Skocz do zawartości

    • Supergrover
      Jakiś czas temu samodzielnie zrobiłem kulki proteinowe o smaku szprota&kokos. Artykuł dostępny tutaj Jak zrobić kulki proteinowe (KLIK).
      Wyszły całkiem nieźle, więc postanowiłem poszerzyć działalność i tym razem zrobić kulki pływające. 
      Fakty i mity.
      Nie potwierdziły się informacje zaczerpnięte z wszelkiej maści artykułów z netu, że takie kulki zrobić możemy z odpowiednio dobranych składników spożywczych. Próbowałem do wyrobu kulasów wykorzystywać produkty najbogatsze w tłuszcze i były one co najwyżej neutralne pod względem pływalności.  Stosowałem wiórki kokosowe (63,2 % tłuszczu), orzechy laskowe ( 60,3 % tłuszczu), migdały (52 % tłuszczu) czy mąkę sojową tłustą (> 20%), a efektów nie było. Drogich komponentów dedykowanych stricte do produkcji kulasów pop-up nie brałem pod uwagę, bo założenie mam takie, że mają one być tanie. Te produkty niestety do tanich nie należą.
      Kulki prażone.
      Praktycznie każde kulki można uprażyć. Możemy zrobić to w piekarniku, gofrownicy czy mikrofalówce. Takie kulki będą pływać, ale z czasem nasiąkną wodą i opadną na dno. Jeżeli dno jest twarde to pół biedy. Gorzej jeżeli łowimy w takim miejscu, gdzie jest muł lub roślinność, bo nasza przynęta przez to nie będzie optymalnie wyeksponowana. Wolę więc sobie tę metodę odpuścić, bo nie chcę potem nerwowo zerkać na zegarek i zastanawiać się czy moja kulka pływa czy też zapadła się już w dnie. Często też kulki podczas prażenia pękają.
      Kulki z gotowej bazy o smaku/zapachu róży.

      Najprostszy sposób na wykonanie własnych kulasów. Kupujemy gotową bazę (moja kosztowała 50 zł za pół kilograma), mieszamy ją z jajkami lub wodą, ewentualnie dodajemy inne komponenty, poddajemy obróbce termicznej i tyle.
      Część płynną wykonałem z dwóch jajek do których dodałem konserwant (gliceryna spożywcza dozowana w ilości 10 ml na każde jajko). Do tego wlałem obłędnie pachnący flavour o smaku/zapachu róży oraz olej roślinny, który ma nam ułatwić późniejsze rolowanie.
      Do całości wsypałem wiórki kokosowe. Z uporem maniaka dodaję je do wszystkich możliwych przynęt, bo kokos jest źródłem zdrowych tłuszczów, witamin z grupy B - B2, B6 i B9 oraz składników mineralnych: magnezu, potasu, selenu, miedzi, manganu, cynku, żelaza. Dodatkowo wiórki są dość słodkie i smaczne.
      Jeżeli chodzi o bazę to możemy dodawać ją do części płynnej samą. Jest ona jednak mocno pyląca, a to powoduje pewne niedogodności. Pył osadza nam się po chacie, zaczynamy kaszleć, a wyrabianie ciasta nie należy do czynności łatwych. Warto więc wymieszać ją z mąką sojową. Kulki dalej będą pływać, zejdziemy odrobinę z kosztów, a ciasto wyrabia się dużo łatwiej.
      Gotowe ciasto (nie powinno kleić się do rąk) zawijamy w folię i na dobre pół godziny wkładamy do lodówki. Potem robimy z niego wałki, z wałków kulki, które wrzucamy na dwie minuty do gotującej się wody. Kulki wyciągamy, suszymy i przynętę mamy gotową.

      Kulki z psiej karmy z dodatkiem gotowego korka.

      Dziwi mnie obiegowa opinia, że kulki z dodatkiem korka się nie sprawdzają. Przyznam, że czytając różnego rodzaju wpisy na wędkarskich portalach/forach podchodziłem do tego dodatku sceptycznie, ale pierwsze próby całkowicie rozwiały moje obawy na ten temat. Korek w mojej ocenie jest bardzo dobrym dodatkiem, a co ważne nie jest drogi. Dobry granulat jest neutralny pod względem zapachu, więc oprócz tego, że podniesie nam kulkę to jeszcze dodatkowo przejdzie nam jej zapachem. Uatrakcyjnia też nam wizualnie strukturę kulki (pytanie czy ryby widzą  ).
      Niektóre uznane marki (chociażby CarpGravity) produkują pływające kulki z dodatkiem korka.
      Część płynną również wykonujemy na bazie jajek. Do jajek dodajemy konserwant (dozowanie patrz wyżej) oraz olej (w moim przypadku olej o zapachu kałamarnicy, bo wykonywane kulki to tak zwane śmierdziele). Dodałem też hemoglobinę spożywczą (rozpuszczoną w ciepłej wodzie), która jest naturalnym barwnikiem oraz uatrakcyjnia nam przynętę pod względem zapachu/smaku. 
      Całość wymieszałem, odstawiłem i wziąłem się za przygotowanie bazy. 
      W jej skład weszły następujące produkty: mąka kukurydziana (5 porcji), mleko w proszku (5 porcji), mąka sojowa (3 porcje) oraz mąka pszenna (3 porcje). Celowo ilości podałem w porcjach, a nie gramach. 
      Do wymienionych powyżej składników dodałem zmieloną psią karmę (6 porcji). Sypcie jej wedle uznania, ale pamiętajcie że nie powinno się dodawać jej więcej niż 40-45% całości. 
      Na końcu należy dodać korek. Ilość korka powinna być uzależniona od wagi produktów. Do lekkich kulek dodajemy 40 %, a tych cięższych 50 %. Sam wymieszałem składniki 50-50 (22 porcje bazy i 22 korka), ale następnym razem dodam go mniej. Nad optymalną ilością muszę jeszcze popracować.

      Ciasto zawijamy w folię i wrzucamy do lodówki. Potem robimy z ciasta wałki (wykorzystałem do tego pistolet do masy kupiony w Leroy Merlin za 29 złotych), a z tych wałków kulki (za pomocą rollera do kulek lub ręcznie). Pamiętajcie, że średnica wałka musi być zawsze mniejsza niż średnica rollera, bo kulki nie będą się prawidłowo kręcić.

      praaawie profesjonalny sprzęt do wałków za niespełna trzy dychy - polecam. 
      Następnie kulki poddajemy obróbce termicznej. Można je parować lub gotować. Osobiście wolę gotowanie, więc wrzuciłem je na dwie minuty go gotującej się wody. 
      Testy.
      Kulki przetestowałem i na 21 godzin wrzuciłem do zimnej wody. Po tym czasie nadal pływały. Były też stabilne i trwałe.
      Konkurs.
      Artykuł jest uzupełnieniem filmu (lub film artykułu), który obejrzeć możecie na kanale Wodnik Szuwarek HD. Na jego końcu (również w opisie do tego filmu) proponuję Wam konkurs.
      Wygrać w nim można 4 zestawy składające się z granulatu korkowego, hemoglobiny spożywczej, paczki kulek pływających o smaku róży, paczki kulek z korka i psiej karmy oraz wykonane ręcznie w drewnie lipowym breloki w kształcie ryb (karpia, szczupaka, płoci i okonia). Zachęcam do udziału.
      Z góry dziękuję też za wszelkie cenne uwagi dotyczące wykonanych przeze mnie kulek jak i artykułu.
      Pozdrawiam, Marcin. 
       

    • Supergrover
      Jak co roku z końcem września śmigam na przepławkę znajdującą się niedaleko mnie. Chodzę tam aby przyglądać się wędrówkom ryb udających się na tarło w górę rzeki.
      Wcześniej mogłem jedynie patrzeć na to co działo się nad taflą wody. Obserwowałem więc ryby, które skakały nad przepławką.
      Jakiś czas temu kupiłem Water Wolf-a. Od tego momentu przy okazji moich wizyt tam, wrzucam do wody kamerę i nagrywam też to co dzieje się pod wodą.

      zdjęcie: linka stalowa, trytytki, zacisk, ołowiana podstawa pod kamerę i mamy zestaw na każdą przepławkę.
      Udało mi się nagrać łososie, trocie, pstrągi, lipienie, sielawy… ale trafiają się też minogi, okonie, leszcze czy cierniki. Sporadycznie pojawiają się również płocie czy jazie czyli ryby, których bym się akurat w tym miejscu nie spodziewał.
      Zdarzyło mi się też, że wędkarz myśląc że kłusuję (widząc jak wrzucam coś do wody) wezwał na przepławkę policję. Funkcjonariusze wylegitymowali mnie, zrobili kipisz w plecaku i wypuścili.
      Tym razem tego typu przygód nie miałem, a materiał zamieszczony w filmie jest inauguracją sezon 2017. Mam nadzieję, że kolejne filmy z przepławki będą jeszcze ciekawsze.
      Zapraszam do oglądania.
       
       

    • KUKACZ ROSOŁOWY (Kukacz)
      14 sierpnia 2017 Zalew Chańcza
                 Siedzę nad Chańczą drugi dzień, ranek, wieczór, ranek, wieczór i tak w kółko.
      Chciałem pobić swój rekord, ale ehh... Niektórzy wiedzą, że Chańcza obfita jest jedynie w niewielkie leszcze.
      Przede mną była już była tylko jedna nocka i ranek.
      Siedziałem z rodziną przy ognisku o godzinie ok. 22:00, a tu nagle słychać "pipczenie".
      Gdy podbiegłem pod wędkę sygnalizator był od dziesięciu sekund przy "tyczce".
      Nie zastanawiając się długo zaciąłem rybę. Walczyła jak szalona, wędka wyrywała się z rąk.
      Nie miałem pojęcia co to było zwłaszcza że było ciemno.
      W pewnym momencie gdy ryba zobaczyła ląd dostała jakby dopalaczy i zerwała cały przypon.
      Obstawiam, że był to sandacz albo szczupak, gdyż na haku były same czerwone robaki.
      Do następnego dnia chodziłem cały wkurzony że zerwała mi się i to 5 metrów przed podbierakiem.
       
      17 sierpnia 2017 Trzydniaki
                 Wróciłem już do rodzinnego domu w Tarnowie i wybrałem się razem z ojcem na ryby.
      Na stanowisko zajechaliśmy o godzinie 18:00 i łowiliśmy na 4 "grunty".
      Nasz przynętą była kanapka - kukurydza & czerwony robak na method feeder.
      Dosłownie 3 minuty po zarzuceniu było branie, niestety akurat na wędce z niedziałającym hamulcem :(.
      Zaciąłem rybę, która momentalnie zgięła wędkę w pół.
      Po 20 sekundach szarpania się z życiówką zorientowałem się że to ta nieszczęsne wędzisko z zepsutym kołowrotkiem. 
      Wtedy wiedziałem, że ona może z łatwością się zerwać, jednak walczyłem do samego końca.
      Może mało osób uwierzy, ale do brzegu ciągnąłem ją godzinę po tym jak poprzednia "życiówka" zerwała mi się na Chańczy.
      Gdy ją zobaczyłem przy brzegu po prostu "kopara opadła" - przed oczami miałem ponad półmetrowego karpia.
      Ostatecznie udało się za drugim razem podebrać rybę podbierakiem chociaż ledwo co do niego wszedł.
      Po zmierzeniu karpia miał on 62 centymetry, niestety nie mam wagi, ale wygląda na 7 kilo.

      Ryba została wypuszczona do wody ze względu na "No kill"
      Wspomnienia zostały, zdjęcia i oczywiście ból mojej chudej ręki po godzinnej zabawie z karpiem też jest.
      Kończę pisać tą "opowieść" w dniu 19.08.2017 ręka dalej boli :c .
      Nie chodzi o Hańczę tylko o Zalew Chańcza w województwie świętokrzyskim.
       

    • wind
      Zeszłoroczny Puchar Aqua Star wspominamy bardzo dobrze, tym bardziej, że na najwyższym stopniu podium stanął nasz kolega Marcin w drużynie z Wiktorem. Dobrym wynikiem mogła pochwalić się druga drużyna forum, Jonasz i ja. Mimo to w tym roku nasz start stał pod znakiem zapytania, właściwie do ostatniej chwili przewidzianej na zgłoszenia nie wiedziałem czy i z kim wystartuję. W końcu dałem się namówić Pawłowi na wspólny start, Marcin z Wiktorem również zapowiedzieli swój przyjazd, tym bardziej, że występowali jako obrońcy zeszłorocznego tytułu.
      23 lipca spotkaliśmy się w miejscowości Grabówko nieopodal Nowej Karczmy i po rejestracji przenieśliśmy się nieco dalej, nad pobliskie jezioro Psinko. Jest to łowisko prywatne z nowym właścicielem, który jak widać włożył masę pracy i pieniędzy aby łowiło nam się w przyjemnym otoczeniu. Nikt właściwie nie wiedział czego spodziewać się po tej wodzie, pojedyncze informacje mówiły o najpospolitszych gatunkach oraz znacznej głębokości.


      Na miejscu organizator przeprowadził sprawną odprawę i losowanie stanowisk. Nie poszczęściło się nam specjalnie, Paweł wylosował dla nas stanowisko nr 17 a Marcin z Wiktorem ulokowali się niedaleko, na stanowisku nr 14. Jedyny plus, to że nie musieliśmy targać gratów kawał drogi jak koledzy na stanowiskach pod lasem. Przygotowania zaczęliśmy w lekkim deszczyku od organizacji stanowisk oraz zanęty. Nieopodal u Wiktora i Marcina również nie próżnowano.

      Grunciarze mieli sporo czasu dla siebie, ukręcić nieco zanęty do koszyka i ustawienie fotela nie wymaga za wiele zachodu. Przy okazji Paweł przetestował nowy nabytek, ogromny parasol.


      Przygotowałem sobie na ośmiogodzinną turę zanętę w składzie, po pół paczki Traper Sekret Płoć i Karaś – Lin oraz paczkę zanęty o smaku/zapachu czerwonego robaka. Do tego puszka kukurydzy oraz pół paczki parzonego makaronu. Całość połączyłem z trzema paczkami ziemi bełchatowskiej  i dobrze domoczyłem. Zaplanowałem łowić batem 5 lub 8m a w razie potrzeby przygotowałem sobie odległościówkę.

      Wiktor instruuje Marcina przygotowującego zanętę.

      A to druga drużyna ekipy ForumWedkarskie.pl czyli Paweł i ja. Ja to ten w czapce, białej koszulce i moro Grubszy .
      O godz. 9.00 pierwszy sygnał na ciężkie nęcenie i kwadrans później zaczęliśmy zmagania. Na „dzień dobry” złowiłem ósemką dwie drobniutkie płoteczki i nastąpiła … przerwa w aktywności ryb. Przynajmniej na naszym stanowisku. Kolega obok zaczął z wysokiego „c” i złowił pięknego okonia. Sąsiedzi po drugiej stronie zajmowali się raczej plotkowaniem niż łowieniem, chociaż spławikowiec z tego duetu miał co robić. Zauważyłem, że łowił na dystansie więc i mnie pokusiło o uruchomienie odległościówki. Niestety, jedna płotka i moc splątań zniechęciło mnie do tej metody. Wróciłem do łowienia batem 8m. Wreszcie i do mnie odezwało się szczęście i zaczęły wychodzić z wody jakieś rybki. Brały głównie leszczyki nieco mniejsze od … dziecięcej dłoni ale każdy gram to punkt. Jednocześnie Paweł odławiał pickerem  podobne „okazy”. Czas szybko zleciał i zrobiła się godzina 17.15
      Ostatni sygnał zawodów dał nam przekonanie, ze zrobiliśmy wszystko co można było aby godnie zakończyć uczestnictwo w tej imprezie. Z niecierpliwością czekaliśmy na wagę ciekawi również innych wyników, szczególnie Marcina i Wiktora. W międzyczasie pozbieraliśmy i zapakowaliśmy do auta nasze graty, wymieniając się na gorąco wrażeniami z pozostałymi drużynami. Okazało się, że Wiktor z Marcinem uzyskali świetny wynik 7540g dzięki czemu zajęli 11 miejsce. Podobnie jak u nas w tej drużynie zadecydowały punkty ze spławika. Nasza drużyna niestety nie miała tyle szczęścia, a może umiejętności zabrakło… . Osiągnęliśmy wynik 3800pkt i dobre 19 miejsce w generalnej klasyfikacji zawodów. Zwycięzcy ułowili w sumie 13780gr, drugie miejsce to dwa kilogramy mniej, aby stanąć na najniższym stopniu podium trzeba było przekroczyć wyraźnie 10kg. Na tle tych wyników nasze osiągnięcia wypadały raczej blado ale zastawiliśmy w pokonanym polu dziewięć słabszych drużyn.

      Na koniec imprezy był zwyczajowy poczęstunek, jak w zeszłym roku pieczony dzik i bigos. Gdy już się najedliśmy poznaliśmy zwycięzców, których organizator uhonorował pucharami oraz nagrodami rzeczowymi.
      Podsumowując, impreza udana, zdrowa rywalizacja w przyjacielskiej atmosferze, możliwość pogadania z rzadko spotykanymi kolegami i również zawarcia nowych znajomości. Niestety zauważyłem również, że organizatorzy spuścili nieco z tonu jeśli chodzi o pulę nagród. W odróżnieniu od ubiegłorocznej edycji nie było oddzielnej klasyfikacji najlepszego gruntowca oraz spławikowca. Same nagrody dla zwycięzców również wydawały się nieco skromniejsze.

      Mimo to należą się słowa uznania dla organizatora za wkład pracy i zaangażowanie w samą organizację fajnej imprezy dla pomorskich wędkarzy. Mam nadzieję, że Puchar Aqua Star zagości na stałe w naszym kalendarzu.

    • Supergrover
      Ostatnio opisałem jak samodzielnie zrobić kulki proteinowe. Założenie miałem  takie, że w kolejnym artykule zrelacjonuję też jak wyszedł test tych kulasów nad wodą. W pierwszym odruchu pomyślałem o lokalnym, małym i komercyjnym łowisku w mojej najbliższej okolicy. Ryb jest tam stosunkowo dużo (kiedyś z synem w ciągu kilku godzin złowiliśmy około czterdzieści karpików w przedziale od 1 do 5 kg), więc pomyślałem, że właśnie tam uwiarygodnię skuteczność tych moich specjałów. Wybrałem się tam na trzygodzinną zasiadkę, ale przyroda postanowiła mnie pokarać. Karpie miały tarło i zupełnie nie chciały współpracować z wędkarzami. Szuwarkowe delicje również ich od amorów nie odciągnęły. Kolejne podejście wykonałem tydzień później, a jako testowe łowisko wybrałem tym razem wodę związkową.
      Nad jeziorem zameldowałem się stosunkowo późno. Zanim rozłożyłem sprzęt, zarzuciłem zestawy i zanęciłem wybraną miejscówkę minęła dziewiętnasta. Nęciłem kukurydzą konserwową, młótem browarnianym oraz moimi kulasami. Jako przynęta posłużyła moja kulka, a w drugim przypadku podparłem ją owocowym pop-up. Kolega na jednym z zestawów również założył kulkę szprota&kokos wraz z drugą pływającą o owocowym smaku. Do czasu aż poszliśmy spać nic się nie wydarzyło. Oddaliśmy się wędkarskiej gawędzie i sączyliśmy piwko. Przed północą poszliśmy spać. Sygnał centralki obudził mnie lekko przed trzecią. Po krótkim holu na brzegu wylądował niewielki karpik. Nad ranem kolega dołowił jeszcze dwa, a ja tuż przed samym powrotem do domu notuję kolejne dwa brania. W odstępie zaledwie paru minut. Pierwszy karp zrobił odjazd i zaparkował w trzcinach. Miałem na szczęście założone spodniobuty, więc z podbierakiem pod pachą poszedłem po delikwenta. Po powrocie, jeszcze z rybą w podbieraku miałem odjazd na drugiej wędce. Szybko nagrałem złowioną rybę telefonem komórkowym i wypuściłem ją do wody. Podbiegłem do drugiej wędki i zaciąłem. Czułem, że jest to większa ryba od poprzednich. Po kilku minutach na macie wylądował piękny golas. Po krótkiej sesji ryba w dobrej kondycji wróciła do wody.
      Wszystkie opisane tu ryby zobaczyć możecie na filmie do czego was oczywiście zachęcam. Niestety zaliczyłem też organizacyjną klapę, bo w momencie akcji z dwoma karpiami skończyła mi się pojemność na karcie SD. Szkoda, bo to było chyba najciekawsze kilka minut w moim dotychczasowym wędkarskim życiu.   Zachęcam Was też do samodzielnego robienia kulek. Nie jest to trudne, a  różnica w cenie jest całkiem spora. Poza tym nic tak nie cieszy jak karp złowiony na własnoręcznie zrobioną przynętę.
      Połamania kija, Marcin. 
       

    • Alexspin
      Ostatnio wpadły mi w ręce produkty firmy MIKADO – wędzisko Sicario SL Spin i kołowrotek Sicario 2007 FD z nawiniętymi już linkami – na szpuli głównej plecionka X-Plode 0,04mm na zapasowej żyłka Ultraviolet 0,10mm. Na początek opisy katalogowe i parametry zestawu:
       

      W mojej niemal 30-letniej przygodzie ze spinningiem, już kilkakrotnie przymierzałem się do różnych wyrobów MIKADO i jakoś nigdy nie przekonałem się do tej Firmy a to wędzisko mi nie leżało a to kołowrotek wydawał się zbyt delikatny. Kiedyś zakupiona żyłka Nihonto Silk Line 0,10mm o teoretycznej wytrzymałości 1,95kg rwała się jak nitka przy nawijaniu na kołowrotek. Przypadły mi do gustu tylko plecionki z serii Nihonto Octa Braid. Z tej przyczyny podszedłem do opisywanego zestawu z pewnym dystansem, ale jak mówi staropolskie przysłowie „darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”. Tym bardziej, że wartość takiego zestawu przekracza w detalu 600zł. Dostałem, to przetestuję porównując z zestawem KONGERA (wędzisko Ultris Jig Micron 223cm/0,5-6g, kołowrotek Ultris Aqua 810 FD, żyłka KAMATSU Techron 0,10mm) za połowę wartości sprzętu MIKADO
      Pierwsze wrażenie.
      Wędzisko zapakowane w solidną tubę skutecznie chroniącą przed urazami transportowymi i w mięsisty pokrowiec.
        Design zarówno wędziska, jak i kołowrotka przyciągają wzrok. Elegancki, miły dla oka zestaw, zwłaszcza w porównaniu z mniej porywającym swoim
      wyglądem, choć wcale niebrzydkim KONGEREM. Wędzisko lekkie jak piórko, 30% lżejsze od Ultrisa. Kołowrotek tej samej wagi co kongerowski konkurent, ale sprawiający wrażenie solidniejszej konstrukcji. Troszkę niechętnie spoglądałem na jego srebrny lakier, ale matowa faktura nie powodowała blików.
      Pierwsze rozczarowanie.
      Jestem zwolennikiem ultralightów z wklejaną węglową szczytówką i takim wędziskiem jest Ultris, pod tym względem niemal genialna konstrukcja nie wykazująca żadnego przesztywnienia w miejscu łączenia z blankiem i łącznie z nim dająca płynne ugięcie 2/3 długości wędziska.
      Sicario to konstrukcja tiptube, na dodatek niestety z ugięciem fast i poniżej 1/3 długości sztywna niemal jak kij od miotły. Każdy ma inne przyzwyczajenia, ale dla mnie taka sztywność jest mało przydatna w zestawie wzdręgowo-okoniowym.
      Drugie rozczarowanie.
      Kompletnie nie przypasował mi uchwyt kołowrotka. Już przy dokręcaniu sprawił na mnie wrażenie „niedorobionego” a w trakcie łowienia okazał się wyjątkowo niewygodny. Przy zarzucaniu nie bardzo wiedziałem jak ułożyć dłoń. Zawsze trzymam uchwyt w ten sposób, że stopkę kołowrotka mam między palcem środkowym a serdecznym, Sicario trzymałoby mi się zdecydowanie wygodniej, ze stopką pomiędzy palcami wskazującym a środkowym, ale jak wówczas podebrać żyłkę z kołowrotka? Zestaw wyważony zupełnie prawidłowo, ale trzymało się go jakoś dziwnie.
      Użytkowanie, niemal same rozczarowania. Na początek oboje zawiesiliśmy na końcu 1” dwuogonkowe twisterki, ja z główką 1,5g, moja towarzyszka nawleczonego na sam haczyk – łączna  waga niespełna 1g. W tym miejscu katastrofa, Sicario opisane od 1g, nie ładuje się z przynętą przekraczającą 2g. Pierwszy rzut całkiem nieudany, drugi nieco lepszy, ale zaledwie około 10m. Tymczasem „paproszek” mojej towarzyszki leci co najmniej dwa razy dalej i w drugim rzucie zalicza pięknego okonka ponad 25cm (nie mierzyliśmy, bo wybraliśmy się bez miarki).
      A u mnie nic! Wędka zaczęła się ładować dopiero pod obciążeniem 1,5” twistera na 2-gramowej główce i mikro wahadłówki o ciężarze 3,5g a i tak odległość rzutów nie była imponująca. Za to swoją „jakość” ujawniła posiadająca rzekomo „idealnie okrągły przekrój poprzeczny”, niestety plaska plecioneczka-tasiemeczka X-Plode, której „niezwykle precyzyjny splot” rozwarstwiał się już podczas wiązania przynęty. Przy czwartym lub piątym energicznym rzucie uznała, że to nie dla niej i pozbawiła mnie wyżej wymienionej wahadłówki pękając powyżej węzła (trilene z modyfikacją). Okazało się, że nówka plecioneczka-tasiemeczka rwie się nawet w damskich dłoniach bez rękawiczek i daaaleeeko jej do deklarowanych przez producenta 3,4kg wytrzymałości.
      Doszedłem do wniosku, że może znacznie lepiej zestaw będzie sprawował się z żyłką. Niestety Ultraviolet rekomendowana jako „bez pamięci do odkształceń”, schodziła ze szpuli i wędrowała przez przelotki jak spirala, choć nawinięta była zaledwie kilka dni wcześniej. W porównaniu gdy dwa miesiące temu nawinięty Techron z zestawu kongerowskiego, nie wykazywał aż takiego skrętu.
      Wróciłem do paproszków, licząc na to, że poprzednie niepowodzenia były skutkiem użycia plecionki. Niestety, efekty były takie same, gdyż rzuty hamowała pewnie spiralność żyłki, choć z drugiej strony okazała się wyjątkowo mocna i nie puściła, nawet gdy zawiązałem na niej niemałego 5-gramowego woblerka. Niestety, podczas gdy moja współwędkarka skusiła na, maleńką, suchą muchę (0,6g) jeszcze jednego małego okonka i dwie ukleje pokaźnych rozmiarów, ja nie poczułem nawet puknięcia. Doszedłem do wniosku, że albo ja jestem ślepy i nieczuły, albo wędka niestety głucha.
      Jedynym jasnym punktem tego popołudnia był kołowrotek. Mięciutka praca przypominała kołowrotki SHIMANO, choć ciut trudniejszy do zbicia był kabłąk, ale zamykał się również niemal bezgłośnie. Równiutko nawijał zarówno żyłkę, jak i plecionkę. Mimo spiralnej postaci żyłki, ani raz nie spowodował brody. Mogę po tym krótkim teście z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że jako jedyny element zestawu spełniał swoją rolę wzorowo. Nie wiadomo oczywiście jak będzie z trwałością, ale jak na maszynkę za niespełna 150 zł, nie mogę mu niczego zarzucić i mogę polecić użytkownikom zestawów UL z niezbyt zasobną kieszenią.
      Podsumowanie.
      Reasumując moje obserwacje z kilkugodzinnych prób łowienia i porównania z – choć nie tak „markowym” i połowę tańszym – zestawem o podobnym zastosowaniu, moja ocena brzmi:
      wędzisko NIE. kołowrotek zdecydowanie TAK. plecionka zdecydowanie NIE. żyłka z zastrzeżeniami TAK.  
       

    • Supergrover

      Odkąd zacząłem interesować się karpiarstwem chciałem zrobić własne kulki proteinowe. Gdzieś tam z tyłu głowy kołatała się myśl, że może uda mi się też złapać na nie karpia. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że stanie się to już przy pierwszym podejściu i to w takim stylu… 


      W tym artykule opiszę jak takie kulasy przygotowałem, a w kolejnym zrelacjonuję moją wędkarską przygodę z nimi w roli głównej właśnie.
      Ważnym argumentem przemawiającym za domową produkcją jest cena kulek. Markowe i dobre jakościowo produkty to koszt nawet 100 złotych za kilogram. 
      Jeżeli uwzględnimy, że na karpiową zasiadkę potrzebujemy minimum kilka kilogramów takiego towaru, to jest to już niebagatelny wydatek. Oczywiście dostaniemy też kulki za zdecydowanie mniejsze kwoty (od 20 złotych), ale ich skład jest wielką niewiadomą. Potem może okazać się, że ryby nie będą takimi kulkami zainteresowane, a my na próżno oczekiwać będziemy na branie. 
      Czy istnieje zatem możliwość korzystania z jakościowo dobrych kulek za stosunkowo niewielkie pieniądze? Tak, pod warunkiem że kulki zrobimy samodzielnie.
      Dość długo przeglądałem internet w poszukiwaniu optymalnego przepisu. Trafiłem w końcu na recepturę Marcina Janica i trochę ją zmodyfikowałem. Nie bez znaczenia była też pomoc Adama z B.Baits (zawodnicy łowiący na kulki tej firmy wygrali dwukrotnie prestiżowe zawody Srebrny Hak), który cierpliwie odpowiadał na wszystkie moje pytania. 
      Skład kulek oraz orientacyjny koszt zakupionych przeze mnie produktów: 
      1.    Mąka kukurydziana (500 gramów) 2 zł.
      2.    Mleko w proszku (500 gramów) 10 zł.
      3.    Mąka pszenna (332 gramów) 1 zł.
      4.    Mąka sojowa (332 gramów) 6 zł.
      5.    Szproty wędzone (400 gramów) 10 zł. (promocja w Lidl),
      6.    Wiórki kokosowe (200 gramów) 3 zł,
      7.    12 jajek  5 zł.

      Na wstępie rozbijamy jajka. Pamiętajcie aby wrzucać je razem ze skorupkami. To przecież materiał zbudowany w 95 procentach ze związków nieorganicznych. W skorupce występuje aż 25 minerałów, a ich skład zbliżony jest m.in. do składu ludzkich kości. Ponoć skorupki jaj kurzych można bezpiecznie spożywać i to z korzyścią dla zdrowia! Karpie wiedzą takie rzeczy intuicyjnie  Do jajek dodajemy zmielone szprotki oraz wiórki kokosowe, a całość mieszamy (warto skorzystać z blendera). Wszystko odstawiamy i zabieramy się za przygotowanie bazy do kulek.
          Bazę tworzymy poprzez wymieszanie następujących składników: mąki kukurydzianej (30%), mleka w proszku (30%), mąki pszennej (20%) oraz mąki sojowej (20%). Zwrócić należy uwagę na rodzaj tej mąki. Mąkę odtłuszczoną wykorzystujemy do produkcji kulek tonących, a tłustą do tych typu pop-up lub zbalansowanych. Moje kulki miały być tonące, więc skorzystałem z mąki sojowej odtłuszczonej. Wszystkie składniki bazy wsypujemy do mocnego worka na śmieci. Worek pompujemy, a całość mieszamy (jak pokazałem na filmie). Następnie stopniowo dodajemy bazę do części płynnej i wyrabiamy ciasto.
          Ciasto ma właściwą konsystencję, kiedy odchodzi od ręki. Każdy kto pomagał żonie przy drożdżówce, lub robił choć raz ciasto na pizzę będzie wiedział kiedy jest dobre. Następnie owijamy je w folię i wkładamy na 1,5 godziny do lodówki żeby się „przegryzło”.

          W dalszej części naszych kulinarnych zmagań przystępujemy do przygotowania wałków. Można to zrobić ręcznie, ale wtedy kształt kulek będzie nieregularny (może to być zaletą, bo karpie do takiej przynęty podejdą bardziej ufnie). Moje ciasto przepuściłem przez dyszę zamontowaną na końcu maszynki do mielenia mięsa (korzystałem z zestawu do nabijania kiełbas). Trzeba pamiętać, że ciasto po przepuszczeniu przez dyszę zwiększa swoją średnicę. Jeżeli robimy (tak jak w moim przypadku) kulki o średnicy 16 mm, musimy przygotować stosunkowo węższe wałki. Moje miały 14 mm i przyznam, że były trochę za szerokie.

      Wałki wrzucamy do rollera (można dostać go już za niespełna pięć dych) i kręcimy kulki. Potem wrzucamy je do pojemnika z niewielką ilością bazy i obtaczamy. Spowoduje to, że kulki nie będą się do siebie kleić. 
          Teraz pozostaje nam już tylko zagotować wodę (dadajcie do niej sól, która zadziała jak konserwant zwiększający żywotność produktu) i nasze kulki poddać termicznej obróbce.
      Swoje wyciągałem po 2’ od wypłynięcia, ale przy innych średnicach ten czas może być różny.
      Wystarczy je jeszcze wysuszyć i można śmigać nad wodę. Pamiętajcie, że dłużej suszona kulka jest trwalsza, ale jak będziecie suszyć ją krócej to będzie intensywniej pracować w wodzie.
      Według mnie warto zająć się produkcją kulek. Nie jest też to szczególnie trudne. Ich koszt jest stosunkowo niewielki (zapłaciłem 37 PLN za 2,6 kg kulek), a skład pewny. Nic też tak nie cieszy jak kapiszon złowiony na własnoręcznie zrobioną przynętę. 


      Jeżeli kogoś z Was zainteresował mój artykuł zachęcam do obejrzenia filmu. Pokazałem w nim jak krok po kroku takie kulki zrobić. Na końcu zademonstrowałem też ryby jakie na te kulki wraz z kolegą złowiłem. Wyniki połowów przerosły moje oczekiwania. Wy też spróbujcie! Pozdrawiam, Marcin.
       

    • Supergrover
      Sezon wędkarski jeżeli tylko pogoda na to pozwala rozpoczynam na lodzie. Potem na przełomie zimy i wiosny staram się wybrać gdzieś z batem na kanał, a kolejnym żelaznym punktem w moim wędkarskim terminarzu jest wiosenny feeder. Zazwyczaj sezon feederowy zaczynam w kwietniu.  Optymalne warunki do takiego wędkowania to stabilne (przez kilka dni) ciśnienie oraz świecące słońce. Ważny jest też wybór miejsca. Szukam zawsze płytkich zatoczek i wybieram takie w których stronę wieje wiatr. Wiatr spycha górną warstwę ogrzanej słońcem wody w stronę tej zatoczki i temperatura wody jest tam wyraźnie wyższa. Ryby takich właśnie miejsc na wiosnę szukają.

      Staram się żeby zestaw na jaki łowię był jak najbardziej czuły. Ryby żerują w tym czasie dość chimerycznie, brania są delikatne, a poza tym dla wielu gatunków (chociażby leszcza i karpia) jest to czas tarła, więc rybkom bardziej amory w głowie niż jedzonko.

      Od dawna nie używam już rurek antysplątaniowych czy innych tego typu wynalazków. Zestaw końcowy usztywniam poprzez wykonanie skrętki, na szczycie której umieszczam krętlik. Do krętlika przyczepiam koszyczki zanętowe, które w zależności od potrzeb mogę bezproblemowo wymieniać. Na wstępie jest to duży koszyk którym nęcę. Po wybraniu odpowiedniego miejsca do wędkowania, żyłkę główną zaczepiam na klipsie kołowrotka. Dzięki temu nęcę i łowię w tym samym miejscu. Długi (minimum 50 cm) przypon umieszczam na końcu skrętki. Ważne jest żeby haczyk znajdował się znacznie poniżej koszyczka, bo pozwoli nam to uniknąć splątań.  Niebagatelną rolę odgrywa tutaj żyłka główna na klipie kołowrotka. Po zarzuceniu zestawu gdy zblokuje się ona na kołowrotku cały nasz zestaw prostuje się i dzięki temu sygnalizacja brań jest jeszcze lepsza.

      Jeżeli chodzi o haczyki to używam tylko kutych i tylko tych z oczkiem. Rozmiar jaki stosuję to 8 i 10. Przypony wiążę za pomocą węzła bez węzła, a włos kończę (w zależności od tego na jaką przynętę wędkuję) gumką lub push stopem. Warto też żyłkę zamienić na miękką plecionkę, bo karpie mają dość ostrą płetwę grzbietową i żyłka stosunkowo często się przeciera.
      Jeżeli chodzi o przynęty to musicie kombinować. Sugeruję żeby były raczej małe, ale co w danej chwili posmakuje rybkom trudno stwierdzić. Nad wodę zabieram robaki, kukurydzę, pellet (8-10 mm) i mielonkę.
       
      Jeżeli zainteresował Was artykuł zachęcam do obejrzenia filmu z takiej właśnie wiosennej wędkarskiej zasiadki.
       
       

    • Supergrover
      Zawsze marzyłem aby wybrać się na połowy łososia - niekwestionowanego króla ryb.                     
      Pomorski Przewodnik Wędkarski zorganizował licytacje na rzecz chorej Magdy (klik), gdzie można było taki rejs wygrać. Postanowiłem więc pomóc i jednocześnie spełnić wędkarskie marzenie – zapolować na tę piękną rybę. Udało mi się jedną z licytacji wygrać i kilka dni później popłynąłem na fantastyczną wyprawę wędkarską po naszym bałtyckim morzu.  
      W poniedziałek 20 marca o godzinie ósmej stawiliśmy się wraz z Pawłem na przystani rybackiej w Helu. Po raz pierwszy w życiu miałem wyruszyć na wyprawę w poszukiwaniu łososia. Metodą połowu miał być trolling.
      Po kilkunastu minutach przygotowań związanych z ogarnięciem łodzi Tropheus oraz przeładowaniem sprzętu wędkarskiego wypłynęliśmy w morze. Po dopłynięciu na łowisko rozpoczęliśmy rozstawianie zestawów. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, iż zajmuje to tyle czasu i jest tak bardzo skomplikowane. Paweł mimo, że był bardzo zajęty cierpliwie tłumaczył mi co to jest planer, winda czy flasher. Pokazał też jak to się wszystko rozstawia.
      Potem przystąpiliśmy do wędkowania. Przez pierwsze dwie godziny nic się nie działo. Korzystaliśmy więc z fantastycznych okoliczności przyrody, a ja czekałem na upragnione branie. Co jakiś czas dochodziły do nas meldunki z innych łodzi o złowionych łososiach, ale u nas póki co nic się nie działo... Potem nastąpiło pierwsze branie. Paweł zaciął rybę i oddal mi wędkę, abym na własnej skórze przekonał się co znaczy prawdziwa moc na kiju. Holowanie tak silnej i walecznej ryby nie jest łatwe. Twierdzę wręcz, że to ciężka praca, która bardzo szybko odkłada się w bicepsie. Po kilkunastu minutach holu, popełniłem niestety drobny błąd i ryba wypięła się niecały metr od burty. Stosując terminologię piłkarską do przerwy 1-0 dla  Salmo salar. Walczymy dalej!
      Przez kolejne godziny nic ciekawego się nie działo. Radio milczało, więc pozostałe łodzie również nie miały kontaktu z rybami. Powoli zaczynałem tracić nadzieje. Paweł cały czas mnie jednak pocieszał i twierdził, że często zdarza się na jego łodzi branie tuż przed spłynięciem. Nie pytajcie mnie czy w tamtym momencie mu wierzyłem, ale … tak się właśnie stało. J  Parę minut po siedemnastej (na pół godziny przed powrotem) zanotowaliśmy kolejne branie.
      Z sercem walącym jak dzwon, ale też w pełnym skupieniu rozpocząłem kolejny i bardzo ostrożny hol. Wykorzystałem całą moją wędkarską wiedzę i umiejętności. Cały też czas jak mógł pomagał mi Paweł. Po trzydziestu minutach ekscytującej walki, kilku mega odjazdach przy burcie ukazała się wspaniała ryba. Piękna, zdrowa, srebrna i tłusta mamuśka. Na pierwszy rzut oka większa od mojego uda. Szybka akcja z podbierakiem w wykonaniu Pawła i ryba wylądowała na pokładzie. Po opanowaniu emocji zmierzyliśmy łososia. Miarka pokazała 107 centymetrów. To mój pierwszy łosoś w życiu i od razu medalowy (srebrny medal jest od 100 cm). Rekord Polski to 128 cm.
      Po zmierzeniu ryby i krótkiej sesji zdjęciowej zaczęliśmy zwijać zestawy, bo nie chcieliśmy żeby noc zastała nas na wodzie. Paweł usiadł za sterem, a ja wpatrywałem się w morze. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Udało się! Ten dzień nie mógł skończyć się lepiej.
      Jeżeli ten artykuł Was zaciekawił, zachęcam również do obejrzenia filmu z tej wyprawy.
      Zamieściliśmy go na kanale wędkarskim Wodnik Szuwarek. Miłego oglądania życzę.
      PS. Specjalne podziękowania kieruję do właściciela łodzi Tropheus – Pawła. To fantastyczny człowiek i bardzo dobry szyper. Mam nadzieję, że jeszcze niejeden raz wypłynę z nim na morze w poszukiwania króla Bałtyku. Tego i Wam życzę.
      Cały czas możecie też przystąpić do licytacji na Pomorskim Przewodniku Wędkarskim i tym samym wesprzeć chorą Magdę. Wielki Post (modlitwa, post i jałmużna) to idealny czas na takie działania. Licytacje znajdziecie pod tym linkiem (KLIK).

      Pozdrawiam, Wodnik Szuwarek Team.

    • Jotes
      Cóż, nie byłbym sobą, gdybym nie pochylił się nad usterkami tych spławików i nie spróbował ich naprawić, a opisałem je przecież wszystkie w artykule pt "„Slidery – konstrukcyjne niedoskonałości czy buble?”.
      Dla przypomnienia, z czym będę "walczył":

      Znaczącym i uciążliwym problemem w tych spławikach były gniazda na antenki tubowe, ale też na te na pręciku węglowym. Stożkowy kształt gniazda zewnętrznego rozpychał antenki tubowe. A z kolei gniazdo wewnętrzne na antenki na pręciku, było zwyczajnie zbyt luźne. W obydwu przypadkach użytkownik ponosił dotkliwe straty antenek i zamiast relaksować się nad wodą, to się tylko stresował. A ponieważ ja nienawidzę takich sytuacji, to postanowiłem jakoś temu zaradzić. Rzecz jasna, kupując cokolwiek, życzę sobie, by było zgodne z opisem i przeznaczeniem. Krótko mówiąc, by nadawało się do użycia - bez mojej dodatkowej pracy. Bluzgając zatem na producenta brakoroba, przystąpiłem do pracy.
      Moim sprzymierzeńcem okazało się samo brakoróbstwo producenta, gdyż gniazdo samo sobie wypadało ze stosiny pióra pawia (tak genialnie było "wklejone").
      Przygotowałem odpowiednie narzędzia, konieczne do przeprowadzenia "operacji":

      Tę stożkową końcówkę gniazda odciąłem nożem. 

      I trzymając w szczypcach uniwersalnych przewierciłem wiertłem 1,8 mm:

      Dobrałem odpowiedniej średnicy wężyk silikonowy i wkleiłem w gniazdo. Jak widać na zdjęciu, nie szczędziłem materiału, wężyk wystaje po kilka milimetrów z każdej strony:

      Klej kapnąłem z obydwu stron gniazda, uważając jednak, by nie przykleić węglowego pręcika wewnątrz silikonowego wężyka.
      Po wyschnięciu kleju (rzecz jasna Super Glue), włożyłem gniazdo do połowy jego długości w końcówkę stosiny pawiego pióra, kapnąłem kroplę kleju na gniazdo, wysunąłem je jeszcze odrobinę z pióra, pozwalając jednocześnie spłynąć po nim kropli kleju i szybkim ruchem wcisnąłem na całą głębokość. Teraz gniazdo już nie wypadnie, gdyż jest solidnie wklejone:

      Dopiero teraz węglowy pręcik odpowiednio ciasno wchodzi w gniazdo. Nie ma już możliwości wypadnięcia.
      No tak, ale ktoś może zapytać - A co z gniazdem na tubowe antenki, przecież je odciąłeś? Tak odciąłem, gdyż i tak nie nadawało się do użytku, bo stożek skutecznie psuł te antenki. Najważniejsze i tak były dla mnie te na pręciku węglowym.
      Po zakończeniu prac związanych z naprawą sliderów, przyszła jeszcze kolej na naprawę gniazd w wagglerach, bo dziury w nich były, jak leje po bombach:

      W ich przypadku poszło błyskawicznie. W widoczne na fotce plastikowe zielone rurki, wkleiłem taki sam wężyk silikonowy, jak w sliderach:

      A tak teraz wygląda pierwsza wersja Dino (nr 1), na tle nowej wersji (nr 2)

      Teraz dopiero wszystko jest odpowiednio spasowane i ma przysłowiowe ręce i nogi. 

      Antenki nie mają już możliwości wypadnięcia.
      Całe te prace, jak widać, były proste i szybkie do wykonania i o tym napisałem w artykule „Slidery – konstrukcyjne niedoskonałości czy buble?”.  Szkoda więc, że producenci nie myślą o tym, co robią, jak robią i dla kogo robią. A darmo przecież nie dają!...
      Połamania!

    • Jotes
      Tym razem chciałbym opisać sposób usunięcia usterki sliderów Cralusso, którą zaliczyłem do poważnych, w swoim artykule pt. „Slidery – konstrukcyjne niedoskonałości czy buble?”.
      Cały feler tych spławików polegał na tym, że do gniazda anteny z regulacją wyporności dostawała się woda, która przedostawała się też do wnętrza samej anteny. Ta wada powodowała, że podczas łowienia z czasem zaczynało brakować regulacji wyporności, co zmuszało do zdjęcia śruciny.
      Według mnie, to gniazdo nie było dostatecznie uszczelnione, bądź w ogóle nie uszczelnione. Brakowało mi w tym rozwiązaniu jakiegoś elementu uszczelniającego, ale na tyle miękkiego i elastycznego, by wręcz obciskał się na tej ruchomej antenie, jednocześnie pozostawiając cały zakres regulacji (nr 1)

      Postanowiłem więc, że zakupię odpowiednio ciasny i miękki wężyk silikonowy i jego użyję do uszczelnienia gniazda (nr 2).

      I tak też zrobiłem. W sklepie internetowym winodomowe.pl zamówiłem dwa odcinki silikonowego wężyka Ø 4/6 mm oraz 5/7 mm (średnica wewnętrzna i średnica zewnętrzna). Przed przystąpieniem do pracy, musiałem jeszcze tylko odpowiednio przygotować korpus spławika. Zabrałem na próbę jeden do swojej letniej rezydencji (kanciapa) i samą końcówkę zeszlifowałem na szlifierce stołowej o 1 mm, gdyż oryginalnie zakończona była cieniutkim stożkiem. Takie zeszlifowanie – prostopadle do osi korpusu! - dało mi odpowiednio szeroką i płaską powierzchnię do przyklejenia kawałka silikonowej uszczelki. Ale też, mogłem przyjrzeć się materiałowi, z którego wykonany jest korpus i co znajduje się w jego wnętrzu?
      Okazało się, że korpus wykonany jest z niebieskiej pianki o bardzo drobnej granulacji, wręcz mikroskopijnej. Po oszlifowaniu odsłoniłem więc powierzchnię porowatą, na której zdecydowanie lepiej trzymać będzie klej. Z kolei wewnątrz korpusu wklejona była cienkościenna rurka plastikowa, ale sztywna. Rurka, która nigdy nie gwarantowała należytego uszczelnienia obydwu elementów ruchomych. I to ta właśnie rurka okazała się być całą przyczyną wciekania wody w korpus (nr 3).

      Do tak przygotowanego korpusu dociąłem kawałek silikonowego wężyka (ok 4 mm długości), a wybrałem ten ciaśniejszy, czyli 4/6 mm, gdyż ten 5/7 okazał się moim zdaniem zbyt luźny (nr 4). Plasterek silikonu nałożyłem na antenę i włożyłem ją w gniazdo korpusu. Teraz silikon zsunąłem ciasno dociskając do pianki i na łączenie wycisnąłem jedną kropelkę kleju Super Glue. Była to pierwsza kropla! Obracając w palcach korpus, pozwoliłem tej kropli kleju opłynąć łączenie dookoła. Ewentualny nadmiar kleju odsączyłem kawałkiem gazety. Tak – gazety! Ręcznik papierowy, papier toaletowy, czy kawałek szmaty, mógłby być natychmiast przyklejony do korpusu, a takich wpadek należy unikać. Tak przyklejone uszczelnienie odstawiłem do całkowitego wyschnięcia, wstawiając cały spławik w doniczkę z ulubionym kwiatkiem mojej żony.
      Po wyschnięciu pierwszej warstwy kleju, ponownie wycisnąłem kolejną kropelkę na łączenie korpusu z silikonową uszczelką i znowu pozwoliłem jej opłynąć wokół korpusu. Taki zabieg dla pewności powtórzyłem trzykrotnie. Niby ze spławikiem i tak nikt się nie baruje ze względu na jego delikatność, ale lepiej mieć pewność na sto procent. Delikatny nadmiar kleju w niczym nie powinien przeszkadzać.

      Już po całkowitym zakończeniu klejenia i próbach „na dotyk”, postanowiłem wszystkie swoje Cralusso przerobić w ten sam sposób. Okazało się, że klejenie zachowuje odpowiednią wytrzymałość, a antena ciasno wchodzi teraz w gniazdo. A skoro tak, to dopiero teraz jest odpowiednio uszczelniona. Potwierdziły, to również „próby wazonowe”. Gotowy już spławik wrzuciłem do wysokiego wazonu wypełnionego wodą na kilkanaście godzin, a po wyjęciu, nie stwierdziłem obecności wody i zmian wyporności/wyważenia. A więc w przypadku sliderów Cralusso, to by było na tyle – koniec problemów (mam nadzieję!).

      Kolejnym moim eksperymentem, będzie naprawa wadliwych gniazd w sliderach Dino, co niebawem nastąpi. Pomysł już dojrzał... 
      Z wędkarskim pozdrowieniem - Jotes

×