Witam!
Około 8 lat temu, będąc jeszcze w podstawówce łowiłem na jednej miejscówce grube leszcze karpie i liny. Wszystko w jednym miejscu, które pozostawiłem beztrosko na 8 lat. W te wakacje postanowiłem odnowić miejsce. Wyciąłem masę trzcin i trochę tataraku i zacząłem łowić. Po 2 dniach nęcenia złowiłem tam pierwszego lina. Jednak aby wyholować rybę na "odnowionym" miejscu, miałem tylko 2 metry przesmyku, który nie był porośnięty zaroślami - (miękkie zielone łańcuchy zielska wyglądające jak igiełki od świerka, bardzo gęste). Sytuacja stała się nieprzyjemna, gdy kolejne 2 liny uciekły mi właśnie w te glony i rybka wypięła mi się, zdarzyło się też zerwać hak. Postanowiłem oczyścić miejsce. Wyciąłem przestrzeń 6 metrową, obecnie jest tam czyściutko... ale ryba przestała brać... Czy myślicie, że wycięcie środowiska linowego mogło mocno przyczynić się do oddalenia się prosiaczka od mojej miejscówki?Czy jeśli nadal będę nęcił to powinien podejść? Dodam, że na owym łowisku złowiłem także 2 leszczyki, dno jest świetne skoro trzyma się tam i leszcz i lin, jednak obecnie jest nieco gorzej z bąblowaniem i braniem ryb. Same płocie i wzdręgi.Szukam przyczyny dlaczego tak jest. Dodam, iż staram się nęcić około 16-18 godziny a następnego dnia o świcie łowić. Rano już nie podrzucam zanęty. Może coś jest złego w tej technice nęcenia? Proszę o rozbudowane opinie