Jump to content

    • grzybek

      Naturalny pokarm dorsza

      By grzybek, in Ryby,

      Dorsz to jedna z najbardziej rozpowszechnionych ryb na Zatoce Gdańskiej.
      Jej główny drapieżnik.
      Choć mieszkam dwa kilometry od morza to moje pierwsze spotkania z tą rybą to początkowo Norwegia a teraz Zatoka Gdańska.
      Zaczynałem od spinningu i chyba pozostanę przy tej metodzie poławiania tego morskiego zbója.
      Wędkując w Norwegii z brzegu stosowałem przede wszystkim szczupakowe zestawy.
      Ot, pospolite gumki Mannsa czy Relaksa na metalowym przyponie.
      Musiałem używać metalowych przyponów bo dużo innych ryb przecinało, przegryzało mi plecionki.
      Nie ma porównania walka ryb złowionych na spinning do emocji związanych z holowaniem drapieżnika z burty kutra na otwartym morzu czy Zatoce.
      Łowienie ryb z kutra na ciężkie zestawy z pilkerem i przywieszkami w skrócie nazywam wyciąganiem wiadra z wody.
      Wolę spinning.
      Skończyłem z wędkowaniem z kutrów bo to i kosztowne i nudne.
      Łapanie na przysłowiowy "gwizdek"
      Zaczynasz i kończysz łowić na sygnał szypra.
      Często nawet nie zdążysz dobrze zarzucić wędki.
      Ostatnimi laty zacząłem pływać własną krypą, poznawać kolejne łowiska.
      Przekonałem się, że wcale nie trzeba wypływać daleko, łowić głęboko itp.
      W miarę wyjmowania kolejnych ryb i poznawania ich treści żołądkowej zacząłem poznawać ich zwyczaje i naturalny pokarm jakim się żywią.
      Dało mi to wiele do myślenia.
      Okazuje się, że małe dorsze żywią się przeróżnymi żyjątkami.
      Poczynając od kiełży zdrojowych, po przez krabiki, małże, gliździochy, kończąc na mniejszych rybkach.
      Tu garnela - stosunkowo duży raczek dorastający od 40 do 50mm, blisko spokrewniony z krewetkami.
      Nie jest całkowicie przezroczysty, o lekkim zabarwieniu różowawo – brunatnym, któremu towarzyszą drobniutkie, ciemne plamki.


      Powyżej tzw wesz morska (podwój wielki)
      Taką drobnicą żywią się mniejsze osobniki, nazywam je bolkami.
      Poniżej cały omułek a także jego części wyjęte z żołądka małego, wymiarowego dorsza wraz z krabikiem i kiełżem zdrojowym.


      Większe osobniki dorsza odżywiają się innymi rybami, także własnego gatunku.
      Wynika to wyłącznie z moich własnych spostrzeżeń, takie mam doświadczenia.
      W żołądkach dorszy, które złowiłem znajdowałem różne ryby i stworzonka.
      Całkiem spore dorszyki, stynki, śledzie, flądry, tobiasze, szprotki, babki bycze.
      Wyjmowane ze sporych głębokości często pozbywają się treści żołądkowej.
      Także już wyjęte z wody najczęściej oddają swoje wcześniejsze zdobycze.
      Na Zatoce Gdańskiej, w trakcie łowienia dorszy na spining holowałem swoją największą rybę życia.
      Do tej pory czuję ją w kościach.
      Mogłem ją tylko podholować do łodzi ale w żaden sposób nie dawałem rady jej podnieść do góry.
      W końcu weszła w resztki starego, drewnianego wraku pod łodzią i tyle ją widziałem...
      Nie zapomnę jej nigdy.
      Od wielu lat pozostaję przy metodzie spinningowej.
      Stosuję technikę typowo sandaczową - podbicie przynęty z dna i opad na lekkim, spiningowym kiju.
      Dwa obroty korbą i czekanie na branie.
      Czasem ryba przydusi przynętę do dna, z reguły jest to jednak zdecydowane branie i wierzcie mi lub nie - wystarczy jeden hak.
      Używam gum w rozmiarze 3-4", do tego główka jigowa 40-50g na 15m głębokości.
      Na większych głębokościach albo kiedy łapię bez kotwicy, w dryfie muszę używać cięższych główek.
      Z reguły wystarczają mi główki do 80g choć uwzględniając dryf jednak czasem przywalę 250g ołowiem.
      Łowiąc na głębokościach do 15m niewymiarowe dorsze, zaczepione jednym hakiem za pysk mają szansę przeżyć po niezbyt intensywnym holu.
      Poniżej jedna ze stosowanych gumek, dodam, że łowna, dobre kolory.

      Niżej gumka 4" na główce 50gramowej - moja typowa przynęta dla większości dorszy które złowiłem.
      To Kopyto Relaks'a.

      Dorsz bierze zdecydowanie i nie ma zmiłuj się.
      Często odgryzie ogon albo cały trzon urwie przy kolanku haka, trudno, zdarza się.
      Najchętniej łowię sandaczowym 2,3m Team Dragon'em do 35g cw albo MHXem z pracowni kolegi.
      Dzięki świetnej konstrukcji czuję dno i każde skubnięcie, branie, nierówności dna.
      Pomocna tu jest nierozciągliwa plecionka, ja używam średnicy 014mm.
      Wystarcza na metrowe ryby.
      Odstawiłem ciężkie pilkery, przywieszki, parasolki...dla mnie to kupa złomu.
      Ciężkie, nieprzydatne mi dzisiaj graty.
      To samo z kręciołami.
      Odpuściłem sobie targanie topornych, wielkich, ciężkich i zbędnych betoniarek.
      Używam typowo spinningowych kręciołów wielkości do 3-4000.
      Łapię fajne ryby i jestem zadowolony.
      Trochę szans tym rybom trzeba dać, nawet jak zerwą plecionkę w ostatnim zrywie na wodzie.
      To przecież przede wszystkim sport, adrenalina, emocje, wędkarstwo...
      Stosując jeden hak mam świadomość, że każda ryba ma szanse.
      Przynajmniej takie mam wrażenie.
      Preferuję haki Gamakatsu Big Game 6/0 ale inne nie są dużo gorsze.
      Dobieram hak do wielkości gumy, najczęściej od 4/0-6/0

      Warto wiedzieć czym odżywia się ryba którą chcę złowić.

    • grzybek

      Jesienna wyprawa

      By grzybek, in Opowiadania,

      Któryś z kolegów wpadł na pomysła żeby jesienią najechać Odrę.
      Wcześniejszy wypad kolegów z Gdańska nad tą rzekę był ponoć udany.
      Rybki i humory na tym wypadzie dopisały więc długo nie zastanawiałem się nad przyjęciem zaproszenia.
      Mieliśmy jechać na kilka dni, dwoma autami, po kilka osób w jednym.
      Na tyle wygodnie żeby nie było ścisku a i sprzęt znalazł odpowiednie miejsce.
      Schronienie w swoim domu zapewniał nam Janusz – jeden z zaprzyjaźnionych, śląskich wędkarzy.
      Jako, że mieliśmy wędkować w dwóch okręgach zezwolenia wykupiliśmy przez Internet.
      Te zakupy spustoszyły mój cienki portfel niezrzeszonego członka PZW.
      Od lat nie jestem członkiem Polskiego Związku Wędkarskiego więc potraktowali mnie jak dojną krowę.
      Wybuliłem dużo za dużo ale czego nie robi się dla przeżycia ciekawie zapowiadającej się wędkarskiej przygody?
      Raz danego słowa kolegom nie zmienił nawet bolesny zabieg u chirurga-stomatologa na kilka dni przed planowanym wyjazdem.
      Ot zwyczajny SQS (StarośćQuźwaStarość) – cóż: starość nie radość, młodość nie wieczność.
      Dałem se wyrwać kilka zmęczonych kłów na raz żeby mieć już spokój na dłuższy czas.
      Stomatolog wraz z technikiem dentystycznym wyklepali mi nową koparę i ta dała mi popalić!
      Opuchnięte, niezagojone, poszyte dziąsła - kawał obcego ciała w pysku nie pozwalały mi pogryźć czegokolwiek.
      Do tej pory mam ciary na plecach jak to wspomnę.
      Jarek, Bartek, Marcin, Mariusz, Piotrek i ja spotykaliśmy się i poznawaliśmy w necie, na jednym z portali wędkarskich.
      Teraz mieliśmy okazję spotkać się w rzeczywistości, w realu.
      W szóstkę sprawnie zapakowaliśmy się do autek i w drogę – ahoj przygodo!
      Chłopaki skojarzyli mnie z Piotrem w jednym wozie, na tylnym siedzeniu.
      Poznawaliśmy się lepiej w trakcie długiej rozmowy.
      Tematów było wiele, jak to między wędkarzami.
      Po drodze przez pół kraju wysuszyliśmy kilka butelek z napojami energetycznymi.
      Te napoje chyba pędzone przy księżycu bo łatwo wchodziły, rozwiązywały języki i dawały kopa.
      Trasa minęła tak szybko, że nie spamiętałem, jak znaleźliśmy się w domu gościnnego Janusza z Kędzierzyna – Koźla.

      Rano suszyło okrutnie ale szybko okazało się, że nie przyjechaliśmy tu na wypoczynek.
      Bartek już tego dopilnował, nie dał nam poleżeć.
      Jego wędkarskie ADHD nie pozwoliło innym pobyczyć się, odpocząć czy zawiązać sadełko.
      Czekała na nas Wielka Rzeka i wędkarska przygoda: spotkania z brzanami, sandałami i wąsatymi sumiskami.
      Te pobudzały wyobraźnię, która nie pozwalała poddać się bez walki.
      Nie wyspałem się, Ziemia uciekała mi spod nóg chociaż starałem się utrzymać pion i formę.
      Nikt nie obiecywał, że będzie lekko.
      Bez wątpienia w tej grupie byłem seniorem i czułem wzrok młodszych kolegów na plecach.
      Może spodziewali się, że pokażę im jak łowić te rybska?
      Możliwe, niewykluczone ale mi nie szło zupełnie.
      Gleba ciągle rozkołysana - od kiedy Kopernik wstrzymał Słońce - ruszył Ziemię mam problem z utrzymaniem równowagi, szczególnie po zakrapianej, długiej podróży i nocnych Polakach rozmowach.
      Zastraszająco szybko traciłem przynęty w płytkiej, skalistej, nieznanej mi wodzie.
      W czasie gdy rozpoznawałem kolejne miejscówki ryby zaczęły wieszać się każdemu innemu – byle nie mnie!
      Ten pierwszy dzień wspólnego wędkowania był dla mnie stracony, wręcz okupiony masą zerwanych przynęt.
      Chciałem żeby ten dzień skończył się jak najprędzej.
      Koledzy w płytkiej wodzie ciągali na spina leszcze, brzany, sandałki…
      Za pysk, za płetwę, za ogon… - poprawiali swoje życiowe osiągi a mnie te ryby olewały zupełnie.
      To nie był mój dzień.
      Zaraz na początku Mariusz wyholował swoją życiową brzanę – oj, podkręcił nam śrubę!
      Można było pocieszać się gdy po długim holu okazało się, że jest podhaczona za płetwę grzbietową – niby nie liczy się ale i tak każdy z nas chciałby poczuć takie ładne, silne rybsko na swoim kiju.
      Piękna rybka! Zasłużone graty za wzorowy hol i życiówkę!

      Nie łowiliśmy na punkty, na wagę, dla mięsa. Wszystkie ryby wracały do wody.
      Po tym ciężkim dla mnie rozpoznaniu łowisk wróciliśmy na posiłek.
      Janusz - nasz łaskawy gospodarz na Śląsku w raz z rodziną dopieszczali nas z wrodzoną gościnnością.
      Na obiad rodzina Janusza przygotowała pyszną wątróbkę z cebulką. Mniam!
      Wygłodzony cokolwiek próbowałem pogryźć kęsik tą moją nową koparą.
      Żułem z gębą pełną bólu, szwy w świeżo pociętych dziąsłach uwierały niemiłosiernie.
      Jak poprosiłem chłopaków żeby mi przeżuli kęsa to mnie wyśmiali!
      Nie tak miało być!
      Trzeba przyznać, że nie marnowaliśmy czasu.
      Każda chwila była cenna i wykorzystywaliśmy na maxa łagodne, jesienne dni i każdą sposobność żeby wyrwać się nad wodę.

      Bartek wstrzelił się znowu w leszcze, później w bolenie, wszyscy łowili sporo szkolnych, krótkich sandałków.
      Kolejny dzień kończyliśmy wieczornym ogniskiem, gdzie kiełbaski na patyku, z musztardą i browarem smakowały wybornie.
      Było gwarnie, wesoło, miło.
      Nie było szumnego „Góralu, czy ci nie żal…” czy „płonie ognisko w lesie…” ale zawsze pełna kultura – wszelkie flaszeczki, puszeczki i inne pozostałości zebrane i porzucone w odpowiednim miejscu.

      Godziny i dni wspólnego wędkowania w zgranej grupie mijały szybko.
      Nie przeszkadzały nam deszcz czy mgła, raźno maszerowaliśmy po kolejnych, obiecujących miejscówkach.
      Błoto, w którym często stawialiśmy stopy tylko utwierdzało nas w przekonaniu, że to świetna pora dla twardzieli.
      Szkoła przetrwania, którą w praktyce dawno powinniśmy mieć opanowaną.

      Kolejnego dnia, kiedy chłopaki pognali czesać kolejne, znane im wcześniej miejscówki mijałem przy brzegu dwóch autochtonów.

      Rozparli się wygodnie na fotelach, przy zastawionym stole łapali rentgeny z ostatnich, słonecznych dni tej jesieni.
      Feedery w uchwytach, żyłka w wodzie, uczyli pływać robale – relax na maxa.
      Nie chciało mi się już specjalnie biegać więc przycupnąłem przy nich kładąc się na ścieżce.
      Od słowa do słowa zaczęła się rozmowa.
      Nie chcieli uwierzyć, że przyjechaliśmy na Śląsk aż z Wybrzeża.
      W trakcie luźnej rozmowy jeden z nich stwierdził, że zna jednego gostka z Gdańska.
      Korespondował z nim na jakimś portalu, umawiał się na wyprawę na dorsza…
      Miał na imię Bartek, wymienił jego nicka czy nazwisko – he he, wydało mi się znajome.
      Sprawdziłem w kontaktach na fonie.
      - Jeżeli to ten sam Bartek to właśnie przechodził obok Ciebie!
      Korespondujecie, umawiacie się w eterze a on przechodził obok Ciebie w realu.
      Zadzwoniłem do jedynego Bartka jakiego znałem i oddałem słuchawkę zaskoczonemu wędkarzowi.
      Jakież było jego zdziwienie kiedy przekonał się, że Balon to ten sam Bartek o którym mowa! Ha, ha!
      Kiedy Balon do nas przyczłapał zrobiło się swojsko, wesoło… rozdzwoniły się szkła.
      Fajne to było spotkanie.
      Hanysy otworzyli się, zaczęli uśmiechać się, żartować, polewać…
      Lody zostały przełamane. Gęby im się rozjaśniły i znowu pośmialiśmy się trochę.
      Co do śmiechu to Piotr i Marcin nie dawali nam szans odetchnąć przez te wszystkie dni.
      Nasze przepony wciąż rechotały salwami gromkich śmiechów po ich dowcipach.
      Potrafią rozbawić towarzycho. Mają chłopy talent.
      Mogliby w kabarecie występować, w duecie i solo.
      Do dzisiaj czuję ból w okolicach mięśnia piwnego.

      W ostatnich dniach wyprawy w końcu i do mnie uśmiechnęło się wędkarskie szczęście.
      Dzień wcześniej przytuliłem się do Mariusza i jego miejscówki na wewnętrznym zakręcie koryta bocznego, głębszego kanału.

      Między nami wiązała się jakaś nić wędkarskiego zrozumienia.
      Daleko od brzegu znalazłem fajny, twardy, wypłukany przez prąd wody dołek i tam także znalazłem sandacze.
      Skoro nikt nie łapał wymiarowych sandałów to w końcu zmieniłem gumki o cal mniejsze i dopasowałem główki jigowe do warunków na tym konkretnym łowisku.
      2-calowym kopytkiem w kolorze wściekłej żółci wstrzeliłem się idealnie.
      To był strzał w dziesiątkę.
      Rzucając daleko pod przeciwległy brzeg ,na skos do prądu mogłem kontrolować dokładnie małe kopytko na lekkiej główce.
      Plecionka w minimalnym nurcie i czuły kij przekazywały do nadgarstka idealnie każdy opad, puknięcie o twardy kamień, dno…
      Na pożyczonego od Janusza Avid’a (z ang Pazerny) zaczęły regularnie wyjeżdżać z wody kolejne mętnookie rybki.
      Wcale niekonieczne było częste podbijanie przynęty.
      Zastosowałem mieszaną technikę opadu, gdzie nad najgłębszym miejscem przesuwałem gumkę ponad dnem.
      W jakimś sensie opad to była podstawa ale brania najczęściej odczuwałem przemykając małą przynętą nad wypłukanym, kamienistym dołkiem - „gdzie patyki tam wyniki”
      Po kilku wyjętych rybach koledzy podeszli po bokach wietrząc zwierzynę.

      Z jednej i drugiej strony zaczęli przerzucać łowisko gumami, w końcu trzeba było rzucać na krzyż.
      Utrudniało to wędkowanie, wkurzało więc dałem sobie siana – niech się wyszaleją.
      Puściłem pod nosem niewybredną wiązankę i położyłem się w trawie obserwując dalszy bieg wydarzeń z pozycji leniwca.
      Kiedy kolegi odpuścili mi „moją” miejscówkę znowu zacząłem czesać dołek.
      W końcu, po jednym z kolejnych, podobnym do każdego innego pstryknięć solidne zacięcie i twardy hol!
      Czuję solidny, pulsujący ciężar na pożyczonym od Janusza kiju.
      Od razu zrozumiałem, że siedzi coś mocnego. Rybsko dołowało próbując odpłynąć z nurtem i zerwać się z haka.
      Siedząc na dupsku zaciąłem powtórnie, kładąc się jednocześnie na plecy.
      Na tle szarzejącego nieba widzę kij z pracowni wygięty w pałąk!
      Czuję i słyszę jak hamulec momentami odpuszcza kiedy ryba wali ogonem po plecionce.
      Leżę na plecach, kij w paraboli, plecionka wyje napięta a wystraszony Janusz drze się: odpuść hamulec bo kija złamiesz!
      Przeciąganie liny z parowozem trwa kilka sekund, po chwili… zerwało połączenie.
      Quźwa mać!
      Kolejne słowa grzęzną w krtani.
      Pomimo dwóch solidnych zacięć, mocnego, sprawdzonego w bojach sprzętu ryba po kilkusekundowym holu spina się.
      Przed chwilą byłem zły na upartych sąsiadów, teraz wściekły - rozczarowany pechowym rozwojem wypadków.
      Kolejna „metrówka” z ostatnich miesięcy i lat poszła w długą, zrobiła ze mną i z moim sprzętem to co chciała.
      Znowu zostałem ze sobą sam. Bezradny, załamany, z roztrzęsionymi grabiami.
      Oglądam co mi zostało: plecionka cała… hak cały, ostry… kręcioł, wędzicho – wszystko super!
      Wszystko gra a jednak… zastanawiam się, czy popełniłem jakiś błąd?
      Pewnie ciśnienie podskoczyło mi zenitu.
      Adrenalina buzowała.
      Na lince pozostał świeży, długi ślad śluzu.

      Ewidentny fakt wytrzepywania ogonem haka przez mądrego, doświadczonego, wąsatego mięśnia.
      To nie pierwszy raz na przestrzeni ostatnich miesięcy, kiedy hak 3/0, 4/0, 5/0, 6/0 nie wbił się odpowiednio w zakuty łeb drapieżnika.
      To duże, solidne haki. Często Gamakatsu, Mustad…
      Niektóre ryby mają tyle zębów, tyle kości, że trudno je przebić hakiem, wierzcie mi.
      Ufff. Długo jeszcze rozpamiętywałem tę chwilę na siedząco.
      Łapy drżą, rozdygotane mięśnie pulsują. Osz ty Karollo!
      Wierzę, że każdy wędkarz oczekuje tego jednego właśnie brania przez wiele lat.
      Od kiedy łowię z łodzi takich brań i holi mam więcej.
      Zdarzały mi się ryby których nie potrafiłem oderwać od dna.
      Czasem taki hol trwał kilka minut ale rybsko mogłem jedynie przyciągnąć do łodzi, do góry nihuhu.
      Na tym kanale, łowiąc z umocnionego brzegu niewiele miałem szans ale kto o tym myśli?
      Każdy z nas ma nadzieję wyholowania olbrzyma, życiówki i takie tam…
      Widocznie nie było mi pisane tego dnia.
      Kilka, kilkadziesiąt minut później wędkujący obok Jarek ma podobne branie i krótki, intensywny hol.
      Oj, poćwiczyły sobie wąsate na nas, poleciały z nami w kulki.
      Wieczór zapadł szybko, ja miałem dosyć.
      Wiem, że nie zapomnę tego holu do końca świata.
      Kolejnego, tym razem ostatniego ranka wróciliśmy z Mariuszem w to samo miejsce.
      Mgła nad wodą potęgowała uczucie tajemniczego uroku tej miejscówki.
      Niewysoki, umocniony kamieniami pod wodą brzeg utrudniał holowanie kolejnych, zaciętych rybek.
      Jednak, mimo wszystko, w końcu udało mi się wyjąć swoją kolejną życiową rybę.
      Okazało się, że choć niewymiarowy to jednak mój największy sum w kraju, jakby na osłodę i zakończenie łowów.
      Nie tak wielki jak ten co wypiął się poprzedniego wieczora ale równie piękny, jak każdy którego wyjąłem i każdy pływa do tamtej pory.
      To było ukoronowanie tego pobytu dla mnie.
      Mój największy, wyjęty sum w Polsce.
      Ledwo przedszkolak przy tym który dał mi popalić wcześniej.
      Te niewyjęte nie liczą się.
      Kolorowy, jesienny wąsaty zdobył nowe doświadczenie i jeszcze niejednemu wędkarzowi rozbudzi wyobraźnię.
      Odpłynął po krótkiej, pamiątkowej sesji zdjęciowej.

      Dobre pół roku później, na zupełnie innej wodzie, też przypadkiem trafiłem na podobnego przeciwnika.
      Trollingując za sandaczem uderzyła w wobler lokomotywa.
      Kto by przypuszczał jak silna to ryba?
      Nie łowiłem sumów i nie miałem doświadczenia ani odpowiedniego sprzętu.
      Nie mniej, po długotrwałej walce udało się wciągnąć rybę - potwora na łajbę.
      Przez półtora godziny mordowałem się z wąsatym przeciwnikiem z delikatnym sprzętem.
      Byłem zaskoczony wielkością i mocą bestii.
      Jak długo wędkuję (pi x drzwi pół wieku) pierwszy raz udało mi się coś takiego wyjąć z wody i wiem, że drugi raz to byłby nadmiar szczęścia.
      To se ne wrati! To się więcej nie zdarzy - za dobrze by było.
      O większej nie marzę, nie śni mi się po nocach - wystarczy.
      Zdałem sobie sprawę, że miałem dużo szczęścia.
      Dużo więcej niż tamtego, jesiennego wieczora.
      Na brzegu byłem bez szans.
      Wierzę, że każdy z tej naszej grupy na pewno ma swoje subiektywne spojrzenie na tą wyprawę.
      Mniemam, że dla każdego był to udany wypad.
      Mieliśmy swoje lepsze i gorsze chwile.
      Dla mnie jedno jest pewne.
      Wspólne spotkania wędkarzy nad wodą sprzyjają przyjaźniom.
      Jestem wdzięczny kolegom za miłe wspomnienia, które zostaną na długo w pamięci.
      Piszę o tym żeby zachować w pamięci te chwile, przekazać innym moje własne, subiektywne wrażenia.
      Trzeba korzystać z życia bo nie pracujemy tylko po to aby przeżyć ale po to aby żyć a warto żyć tak żeby mieć co wspominać.
      Wspólna pasja powinna nas łączyć - nie dzielić i to jest najważniejsze.
      Minął dobry rok od czasu tego spotkania.
      Przekonałem się jeszcze raz, zdałem sobie sprawę, że często nie mamy wpływu na to kto pojawi się w naszym życiu ale mamy wpływ na to kto w nim pozostanie.
      Miło wspominam tamte dni, zachowam je na długo w pamięci.

      Andrzej Radzio (vel Andy, Anaki, borovik, borovik szl, grzybek…)

    • okno
      Rybki łowił mój ojciec i łowie ja tak przez 44 lata. 
      Urodziłem się w Gdańsku i w Brzeżnie się wychowywałem więc nad morzem spędzałem sporo czasu jako plażowicz ale i jako wędkarz. W latach mojej młodości ojciec zabierał mnie w rejony Kociewia i Kaszub na ryby które łowiliśmy w jeziorach na wędki wykonane z leszczyny i zimą z pod lodu na błystki wykonane samodzielnie. I tak właściwie wędkarstwo moje opierało się głównie na jeziorach. Cisza, spokój i ja z ojcem lub sam wpatrzony w spławik czekający na branie. Ale też wędkarstwo morskie nie było mi obce, jakże różne od teraźniejszego. Łowiliśmy z ojcem z mola w Sopocie piękne morskie okonie na spining wykonany z kawałka bambusa z wielkim ruskim kołowrotkiem na spławik zakładając na haczyk kiełże. Później po 1970 r gdy budowali Port Północny jeździliśmy łowić morskie płocie z kamieni jakie wrzucano do morza do budowy pirsu, oczywiście na spławik. Tak z tym batem i spławikiem wędkowałem przez długie lata na jeziorach, czasem na Wiśle bieżącej, martwej i kanałach ale też wiosną jak śledź pojawiał się w Porcie Północnym na tarło to pojawiałem się i ja. Tak te śledźie łowiłem jeszcze w okresie stanu wojennego kiedy można było jakoś do Portu Północnego na pirs wejść. Później już nie chcieli wpuszczać wędkarzy więc dałem sobie spokój i dalej jeździłem z bacikiem po słodkich wodach aż tak właściwie do 24 marca 2012 roku kiedy to za namową Bartka - Baloonstyle, wyruszyłem w raz z nim oraz innymi żądnymi wędkarstwa morskiego, na moją pierwszą z prawdziwego zdarzenia wyprawę w morze na dorsze kutrem. Na około sami koledzy więc i atmosfera była świetna.

      Na czele oczywiście stał wiecznie uśmiechnięty weteran wypraw morskich Bartek,

      przez którego złapałem "zajoba" morskiego.
      Radocha ze złowienia pierwszego dorsza była ogromna gdyż do tej pory dorsze widziałem w sklepie rybnym, a w tedy złowiłem na wędkę.

      Już po pierwszym razie prawdziwe wędkarstwo morskie wciągneło mnie do reszty, jak że inne od śródlądowego, sprzęt, przynęty, technika łowienia, umiejętność łowienia w grupie nawet ubiór trzeba było przystosować do bytności na morzu. Z wędkarstwa lekkiego trzeba było się przestawić na bardzo gruby kaliber, z przynęt 1-15 gramowych na 100-250 gram przy głębokości dochodzącej do 90 metrów. Już po pierwszej wyprawie wiedziałem co mi jest potrzeba aby poczuć ten dreszcz emocji zaciętego dorsza. Wizyta w pracowni Rodmas od razu rozwiązała moje potrzeby pod względem odpowiednich wędek a resztę uzbrojenia rozwiązali chłopaki z Lotni, tak na początek bo wiedza i doświadczenie przychodzi z czasem z każdą wyprawą. Trzy tygodnie nawet wytrzymałem i zabierając ze sobą Bartka meldujemy się tym razem na szybkiej łodzi Marinero.

      To już nie był duży kuter a jazda bez porządnego trzymania groziła po prostu wypadnięciem.

      Mała łódka, ośmiu wędkarzy no i nowe doświadczenie oraz rady Bartka i jego uśmiech nie ocenione.
      Mija tydzień i zabierając ze sobą Bartka i Jarka - Minus meldujemy się w nocy w Kołobrzegu, na jednostce Pelikan

      aby wypłynąć na dwudniową wyprawę na Bornholm.
      Wygodna kajuta

      pod pokładem koje

      gdzie smacznie mi się spało aż mnie obudzili śniadaniem na wodach Bornholmu.Cały dzień łowienia z przerwami na posiłek przynosi nowe doświadczenia na innym nowym łowisku. Połowiliśmy Duńskich dorszy

      w świetnej atmosferze kolegów

      odwiedziliśmy port Nexo

      i na drugi dzień łowiąc po drodze zresztą z marnym skutkiem wróciliśmy do Kołobrzegu. Jak później doszliśmy do wniosku że ryby w tej wyprawie nie były najważniejsze, a wspaniała atmosfera w śród nas no i nowe doświadczenie.
      Bakcyl morski opanował mnie na dobre więc byłem częstym gościem we Władysławowie zabierając ze sobą czasem córkę która tak jak ja polubiła morskie łowienie.

      Udało mi się zorganizować wyprawę w pierwszą rocznicę istnienia forum

      na której zostali ochrzczeni nowicjusze

      Rok 2012 zakończyłem 36 wyprawami na morze przeważnie z Władysławowa ale i na Zatokę Gdańską zdobywając coraz to nowe doświadczenie, łowiąc na różnych jednostkach i różne dorszyki. Większe i mniejsze przeciętnej wielkości wyrabiając przy tym sobie opinie o jednostkach i szyprach nimi pływającymi.

      Od początku roku 2013 zająłem się modernizacją łodzi kupioną w raz z kolegami jeszcze jesienią,

      ale mimo dużego wkładu pracy znalazłem czas na wypady z kolegami na Zatokę Gdańską.

      Modernizacja łodzi trwała do połowy kwietnia i wreszcie wodowanie,chrzest i łódka gotowa do pływania,

      a z nią nowe możliwości i doświadczenia wędkarstwa na Zatoce Gdańskiej. Trzeba było ją najpierw poznać więc początkowe efekty były wręcz zerowe, no może poza śledziem którego trochę łowiłem gdy wracałem bez ryby z Zatoki ale on mnie w tym okresie nie interesował. Po nad to wypływałem na morze z Władysławowa ale już tylko dwoma jednostkami łodzią Marinero, gdzie można było sobie połowić już ładne dorszyki,

      oraz dla relaksu jednostką m/y Ostry gdzie jest pełen katering, zabierając ze sobą tym razem syna.

      Większość jednak czasu poświęcałem łowieniem rybek w Zatoce Gdańskiej na własnej łodzi gdzie metody łowienia i sprzęt w pewnym stopniu różni się od wędkarstwa na pełnym morzu. Poznawałem przez ten rok Zatokę, miejscówki, łowienia na gumowe przynęty wykonane prze zemnie

      przez innych

      oraz wszelakie twistery i kopytka.
      Też od czasu do czasu przyjeżdżałem do Władysławowa na rejsy po morzu i jak była możliwość podziwiałem wschody słońca

      Rok ten obfitował wypady na Zatokę Gdańską jak i na morze, 44 wypad na początku września pamiętam a później już straciłem rachubę w tym liczeniu a z resztą i po co. Zatoka to obszar nie obliczalny zarówno w rybę jak i pogodę, a co przyniesie rok 2014 - zobaczę.
      Pozdrawiam
      Jan.

    • wind
      Od czasu do czasu pojawiają się na forum pytania początkujących (?) wędkarzy odnośnie dokumentów uprawniających do legalnego wędkowania. Skupmy się na dokumentach obowiązujących wędkujących na wodach Polskiego Związku Wędkarskiego.Wymóg posiadania karty wędkarskiej nakłada na nas art. 7 ustawy o rybołówstwie śródlądowym. Aby posiąść ów dokument należy zdać egzamin w wybranym kole PZW, bo ta właśnie organizacja jest upoważniona do przeprowadzania egzaminów na kartę wędkarską i kartę łowiectwa podwodnego. Ale nas siłą rzeczy interesuje ta pierwsza. Przy okazji chciałbym zatrzymać się na chwilę nad sensem przeprowadzanych egzaminów. Poza tym, że najczęściej to fikcja, nie widzę większego sensu w wymogu znajomości przepisów, które zmieniają się dość często a ponadto podstawowe przepisy takie jak wymiary i okresy ochronne oraz limity są dostępne do sprawdzenia w dowolnym momencie, również w czasie wędkowania. Nic również nie stoi na przeszkodzie aby posiadać w wędkarskiej torbie czy skrzynce, ba, nawet w kieszeni kamizelki wędkarskiej, drukowanej wersji regulaminu APR. Wtedy można w każdej chwili i na bieżąco rozstrzygać niepewne sytuacje. Jedyną grupą poddawaną egzaminom powinni być członkowie – uczestnicy, czyli nasi najmłodsi koledzy. Myślę, że tak „poważna” instytucja, jak komisja egzaminacyjna przynajmniej na początku wędkarskiej drogi prawidłowo „ustawi” tok myślenia takiego młodego wędkarza, że przepisy są po to, aby je znać i ich przestrzegać. Zawsze jest szansa, że im tak zostanie „na starość” . Dodatkowym wymogiem obowiązkowym w takim egzaminie powinno być rozpoznawanie poszczególnych gatunków ryb, bo tutaj zdarzają się pomyłki prowadzące wprost ku łamaniu przepisów dotyczących wymiarów i okresów ochronnych. Jest sporo gatunków tak podobnych do siebie, że nie każdy jest w stanie ze 100% pewnością rozpoznać je prawidłowo. Tym bardziej, że niektórych nie spotykamy na co dzień.
      Ale wracając do samego dokumentu. Po pomyślnie przebytym egzaminie udajemy się właściwego starostwa powiatowego i tam, składając odpowiedni wniosek, zaświadczenie o zdaniu egzaminu i dowód uiszczenia odpowiedniej opłaty oraz zdjęcia dokonujemy formalności. Zwykle po kilku dniach dokument jest gotów do odbioru.

      Ten biały kartonik to właśnie nasza karta wędkarska, która jest ważna dożywotnio, o ile jej nie utracimy, np. wyrokiem sądu.
      Cóż, mamy kartę więc jesteśmy w ¾ drogi. Teraz już z górki. Kolejnym dokumentem jest zezwolenie na połów. Wybieramy sobie koło PZW, o ile chcemy łowić na łowiskach związkowych oczywiście, i tam otrzymujemy legitymacje członka stowarzyszenia wraz z wklejonymi „znaczkami” udowadniającymi dokonanie opłat składek upoważniających do połowu ryb. Przy pierwszej wizycie opłacamy również tzw. „wpisowe” i opłatę za wydanie legitymacji. Warto wspomnieć, że składki są ważne na rok kalendarzowy, czyli do 31 grudnia. Jeśli nie zdążymy opłacić składek do końca kwietnia następnego roku musimy liczyć się z tym, że będzie ponownie wymagana opłata „wpisowa”.

      Przy opłaceniu składek otrzymamy również tzw. Rejestr Połowu. Mała, kolorowa książeczka, do której wpisujemy daty i miejsca połowu oraz ewentualne zabrane z łowiska ryby. Obowiązek jego prowadzenia jest powszechny na wodach PZW i wymagany przy kontroli przez uprawnione służby. Warto pamiętać, ze przed rozpoczęciem wędkowania bezwarunkowo należy wpisać datę i numer/nazwę łowiska. Trwa to naprawdę kilka sekund a może pomóc uniknąć nieprzyjemnych przepychanek z kontrolującymi. W taki przypadku brak długopisu, czasu, czy zwykłe zapominalstwo nie mogą być „okolicznością łagodzącą”. Sam mam odruch Pawłowa, zanim siądę na krześle nad wodą dokonuje odpowiedniego wpisu i mam „święty spokój”. Łowię na wodach PZW od lat i nigdy, ale to nigdy, nie zdarzyło mi się zapomnieć o wpisie w rejestrze.
      W Rejestrze znajdziemy podstawowe zasady obowiązujące na łowiskach, również dodatkowe zaostrzenia przepisów zawartych w RAPR. Rejestr zdajemy w kole, w którym go otrzymaliśmy. Zwykle robimy to przy okazji opłacania składek na kolejny rok.

      I tak już wiemy, że potrzebne są nam trzy dokumenty aby spokojnie, bezstresowo i na pełnym luzie oddawać się uprawianiu naszego hobby na łowiskach związkowych.
      Ale przy okazji słów parę o łowieniu w wodach morskich. Tutaj nie ma wymogu posiadania karty wędkarskiej, należy jedynie uzyskać odpowiednie zezwolenie z Okręgowego Inspektoratu Rybołówstwa Morskiego. Jest to o wiele prostsze, wystarczy dokonać opłaty i udać się do najbliższej placówki wspomnianej instytucji. Tam otrzymamy dokument, który jest ważny rok od daty wydania, czyli inaczej niż jest to ze składkami związkowymi. Zezwolenie na amatorski połów ryb w wodach morskich jest ważne z dowodem osobistym, a pewnie i z każdym innym dokumentem potwierdzającym tożsamość łowiącego.

      Mam nadzieję, że te parę słów o wymaganych dokumentach rozjaśnią trochę sytuacje młodym wędkarzom i pomogą im podążyć prawidłową drogą.

    • Guest
      Postanowiłem przybliżyć kolegom metodę bolońską.Całość będzie się składać z 4części.Tym którzy dobrze znają tą metodę,dam okazję do ewentualnej polemiki i wymiany doświadczeń.Innych,być może zachęcę do spróbowania swych sił w łowieniu tą piękną metodą.
      Gdzie i kiedy?
      Metodę bolońską łowimy przede wszystkim w rzekach i kanałach,z wolnym i średnim uciągiem nurtu.
      Jak pokazuje praktyka,bolonką możemy łowić także w szybkim nurcie, wtedy jednak łowimy na niewielkich odległościach, aby mieć kontrolę nad zestawem.Zwłaszcza gdy ryby żerują przy opaskach faszynowo-kamiennych,lub poniżej stanowiska na zakrzaczonym odcinku.
      Możemy wtedy wypuścić zestaw z nurtem,nawet na kilkadziesiąt metrów.Bolonka sprawdza się także wtedy,gdy biorą duże ryby,nie dające wyholować tyczką czy batem.Największą zaletą bolonki jest to,że można łowić ryby z większych odległości. Są sytuacje że nijak nie można ich zwabić w zasięg skróconego zestawu,wtedy nieocenione usługi odda bolonka.Złe warunki atmosferyczne,czyli silny wiatr zgodny z kierunkiem nurtu i deszcz,znacznie ograniczają skuteczne prowadzenie zestawu.
      Ogólnie o sprzęcie.
      Wędziska-stosowane w tej metodzie,charakteryzują się znaczną długością od 5do10metrów.W praktyce najczęściej stosowane są te w zakresie 6-8m.Ja stosuję bolonki 5;6;oraz7metrów.Wędziska bolońskie maja w zasadzie akcję szczytową.Łatwiej się takim wędziskiem łowi i skuteczniej zacina ryby.W niektórych sytuacjach sprawdzają się wędki o akcji parabolicznej.np.gdy łowimy lekkim zestawem na dużej odległości, albo podczas holu leszczy w silnym nurcie.Przelotki przy bolonce koniecznie na wysokich stopkach,lekkie i jednocześnie sztywne.Rozmieszczone są na końcu każdego składania.Na szczytówce dodatkowo dwie przelotki przesuwne,które poprawiają akcję wędki pod obciążeniem.Na dolniku zamocowany jest zatrzaskowy uchwyt kołowrotka.Przy zakupie bolonki należy zwrócić uwagę,czy uchwyt znajduje się we właściwym miejscu.Zamocowany za nisko,sprawia że wędka leci zbyt mocno na szczytówkę,co na dłuższą metę jest bardzo męczące.Zawsze starajmy się wybrać bolonkę możliwie najlżejszą,wykonaną z dobrych materiałów.W handlu spotyka się tanie podróbki bolonek,wykonane z włókien szklanych.Łowienie taką wędką przez kilka godzin,to istna udręka.Są ciężkie,źle wyważone i zbyt miękkie.Niezłe bolonki można kupić już za kilkaset złotych.Te najlepszych firm są niestety drogie( od 500zł w górę)
      Kołowrotki do bolonki-w zasadzie takie same jak do odległościówki.Średniej wielkości i dużym przełożeniu.Bardzo ważne,aby miał aby hamulec miał szeroki zakres regulacji i pracował płynnie.
      Żyłka-powinna być pływająca,ze względu na specyfikę tej metody,gdzie łowimy z żyłką uniesioną nad wodą.Niektórzy stosują żyłki miękkie,rozciągliwe,które łagodzą błędy podczas holu ryb.Ja osobiście wolę żyłki sztywniejsze,o małej rozciągliwości.
      Spławiki-najlepiej sprawdzają się w kształcie odwróconej kropli lub śliwki.Antenka grubsza niż w innych odmianach przepływanki,gdyż musi być widoczna z dużej odległości.Stateczniki spławików do bolonki powinny być wykonane z włókna węglowego, szklanego,lub bambusa.Takie rozwiązanie sprawia że spławik ma większą stabilność w trakcie lotu.Stateczniki metalowe w czasie lotu "biją na boki"i mają tendencję do przesuwania się na żyłce.Oczka do przewlekania żyłki, powinny być solidnie wykonane i dobrze zamocowane w korpusie.Delikatne łatwo się wyrywają.Najlepiej,jeżeli zamiast oczka w korpusie jest kanalik do przewlekania żyłki.
      Haczyki-stosuję różne modele,nie zawsze te zalecane do tej metody.Wybierając model i wielkość haczyka,biorę pod uwagę rodzaj przynęty,gatunek ryb na które liczę,a także intensywność ich żerowania.

    • Guest
      Bolonką łowię najczęściej w rzece Warcie a także konińskich kanałach.Kanały wraz z okolicznymi jeziorami,należą do systemu chłodzenia dwóch elektrowni.Są to łowiska całoroczne,ponieważ nawet zimą woda w większości z nich nie zamarza.Konińskie kanały są znane wędkarzom z wielu regionów Polski,jako łowiska dużych amurów, tołpyg i karpi.Teraz tych okazowych ryb jakby mniej,ale nadal można tu złowić wiele gatunków ryb.Zwolennicy gruntówki mogą zapolować na wspomniane amury i karpie,ale także na liny,karasie,sandacze a nawet sumy.
      Nieraz naszym łupem będą ryby egzotyczne,kolorowy karp koi,lub tilapia,które świetnie czują się w podgrzanych wodach.Uciąg nurtu w kanałach uzależniony jest od ilości wody pobieranej z kanałów tzw.zimnych,lub zrzucanej do kanałów tzw.ciepłych.Można tu znaleźć łowiska z nurtem dość szybkim,średnim i bardzo wolnym.Każdy znajdzie coś dla siebie,zarówno miłośnik tyczki,bolonki,bata,odległościówki, jak i gruntówki.Warta w okolicach Konina,charakteryzuje się dość silnym uciągiem,więc nie jest to woda typowa "pod bolonkę".Jest to łowisko trudne,w którym nie każdy sobie dobrze radzi.Ze względu na szybki i zmienny nurt,największe szanse na dobry połów mają wędkarze łowiący skróconym zestawem, oraz gruntówką.Okazuje się jednak że można skutecznie łowić w Warcie metodą bolońską.Najczęściej łowionymi gatunkami ryb w rzece są:leszcze,płocie,jazie,krąpie,inne gatunki są tylko przyłowem.Że względu na szybki nurt,bolonką w Warcie łowi się bliżej niż w łowiskach kanałowych.W praktyce odległość ta mieści się w zakresie 8-18 metrów od brzegu.Na tych dystansach,możemy realnie kontrolować spływ zestawu.Próby łowienia w Warcie na klasycznych bolońskich odległościach,30-40m,mijają się z celem i nie przynoszą spodziewanych efektów.Silny nurt napierając na żyłkę,znacznie przyspiesza spływ zestawu a próba podniesienia całej żyłki nad wodę,kończy się nieuchronnym wyciągnięciem zestawu z linii nęcenia.Dlatego też wybieram taką odległość łowienia,która umożliwia mi skuteczne prowadzenie zestawu i prowokowanie ryb do brania.Cała sztuka polega na rozpoznaniu łowiska i znalezieniu odpowiedniego miejsca do położenia zanęty.Idealnie jest,gdy rynna lub dołek znajdują się w niedużej odległości.Ma to kapitalne znaczenie w szybkim nurcie,bo im bliżej łowimy tym większa precyzja i skuteczność.W Warcie,zależnie od miejsca,stosuję zestawy od 5 do 15g.Cięższych z zasady nie stosuję,gdyż powyżej tego zakresu byłaby to wleczona przepływanka a tego nie lubię.Stosuję zestawy możliwie najlżejsze,jakie da się zastosować w konkretnym łowisku.Żyłka na kołowrotku w zakresie 0,16-0,18mm. Przypony o średnicy od 0,10 do 0,16mm.Haczyki od nr 10 do 18,o różnych kształtach,kolorach,grubości drutu,zależnie od rodzaju przynęty i gatunków łowionych ryb.Obciążeniem zestawu jest łezka,uzupełniona kilkoma śrucinami.Łezka stanowi ok.80%całości obciążenia i zawsze blokuję ją na stałe na żyłce głównej.Do środka wciągam krótki odcinek gumy z amortyzatora zestawu skróconego,albo z obu stron blokuję stoperami nitkowymi.Blokowana łezka,pozwala szybko dostosować rozkład obciążenia do sytuacji na łowisku,i nie zmienia swego położenia po kilkunastu rzutach.Niektórzy zalecają stosowanie łezki ruchomej.Moim zdaniem w zestawach do bolonki,takie rozwiązanie jest błędem.Często do kanalika dostają się ziarna piasku,które niszczą żyłkę a także blokują łezkę na przypadkowych wysokościach.Zmienia to właściwości zestawu i jego zachowanie w wodzie.Poniżej łezki umieszczam zwykle 3 śruciny.Ich wielkość i rozmieszczenie uzależniam od charakteru łowiska i sposobu żerowania ryb.Im szybszy nurt,tym obciążenie bardziej skupione.W tym przypadku,główne obciążenie w postaci łezki,umieszczam 40-50cm od krętlika,łączącego żyłkę główną z przyponem.Dwie śruciny zakładam bezpośrednio pod łezką,trzecią około 20cm poniżej.Przypon 30cm.Grunt ustawiam tak,aby krętlik mukał dno łowiska.Jest to zestaw wyjściowy,który ulega modyfikacji w trakcie łowienia.Zależnie od gatunku i sposobu żerowania ryb,staram się dopasować sposób podania przynęty,zmieniając rozkład obciążenia.W łowiskach z wolniejszym uciągiem,obciążenie umieszczam na dłuższym odcinku żyłki.Rozłożone obciążenie zapewnia bardziej naturalne podanie przynęty,zarówno w swobodnym spływie,jak i podczas przytrzymania zestawu.Mój zestaw na łowisko z wolnym uciągiem,mógłby wygladac następująco:spławik 2g,łezkę 1,5g umieszczam 80cm od krętlika,poniżej łezki trzy śruciny,rozmieszczone w rosnących odległościach w kierunku krętlika.Pierwsza śrucina 0,2g,znajduje się 10cm poniżej łezki,druga także 0,2g w odległości 15cm od pierwszej.Trzecia śrucina 0,1g,w odległości 20cm od poprzedniej.Poniżej śrucin w odległości 35cm,znajduje się krętlik który stanowi ostatni element obciążenia.Przypon ok.30cm.Skuteczność konkretnego zestawu weryfikuje łowisko,więc nie należy kurczowo trzymać się utartych schematów.Ta sama konstrukcja rzadko bywa skuteczna na płocie,leszcze,jazie,klenie,karpie.Przykładowo,mamy w łowisku płocie,biorą dobrze,ale nagle brania się kończą lub są tylko skubnięcia przynęty.Przyczyną może być wejście w łowisko leszczy,którym nie odpowiada przynęta fruwająca nad dnem,,na płociowym zestawie.Z tej sytuacji są dwa wyjścia.Pierwsze,wymienić zestaw na inny,odpowiedni pod leszcza,drugie pozwalające szybko dostosować się do sytuacji,to skupienie elementów obciążenia.Zncznie obniżamy łezkę,do 40cm od krętlika a sam krętlik podpieramy jedną lub dwoma śrucinami i nieco zwiększamy grunt.Z praktyki wiem,że taki zabieg może ożywić łowisko na nowo.Są sytuacje,że ryby z różnych przyczyn zmieniają sposób żerowania.Wspomniane płocie,mogą godzinę czy dwie żerować na przynęcie podanej z opadu,lub w swobodnym spływie,aby po pewnym czasie brać tylko z dna niemal jak leszcze.Dlatego tak ważne jest myślenie na łowisku i szukanie skutecznych rozwiązań w danej chwili,stosownie do okoliczności.Łowienie wedle zasady "jak ma wziąć to weźmie "rzadko przynosi sukcesy.

    • Guest
      Najwięcej trudności wędkarzom próbującym swych sił w metodzie bolońskiej,sprawia właściwe prowadzenie zestawu.Po kilku próbach,wielu rezygnuje z łowienia tą metodą odstawiając bolonkę do kąta.Literatura wędkarska także bardzo lakonicznie i "po łebkach"traktuje ten problem.Zatem od poczatku.Jeżeli zamierzamy łowić stosunkowo blisko,do 15m i stosujemy cięższe zestawy,od 5g w górę,zarzucamy wędkę "spod siebie".Tuż przed opadnięciem zestawu na wodę,zamykamy kabłąk kołowrotka i unosimy szczytówkę nieco w górę.W ten sposób,zestaw rozciągnie się i wyłoży na wodzie.Zawsze zarzucamy nieco dalej,niż wynosi odległość łowienia.Podciągamy zestaw na właściwą odległość nie tylko kołowrotkiem,ale także uniesieniem wędki do około 80st.w stosunku do powierzchni wody.Jest to bardzo ważne,gdyż właśnie w tej fazie wielu wędkarzy popełnia błąd.Podciągają zestaw przy wędce opuszczonej nisko nad wodę,na właściwą odległość.Dzieje się rzecz następująca:zestaw jest na "krótkiej smyczy"i nie mając niezbędnego luzu,zaczyna szybko schodzić w kierunku brzegu.Spóźniona próba uniesienia wędki,sprawia że zestaw zostaje wyciągnięty z zanęconej strefy.Dlatego tak ważne jest aby wędka była uniesiona niemal do pionu, w chwili gdy spławik znajdzie się w linii nęcenia.Żyłka biegnie łagodnym łukiem od wędki do spławika,więc zestaw ma niezbędny luz do rozpoczęcia spływu po właściwym torze.Od tego momentu,zaczynamy powoli opuszczać wędzisko w miarę oddalania się spławika.Ruch wędki,musi odbywać się jednocześnie w płaszczyźnie pionowej i poziomej.Oznacza to,że w miarę spływu zestawu,opuszczamy powoli wędzisko i jednocześnie przesuwamy je zgodnie z nurtem za spławikiem.Żyłka powinna być uniesiona nad wodę,ale końcowy odcinek 50-80cm powinien leżeć na powierzchni.Unoszenie nad wodę żyłki na całej jej długości jest błędem,gdyż napięta żyłka ściąga spławik z właściwego toru.Gdy łowimy na większych odległościach(np.30m,pod przeciwnym brzegiem kanału),odcinek żyłki leżący na wodzie jest kilkumetrowy.Nurt napiera na żyłkę,powodując że wyprzedza ona spławik.W konsekwencji zestaw przyspiesza i wychodzi z linii nęcenia.Należy wtedy szybkim ruchem przerzucić żyłkę pod prąd.Robimy to z wyczuciem,aby nie wyrywać spławika z wody. Aby prowokować ryby do brania,stosujemy przytrzymania zestawu,koniecznie krótkie aby nie zmienić toru jego spływu.Podczas łowienia,gdy już stwierdzimy gdzie ustawiły się ryby,możemy skutecznie wykorzystać przytrzymanie zestawu.Haczyk z przynętą unosi się,puszczamy zestaw,przynęta opada i często w tym momencie następuje branie.Na końcu spływu przytrzymujemy zestaw dość ostro, następnie puszczamy swobodnie, ten opada i zacinamy w ciemno.Często na haczyku będzie ryba.Holowanie,zgodnie z zasadami znanymi z innych technik łowienia.Rybę odprowadzamy z zanęconego pola,w spokojniejszy nurt i naprowadzamy nad podbierak.Sztuki małe tzw.dłoniaki,możemy holować do ręki.

    • Guest
      Przed łowieniem,warto zadać sobie trochę trudu,aby określić głębokość i ukształtowanie dna łowiska,choćby orientacyjnie.Bolonką można to zrobić bardzo prosto,nawet bez użycia gruntomierza.Zdejmujemy przypon a całość obciążenia zsuwamy do krętlika.Ustawiamy grunt "w ciemno"i zarzucamy zestaw na upatrzoną odległość,powiedzmy 15m.Zestaw spływa swobodnie,bez przychamowań,więc obciążenie wisi nad dnem.Ponawiamy zmiany gruntu i zarzucamy zestaw do momentu,gdy obciążenie zacznie szorować po dnie.Spławik będzie się lekko przynurzał i wypływał.Uważnie obserwujemy spławik,ponieważ jego zachowanie odzwierciedla ukształtowanie dna. Spławik przynurza się,wypływa,ale w pewnym momencie znów płynie równo,czyli dno"uciekło".W kolejnych rzutach,zwiększając grunt,staramy się określić czy jest to niewielki dołek,czy też dno obniża się na dłuższym odcinku.W ten sposób możemy zbadać orientacyjnie ukształtowanie dna łowiska,w różnych odległościach od brzegu.Przy odrobinie wyobraźni przestrzennej,możemy określić najlepsze miejsce do położenia zanęty i prowadzenia zestawu.Siłą rzeczy,Bolonką nie da się tak precyzyjnie wysondować dna jak"tyczką",gdzie można ostukać każdy fragment dna.Mimo niedoskonałości pomiarów,warto poświęcić kilka minut na tę czynność,aby nie rozpoczynać łowienia zupełnie w ciemno.Bo może się okazać ze łowisko jest pełne zaczepów,a wrzuconej zanęty już z wody nie wyciągniemy.W trakcie łowienia,drobnymi korektami w położeniu spławika i rozkładzie obciążenia,dopasowujemy zestaw do gustu ryb i sposobu ich żerowania.Teraz kilka uwag na temat nęcenia.Nie będę się wdawał w rozważania odnośnie receptur zanęt,czy też wyższości jednej mieszanki nad drugą.Zakładam że dana zanęta ma odpowiednią granulację,konsystencję,barwę,smak i zapach,jest właściwie obciążona z odpowiednią ilością robaków czy ziaren.Skupię się na samym momencie umieszczania zanęty w łowisku z wodą bieżącą.Moim zdaniem,dużym błędem jest nęcenie powyżej swego stanowiska.Jeszcze do niedawna,uważano ten sposób nęcenia w nurcie,za jedynie słuszny.W ostatnich latach pogląd na ten temat ulega zmianie.Czołowi wędkarze europejscy,polecają nęcenie nieco w dół łowiska,albo co najwyżej na wprost stanowiska.Wielu naszych wędkarzy przekonało się do tej zasady,ale równie wielu tkwi przy starych nawykach.Zwykle przecenia się siłę nurtu,uznając że kule zanętowe opadną na dno łowiska po dużym skosie.Przy prawidłowo obciążonej zanęcie w stosunku do uciągu,nic takiego się nie stanie,kule opadną niemal pionowo na dno.Tylko w przypadku zanęty za słabo obciążonej,kule opadną po skosie w dół łowiska.Jest to jednak ewidentny błąd,gdyż lekkie kule nurt wyniesie poza zasięg wędki,"do sąsiada".Z praktyki wiem,że często ryby podchodzą dokładnie w miejsce położenia kul.Gdy ustawią się nieco powyżej naszego stanowiska,trudno będzie się do nich dobrać.Obojętnie czy łowimy tyczką,batem czy bolonką.Nim zestaw przyjmie właściwą pozycję w łowisku,zdąży"uciec"od kul a tym samym od ryb.W konsekwencji łowimy drobne ryby w smudze zanęty,na rozmyciu,podczas gdy tę większe np.leszcze,siedzą w kulach.Gdy łowię bolonką,zawsze umieszczam zanętę nieco poniżej stanowiska.Ze względu na specyfikę tej metody,jest to wymóg konieczny.W metodzie bolońskiej zestaw zarzucamy na większa odległość niż ta na której łowimy i nieco powyżej stanowiska.Od chwili zetknięcia z wodą,spływa on po łowisku.W tym czasie,naprowadzamy go na właściwą odległość a przynęta opada w strefę żerowania ryb.Optymalną pozycję do sygnalizacji brań,zestaw przyjmie po przepłynięciu kilku metrów,nad kulami które położyliśmy poniżej stanowiska.Gdybyśmy zanętę położyli powyżej,zestaw nie zdążył by odpowiednio ustawić się nad kulami.więc przynęta przemykała by nad głowami ryb.W metodzie bolońskiej można skutecznie prowokować ryby do brania,poprzez krótkie przytrzymanie przynęty.Jest to możliwe wtedy,gdy zestaw znajduje się na wprost stanowiska i dalej w dół łowiska.Taki manewr przy zanęcie położonej nieco poniżej,można wykonać stosunkowo łatwo.Gdy kule leżą powyżej,przytrzymanie zestawu nad nimi jest wręcz niemożliwe.
      Metodę bolońską polecam wszystkim,którzy chcą łowić ryby metodą przepływanki.Przy minimum sprzętu i osprzętu,daje ona maksimum satysfakcji.Tą metodą mozna sięgnąć po ryby niedostępne w innych metodach przepływankowych.Poszerza ona wachlarz możliwości na łowisku,skutecznego łowienia ryb.

    • Splawik66
      Kasza manna, to po prostu zmielona pszenica. Można z niej zrobić skuteczna przynętę / i zanetę/ wkładając tylko trochę kuchennego wysilku. Nie jest to specjalnie trudne. Zrobi ją praktycznie każdy, kogo umiejętności kulinarne nie ograniczają się do ugotowania wody na herbatę. Będzie do tego potrzebny mały garnuszek, najlepiej z długą rączką czyli rondelek, cukier, sól, atraktor /może być np. aromat do ciasta, dip, culier waniliowy/, łyżeczka oleju lub masła i ewentualnie barwnik spożywczy.

       
       
      Do garnuszka wlewamy szklankę zimnej wody. Wstawiamy na gaz i dodajemy dwie łyżeczki cukru, łyżeczkę soli, szczyptę barwnika oraz olej /do wyboru: słonecznikowy, kukurydziany, konopny, rybny, itp./ albo masło. Dokładnie mieszamy, a kiedy zaczyna wrzeć dodajemy aromat /atraktor/. Zapach dodaję na końcu żeby jak najmniej odparował. Zmniejszamy ogień do minimum i zaczynamy powoli wsypywać kaszę.

      Sztuka polega na tym żeby wsypywać kaszę w takim tempie, żeby cały czas się gotowała. W czasie mieszania oceniamy łyżką spoistość i twardość powstałej masy. Można zdjąć z płomienia i delikatnie palcami sprawdzić czy da się ukleić kulkę. Jeśli masa jest za rzadka dosypujemy kaszy, wstawiamy spowrotem na gaz i dalej mieszamy. Im dłużej trzymamy kaszę na ogniu, tym wiecej wody odparowuje i robi sie ona twardsza.

      Jak kasza przestygnie ugniatam ją w kulę i zawijam w ścierkę. Zamiast zawijać można ją włożyć do torebki foliowej, ale dopiero jak całkiem ostygnie, bo inaczej zaparuje i zrobi się rzadka. Jeśli "wyjdzie nam" za dużo, część kaszy można zamrozić. Po rozmrożeniu nie traci konsystencji ani innych właściwości.

      Wiem, że pierwsza próba może sprawić odrobinę trudności, ale gwarantuję, że kolejne bedą prostsze. Po kiku gotowaniach dochodzi się do wprawy pozwalającej na uzyskanie takiej twardości jaką się chce i jaka odpowiada rybom, a nie jaka wyjdzie... Warto spróbować i się nauczyć, bo skuteczność kaszy bywa zaskakująca. Przy odrobinie wprawy zrobienie tego ciasta wcale nie jest trudniejsze niż zaparzenie pęczaku, ugotowanie grochu, kukurydzy czy innego łubinu. Nie wspominając już o łapaniu rosówek
      Dlaczego napisałem, że to "tajna broń" ? Bo nią bywa. W wędkarstwie zdominowanym przez kupne, typowe przynęty każda inność może być dla ryb atrakcyjna, a kaszę można w dowolny sposób barwić / bardzo skuteczna jest zielona/ dosmaczać /konpie/, aromatyzować i co ważne, a często niedoceniane nadawać odpowiednią twardość. Z ciasta można uformować przynętę odpowiadającą rybom pod względem wielkości i KSZTAŁTU. Ja zazwyczaj robię jak idę na na ryby twardą i miękką. Twarda jest niezbędna kiedy większe ryby żerują razem z drobnymi. Miękka przynęta jest natychmias obskubywana przez drobnicę i większa ryba po prostu nie ma szansy wziąć. A są i sytuacje odwrotne. Ryby bywają najedzone lub ze względu na np. zmiany ciśnienia mają słaby apetyt i zjadaja jedynie przynętę miękką/lekką ledwie trzymającą się haczyka. Wtedy bywa też skuteczny miękisz świeżej bułki... ale o tym inny razem.
      Ciasto z manny bardzo smakuje leszczom, ale zjadają je chętnie wszystkie karpiowate. Wystarczy je tylko właściwie "ukierunkować" atraktorem i dodatkami. W określonych warunkach doskonale sprawdza się też jako zanęta i to właśnie na grubsze ryby. Kilkanaście kawałków wielkości włoskiego orzecha rzucone w okolice haczyka z przynętą, zwabi zapachem i smakiem ryby, a drobnica potrafiąca wchłonąć kilo pęczaku w pół godziny nie może sobie z taką zanętą poradzić. Kiedy brania są częste, wystarczy założyć na haczyk spory kęs zamiast bawić się w nanizywanie kilku ziarenek czy kilkunastu pinek, co na znaczenia zwłaszcza kiedy łowimy nocą.
      Jeśli ciasto ma odpowiednią twardość można go używać jako przynęty w każdej metodzie spławikowej. /Przy przepływance ciężko, ale da się - próbowałem / Ja łowię najczęściej na przystawkę w silnym, wiślanym nurcie. Łowiłem na kaszę leszcze w jeziorze na ponad 10m głębokości i na pickera w stojącej wodzie Portu. Łowiłem na kaszę w wodach gdzie mam 99% pewności, że ryby w życiu jej na oczy nie widziały. Wystarczyło jedno nęcenie i ryby pobierały ją chętniej niż kukurydzę którą nęcili wszyscy...
      No to tyle. Ostrzegam, że reklamacji dotyczących skuteczności ciasta z kaszy manny nie przyjmuję. To w końcu tylko zwykła przynęta, a od cudów był ten facet co chodził boso po wodzie...

    • Hubi
      Chciałem przedstawić w tym poradniku początkującym wędkarzom jak i tym bardziej doświadczonym a nie łowiącym jeszcze tą techniką podstawy łowienia z opadu. Technika ta stała się popularna w momencie wejścia na nasz rynek przynęt gumowych.
      Wszelkiego typu rippery i twistery i ich hybrydy, obciążone główkami jigowymi nadają się do tej techniki idealnie. Niektórzy wędkarze uważają że opad to jedyna słuszna metoda połowu sandacza,przebywającego w dzień najczęściej na większych głębokościach o dnie żwirowo-piaskowym lub kamienistym. Spodziewać się go możemy na półkach i stromych stokach a w rzekach np. w rynnach, rynnach przy główkach lub u podstawy przykosy .
      Metoda ta sprawdza się również przy połowie okoni, sumów a także szczupaków które po ciepłych miesiącach schodzą w głębsze miejsca i również lubią zajmować stanowiska przy spadkach i stokach. Dobrym miejscem na jesiennego szczupłego jest ostry spadek blisko pasa trzcin lub zarośli.
      Na czym polega łowienia z opadu? Na prowadzeniu naszej przynęty po dnie, większymi lub mniejszymi skokami.

      Kiedy będziemy wiedzieli że przynęta jest już na dnie?
      Będziemy mogli zaobserwować to poprzez szczytówkę naszej wędki która pod obciążeniem jest lekko przygięta a gdy przynęta osiągnie dno prostuje się, lub poprzez plecionkę która się luzuje.
      Zarzucamy naszą przynętę w wybrane miejsce, zamykamy kabłąk kołowrotka i czekamy aż opadnie na dno, cały czas kontrolując opad bo już w tej fazie możemy spodziewać się brania. Co do samego prowadzenia przynęty to wyróżnia się dwie podstawowe techniki, podbijanie naszego wabika kołowrotkiem, czyli gdy przynęta opadnie już na dno podbijamy ją za pomocą pojedynczych, podwójnych obrotów kołowrotka. Lub druga metoda, poprzez podrywanie wędziskiem, jednym dwoma szarpnięciami podrywamy przynętę z dna z jednoczesnym zwijaniem luźniej linki.
      Jak zaobserwować branie?
      Brania Sandacza są często bardzo delikatne. Można poczuć je na delikatnej wędce jako tzw. „pstryknięcie” bardzo zbliżone do uderzenia główką jigową w kamień lub jakąś przeszkodę. Można również zobaczyć takie branie na szczytówce wędziska lub poprzez ruch plecionki, którą warto obserwować w miejscu gdzie wchodzi do wody.
      Każdy z wyżej wymienionych przypadków należy skwitować mocnym zacięciem gdyż paszcza sandacza nie należy do miękkich. Przy dobrym zacięciu może nam pomóc odpowiednie ustawienie hamulca kołowrotka. Należy skręcić go trochę mocniej niż normalnie żeby przy zacięciu nie oddawał rybie plecionki. Podczas holu oczywiście można zmniejszyć nieco siłę hamulca. Sandacz nie walczy za bardzo na początku holu ale może nam dać popalić bliżej łódki/powierzchni.
      Jak rzucać? Jak się ustawić?
      Jeżeli chodzi o łowienie z łódki gdy obławiamy stoki i ostre spady osobiście lubię ustawić się na głębokiej wodzie i rzucać naszą przynętę na płytkie, po czym prowadzić ją skokami po stoku w dół aż pod łódkę, gdzie często robię jeszcze dwa podbicia z samego kija, bez zwijania linki. Zdarza się że ryba zaciekawiona naszą przynętą
      płynie za nią i dopiero przy tych dwóch podbiciach decyduje się na atak. Obławiając rzeczne główki najczęściej zaczynam od obrzucania rynien wzdłuż główki, ustawiając się u jej podstawy. Potem przechodzę na szczyt główki i obławiam rynnę pod warkoczem. Przynętę rzucam z prądem, równolegle do warkocza z tym że przy dużym prądzie musimy wziąć na niego poprawkę i rzut oddać bardziej w stronę środka rzeki. Zamykam kabłąk a guma znoszona przez prąd sama ulokuje się w rynnie lub na jej stoku.
      Teraz parę słów o sprzęcie:
      Wędka
      Na rynku są spinningi przeznaczone specjalnie do tej metody. Zwykle są opisane jako wędki do jigowania. Są to kije o miękkiej szczytówce pokazującej delikatne brania,
      szybkiej akcji i mocnym, sztywnym Dolniku który pomoże przy skutecznym zacięciu. C.w. takiej wędki powinno być przystosowane do przynęt jakich będziemy używać. Na wody stojące może to być wędka np. do 25-30 gr a na rzekę będziemy już potrzebować mocniejszego sprzętu np. do 40 gr. i mocniej przy silniejszym nurcie, gdzie zdarza się używać główek nawet do 50 gr. Jeśli chodzi o długość to przy połowie z łódki wygodniej jest używać wędek krótkich 2-2,40m, a przy połowie z brzegu wygodniej operuje się kijami dłuższymi 2,7-3m.
      Kołowrotek
      Kołowrotek średniej wielkości z dobrym hamulcem. Ważne też żeby nie był zbyt ciężki, bo łowienie z opadu, szczególnie cięższymi przynętami to niezła orka dla naszych nadgarstków i każdy gram mniej jest dla nich zbawienny.
      Plecionka
      Do tej metody zalecana jest plecionka z racji tego że jest mało rozciągliwa i bardzo dobrze przekazuje nam drgania na wędkę. Swoją sztywnością pomaga też przy zacięciu ryby. Średnica od 0,16 do 0,24 mm, najpopularniejsze kolory to wszelkiej maści wariacje fluo dobrze widoczne podczas wędkowania o świcie i zmierzchu( najlepszej porze na sandacza ).
      Niektórzy wędkarze gdy łapią w pochmurny dzień stosują ciemne plecionki gdyż są lepiej widoczne na tle wody w której odbija się białe niebo.
      Przynęty
      To temat rzeka. Co wędkarz to inne podejście do tematu. Do opadu najczęściej stosuje się rippery, kopyta, twistery i koguty. Obciążenie naszych przynęt trzeba dostosować do warunków pogodowych i głębokości na jakich będziemy łowić. Przy silnym wietrze na otwartych zbiornikach trzeba będzie założyć cięższą główkę gdyż
      wiatr będzie napierał na naszą plecionkę i spowalniał opad naszej przynęty. Na szybkość opadu ma też wpływ grubość plecionki. Im grubsza tym większy stawia
      opór w wodzie. Co do głębokości łowiska to zasada jest jedna, głębiej znaczy ciężej. Ja najczęściej używam główek o gramaturze 15-25 gr na wodach stojących i 25-50 gr na rzekach. O kolorach przynęt trzeba by założyć oddzielny temat. Raz sandacz reaguje na tzw. „żarówy” a raz na bardziej stonowane barwy. Trzeba uzbroić się w kilka kolorów i próbować co będzie skuteczne danego dnia.
      Przypon
      Nie wszyscy wędkarze stosują go przy połowie sandaczy, bo uważają że zaburza pracę przynęty. Trzeba jednak pamiętać że w zimne miesiące na sandaczowych miejscówkach często przebywają też szczupaki i szansa na wyholowanie takiego przyłowu bez przyponu jest niewielka. Najczęściej ostre zęby szczupaka przecinają plecionkę i ryba zostaje w wodzie z naszą przynętą w pysku, co przy głębokim połknięciu najczęściej kończy się dla niej śmiercią.
      Polecam gorąco opad gdyż daje nam wiele możliwości. Możemy prowadzić przynętę na różne sposoby. Stosować agresywny opad ciężkimi główkami lub delikatny, powolny lekkimi, który czasem też daje dobre rezultaty. Zmieniać kolory przynęt żeby przechytrzyć zębatego zwierza. Gwarantuję że po złowieniu swojego pierwszego sandacza z opadu polubicie tą technikę. Na początku możecie mieć sporo nie zaciętych brań ale nie ma co się zniechęcać, z czasem nauczycie się zaciąć w porę i wyjmiecie z wody swoją pierwszą rybę. Podstawa to cały czas być czujnym i reagować na każde dziwne zachowanie przynęty. Pozdrawiam, połamania i metrowego sandacza!!


    • Docio
      Od dawnych czasów nie tylko kucharki ale i wędkarze doceniają uniwersalizm kaszy jęczmiennej nazywanej pęczak. O ile kucharki najchętniej podają ją z duszonym mięsem bogato polanym sosem, o tyle wędkarze musieli skomplikować sobie życie i poszli krok dalej odkrywając jego tajemnice, czyli naturalne właściwości do wykorzystania w przygotowywaniu zanęt i przynęt.Tak, to nie błąd. Choć działanie jest niewielkie to efekt jest bardzo widoczny. Niestety poprawne przygotowanie pęczaku jest mocno zmitologizowane przez źródła uznawane jako pewne, właściwe i źródłowe dla wędkarstwa. Praktyka jednak, jak natura, nie znosi stałych oraz próżni i dlatego powstaje ten tekst łamiący dotychczasowe kanony i nauki, więc przygotujcie się na spory bagaż polemiki. Pęczak przygotowuję na dwa sposoby: gotując (jeśli to większa ilość) lub parząc w termosie. Czy będzie to zanęt owy, czy na haczyk wynika z przygotowania. O ile gotowanie nie niesie za sobą większych konsekwencji o tyle z termosem jest problem i to spory. Jeśli nie chcecie w domu scysji z resztą rodziny radzę udać się do sklepu i kupić jakiś tani litrowy wyrób małych żółtych rączek, czyli made In China. Już po pierwszym parzeniu stwierdzicie to, o co mi chodzi, a po trzecim nie będzie jakichkolwiek wątpliwości. Pęczak jest po prostu wredny i termos (szklany wkład) fatalnie zachodzi mgiełką. Co więcej tego nie można doczyścić. Może i można ale grozi to zniszczeniem wkładu, a może być i tak, że ja nie znam innego sposobu. Jedno jest pewne, ta mgiełka nie niesie za sobą żadnych konsekwencji a żadnej chemii to takiego termosu nie zapodaję. Dla litrowego termosu proporcje są proste. Pół szklanki suchego pęczaku wsypuję do termosu, zalewam niemal do pełna i zamykam na dwie godziny. To zalewanie “niemal do pełna” jest niczym innym jak pozostawienie 1-2cm poniżej zamknięcia korka. Taki luz bo pęczak zwiększy swoją objętość 4-ro krotnie ale nie wchłonie tyle wody. Jak wsad nie będzie się mieścił to ciśnienie załatwi termos i sprzątania się nie uniknie. I to jest sposób na pęczak zanęt owy. Ten na haczyk przed wsypaniem do termosu należy dokładnie wypłukać na sitku aż przestanie smużyć taką mleczną mgiełką, Kilkukrotna zmiana wody jest nieunikniona ale warto. Pęczak wstępnie płukany, po przygotowaniu jest w ogóle nieklejący i bardzo jasny. A co z gotowaniem? Przyznam, że przez wiele lat metoda książkowa, czyli gotowanie na wolnym ogniu, było prawdziwą udręką. Mama mi pomagała bo ja nie miałem cierpliwości stania przez godzinę nad garnkiem i mieszania co 2-3 minuty aby nie wyszedł z aromatem przypalenia. Co więcej jak przywarł to oderwanie go od dna niszczy strukturę ziarna i częściowo wychodzi breja. Takie rozwiązanie było nie do przyjęcia i na wiele lat zaniechałem w ogóle gotowania aż do momentu, gdy dorosłem i sam zacząłem gotować. Wtedy, podczas gotowania bodaj makaronu, olśniło mnie. Wziąłem garnek 4-ro litrowy, nalałem wody, doprowadziłem do wrzenia, powoli wsypałem pół kilograma pęczaku aby woda nie przestała się gotować, nakryłem pokrywką, lekko przykręciłem gaz i popatrzyłem chwilę jak się wszystko bałwani w garnku. Mama stwierdziła, ze się przypali ja postanowiłem zaryzykować. Stare przysłowie “kto ryzykuje w kozie nie siedzi” się sprawdziło. Pęczak po godzinie był gotowy, wody wygotowało się połowę ale było jej jeszcze dość aby się bałwaniło. Nic nie przywarło, nic się nie przypaliło a pęczak był idealny. Potem poszło już gładko i za każdym razem tak przygotowując pęczak nie mam najmniejszego efektu przypalenia lub przywarcia. Przy gotowaniu pęczaku na zanętę i na haczyk zastosowanie ma ta sama zasada co przy parzeniu w termosie. Przed gotowaniem pęczak należy bardzo dobrze wypłukać jeśli ma trafić na haczyk. Co do barwienia i aromatyzowania, to w tym temacie jest prawdziwa wolna jazda. J Można aromatyzować podczas gotowania, a można po, wystarczy dobrze wymieszać. Jeśli już decyduję Si na udziwnienie ziaren to zawsze stosuję, obecnie powszechnie dostępne, barwniki spożywcze. Jestem wrogiem chemii w wędkarstwie, napatrzyłem się w swoim życiu jak rzeki umierają trute przez różne ścieki. A jeśli ktoś skusi się na taki ortodoksyzm, to w dość krótkim czasie zauważy, że rynek aromatów wędkarskich w porównaniu do naturalnych, jest straszliwie ubogi. W innym wątku Woldi pisał, że bazą dla aromatów jest alkohol bądź tłuszcz. I miał rację. Ja stosuję wyłącznie zwykły olej spożywczy, gdyż alkohol jest trucizną. Natomiast nośnikiem smaku jest cukier, ale to dla ludzi. Ryby swój smak głównie opierają na zapachu, czyli aromacie. Eksperymentowanie jest jak najbardziej wskazane a efekty niejednokrotnie mogą zaskoczyć. I tu przytoczę swój nieśmiertelny przykład. Idzcie do lodówki, weźcie kawałek kiełbasy, odkrójcie “coś na ząb” powąchajcie i posmakujcie. Jak już wiecie jaki ma zapach i jak smakuje to resztę z tego kawałka usmażcie na patelni. Zupełnie inna kiełbasa, inny smak, inny aromat, po prostu inna. Dlaczego? Ano tłuszcze tak robią. I może jeszcze jedno. Ci co lubią ryż, szczególnie ten wygodny w torebkach do gotowania. Przed włożeniem torebki do garnka wrzućcie jakąś kostkę rosołową, obojętnie jaką. Po ugotowaniu obejrzyjcie kolor, smak i aromat. Smacznego. I sprawa ostatnia. Skuteczność pęczaku haczykowego wymieszanego z płatkami i białymi, pakowanego ścisło do koszyczka przy połowie z gruntu w Narwi okazało się znacznie skuteczniejsze niż zastosowanie tego nie płukanego.

×