Dzisiejszy dzień był tym, na który czekałem od dawna.
Spinninguję od około 3 lat. Nigdy nie potrafiłem zbliżyć się do magicznej bariery 100 cm szczupaka — w końcu się udało!
Nad wodą byłem od godziny 6. Cisza, a eldorado zaczęło się około 14:30. Podczas zwijania spławikówki niewielki szczupak uderzył w spławik i przeciął zestaw...
Chwilę później postanowiłem zarzucić na metodę — mix na lina z dużą kukurydzą na haku.
Odkładam wędkę, nie minęły 2 minuty — ogromna rola na kołowrotku!
Pomyślałem, że mam przyłów suma (na tej wodzie pływa kilka ładnych sztuk), albo może jakiś karp.
Zacinam i czuję, jakby miało mi wyrwać wędkę z ręki. Ciężki szok.
5 minut walki, a ryba jeździ od lewej do prawej, mimo niemal maksymalnie dokręconego hamulca.
Kiedy trochę się zmęczyła, zobaczyłem ponadmetrowego szczupaka, który po chwili przegryzł zestaw i nonszalancko ustawił się kawałek od brzegu, żeby odpocząć.
Chciałem już zawijać się do domu, ale coś mnie pokusiło, żeby jednak wyjąć kij do spinningu i spróbować złapać to, na co czekałem tak długo.
Mija pół godziny — nagle potężny strzał w przynętę (wobler Jerk York 17 g).
Znowu powtórka z rozrywki: hamulec niemal na beton, a ryba zwiedza lewy i prawy brzeg.
Wędka dostała ładnej paraboli i bałem się, że strzeli (trochę za mocno jednak przykręciłem ten hamulec).
Po 10 minutach i kilku odjazdach spod samych nóg, w końcu na brzegu ląduje taki oto jegomość:
101,5 cm, 6 kg wagi.
Jest to mój najpiękniejszy dzień, jeśli chodzi o przygody nad wodą!
Przy okazji, na spławik wpadł też okoń ponad 25 cm