Skocz do zawartości

Jotes

Zespół AS
  • Postów

    2 760
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Jotes

  1. ... podbite oko (ciemny fiolet z brokatem), brązowy z pieprzem, herbatka z pieprzem, kameleon (Przykład: pod wpływem wody zmienia kolor), czarny. Okoniowe wirówki od nr 0 aż do nr 5. Rippery, kopytka, no i oczywiście woblery o agresywnej pracy. U mnie super sprawdzają się Salmo Hornet (czarny ze złotymi pręgami przebija wszystkie), Sieki 5 cm i wiele innych...
  2. A ja sądzę, że dokładnie wiesz co mam na myśli. Gdybyś miał wątpliwości co do dwóch kiji o podobnych parametrach, to nie posądzałbym Twojego wpisu o reklamę. Ale rozrzut jest ogromny, a przy tym wskazuje na asortyment sklepu i nie przypadkiem celowałeś w sprzęt specjalistyczny - od castingu aż do sumowego. Gdyby Twoje wątpliwości dotyczyły np wyboru pomiędzy teleskopem, a odległościówką (bo "teść" łowi leszcze i płocie), to nie miałbym wątpliwości, że na prawdę szukasz odpowiedzi. Ale z drugiej strony, przeglądając to forum - odpowiedzi są w nim. "prezent dla wędkarza" - ładne hasło, szkoda, że moja żona nie czyta stron wędkarskich - już bym te oba kije miał... Dla mnie EOT!
  3. Takie cudeńka to tylko ktoś niezwykle Spokojny może wykonać. Piękna robota, zazdroszczę cierpliwości i... umiejętności. Wielkie brawa!
  4. Sprzęt specjalistyczny? Jak na "zielonego" niezłe strzały. Przypadkowe? Reklama dźwignią handlu...
  5. Ja już takich "wahań" nie mam. I masówka i wypas pękają tak samo, ale w drugim wypadku serce pęka o wiele głośniej. Wyleczyłem się z tego i teraz wolę raz na jakiś czas coś nowego - przynajmniej oczu nie męczy i nie zdąży mi się znudzić. Wolę postawić na lepszy kołowrotek.
  6. Jednym słowem potrzebujesz coś z masówki, coś, czego pełne stojaki wszelkich sklepów wędkarskich oferują najwięcej. I nikt Ci lepiej nie doradzi, jak tylko pojechać do sklepu i pomacać osobiście. Ja na szczęście z niczym tu nie wyskoczyłem, bo miałem zamiar polecić właśnie wklejankę Dragona, którą nabyłem rok temu i jestem z niej zadowolony. Wykluczyłeś ją dopiero w kolejnym poście. Zastanawiasz się nad Mikado(?), a tę firmę ja akurat omijam szerokim łukiem - przykre doświadczenia z ich łamliwością. Mikado koniecznie trzeba oglądać ze wszystkich stron, bo zdarza się wiele krzywych kiji... Powinieneś spróbować samemu coś wymacać w sklepie. To Tobie ta wędka ma leżeć dobrze w dłoni i ma trafiać w Twoje gusta. I jeszcze jedno, patrz też na serwis i np Dragon ma bardzo dobry i szybki, a Konger łachę robi. Sio do sklepu i koniecznie pochwal się co wybrałeś. A nad tym SavageGear Parabellum 3-16g też bym się proponował mocno zastanowić. Ja nie wybrałbym tego kija ze względu na zbyt długą rękojeść, która bardzo przeszkadza w łowieniu i ciągle się haczy to o kamizelkę, to jeszcze o coś innego. U mnie rękojeść każdego spinningu kończy się na łokciu!
  7. Ja w takim razie z innej beczki. Ktokolwiek wymyślił, że ta metoda może być zabroniona, jest w totalnym błędzie i jest tylko teoretykiem. I niestety, nie wie o czym mowa. :/ Ja - jako praktyk i praktykujący spinningista - postanowiłem wczoraj będąc na rybach, "pokosztować" owego zgniłoimperialistycznego wynalazku. Samą metodą nie jestem absolutnie zainteresowany i nie będę nią łowił! Na łodzi skręciłem na poczekaniu owy zestaw i jako pierwszy zastosowałem ciężarek 20 g na wklejance sandaczowej. Użyłem też dwóch przynęt - małego kopytka i twistera. Po zarzuceniu zestawu okazało się, że każde nawet najdelikatniejsze poruszenie szczytówką przesuwa całość po dnie, zarówno na głębokości do 4 m, jak i też od 4 do 8 m. Chcąc wnikliwie sprawdzić swoją wcześniejszą teorię, przepiąłem ciężarek i założyłem aż...55 g samolot. I wiecie co? Figa! Każdy ruch kijem nadal przesuwa ciężarek po dnie! Mój ciężarek - typowy do ciągłego i sztywnego leżenia na dnie - zapitalał jak parowóz. Na filmiku dołączonym powyżej przez Grzybka wyraźnie widać, że facet stosuje ciężarki wyprofilowane do ciągłego przesuwania po dnie. Nie jest to zatem metoda poruszania przynętą w miejscu! Nie może być więc mowy, że jest to metoda "ciągłego podnoszenia i opuszczania przynęty w miejscu", która byłaby jako jedyna niezgodna z prawem, podczas gdy inne są od dawna cacy: jigowanie, kogutowanie i maniany spławikiem. I gdybym był fanem tej metody, to byłbym gotów udowodnić swoje racje w sądzie, a ponieważ nie jestem, to dla mnie koniec tematu. Po eksperymentach z Drop Shotem, postanowiłem powrócić do tradycyjnych metod, a efektem tego było kilka sandaczy. Jeśli dobrze wszystko zrobiłem, to w ślad za moim postem powinna pojawić się wczorajsza fotka. Pozdrawiam wszystkich.
  8. To potwierdza tylko moją teorię, że nie da się utrzymać takiego ciężarka w miejscu - opór żyłki/plecionki + ciężar przynęty i jej opór + ruchy kijem = każdorazowo przesunięcie ciężarka. Nazwałbym to jigowaniem na lenia, albo wydłużonym jigowaniem. Teoria to jedno, a praktyka to drugie - praw fizyki nie da się obejść. Nie przekonuje mnie to, że jest to metoda ciągłego podnoszenia i opuszczania przynęty - zabroniona. W taki sposób pod przepisy "podpada" o wiele więcej metod prowadzenia/prezentowania przynęty. A jednak o tym nikt nie mówi i nie pisze...
  9. I znów wybiórczo? A wspomniane jigowanie? Przecież tak samo tuż pod łodzią można sobie "pościemniać". I nie można przepisów tworzyć dla samych mięsiarzy lub w obronie przed nimi. Trzeba zawsze zakładać, że przepisy są dla ludzi uczciwych - bydle zawsze znajdzie wyjście i je ominie. :/
  10. No to jesteśmy w domu! Łowimy na Drop Shota zgodnie z prawem.
  11. Dokładnie! I proponuję nazwać ten dział fizyki, fizyką wybiórczą. Bo skoro zauważasz sprzeczność z naszym prawem tej metody, a nie zauważasz, że przez ciągłe podnoszenie i opuszczanie zestawu/przynęty łowi się jigując gumą, szarpiąc kogutem, bocznym trokiem, a nawet mistrzowie spławika łowią podobnie... Spławikowcy? Tak! Przy mizernych braniach przez ciągłe przesuwanie spławika w obrębie zanęty, skutecznie kuszą ryby do brania - ruch robala na końcu zestawu wyzwala instynkt zabójcy. Przesuwasz spławik, a robal z haczykiem zostaje podniesiony na jakąś wysokość i opada. Fizyka? Panowie, nie dajmy się zwariować! Jako praktyk spinningu, proponuję nie dorabiać karkołomnych teorii i nie siać demagogii. A jeżeli już, to zakażmy wszelkich nowości i powróćmy do leszczyny, końskiego włosia i haczyka ze szpilki. Będziemy jedynym krajem na świecie z tradycyjnym przecież wędkarstwem. Zbyszek, jeśli myślisz, że konieczna jest mega siła do oderwania od dna ciężarka 10 - 20 czy 30 g, to jesteś w błędzie. Poruszając przynętą Drop Shot zarzuconą 5 - 10 -15 - 20 m od łodzi, ciężko tego ciężarka nie przesunąć po dnie. I to jest fizyka! Nie zgadzam się z teorią, że ta metoda jest u nas niezgodna z prawem.
  12. Zbyszek, możesz wyrażać się precyzyjniej? Obejrzałem kilka filmików z tą metodą i ja osobiście nie widzę w niej nic zdrożnego. Mało tego! Oryginalne filmiki amerykańskie w niczym nie odbiegają od opisu Zielińskiego...
  13. "Wydaje się" - to odpowiednie określenie - i tak ma być, tak społeczeństwo ma postrzegać takie przedsięwzięcia, jako fenomen. A tak naprawdę chodzi tu jedynie o jak najdłuższe utrzymanie dla całej rzeszy warchołów, a nie o szybki czas wykonania. Gdyby przyszło naszym "śpecom" wykonać tunel pod La Manche, albo w granicie, to bądźmy pewni, że utrzymanie mieliby do końca bieżącego stulecia. Robota po polsku. A prócz samego drążenia, maszyna nie ma nic innego do roboty. Drążyć, drążyć i tylko drążyć! Reszta robi się z automatu - urobek spada na taśmociągi i automatycznie wywalany jest na zbitą twarz, etc, etc... Naszym jedynym problemem jest to, że FACHOWCY wyjechali do UK, a zamiast nich zatrudnia się meneli z łapanki. I tak właśnie powstał m.in. podwodny tunel Wisłostrady - podwodny, bo ciągle zalewa go woda. Trasa toruńska też tak powstała. I choć jest to regularna droga, to zachodzi konieczność uruchomienia na niej przeprawy promowej. Czyż to nie jest piękne? A, zapomniałem o metro dla łodzi podwodnych. Jedyne takie na świecie...
  14. Jaki silnik? Przede wszystkim mocny i zapewniający BEZPIECZEŃSTWO! MotorGuide - to dobre silniki, ma taki mój znajomy. Pływa na mim już wiele lat i nie narzeka. Ogólnie rzecz biorąc, jakość silników Minn Kota popsuła się odkąd produkcję przeniesiono na wschód. Jest wiele negatywnych opinii i narzekań w necie na zbyt cienkie kable zastosowane w tych silnikach obecnie produkowanych przez MŻR (małe żółte rączki). To już nie są te same silniki, z których jeden mam ja. A ja mam jeszcze Maxum 55 T. Mój silnik niejednokrotnie ratował mi cztery litery, na łąjbie 4,30 m i wadze 180 kg, ale dawał sobie radę z silnym wiatrem i falami ok 1 m. Mam go już 10 lat i dotychczas wymieniałem w nim jedynie łożyska i szczotki - co zresztą jest oczywistą oczywistością, bo te elementy ulegają zużyciu. Moim pierwszym nabytkiem do pływania był właśnie silnik i akumulatory. Łódek ci u nas dostatek w portach, a i miałem do dyspozycji łajbę kolegi. I pomimo, iż najczęściej pływałem wtedy na malutkich łodziach, bez wahania kupiłem największy, najmocniejszy silnik z oczywistych względów - względów bezpieczeństwa! Wiedziałem już znacznie wcześniej, jak na wodzie może nagle powiać i jak ważną rolę odgrywa wtedy moc silnika. Wyrzuciłem węża z kieszeni, sięgnąłem głębiej i dokonałem jedynego sensownego zakupu. Do bezpiecznego pływania konieczne są też akumulatory i tu również nie oszczędzałem, tylko kupiłem 3 akumulatory Banner (Austria) po 100 Ah każdy (kwasowe!). Dwa akumulatory na łodzi to podstawa! Trzeci, to zapas i zabezpieczenie na wszelki wypadek. Bywało już tak, że i tego mi brakło. W pewnym momencie miałem już nawet 5 takich akumulatorów do codziennych połowów - 2 pod prostownikami i 3 na łodzi. Prostownik do nich dobrze by był do żelówek. Ja mam i takie (do kwasówek) i takie (do żelówek). Pierwsze kupiłem do zwykłych kwasowych, ale te mikroprocesorowe do żelówek wydłużają żywotność akumulatorów. I w tym roku, gdy moje 2 akumulatory po pięciu sezonach pływania nadawały się już do wyrzucenia, reanimowałem je przy pomocy ładowarek mikroprocesorowych kupionych za kilkadziesiąt zł w... Lidlu. Udało się, bo mają one funkcję regeneracji (odsiarczania). I najważniejsze! Nie muszę ciągle pamiętać, by odłączyć akumulator - prostownik mikroprocesorowy sam się wyłącza po naładowaniu. Pierwsze ładowanie aku. w tym sezonie trwało u mnie 1 miesiąc. Nie musiałem niczego pilnować, a to wygoda i na dodatek ładowarka ma taki bajer, że w momencie spadków napięcia, samoczynnie doładowuje aku. Generalnie akumulatory Banner - ładowane prostownikiem do kwasowych - wystarczają na 5 lat/sezonów pływania. Moje mają "na plecach" już szósty sezon i jeszcze mi pewnie posłużą... Wracając jednak do silnika! Gdybym dzisiaj stanął przed koniecznością zakupu dobrego i BEZPIECZNEGO silnika do łodzi, z pewnością wybrałbym TEN Ma go mój kolega widuję go w akcji i mogę tylko pozazdrościć. Moc tego silnika jest powalająca! Wczoraj, gdy ja miałem lekkie "sęki" z płynięciem pod wiatr i wysoką falę, goście na takim silniku i na płaskodennej dużej łodzi szli jak przecinaki. Do niego nadają się również akumulatory 12V - należy tylko zmostkować 2 do kupy i heja! Po co mi aż taki silnik? Od kilku lat odpuściłem sobie najlepsze miejscówki na zalewie, bo by do nich dopłynąć (ok 7-8 km od portu) potrzebuję przy gładkiej tafli wody ok półtorej godz. Na tym silniku zajęłoby mi to max pół godz. Spalina u nas też nie wchodzi w rachubę z powodu strefy ciszy...
  15. Kurcze, ale Ty bardzo delikatnie łowisz Spławiku. U mnie od biedy spisuje się wagler 10+3, a i to wkurza mnie czekanie aż zestaw opadnie do dna (na 10 m!). Jak jeszcze normalnie jeździłem wiosną z odległościówką, to pokombinowałem sobie waglery 16+6, 16+8. Wtedy dopiero był siwy dym. Pięknie się łowiło na wodzie do 4 m, ok 40-50 m od brzegu. Wagler stacjonarnie, wtedy już delikatniej (10+3 lub 8+2), a brania nawet z marszu były, ale to aż 30 km musiałem nad zalew jechać na Barkowice. Kawał drogi, a człek chory na lenia. Od kilku dobrych lat porzuciłem tą metodę, ale od jutra sobie wszystko przypomnę.
  16. Do odległościówki stoper zawsze wiążę z żyłki, a wagler lub spławik przelotowy przypinam do czegoś TAKIEGO. Koralik w tym przypadku jest zbyteczny - masz 2 w 1. Nitkowe stopery mocniej zaciągnięte kaleczyły mi żyłkę, a słabiej zaciągnięte przesuwały się przy zarzucaniu zestawu.
  17. Może i tak, może to metoda dla leniuchów, ale skuteczna jak jasny gwint. Ja na trupka łowię tylko w czerwcu - to jest najlepszy miesiąc na tą metodę, potem już tylko guma i kogut. Na trupka połowiłem najwięcej TAKICH a jako przyłów trafiają się i TAKIE. Na dodatek można zaciąć prawdziwe monstrum. Miałem już takie nocki, że musiałem się barować z sumami. Bezczelne typy gryzły w czerwcu w okresie ochronnym, a jak nastawiałem się w lipcu na nie, to olewały człowieka. Jednej tylko nocy czerwcowej miałem trzy kolosy, które po zacięciu przestawiały łajbę na dwóch kotwicach. Oczywiście hole zakończyły się moją porażką, bo przecierały żyłkę o racicznice - na szczęście, bo samemu na łodzi nie dałbym sobie rady z nimi...
  18. No i narobiłeś mi smaka, musiałem pojechać. U nas sztorm! Nie trzymała mnie jedna kotwica 15 kg i musiałem dołożyć na dodatkowej szekli drugą 7 kg. Gruby okoń sporadycznie brał. Miałem 1 ok 35 cm, a reszta nie warta wspominania - choinkowe. Kilka mi spadło ładnych. Za to miałem jeszcze sandacza ok wymiaru i drugiego 52 cm - ten dostał w ep. Miałem też bardzo dziwne branie. Trzy razy coś stuknęło w paprocha, jakby łapał w japę i wypluwał. Jak wyjąłem to na żyłce był pokaźnych rozmiarów śluz - jak glut. Nie wiem, czy jakiś sumek się nie dobierał...
  19. Zgadza się - są pływające. Ale ta kuleczka jeszcze dodatkowo podnosi paprocha wyżej, jednocześnie sama też kusi do brania. Ja stosuję haki nr 6 Kamatsu czerwone lub Mustady czarne, nr 8 do małych paprochów. Długość troka, brania, itp? Kiedyś mi się udało popełnić o tym artykuł: TUTAJ U nas nie ma zdecydowanych brań, na kiju nawet nic nie czuć, a jeśli tak, to są to tylko okonie choinkowej wielkości. Ja brania obserwuję na wklejce. Przedwczesne zacięcie kończy się pudłem, a branie trwa nawet kilkanaście sek. Czym grubszy okoń, tym delikatniejsze branie.
  20. Widzę, że Ty łowisz na podwójny ogonek, ja nie mam do nich przekonania - więcej brań miałem zawsze na pojedynczy. Ja robię też mały "myk". Na haczyk zakładam najpierw kulkę styropianu o średnicy korpusu paprocha. Przynęta jest wtedy zawsze nad dnem i zwiększa się ilość brań, a zmniejsza ilość zaczepów. Może dzisiaj pojadę z wklejką, narobiłeś mi smaka...
  21. Ja w ub tygodniu trafiłem okonie, miałem kilka po 35 i jednego 40 cm. Brały już z głębokiej wody na 8 m i wszystkie na "podbite oko". Zabawa na wklejce niesamowita. Wszystkie brania z jednego napłynięcia i tylko póki słońce było za chmurami - takie jedno popołudnie. W niedzielę już bryndza, trochę drobiazgu i 2 duże - zbyt dużo słońca.
  22. Dzisiaj dokonałem rezerwacji miejscówki dla nas. Ładna pani ogrodzi teren taśmą i powiesi tabliczkę "Rezerwacja".
  23. Jotes

    Jakich glin użyć?

    Kiedyś - za moich młodych lat - używano glin o wzorze chemicznym MO. Dzisiaj na Sulejowskim nawet na 10 m nie stosuję gliny, ani kleju.
  24. A ja na zagrychę sprowadziłem pellet sumowy (50 mm) Black Cat - jak nie sumy, to my zagryziemy.
  25. Rybka była dobrze wysmażona. Moja żonka wie, że lubię przyrumienione i tak zawsze robi. Mimo tego czuć było szlamem, a tego bardzo nie lubię. Myślę, że ktoś kto lubi karpia nie przejmowałby się tym smakiem. Jednak ja nienawidzę i nigdy nie jem karpia - ta ryba ma zakaz wstępu do mojej kuchni. A suma jeszcze kiedyś spróbuję ponownie, ale filety zapekluję, zasznuruję i uwędzę. Ponoć smakuje wybornie i tego jeszcze jestem ciekaw. I tak jak zastrzegałem, to tylko moje własne zdanie, gdyż do smakoszy "rybiny" nie należę. Ze wszystkich ryb ze smakiem jadam tylko sandacza i okonie do 25 cm (większych nie chce mi się skrobać). Powiem więcej! Jem też z przyjemnością bolenie i wyżej je cenię od szczupaka - i tu właśnie wszystko zależy od sposobu przyrządzenia.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...