty i udać się do najbliższej placówki wspomnianej instytucji. Tam otrzymamy dokument, który jest ważny rok od daty wydania, czyli inaczej niż jest to ze składkami związkowymi. Zezwolenie na amatorski połów ryb w wodach morskich jest ważne z dowodem osobistym, a pewnie i z każdym innym dokumentem potwierdzającym tożsamość łowiącego.

      Mam nadzieję, że te parę słów o wymaganych dokumentach rozjaśnią trochę sytuacje młodym wędkarzom i pomogą im podążyć prawidłową drogą.

    • Guest
      Postanowiłem przybliżyć kolegom metodę bolońską.Całość będzie się składać z 4części.Tym którzy dobrze znają tą metodę,dam okazję do ewentualnej polemiki i wymiany doświadczeń.Innych,być może zachęcę do spróbowania swych sił w łowieniu tą piękną metodą.
      Gdzie i kiedy?
      Metodę bolońską łowimy przede wszystkim w rzekach i kanałach,z wolnym i średnim uciągiem nurtu.
      Jak pokazuje praktyka,bolonką możemy łowić także w szybkim nurcie, wtedy jednak łowimy na niewielkich odległościach, aby mieć kontrolę nad zestawem.Zwłaszcza gdy ryby żerują przy opaskach faszynowo-kamiennych,lub poniżej stanowiska na zakrzaczonym odcinku.
      Możemy wtedy wypuścić zestaw z nurtem,nawet na kilkadziesiąt metrów.Bolonka sprawdza się także wtedy,gdy biorą duże ryby,nie dające wyholować tyczką czy batem.Największą zaletą bolonki jest to,że można łowić ryby z większych odległości. Są sytuacje że nijak nie można ich zwabić w zasięg skróconego zestawu,wtedy nieocenione usługi odda bolonka.Złe warunki atmosferyczne,czyli silny wiatr zgodny z kierunkiem nurtu i deszcz,znacznie ograniczają skuteczne prowadzenie zestawu.
      Ogólnie o sprzęcie.
      Wędziska-stosowane w tej metodzie,charakteryzują się znaczną długością od 5do10metrów.W praktyce najczęściej stosowane są te w zakresie 6-8m.Ja stosuję bolonki 5;6;oraz7metrów.Wędziska bolońskie maja w zasadzie akcję szczytową.Łatwiej się takim wędziskiem łowi i skuteczniej zacina ryby.W niektórych sytuacjach sprawdzają się wędki o akcji parabolicznej.np.gdy łowimy lekkim zestawem na dużej odległości, albo podczas holu leszczy w silnym nurcie.Przelotki przy bolonce koniecznie na wysokich stopkach,lekkie i jednocześnie sztywne.Rozmieszczone są na końcu każdego składania.Na szczytówce dodatkowo dwie przelotki przesuwne,które poprawiają akcję wędki pod obciążeniem.Na dolniku zamocowany jest zatrzaskowy uchwyt kołowrotka.Przy zakupie bolonki należy zwrócić uwagę,czy uchwyt znajduje się we właściwym miejscu.Zamocowany za nisko,sprawia że wędka leci zbyt mocno na szczytówkę,co na dłuższą metę jest bardzo męczące.Zawsze starajmy się wybrać bolonkę możliwie najlżejszą,wykonaną z dobrych materiałów.W handlu spotyka się tanie podróbki bolonek,wykonane z włókien szklanych.Łowienie taką wędką przez kilka godzin,to istna udręka.Są ciężkie,źle wyważone i zbyt miękkie.Niezłe bolonki można kupić już za kilkaset złotych.Te najlepszych firm są niestety drogie( od 500zł w górę)
      Kołowrotki do bolonki-w zasadzie takie same jak do odległościówki.Średniej wielkości i dużym przełożeniu.Bardzo ważne,aby miał aby hamulec miał szeroki zakres regulacji i pracował płynnie.
      Żyłka-powinna być pływająca,ze względu na specyfikę tej metody,gdzie łowimy z żyłką uniesioną nad wodą.Niektórzy stosują żyłki miękkie,rozciągliwe,które łagodzą błędy podczas holu ryb.Ja osobiście wolę żyłki sztywniejsze,o małej rozciągliwości.
      Spławiki-najlepiej sprawdzają się w kształcie odwróconej kropli lub śliwki.Antenka grubsza niż w innych odmianach przepływanki,gdyż musi być widoczna z dużej odległości.Stateczniki spławików do bolonki powinny być wykonane z włókna węglowego, szklanego,lub bambusa.Takie rozwiązanie sprawia że spławik ma większą stabilność w trakcie lotu.Stateczniki metalowe w czasie lotu "biją na boki"i mają tendencję do przesuwania się na żyłce.Oczka do przewlekania żyłki, powinny być solidnie wykonane i dobrze zamocowane w korpusie.Delikatne łatwo się wyrywają.Najlepiej,jeżeli zamiast oczka w korpusie jest kanalik do przewlekania żyłki.
      Haczyki-stosuję różne modele,nie zawsze te zalecane do tej metody.Wybierając model i wielkość haczyka,biorę pod uwagę rodzaj przynęty,gatunek ryb na które liczę,a także intensywność ich żerowania.

    • Guest
      Bolonką łowię najczęściej w rzece Warcie a także konińskich kanałach.Kanały wraz z okolicznymi jeziorami,należą do systemu chłodzenia dwóch elektrowni.Są to łowiska całoroczne,ponieważ nawet zimą woda w większości z nich nie zamarza.Konińskie kanały są znane wędkarzom z wielu regionów Polski,jako łowiska dużych amurów, tołpyg i karpi.Teraz tych okazowych ryb jakby mniej,ale nadal można tu złowić wiele gatunków ryb.Zwolennicy gruntówki mogą zapolować na wspomniane amury i karpie,ale także na liny,karasie,sandacze a nawet sumy.
      Nieraz naszym łupem będą ryby egzotyczne,kolorowy karp koi,lub tilapia,które świetnie czują się w podgrzanych wodach.Uciąg nurtu w kanałach uzależniony jest od ilości wody pobieranej z kanałów tzw.zimnych,lub zrzucanej do kanałów tzw.ciepłych.Można tu znaleźć łowiska z nurtem dość szybkim,średnim i bardzo wolnym.Każdy znajdzie coś dla siebie,zarówno miłośnik tyczki,bolonki,bata,odległościówki, jak i gruntówki.Warta w okolicach Konina,charakteryzuje się dość silnym uciągiem,więc nie jest to woda typowa "pod bolonkę".Jest to łowisko trudne,w którym nie każdy sobie dobrze radzi.Ze względu na szybki i zmienny nurt,największe szanse na dobry połów mają wędkarze łowiący skróconym zestawem, oraz gruntówką.Okazuje się jednak że można skutecznie łowić w Warcie metodą bolońską.Najczęściej łowionymi gatunkami ryb w rzece są:leszcze,płocie,jazie,krąpie,inne gatunki są tylko przyłowem.Że względu na szybki nurt,bolonką w Warcie łowi się bliżej niż w łowiskach kanałowych.W praktyce odległość ta mieści się w zakresie 8-18 metrów od brzegu.Na tych dystansach,możemy realnie kontrolować spływ zestawu.Próby łowienia w Warcie na klasycznych bolońskich odległościach,30-40m,mijają się z celem i nie przynoszą spodziewanych efektów.Silny nurt napierając na żyłkę,znacznie przyspiesza spływ zestawu a próba podniesienia całej żyłki nad wodę,kończy się nieuchronnym wyciągnięciem zestawu z linii nęcenia.Dlatego też wybieram taką odległość łowienia,która umożliwia mi skuteczne prowadzenie zestawu i prowokowanie ryb do brania.Cała sztuka polega na rozpoznaniu łowiska i znalezieniu odpowiedniego miejsca do położenia zanęty.Idealnie jest,gdy rynna lub dołek znajdują się w niedużej odległości.Ma to kapitalne znaczenie w szybkim nurcie,bo im bliżej łowimy tym większa precyzja i skuteczność.W Warcie,zależnie od miejsca,stosuję zestawy od 5 do 15g.Cięższych z zasady nie stosuję,gdyż powyżej tego zakresu byłaby to wleczona przepływanka a tego nie lubię.Stosuję zestawy możliwie najlżejsze,jakie da się zastosować w konkretnym łowisku.Żyłka na kołowrotku w zakresie 0,16-0,18mm. Przypony o średnicy od 0,10 do 0,16mm.Haczyki od nr 10 do 18,o różnych kształtach,kolorach,grubości drutu,zależnie od rodzaju przynęty i gatunków łowionych ryb.Obciążeniem zestawu jest łezka,uzupełniona kilkoma śrucinami.Łezka stanowi ok.80%całości obciążenia i zawsze blokuję ją na stałe na żyłce głównej.Do środka wciągam krótki odcinek gumy z amortyzatora zestawu skróconego,albo z obu stron blokuję stoperami nitkowymi.Blokowana łezka,pozwala szybko dostosować rozkład obciążenia do sytuacji na łowisku,i nie zmienia swego położenia po kilkunastu rzutach.Niektórzy zalecają stosowanie łezki ruchomej.Moim zdaniem w zestawach do bolonki,takie rozwiązanie jest błędem.Często do kanalika dostają się ziarna piasku,które niszczą żyłkę a także blokują łezkę na przypadkowych wysokościach.Zmienia to właściwości zestawu i jego zachowanie w wodzie.Poniżej łezki umieszczam zwykle 3 śruciny.Ich wielkość i rozmieszczenie uzależniam od charakteru łowiska i sposobu żerowania ryb.Im szybszy nurt,tym obciążenie bardziej skupione.W tym przypadku,główne obciążenie w postaci łezki,umieszczam 40-50cm od krętlika,łączącego żyłkę główną z przyponem.Dwie śruciny zakładam bezpośrednio pod łezką,trzecią około 20cm poniżej.Przypon 30cm.Grunt ustawiam tak,aby krętlik mukał dno łowiska.Jest to zestaw wyjściowy,który ulega modyfikacji w trakcie łowienia.Zależnie od gatunku i sposobu żerowania ryb,staram się dopasować sposób podania przynęty,zmieniając rozkład obciążenia.W łowiskach z wolniejszym uciągiem,obciążenie umieszczam na dłuższym odcinku żyłki.Rozłożone obciążenie zapewnia bardziej naturalne podanie przynęty,zarówno w swobodnym spływie,jak i podczas przytrzymania zestawu.Mój zestaw na łowisko z wolnym uciągiem,mógłby wygladac następująco:spławik 2g,łezkę 1,5g umieszczam 80cm od krętlika,poniżej łezki trzy śruciny,rozmieszczone w rosnących odległościach w kierunku krętlika.Pierwsza śrucina 0,2g,znajduje się 10cm poniżej łezki,druga także 0,2g w odległości 15cm od pierwszej.Trzecia śrucina 0,1g,w odległości 20cm od poprzedniej.Poniżej śrucin w odległości 35cm,znajduje się krętlik który stanowi ostatni element obciążenia.Przypon ok.30cm.Skuteczność konkretnego zestawu weryfikuje łowisko,więc nie należy kurczowo trzymać się utartych schematów.Ta sama konstrukcja rzadko bywa skuteczna na płocie,leszcze,jazie,klenie,karpie.Przykładowo,mamy w łowisku płocie,biorą dobrze,ale nagle brania się kończą lub są tylko skubnięcia przynęty.Przyczyną może być wejście w łowisko leszczy,którym nie odpowiada przynęta fruwająca nad dnem,,na płociowym zestawie.Z tej sytuacji są dwa wyjścia.Pierwsze,wymienić zestaw na inny,odpowiedni pod leszcza,drugie pozwalające szybko dostosować się do sytuacji,to skupienie elementów obciążenia.Zncznie obniżamy łezkę,do 40cm od krętlika a sam krętlik podpieramy jedną lub dwoma śrucinami i nieco zwiększamy grunt.Z praktyki wiem,że taki zabieg może ożywić łowisko na nowo.Są sytuacje,że ryby z różnych przyczyn zmieniają sposób żerowania.Wspomniane płocie,mogą godzinę czy dwie żerować na przynęcie podanej z opadu,lub w swobodnym spływie,aby po pewnym czasie brać tylko z dna niemal jak leszcze.Dlatego tak ważne jest myślenie na łowisku i szukanie skutecznych rozwiązań w danej chwili,stosownie do okoliczności.Łowienie wedle zasady "jak ma wziąć to weźmie "rzadko przynosi sukcesy.

    • Guest
      Najwięcej trudności wędkarzom próbującym swych sił w metodzie bolońskiej,sprawia właściwe prowadzenie zestawu.Po kilku próbach,wielu rezygnuje z łowienia tą metodą odstawiając bolonkę do kąta.Literatura wędkarska także bardzo lakonicznie i "po łebkach"traktuje ten problem.Zatem od poczatku.Jeżeli zamierzamy łowić stosunkowo blisko,do 15m i stosujemy cięższe zestawy,od 5g w górę,zarzucamy wędkę "spod siebie".Tuż przed opadnięciem zestawu na wodę,zamykamy kabłąk kołowrotka i unosimy szczytówkę nieco w górę.W ten sposób,zestaw rozciągnie się i wyłoży na wodzie.Zawsze zarzucamy nieco dalej,niż wynosi odległość łowienia.Podciągamy zestaw na właściwą odległość nie tylko kołowrotkiem,ale także uniesieniem wędki do około 80st.w stosunku do powierzchni wody.Jest to bardzo ważne,gdyż właśnie w tej fazie wielu wędkarzy popełnia błąd.Podciągają zestaw przy wędce opuszczonej nisko nad wodę,na właściwą odległość.Dzieje się rzecz następująca:zestaw jest na "krótkiej smyczy"i nie mając niezbędnego luzu,zaczyna szybko schodzić w kierunku brzegu.Spóźniona próba uniesienia wędki,sprawia że zestaw zostaje wyciągnięty z zanęconej strefy.Dlatego tak ważne jest aby wędka była uniesiona niemal do pionu, w chwili gdy spławik znajdzie się w linii nęcenia.Żyłka biegnie łagodnym łukiem od wędki do spławika,więc zestaw ma niezbędny luz do rozpoczęcia spływu po właściwym torze.Od tego momentu,zaczynamy powoli opuszczać wędzisko w miarę oddalania się spławika.Ruch wędki,musi odbywać się jednocześnie w płaszczyźnie pionowej i poziomej.Oznacza to,że w miarę spływu zestawu,opuszczamy powoli wędzisko i jednocześnie przesuwamy je zgodnie z nurtem za spławikiem.Żyłka powinna być uniesiona nad wodę,ale końcowy odcinek 50-80cm powinien leżeć na powierzchni.Unoszenie nad wodę żyłki na całej jej długości jest błędem,gdyż napięta żyłka ściąga spławik z właściwego toru.Gdy łowimy na większych odległościach(np.30m,pod przeciwnym brzegiem kanału),odcinek żyłki leżący na wodzie jest kilkumetrowy.Nurt napiera na żyłkę,powodując że wyprzedza ona spławik.W konsekwencji zestaw przyspiesza i wychodzi z linii nęcenia.Należy wtedy szybkim ruchem przerzucić żyłkę pod prąd.Robimy to z wyczuciem,aby nie wyrywać spławika z wody. Aby prowokować ryby do brania,stosujemy przytrzymania zestawu,koniecznie krótkie aby nie zmienić toru jego spływu.Podczas łowienia,gdy już stwierdzimy gdzie ustawiły się ryby,możemy skutecznie wykorzystać przytrzymanie zestawu.Haczyk z przynętą unosi się,puszczamy zestaw,przynęta opada i często w tym momencie następuje branie.Na końcu spływu przytrzymujemy zestaw dość ostro, następnie puszczamy swobodnie, ten opada i zacinamy w ciemno.Często na haczyku będzie ryba.Holowanie,zgodnie z zasadami znanymi z innych technik łowienia.Rybę odprowadzamy z zanęconego pola,w spokojniejszy nurt i naprowadzamy nad podbierak.Sztuki małe tzw.dłoniaki,możemy holować do ręki.

    • Guest
      Przed łowieniem,warto zadać sobie trochę trudu,aby określić głębokość i ukształtowanie dna łowiska,choćby orientacyjnie.Bolonką można to zrobić bardzo prosto,nawet bez użycia gruntomierza.Zdejmujemy przypon a całość obciążenia zsuwamy do krętlika.Ustawiamy grunt "w ciemno"i zarzucamy zestaw na upatrzoną odległość,powiedzmy 15m.Zestaw spływa swobodnie,bez przychamowań,więc obciążenie wisi nad dnem.Ponawiamy zmiany gruntu i zarzucamy zestaw do momentu,gdy obciążenie zacznie szorować po dnie.Spławik będzie się lekko przynurzał i wypływał.Uważnie obserwujemy spławik,ponieważ jego zachowanie odzwierciedla ukształtowanie dna. Spławik przynurza się,wypływa,ale w pewnym momencie znów płynie równo,czyli dno"uciekło".W kolejnych rzutach,zwiększając grunt,staramy się określić czy jest to niewielki dołek,czy też dno obniża się na dłuższym odcinku.W ten sposób możemy zbadać orientacyjnie ukształtowanie dna łowiska,w różnych odległościach od brzegu.Przy odrobinie wyobraźni przestrzennej,możemy określić najlepsze miejsce do położenia zanęty i prowadzenia zestawu.Siłą rzeczy,Bolonką nie da się tak precyzyjnie wysondować dna jak"tyczką",gdzie można ostukać każdy fragment dna.Mimo niedoskonałości pomiarów,warto poświęcić kilka minut na tę czynność,aby nie rozpoczynać łowienia zupełnie w ciemno.Bo może się okazać ze łowisko jest pełne zaczepów,a wrzuconej zanęty już z wody nie wyciągniemy.W trakcie łowienia,drobnymi korektami w położeniu spławika i rozkładzie obciążenia,dopasowujemy zestaw do gustu ryb i sposobu ich żerowania.Teraz kilka uwag na temat nęcenia.Nie będę się wdawał w rozważania odnośnie receptur zanęt,czy też wyższości jednej mieszanki nad drugą.Zakładam że dana zanęta ma odpowiednią granulację,konsystencję,barwę,smak i zapach,jest właściwie obciążona z odpowiednią ilością robaków czy ziaren.Skupię się na samym momencie umieszczania zanęty w łowisku z wodą bieżącą.Moim zdaniem,dużym błędem jest nęcenie powyżej swego stanowiska.Jeszcze do niedawna,uważano ten sposób nęcenia w nurcie,za jedynie słuszny.W ostatnich latach pogląd na ten temat ulega zmianie.Czołowi wędkarze europejscy,polecają nęcenie nieco w dół łowiska,albo co najwyżej na wprost stanowiska.Wielu naszych wędkarzy przekonało się do tej zasady,ale równie wielu tkwi przy starych nawykach.Zwykle przecenia się siłę nurtu,uznając że kule zanętowe opadną na dno łowiska po dużym skosie.Przy prawidłowo obciążonej zanęcie w stosunku do uciągu,nic takiego się nie stanie,kule opadną niemal pionowo na dno.Tylko w przypadku zanęty za słabo obciążonej,kule opadną po skosie w dół łowiska.Jest to jednak ewidentny błąd,gdyż lekkie kule nurt wyniesie poza zasięg wędki,"do sąsiada".Z praktyki wiem,że często ryby podchodzą dokładnie w miejsce położenia kul.Gdy ustawią się nieco powyżej naszego stanowiska,trudno będzie się do nich dobrać.Obojętnie czy łowimy tyczką,batem czy bolonką.Nim zestaw przyjmie właściwą pozycję w łowisku,zdąży"uciec"od kul a tym samym od ryb.W konsekwencji łowimy drobne ryby w smudze zanęty,na rozmyciu,podczas gdy tę większe np.leszcze,siedzą w kulach.Gdy łowię bolonką,zawsze umieszczam zanętę nieco poniżej stanowiska.Ze względu na specyfikę tej metody,jest to wymóg konieczny.W metodzie bolońskiej zestaw zarzucamy na większa odległość niż ta na której łowimy i nieco powyżej stanowiska.Od chwili zetknięcia z wodą,spływa on po łowisku.W tym czasie,naprowadzamy go na właściwą odległość a przynęta opada w strefę żerowania ryb.Optymalną pozycję do sygnalizacji brań,zestaw przyjmie po przepłynięciu kilku metrów,nad kulami które położyliśmy poniżej stanowiska.Gdybyśmy zanętę położyli powyżej,zestaw nie zdążył by odpowiednio ustawić się nad kulami.więc przynęta przemykała by nad głowami ryb.W metodzie bolońskiej można skutecznie prowokować ryby do brania,poprzez krótkie przytrzymanie przynęty.Jest to możliwe wtedy,gdy zestaw znajduje się na wprost stanowiska i dalej w dół łowiska.Taki manewr przy zanęcie położonej nieco poniżej,można wykonać stosunkowo łatwo.Gdy kule leżą powyżej,przytrzymanie zestawu nad nimi jest wręcz niemożliwe.
      Metodę bolońską polecam wszystkim,którzy chcą łowić ryby metodą przepływanki.Przy minimum sprzętu i osprzętu,daje ona maksimum satysfakcji.Tą metodą mozna sięgnąć po ryby niedostępne w innych metodach przepływankowych.Poszerza ona wachlarz możliwości na łowisku,skutecznego łowienia ryb.

    • Splawik66
      Kasza manna, to po prostu zmielona pszenica. Można z niej zrobić skuteczna przynętę / i zanetę/ wkładając tylko trochę kuchennego wysilku. Nie jest to specjalnie trudne. Zrobi ją praktycznie każdy, kogo umiejętności kulinarne nie ograniczają się do ugotowania wody na herbatę. Będzie do tego potrzebny mały garnuszek, najlepiej z długą rączką czyli rondelek, cukier, sól, atraktor /może być np. aromat do ciasta, dip, culier waniliowy/, łyżeczka oleju lub masła i ewentualnie barwnik spożywczy.

       
       
      Do garnuszka wlewamy szklankę zimnej wody. Wstawiamy na gaz i dodajemy dwie łyżeczki cukru, łyżeczkę soli, szczyptę barwnika oraz olej /do wyboru: słonecznikowy, kukurydziany, konopny, rybny, itp./ albo masło. Dokładnie mieszamy, a kiedy zaczyna wrzeć dodajemy aromat /atraktor/. Zapach dodaję na końcu żeby jak najmniej odparował. Zmniejszamy ogień do minimum i zaczynamy powoli wsypywać kaszę.

      Sztuka polega na tym żeby wsypywać kaszę w takim tempie, żeby cały czas się gotowała. W czasie mieszania oceniamy łyżką spoistość i twardość powstałej masy. Można zdjąć z płomienia i delikatnie palcami sprawdzić czy da się ukleić kulkę. Jeśli masa jest za rzadka dosypujemy kaszy, wstawiamy spowrotem na gaz i dalej mieszamy. Im dłużej trzymamy kaszę na ogniu, tym wiecej wody odparowuje i robi sie ona twardsza.

      Jak kasza przestygnie ugniatam ją w kulę i zawijam w ścierkę. Zamiast zawijać można ją włożyć do torebki foliowej, ale dopiero jak całkiem ostygnie, bo inaczej zaparuje i zrobi się rzadka. Jeśli "wyjdzie nam" za dużo, część kaszy można zamrozić. Po rozmrożeniu nie traci konsystencji ani innych właściwości.

      Wiem, że pierwsza próba może sprawić odrobinę trudności, ale gwarantuję, że kolejne bedą prostsze. Po kiku gotowaniach dochodzi się do wprawy pozwalającej na uzyskanie takiej twardości jaką się chce i jaka odpowiada rybom, a nie jaka wyjdzie... Warto spróbować i się nauczyć, bo skuteczność kaszy bywa zaskakująca. Przy odrobinie wprawy zrobienie tego ciasta wcale nie jest trudniejsze niż zaparzenie pęczaku, ugotowanie grochu, kukurydzy czy innego łubinu. Nie wspominając już o łapaniu rosówek
      Dlaczego napisałem, że to "tajna broń" ? Bo nią bywa. W wędkarstwie zdominowanym przez kupne, typowe przynęty każda inność może być dla ryb atrakcyjna, a kaszę można w dowolny sposób barwić / bardzo skuteczna jest zielona/ dosmaczać /konpie/, aromatyzować i co ważne, a często niedoceniane nadawać odpowiednią twardość. Z ciasta można uformować przynętę odpowiadającą rybom pod względem wielkości i KSZTAŁTU. Ja zazwyczaj robię jak idę na na ryby twardą i miękką. Twarda jest niezbędna kiedy większe ryby żerują razem z drobnymi. Miękka przynęta jest natychmias obskubywana przez drobnicę i większa ryba po prostu nie ma szansy wziąć. A są i sytuacje odwrotne. Ryby bywają najedzone lub ze względu na np. zmiany ciśnienia mają słaby apetyt i zjadaja jedynie przynętę miękką/lekką ledwie trzymającą się haczyka. Wtedy bywa też skuteczny miękisz świeżej bułki... ale o tym inny razem.
      Ciasto z manny bardzo smakuje leszczom, ale zjadają je chętnie wszystkie karpiowate. Wystarczy je tylko właściwie "ukierunkować" atraktorem i dodatkami. W określonych warunkach doskonale sprawdza się też jako zanęta i to właśnie na grubsze ryby. Kilkanaście kawałków wielkości włoskiego orzecha rzucone w okolice haczyka z przynętą, zwabi zapachem i smakiem ryby, a drobnica potrafiąca wchłonąć kilo pęczaku w pół godziny nie może sobie z taką zanętą poradzić. Kiedy brania są częste, wystarczy założyć na haczyk spory kęs zamiast bawić się w nanizywanie kilku ziarenek czy kilkunastu pinek, co na znaczenia zwłaszcza kiedy łowimy nocą.
      Jeśli ciasto ma odpowiednią twardość można go używać jako przynęty w każdej metodzie spławikowej. /Przy przepływance ciężko, ale da się - próbowałem / Ja łowię najczęściej na przystawkę w silnym, wiślanym nurcie. Łowiłem na kaszę leszcze w jeziorze na ponad 10m głębokości i na pickera w stojącej wodzie Portu. Łowiłem na kaszę w wodach gdzie mam 99% pewności, że ryby w życiu jej na oczy nie widziały. Wystarczyło jedno nęcenie i ryby pobierały ją chętniej niż kukurydzę którą nęcili wszyscy...
      No to tyle. Ostrzegam, że reklamacji dotyczących skuteczności ciasta z kaszy manny nie przyjmuję. To w końcu tylko zwykła przynęta, a od cudów był ten facet co chodził boso po wodzie...

    • Hubi
      Chciałem przedstawić w tym poradniku początkującym wędkarzom jak i tym bardziej doświadczonym a nie łowiącym jeszcze tą techniką podstawy łowienia z opadu. Technika ta stała się popularna w momencie wejścia na nasz rynek przynęt gumowych.
      Wszelkiego typu rippery i twistery i ich hybrydy, obciążone główkami jigowymi nadają się do tej techniki idealnie. Niektórzy wędkarze uważają że opad to jedyna słuszna metoda połowu sandacza,przebywającego w dzień najczęściej na większych głębokościach o dnie żwirowo-piaskowym lub kamienistym. Spodziewać się go możemy na półkach i stromych stokach a w rzekach np. w rynnach, rynnach przy główkach lub u podstawy przykosy .
      Metoda ta sprawdza się również przy połowie okoni, sumów a także szczupaków które po ciepłych miesiącach schodzą w głębsze miejsca i również lubią zajmować stanowiska przy spadkach i stokach. Dobrym miejscem na jesiennego szczupłego jest ostry spadek blisko pasa trzcin lub zarośli.
      Na czym polega łowienia z opadu? Na prowadzeniu naszej przynęty po dnie, większymi lub mniejszymi skokami.

      Kiedy będziemy wiedzieli że przynęta jest już na dnie?
      Będziemy mogli zaobserwować to poprzez szczytówkę naszej wędki która pod obciążeniem jest lekko przygięta a gdy przynęta osiągnie dno prostuje się, lub poprzez plecionkę która się luzuje.
      Zarzucamy naszą przynętę w wybrane miejsce, zamykamy kabłąk kołowrotka i czekamy aż opadnie na dno, cały czas kontrolując opad bo już w tej fazie możemy spodziewać się brania. Co do samego prowadzenia przynęty to wyróżnia się dwie podstawowe techniki, podbijanie naszego wabika kołowrotkiem, czyli gdy przynęta opadnie już na dno podbijamy ją za pomocą pojedynczych, podwójnych obrotów kołowrotka. Lub druga metoda, poprzez podrywanie wędziskiem, jednym dwoma szarpnięciami podrywamy przynętę z dna z jednoczesnym zwijaniem luźniej linki.
      Jak zaobserwować branie?
      Brania Sandacza są często bardzo delikatne. Można poczuć je na delikatnej wędce jako tzw. „pstryknięcie” bardzo zbliżone do uderzenia główką jigową w kamień lub jakąś przeszkodę. Można również zobaczyć takie branie na szczytówce wędziska lub poprzez ruch plecionki, którą warto obserwować w miejscu gdzie wchodzi do wody.
      Każdy z wyżej wymienionych przypadków należy skwitować mocnym zacięciem gdyż paszcza sandacza nie należy do miękkich. Przy dobrym zacięciu może nam pomóc odpowiednie ustawienie hamulca kołowrotka. Należy skręcić go trochę mocniej niż normalnie żeby przy zacięciu nie oddawał rybie plecionki. Podczas holu oczywiście można zmniejszyć nieco siłę hamulca. Sandacz nie walczy za bardzo na początku holu ale może nam dać popalić bliżej łódki/powierzchni.
      Jak rzucać? Jak się ustawić?
      Jeżeli chodzi o łowienie z łódki gdy obławiamy stoki i ostre spady osobiście lubię ustawić się na głębokiej wodzie i rzucać naszą przynętę na płytkie, po czym prowadzić ją skokami po stoku w dół aż pod łódkę, gdzie często robię jeszcze dwa podbicia z samego kija, bez zwijania linki. Zdarza się że ryba zaciekawiona naszą przynętą
      płynie za nią i dopiero przy tych dwóch podbiciach decyduje się na atak. Obławiając rzeczne główki najczęściej zaczynam od obrzucania rynien wzdłuż główki, ustawiając się u jej podstawy. Potem przechodzę na szczyt główki i obławiam rynnę pod warkoczem. Przynętę rzucam z prądem, równolegle do warkocza z tym że przy dużym prądzie musimy wziąć na niego poprawkę i rzut oddać bardziej w stronę środka rzeki. Zamykam kabłąk a guma znoszona przez prąd sama ulokuje się w rynnie lub na jej stoku.
      Teraz parę słów o sprzęcie:
      Wędka
      Na rynku są spinningi przeznaczone specjalnie do tej metody. Zwykle są opisane jako wędki do jigowania. Są to kije o miękkiej szczytówce pokazującej delikatne brania,
      szybkiej akcji i mocnym, sztywnym Dolniku który pomoże przy skutecznym zacięciu. C.w. takiej wędki powinno być przystosowane do przynęt jakich będziemy używać. Na wody stojące może to być wędka np. do 25-30 gr a na rzekę będziemy już potrzebować mocniejszego sprzętu np. do 40 gr. i mocniej przy silniejszym nurcie, gdzie zdarza się używać główek nawet do 50 gr. Jeśli chodzi o długość to przy połowie z łódki wygodniej jest używać wędek krótkich 2-2,40m, a przy połowie z brzegu wygodniej operuje się kijami dłuższymi 2,7-3m.
      Kołowrotek
      Kołowrotek średniej wielkości z dobrym hamulcem. Ważne też żeby nie był zbyt ciężki, bo łowienie z opadu, szczególnie cięższymi przynętami to niezła orka dla naszych nadgarstków i każdy gram mniej jest dla nich zbawienny.
      Plecionka
      Do tej metody zalecana jest plecionka z racji tego że jest mało rozciągliwa i bardzo dobrze przekazuje nam drgania na wędkę. Swoją sztywnością pomaga też przy zacięciu ryby. Średnica od 0,16 do 0,24 mm, najpopularniejsze kolory to wszelkiej maści wariacje fluo dobrze widoczne podczas wędkowania o świcie i zmierzchu( najlepszej porze na sandacza ).
      Niektórzy wędkarze gdy łapią w pochmurny dzień stosują ciemne plecionki gdyż są lepiej widoczne na tle wody w której odbija się białe niebo.
      Przynęty
      To temat rzeka. Co wędkarz to inne podejście do tematu. Do opadu najczęściej stosuje się rippery, kopyta, twistery i koguty. Obciążenie naszych przynęt trzeba dostosować do warunków pogodowych i głębokości na jakich będziemy łowić. Przy silnym wietrze na otwartych zbiornikach trzeba będzie założyć cięższą główkę gdyż
      wiatr będzie napierał na naszą plecionkę i spowalniał opad naszej przynęty. Na szybkość opadu ma też wpływ grubość plecionki. Im grubsza tym większy stawia
      opór w wodzie. Co do głębokości łowiska to zasada jest jedna, głębiej znaczy ciężej. Ja najczęściej używam główek o gramaturze 15-25 gr na wodach stojących i 25-50 gr na rzekach. O kolorach przynęt trzeba by założyć oddzielny temat. Raz sandacz reaguje na tzw. „żarówy” a raz na bardziej stonowane barwy. Trzeba uzbroić się w kilka kolorów i próbować co będzie skuteczne danego dnia.
      Przypon
      Nie wszyscy wędkarze stosują go przy połowie sandaczy, bo uważają że zaburza pracę przynęty. Trzeba jednak pamiętać że w zimne miesiące na sandaczowych miejscówkach często przebywają też szczupaki i szansa na wyholowanie takiego przyłowu bez przyponu jest niewielka. Najczęściej ostre zęby szczupaka przecinają plecionkę i ryba zostaje w wodzie z naszą przynętą w pysku, co przy głębokim połknięciu najczęściej kończy się dla niej śmiercią.
      Polecam gorąco opad gdyż daje nam wiele możliwości. Możemy prowadzić przynętę na różne sposoby. Stosować agresywny opad ciężkimi główkami lub delikatny, powolny lekkimi, który czasem też daje dobre rezultaty. Zmieniać kolory przynęt żeby przechytrzyć zębatego zwierza. Gwarantuję że po złowieniu swojego pierwszego sandacza z opadu polubicie tą technikę. Na początku możecie mieć sporo nie zaciętych brań ale nie ma co się zniechęcać, z czasem nauczycie się zaciąć w porę i wyjmiecie z wody swoją pierwszą rybę. Podstawa to cały czas być czujnym i reagować na każde dziwne zachowanie przynęty. Pozdrawiam, połamania i metrowego sandacza!!


    • Docio
      Od dawnych czasów nie tylko kucharki ale i wędkarze doceniają uniwersalizm kaszy jęczmiennej nazywanej pęczak. O ile kucharki najchętniej podają ją z duszonym mięsem bogato polanym sosem, o tyle wędkarze musieli skomplikować sobie życie i poszli krok dalej odkrywając jego tajemnice, czyli naturalne właściwości do wykorzystania w przygotowywaniu zanęt i przynęt.Tak, to nie błąd. Choć działanie jest niewielkie to efekt jest bardzo widoczny. Niestety poprawne przygotowanie pęczaku jest mocno zmitologizowane przez źródła uznawane jako pewne, właściwe i źródłowe dla wędkarstwa. Praktyka jednak, jak natura, nie znosi stałych oraz próżni i dlatego powstaje ten tekst łamiący dotychczasowe kanony i nauki, więc przygotujcie się na spory bagaż polemiki. Pęczak przygotowuję na dwa sposoby: gotując (jeśli to większa ilość) lub parząc w termosie. Czy będzie to zanęt owy, czy na haczyk wynika z przygotowania. O ile gotowanie nie niesie za sobą większych konsekwencji o tyle z termosem jest problem i to spory. Jeśli nie chcecie w domu scysji z resztą rodziny radzę udać się do sklepu i kupić jakiś tani litrowy wyrób małych żółtych rączek, czyli made In China. Już po pierwszym parzeniu stwierdzicie to, o co mi chodzi, a po trzecim nie będzie jakichkolwiek wątpliwości. Pęczak jest po prostu wredny i termos (szklany wkład) fatalnie zachodzi mgiełką. Co więcej tego nie można doczyścić. Może i można ale grozi to zniszczeniem wkładu, a może być i tak, że ja nie znam innego sposobu. Jedno jest pewne, ta mgiełka nie niesie za sobą żadnych konsekwencji a żadnej chemii to takiego termosu nie zapodaję. Dla litrowego termosu proporcje są proste. Pół szklanki suchego pęczaku wsypuję do termosu, zalewam niemal do pełna i zamykam na dwie godziny. To zalewanie “niemal do pełna” jest niczym innym jak pozostawienie 1-2cm poniżej zamknięcia korka. Taki luz bo pęczak zwiększy swoją objętość 4-ro krotnie ale nie wchłonie tyle wody. Jak wsad nie będzie się mieścił to ciśnienie załatwi termos i sprzątania się nie uniknie. I to jest sposób na pęczak zanęt owy. Ten na haczyk przed wsypaniem do termosu należy dokładnie wypłukać na sitku aż przestanie smużyć taką mleczną mgiełką, Kilkukrotna zmiana wody jest nieunikniona ale warto. Pęczak wstępnie płukany, po przygotowaniu jest w ogóle nieklejący i bardzo jasny. A co z gotowaniem? Przyznam, że przez wiele lat metoda książkowa, czyli gotowanie na wolnym ogniu, było prawdziwą udręką. Mama mi pomagała bo ja nie miałem cierpliwości stania przez godzinę nad garnkiem i mieszania co 2-3 minuty aby nie wyszedł z aromatem przypalenia. Co więcej jak przywarł to oderwanie go od dna niszczy strukturę ziarna i częściowo wychodzi breja. Takie rozwiązanie było nie do przyjęcia i na wiele lat zaniechałem w ogóle gotowania aż do momentu, gdy dorosłem i sam zacząłem gotować. Wtedy, podczas gotowania bodaj makaronu, olśniło mnie. Wziąłem garnek 4-ro litrowy, nalałem wody, doprowadziłem do wrzenia, powoli wsypałem pół kilograma pęczaku aby woda nie przestała się gotować, nakryłem pokrywką, lekko przykręciłem gaz i popatrzyłem chwilę jak się wszystko bałwani w garnku. Mama stwierdziła, ze się przypali ja postanowiłem zaryzykować. Stare przysłowie “kto ryzykuje w kozie nie siedzi” się sprawdziło. Pęczak po godzinie był gotowy, wody wygotowało się połowę ale było jej jeszcze dość aby się bałwaniło. Nic nie przywarło, nic się nie przypaliło a pęczak był idealny. Potem poszło już gładko i za każdym razem tak przygotowując pęczak nie mam najmniejszego efektu przypalenia lub przywarcia. Przy gotowaniu pęczaku na zanętę i na haczyk zastosowanie ma ta sama zasada co przy parzeniu w termosie. Przed gotowaniem pęczak należy bardzo dobrze wypłukać jeśli ma trafić na haczyk. Co do barwienia i aromatyzowania, to w tym temacie jest prawdziwa wolna jazda. J Można aromatyzować podczas gotowania, a można po, wystarczy dobrze wymieszać. Jeśli już decyduję Si na udziwnienie ziaren to zawsze stosuję, obecnie powszechnie dostępne, barwniki spożywcze. Jestem wrogiem chemii w wędkarstwie, napatrzyłem się w swoim życiu jak rzeki umierają trute przez różne ścieki. A jeśli ktoś skusi się na taki ortodoksyzm, to w dość krótkim czasie zauważy, że rynek aromatów wędkarskich w porównaniu do naturalnych, jest straszliwie ubogi. W innym wątku Woldi pisał, że bazą dla aromatów jest alkohol bądź tłuszcz. I miał rację. Ja stosuję wyłącznie zwykły olej spożywczy, gdyż alkohol jest trucizną. Natomiast nośnikiem smaku jest cukier, ale to dla ludzi. Ryby swój smak głównie opierają na zapachu, czyli aromacie. Eksperymentowanie jest jak najbardziej wskazane a efekty niejednokrotnie mogą zaskoczyć. I tu przytoczę swój nieśmiertelny przykład. Idzcie do lodówki, weźcie kawałek kiełbasy, odkrójcie “coś na ząb” powąchajcie i posmakujcie. Jak już wiecie jaki ma zapach i jak smakuje to resztę z tego kawałka usmażcie na patelni. Zupełnie inna kiełbasa, inny smak, inny aromat, po prostu inna. Dlaczego? Ano tłuszcze tak robią. I może jeszcze jedno. Ci co lubią ryż, szczególnie ten wygodny w torebkach do gotowania. Przed włożeniem torebki do garnka wrzućcie jakąś kostkę rosołową, obojętnie jaką. Po ugotowaniu obejrzyjcie kolor, smak i aromat. Smacznego. I sprawa ostatnia. Skuteczność pęczaku haczykowego wymieszanego z płatkami i białymi, pakowanego ścisło do koszyczka przy połowie z gruntu w Narwi okazało się znacznie skuteczniejsze niż zastosowanie tego nie płukanego.

    • Guest

      Pszenica

      By Guest, in Przynęty oraz zanęty.,

      W niektórych regionach Polski, pszenica jest mało popularną przynętą. Co mnie osobiście nieco dziwi, ponieważ jest to skuteczna, a przy tym relatywnie tania przynęta, na praktycznie wszystkie gatunki ryb karpiowatych. Ale to już kwestia przyzwyczajenia ryb do tej przynęty. Zwłaszcza płoć, przyzwyczajona do pszenicy, żeruje na niej od kwietnia aż do pierwszyego lodu. Także liny, karasie, krąpie, jazie, leszcze, w łowiskach nęconych tym ziarnem, dobrze na nią biorą.  W dorzeczu Warty, pszenica jest bardzo popularna. Nie wyobrażam sobie spławikowca w naszym regionie, jadącego na ryby bez pszenicy. Taki żelazny zestaw przynęt na naszych wodach to, pszenica, kukurydza, biały robak (pinka). Pszenicę przyrządzam na dwa sposoby. Pierwszy, to gotowanie na małym ogniu w proporcji 1cz. pszenicy i 3 cz. wody. Zwykle trwa to około 3 godzin. Pod koniec gotowania dodaję jakiś sprawdzony zapach. Najczęściej jest to mieszanka nostrzyka, kolendry i kopru włoskiego, albo przyprawa do piernika, curry lub czosnek. Na pół litra suchych ziaren, 1 łyżeczka przypraw lub 3 pocięte ząbki czosnku. Na płoć często dodaję soli. Drugi sposób to zalanie ziaren wrzątkiem w termosie.Proporcje składników takie same jak wyżej. Z tym, że zapach dodaję przed zalaniem wrzątkiem. Trzeba "wyczuć" termos, po jakim czasie ziarna będą gotowe. W moim przypadku jest to 5 godzin. Pszenicy nigdy wcześniej nie namaczam. Gotuję czy też paruję pszenicę do momentu, aż większość ziaren ma pęknięcie w jednym końcu i nieco wystaje miąższ. Takie ziarna są najskuteczniejsze na haczyku. Do zanęty dodaję 1 szklankę gotowanych ziaren, na 1kg mieszanki. Wtedy pinki nie daję wcale, gdyż zbyt mocno wabią drobnicę. Pszenica jest skuteczna od wiosny do późnej jesieni. Jednak największe płocie łowię na tą przynętę, gdy jesienią wchodzą do starorzeczy na zimowisko.

    • jonasz7
      Zanęta-dla wielu wędkarzy to kupiona w sklepie wędkarskim zanęta danej firmy, którą nad wodą przesypują do wiaderka dolewają trochę wody i walą kule, otóż nie! Przygotowanie zanęty powinno nam zająć min.godz czasu przed samym łowieniem i parę dni myślenia przed wędkowaniem. To od naszej zanęty, jej pracy i konsystencji zależy nasz efekt. Co potrzebujemy do stworzenia odpowiednio przemyślanej i dobranej mieszanki? Wiadra (min. 17l min 2szt.), atomizer-zraszacz, sito do przesiania naszych składników (moim zdaniem uniwerslane to 2,5-3mm) zanęta ukierunkowana na ryby które chcemy odławiać, glina lub ziemia (w zależności od łowiska) dodatki zanętowe (ukierunkowane do ryb oraz pracy naszej zanęty) mięso (robaki zanętowe-co na hak, to w zanęcie)

      Od czego zacząć? Od myślenia, gdzie będziemy łowić, jak i jakie ryby są w danym łowisku, oraz jakich ryb chcemy unikać) Jeżeli to już wiemy otwieramy naszą kupną zanętę-dodajemy do niej suche dodatki całość mieszamy-dodajemy wody i dokładnie mieszamy, odstawiamy na bok. Następnie bierzemy drugie wiadro oraz sito do którego przesiewamy gliny i/lub ziemie które w pierwszej fazie myślenia wybraliśmy-po przesianiu namaczamy jeżeli jest taka potrzeba. Wracamy do naszej zanęty, która wypiła znaczną część wody, teraz dodajemy znowu wody i dokładnie mieszamy (czynność tę ponawiamy 2-3 krotnie, do momentu kiedy uznamy że nasza zanęta już więcej wody nie wypije, UWAGA!!! łatwo przemoczyć) wracamy do gliny i także sprawdzamy jej stan nawilżenia (ona prawie nie pije wody), jeżeli wszystko jest OK naszą zanętę przesiewamy przez sito do gliny, mieszamy-zostawiamy na jakiś czas jeżeli trzeba domoczyć, to robimy to używając atomizera-zraszacza (dzięki temu nie tworzą nam się grudki) całość teraz dokładnie mieszamy i jeszcze raz przesiewamy przez sito. Teraz nasza zanęta jest idealnie wymieszana, odpowiednio nawilżona, pulchna i dobrze klejąca. Dodajemy robaki i gotowe, można robić kule (zaraz przed samym wrzuceniem do wody, lub dobrze osłonięte wilgotnym ręcznikiem przed słońcem).
      Jakie proporcje gliny do zanęty?
      Ja robię tak:zimna woda 3/1 lub 2/1 ciepła woda:1/1 lub 2/1 glina/zanęta
      Należy pamiętać że te proporcje stosuje do jezior, kanałów. Jeżeli wędkuje na uciągu (rzeka) stosuje proporcje min. 3/1.
      W końcu udało się pojechać na rybki z aparatem teraz mogę pokazać to, co napisałem wyżej.
      Zdjęcie nr 1 pokazuje ile zabawek trzeba mieć , aby się w to dobrze i wygodnie bawić

      Zdjęcie nr 2 to zanęta przed namoczeniem.

      Zdjęcie nr 3 to zanęta po namoczeniu (trzy krotnym), ale przed przesianiem.

      Zdjęcie nr 4 to jedna z użytych dzisiaj glin przed przetarciem, prosto z paczki.

      Zdjęcie nr 5 to etap przesiewania gliny, często mozolna i ciężka praca.

      Zdjęcie nr 6 to ta sama glina po przetarciu jest różnica prawda, taka sama jak przy zanęcie przetartej i nie.

      Zdjęcie nr 7 to przesiana mieszanka glin przed wymieszaniem (3 rodzaje i kolory)

      Zdjęcie nr 8 to gotowa mieszanka (glina/zanęta 3/1) bez robactwa jeszcze.

      Zdjęcie nr 9 to gotowe dwie mieszanki o różnych konsystencjach (już z robactwem)

      Zdjęcie nr 10 pokazuje jokersa (szkoda że takie padło było w sklepie) przed potraktowaniem go rozpraszaczem.

      Zdjęcie nr 11 pokazuje joka po użyciu rozpraszacza.

      Zdjęcie nr 12 pokazuje gotowe kule do rzucania 7 z ręki i 3 do kubka (precyzyjnie) widać różnice w ilości mięsa.

      Zdjęcie nr 13 pierwsza rybka.

      Zdjęcie nr 14 wszystkie rybki (wybaczcie jakość, ale śnieg padał i wiało a temp non stop -3)

      Fajnie by było to połączyć z postem głównym i podwiesić, dla potomności

×