Budzik wyrwał go z błogiego snu. Świtało. Działał jak zaprogramowany automat. Gdy wypływał na jezioro wschodziło majowe słońce. Cudna woda, cudna zieleń i ten śpiew słowików w przybrzeżnych krzewach ... poemat. Pełen optymizmu i nadziei na sukces płynął Jaś wzdłuż brzegu patrząc to na wodę, to na sondę. Bezrybie. Bezrybie przez całe kilometry.Nareszcie, w niewielkiej zatoczce znalazł spławiającą się ukleję. Dwa rzutu i jest żywczyk. Teraz tylko precyzyjne zakotwiczenie łódki na stoku. Po kilku minutach był pierwszy, całkiem zgrabny okoń. Oby tak dalej.
O godzinie czternastej zadzwoniła żona: - Jasiu, masz ryby? - Mam, sporo okoni i szczupaka, a czemu pytasz?
- Bo widzisz, wprosiły się do nas Ewa, Ela i Renatka z mężami, a jak wiesz oni uwielbiają twoje ryby.
- To znaczy, że zaprosiłaś swoje przyjaciółki.
- Nie bądź drobiazgowy.
Co było robić, posiedział jeszcze z godzinę, bez rezultatu, bo okonie odeszły i zwinął majdan. Popłynął do przystani i zabrał się za skrobanie połowu. Jego domek letniskowy stał blisko, więc towarzystwo go zobaczyło i całą grupą przyszło nad wodę.
- O, jakie ładne okonie, a ten szczupak to ile waży?
Oczywiście, nikt nie palił się do pomocy w sprawianiu ryb. Pogadali i poszli na spacer. Żona jednak zdążyła dać mu wytyczne:
- Pośpiesz się ze smażeniem tych ryb, bo wszyscy są głodni.
Jaś biegał od kuchni do namiotu, gdzie w chłodku rozstawił stoły. Goście mieli szampańskie humory, ryby były wyśmienite.
- No to panowie, po jednym, woła Władziu, żeby szczupak nie pomyślał, że go pies zjadł! Nadchodziła 21-sza. Jaś czuł się potwornie zmęczony, ale zdążył coś przełknąć w biegu. Goście zaczęli zbierać się do wyjścia. Panie całowały Jasia w policzek, panowie klepali go po plecach mówiąc: "Jasiu z ciebie fajny chłop"
Zrobiło się cicho. Żona przeciągnęła się i powiedziała:
- Czuję się zmęczona, jutro mam dyżur, idę spać, a ty pozmywaj naczynia. Co się tak dziwisz? Przecież to byli twoi goście.
Stał nad zlewem na chwiejnych nogach i podjął postanowienie:
W życiu nie pojadę na ryby. Wytrzymał do środy.