Baburka
Forumowicz-
Postów
208 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Artykuły
Forum
Galeria
Kalendarz
Zawartość dodana przez Baburka
- Poprzednia
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- Dalej
-
Strona 7 z 8
-
Nie tylko w tym...Vide III pr PR,oczywiście stara trójka. Niby było super, a teraz starzy kumple drą koty
-
Zgaduj-zgadula trwa....Podpowiem jedynie, że nie chodzio o rybki wielkości ciernika czy kiełbika. Mówię o "patelniakach" i ciut mniejszych...
-
Chyba czytałeś bez większej uwagi...Nie mógł być lin bo go z prostej przyvzyny tam nie było...Zgadujcie dalej... A za szczerze dziękować, ale to nie potrzebne. Piszę jak było, ot wypoiny starego człowiek, którego zebrało na wspominki
-
2. Co w wodzie pływało? Taki rodzaj rzeki z niezliczonymi,głębokimi zakolami, na przeciwnym brzegu wypłyceniami pełnymi albo roślinności wodnej albo niemal "plażowym" piaskiem, z kępami krzaków na brzegach, musiał obfitować i obfitował (!) w jazia, szczupaka, nieco leszcza i ... kiełbia. Wspominam o tej rybce, dziś będącej chyba w zaniku, nie bez kozery. Owszem była płotka , jak to w rzece i niewielki okonek. Do pierwszych lat 70-tych zdarzało się trafić sporadycznie na suma. Jednak gatunkiem wiodącym byłe wspomniane wyżej trzy gatunki: jaź, szczupak i niedoceniany obecnie kiełb, na tamtych terenach zwany "kiełbunem". Zacznę może od zębacza... Szczupaka nie łowiło się na żywca, a na kiełbuna... Dlaczego? Skoro był podstawowym "mięsem armatnim" i szczupły nim się objadał, to nie było żadnego sensu szukać płotki czy małego okonia tym bardziej, że kiełb był na każdej płytszej wodzie.Jeżeli chciałem upolować zębatego, to szedłem w górę rzeki jednym brzegiem i obławiałem jakąś blachą, a 2-3 km dalej przechodziłem (przepływałem) na drugi brzeg, łowiłem na robaczka kilka kiełbików i wracałem tamta stroną łowiąc na trupa. Zaczynałem od blachy nie dlatego, że była lepsza niż kiełb, absolutnie! Po prostu często było tak, że marsz w jedną stronę rzeki z blachą na kiju mógł zapewnić wystarczający połów i szkoda było czasu na łowienie kiełba. Jakie były blachy? Nie było tu większej różnicy z resztą kraju...No, może poza jedną... było sporo blach od wschodniego "przyjaciela" więc w połączeniu z algami i gnomami spełniały zapotrzebowanie, bo taki sprzęt nie cieszył się większym powodzeniem.. Jednak samo łowienie zębatego właśnie ze względu na metodę kiełbikową, było zasadniczo inne niż gdzie indziej. Jak starsi pamiętają, a młodsi niech sobie to zakarbują, przyponów z tworzywa nie było, zresztą do tej metody byłyby nieprzydatne (musiały być sztywne). Jedyne jakie można było "upolować"to skręcone ze stalowego drucika mające jedna wadę. Skrętka rzadko kiedy była zalutowana i po kilkakrotnym użyciu zaczynała powolutku się odwijać, rozdwajać. Taki przypon można było (ostatecznie!) użyć jeszcze raz czy dwa do błystki, ale do kiełba już się nie nadawał. Dlaczego? Przyczyna była prozaiczna. ...Metoda polegała bowiem na odpowiednim założeniu kiełba na przyponie i właściwym ułożeniu podwójnej kotwiczki. Były mniej więcej takie jak dziś, rozchylone i bez zlutowanych trzonów. W moim przypadku pierwsza był blach, nie dlatego, że była lepsza niż kiełb, absolutnie! Po prostu często było tak, że marsz w jedną stronę rzeki na blachę mógł zapewnić wystarczający połów i szkoda było czasu na łowienie kiełba. Jakie były blachy? Nie było tu większej różnicy z resztą kraju...No, może poza jedną: było sporo blach od wschodniego "przyjaciela" więc w połączeniu z algami i gnomami spełniały zapotrzebowanie, bo taki sprzęt nie cieszył się większym powodzeniem.. Jeden koniec przyponu wprowadzało się przez pyszczek rybki, wyprowadzało pod ogonem przez odbyt i zakładało podwójną kotwiczką. Musiała być założona tak by wystawały jedynie groty(reszta w ciele rybki). Przylegały one do ciała kiełba (dlatego też i z tego względu był lepszy niż cokolwiek innego). Przed przyponem należało umieścić obciążenie, by całość pracowała w pobliżu dna . Skoro był problem z przyponami i ołowiem (Taaak, nawet z tym bywało różnie w tych jedynie słusznych czasach) trzeba było jakoś sobie radzić...Ołów uzyskiwało się ze starych złomowanych akumulatorów, zacisków...kowadło i duży młotek i miałeś ciężarki, a przypony albo traktowało się kupowany delikatnie kwasem by polutować/pobielić (inaczej się cholerstwo nie poddawało) albo robiło je z różnego rodzaju linek też oczywiście lutując końcówki. Reszta sprzętu? Pamiętajcie, że sklep wędkarski miałem ponad 30 km od domu,, do większego miasta nie zawsze się jeździło więc kierunek ... las. Ani leszczyny, ani pięknych jałowców nie brakowało. Nawet nieco później, gdy zaczęły pojawiać się bambusy, patrzyło się na to niezbyt ufnie. Zresztą i słusznie bo kij bambusowy na zębatego nie był potrzebny przy takich sposobach łowienia.Najważniejsza była jałowcowa szczytówka, której wykonanie nie było skomplikowane ale czasochłonne. Wybrany jałowiec musiał być co zrozumiałe prosty, należało go jedynie okorować, oczyścić z sęczków, zamocować ciężarek parędziesiąt deko i powiesić do wyschnięcia, a to trwało przez parę miesięcy.Potem osadzenie w tulejkach i jakieś malowanie. Pamiętam mosiężne tulejki w sklepie do łączenia części wędziska Dla mnie często chłopaki robili je na warsztacie, bo był problem z doborem średnic w sklepie. Trzeba było osadzić w tulejach koniec jałowca (to najczęściej była góra szczupakówki), górę bambusa lub leszczyny i połączyć ze sobą. Najlepiej współgrały ze sobą jałowiec i leszczyna, bo bambus był zdecydowanie za lekki. Żyłka minimum 0.24 (nikt się nie przejmował numeracją, dobierało się na oko) też najczęściej ze wschodu i niewiele cieńsza na przypon. Bardzo wielu nie stosowało przyponu w ogóle. Zresztą jest na to pewne uzasadnienie...Tkwiąca w ciele kiełba kotwica niwelowała jakiekolwiek zaczepy do minimum, a ewentualny zaczep o jakieś ziele, przy takich żyłkach był zupełnie niegroźny Jednak na zakolach, a i nie tylko było sporo tzw czarnych dębów (odsyłam do wujka googla). Jeżeli trafił się zaczep z czymś takim i nie udało się odczepić, to możliwości były dwie: ciągniesz/szarpiesz na siłę i albo puści przypon albo kotwica się wyprostuje i uwolni zaczep. Nie wiem czy dzisiejsze kotwice można by w ten sposób rozprostować... Do tego konieczna ruska kręciołka( jak największy talerz), kto miał szczęście to z NRD-ówka i...poszły konie po betonie! Złowienie kilku zębatych było zupełną codziennością gdzieś do przełomu lat 70-80. Nie miałem jakichś okazów rekordowych, a największym sukcesem było złowienie 2 szt jednego po drugim w tym samym miejscu, przy kępie ziela na granicy płycizny i uskoku dna ( 3,2 kg i 2.90 kg.). Może dlatego, że szczupak nigdy nie był głównym obiektem mojego zainteresowania i zbytnio go nie ceniłem. Atakuje bowiem wszystko co obok przepływa i sprowokowanie go do ataku nie było większą sztuką. Skoro już mówię o tym co wtedy pływało w wodzie nie sposób nie wspomnieć o rakach. Było ich naprawdę sporo. Jednak nie cieszyły się zainteresowaniem ani wędkarzy ani kłusoli. Ale jak pamiętam okres zamieszkiwania w Olecku, to na przełomie lat 50-60 w obu knajpach jakie tam funkcjonowały były dania z raków Tutaj przypominało się o nich najczęściej wtedy, gdy uszczypnął za palce podczas łowienia ryb rękami. No właśnie! Czy ktoś z Was próbował to robić? W podmytych brzegach łapało się w dziurach (tam właśnie często siedział rak) niezbyt duże miętusy, płotki, kto potrafił to czasem upolował w korzeniach i gałęziach jakiegoś leszczyka czy niewielkiego jazia. Podobnie było z warkoczami ziela w korycie rzeki, ale tam już jazia i leszczyka nie było...Wiecie może, jakie ryby były najłatwiejsze do złapania rękami ? Kto zgadnie ma u mnie wirtualne piwo! Dora Panowie, dość tych bajek. Nawet nie wiedziałem, że to tyle miejsca zajmie, a przecież czeka jeszcze moja ulubiona (kiedyś) ryba...jaź.
-
Cz.II Zastanawiałem się w jaki sposób mam do tego podejść...Ujęcie wszystkiego w jedną całość byłoby nieprzejrzyste, więc doszedłem do wniosku że muszę to podzielić na 2 mniejsze podrozdziały, a mianowicie na ogólną charakterystykę terenu i warunków panujących na tym terenie i oddzielnie na sprawy stricte wędkarskie. 1. Teren i warunki Mówię tu o odcinku rzeki Narew od granicy z Białorusią (dzisiejszego zalewu Siemianówka) w dół na odcinku 30-35km. Jedna ze specyficznych cech tej rzeki, to jej typ meandrujący. Nieco niżej staje się ona rzadko spotykanym rodzajem s\cieku wodnego, a mianowicie rzeką anastomozującą, Dla zrozumienia diametralnych różnic pomiędzy tymi typami wody polecam ciekawy artykuł . Druga cecha szczególna to głębokość rzadko sięgała 2,5-3m, choć były pojedyncze miejsca z głębokością wyraźnie większą (zwłaszcza po wybuchu "granatu"). Kolejną rzeczą wyróżniającą ten odcinek Narwi to płaski teren po obu stronach rzeki i bardzo mało jakichkolwiek miejscowości.Charakterystyczną rzeczą był także brak starorzeczy i rodzaj własności przyległych do rzeki terenów.Znakomita ich większość była w posiadaniu kilku spółdzielni produkcyjnych i parafii katolickiej (tak, tak! purpuraci mieli takie "łąki" choć ich nikt nie uprawiał") Co roku na wiosnę cały ten teren był pod wodą wylewającej Narwi, a często i jesienią całość była podmokła. Brak ludzi, (w jednej z gmin nie było nawet posterunku milicji, w drugiej był komendant i 2 krawężniki), teren na obrzeżach Puszczy Białowieskiej, wszystko to powodowało, że cały omawiany teren, zwłaszcza okolice dzisiejszego zalewu Siemianówka nazywaliśmy Bieszczadami. Było... nie, źle mówię, że było, kwitło kłusownictwo i bimbrownictwo. Gdzieś do pierwszych 80-tych nikt się nie przejmował ani PZW, ani tym bardziej jakąś kartą wędkarską.Po co, jeśli ryb było naprawdę w bród, nikt Cię nie kontrolował, no bo i kto miał to zrobić, i taka zresztą była świadomość mieszkańców. Tkwiły w umysłach ludzkich jakieś prawa nadane kiedyś przez cara, przeświadczenie, że ryby są nasze, wspólne i nikomu nic do tego. Wspomniałem o braku kontroli...Przepraszam. w latach chyba 1967-68 był w powiecie wędkarz-prokurator, który nieopatrznie miał odwagę poprosić paru łobuzów o kartę wędkarską. Został wrzucony do wody i odpowiednio pouczony. Nigdy więcej go nad rzeką na tamtym terenie nie widziano... "Granaty", trotyl nie były niczym nadzwyczajnym i często słychać było jak ziemia zadrżała. Różne, sieci,kłomle i inne cuda były w większości gospodarstw.Jednak ryb nikomu nie brakowało. dziwne? Na początku lat 80 - tych Spółdzielnie zaczęły próbować uprawiać i nawozić nadrzeczne łąki i to był początek końca rybnych zasobów tej rzeki, która często śni mi się po nocach. Kiedy późną wiosną opadała wylana woda,wśród traw było dużo martwych, zatrutych nawozami ryb. Obumarcia rzeki dopełniła budowa Zalewu Siemianówka. Kupy gnoju, śmieci, belki i krokwie pływały i gniły przez długie miesiące. Raj czystej wody, zakoli rzecznych i podmytych brzegów, kęp krzaków z cudownymi miejscówkami, minął bezpowrotnie. Dziś jest to zwykła strużka wody w rowie, gdzie widok jakiejkolwiek ryby jest godny sfotografowania, a spotkanie wszechobecnego kiedyś raka graniczy z cudem . Pojawiły się bobry...Nie ma miejsc na tarliska, ani ostoi dla ryb. ...Nie chcę się rozwodzić nad "wielkim sukcesem twórców zalewu", bo serce się kraje, gdy przypomnę tamte czasy... Cdn
-
Oddam za rozsądne złotówki wszyskie te zabawki. Jak widać część jast jeszcze w oryginalnych opakowaniach, reszta bez śladu używalności (założone 2-3 razy). Cena do uzgodnienia, nie ma problemu. Kontakt na priv z propozycją P.S. Mogę jedynie dodać, że ich praca faktycznie imituje poruszanie się ryby chorej, rannej
-
Cz.I Niektórzy jak widzę, dzielili się swymi przygodami z wędkarstwem i nabytym doświadczeniem w tej mierze. Chcę i ja coś o tym napisać, może kogoś zainteresują czasy od lat 50-tych ubiegłego wieku, bo wtedy właśnie załapałem tego bakcyla. Starsi wiedzą, pamiętają , młodsi mogą jedynie znać z opowieści jak wyglądało wtedy wędkarstwo, jaki był sprzęt, co i jak się łowiło. Proszę tylko czytających o to by nie uogólniali mych spostrzeżeń i uwag. Odnoszą się one bowiem do czasów, miejsc i warunków bardzo specyficznych, w których przeżywałem swe wędkarskie przygody. Ta specyfika będzie zwłaszcza widoczna w części II i III, chociaż i da się zauważyć sytuacje nieco nietypowe Tyle słów wstępu, ad rem... Wszystko zaczęło się gdy miałem kilka lat. Mieszkałem nad jez. Olecko Wielkie niemal nad jego brzegiem. Moje pierwsze kontakty fizyczne z rybami kojarzą mi się z przyczepami pełnymi okoni, płotek, leszczyków...Tak, tak! Tym m.in. w latach 50-ych karmiono w PGR trzodę chlewną. Gospodarstwo Rybackie jakie tam funkcjonowało, było nie tyle zobowiązane do zarybiania i rzetelnej gospodarki ile do pomocy właśnie PGR-om. A że nie brakowało ani jezior ani tych ostatnich toczyło się to wszystko jak partia przykazała. Tata był pracownikiem takiego przedsiębiorstwa i parokrotnie widziałem przeładunek i rozładunek takiego towaru. Parzono te ryby w jakichś kadziach i dawano świniom do jedzenia... Inny powód, że "zachorowałem na ryby"to widok wyłażących z dużej metalowej miednicy węgorzy... Pamiętam, że jakiś znajomy Rodziców przywiózł je do domu pod ich nieobecność i kazał babci przynieść miskę bo ma ryby. Gdy z rozwiązanego worka wrzucił je do miski, babcia w krzyk i uciekła do pokoju, a ja jako 8-9 letni gówniarz miałem radochę! Łapałem je z podłogi starając się umieścić z powrotem w misie, ale to była syzyfowa praca. Dopiero powrót ojca uwolnił mnie od tej zabawy, ale przyznaję, że podobało mi się takie "łowienie" No i był kolejny przyczynek by zachorować na wodę i to co w niej żyje, a mianowicie miejsce zamieszkania... Do brzegu jeziora, tzw. Szyjki (ciekawych odsyłam do wujka Googla, wystarczy wpisać jezioro Olecko szyjka) miałem raptem 800m. Każda wolna chwila, każda nieuwaga matki, nie mówiąc już o wakacjach i było się nad wodą. Ta Szyjka to było bardzo duże zwężenie jeziora (ok 150m?) i dzika plaża 30-40 m. Z "mojego" brzegu przy samych trzcinach za plażą była miejscówka na krasnopiórki (nikt inaczej ich nie nazywał).Zawsze była okupowana przez 2 facetów na zmianę. Chodziliśmy patrzeć jak ciągają te wzdręgi jedna po drugiej i wracałem do domu kombinując jak tam sie dostanę, gdy już będę miał wędkę. W bliższej ani dalszej rodzinie nikt się w rybki nie bawił, a mnie ciągnęło jak cholera! Ale skąd wziąć wędkę?! Pamiętam, że w jedynym sklepie sportowo-wędkarskim był chyba ruskie bambusy. Na prośbę by mama dała mi na ten kij pieniądze oberwałem ścierą i tyle. To co uciułałem jakoś nie wystarczało. Przy okazji wizyty w domu jakiegoś znajomego taty, obiecał mi on że zrobi mi wędkę z leszczyny.Była naprawdę długa, nie wiem jak długa, ale wiem, że dla gówniarza 8-9 lat to był cudowny sprzęt. To nic że beż kołowrotka (nawet nie śmiałem o tym marzyć!), ale ze spławikiem, żyłką, haczykiem... Istne cudo. Gdy radośnie podskakiwałem twierdząc że taka to sięgnę do połowy szyjki, miny ojca i tego znajomego były bezcenne... Dużo później udało mi się kupić jakiś kołowrotek, wiem że malutki, o ruchomej szpuli. Żeby móc rzucić dalej niż bez niego, odwijało się 3-4 m żyłki, układało równo na trawie i dopiero następował rzut... W każdym razie na tę wędkę łowiło się płotki,krąpiki, okonie.Nigdy jednak nie udało mi się połowić wzdręg na tamtej miejscówce, było za głęboko. Ci faceci stali po pas niemal w wodzie. Aha!...Karta wędkarska. A cóż to takiego?! Chyba nikt w tamtych latach na tamtych terenach nie myślał i w większości nie wiedział o czymś takim. Nie pamiętam aby przez te 7-9 lat kiedykolwiek ktoś nas kontrolował, czy choćby wspomniał, że taka kontrola jest możliwa... Kiedyś uruchomiono żwirownie niedaleko Szyjki i to chyba jej pracownicy zrobili niewielki post przy samych trzcinach...Któregoś dna siedzieliśmy na nim z bratem, próbując swych sił w łowieniu ale nic nie brało, nawet z uklejką był problem. Podeszli i usiedli na brzegu jacyś pracownicy tej żwirowni pytając czy biorą. -Macie źle przygotowane robaki, na takie ciężko się łowi-powiedział któryś z nich. -Jurek przynieś trochę tego specyfiku-zwrócił się do kolegi.- Po chwili gość przyniósł w puszce po konserwie nieco jakiegoś niezbyt mile pachnącego płynu. Po zamoczeniu robaków i zarzuceniu, na wodzie ukazały się kolorowe plamy, a chichoty robotników potwierdziły nasze podejrzenia.To była ropa... Utkwił mi w pamięci jeszcze taki fakt...Staliśmy z bratem po kolana w wodzie łowiąc płotki, ubrania na brzegu. W pewnej chwili brat krzyczy- Spodnie,patrz!- Obejrzałem się za siebie... Pasąca się na brzegu krowa (chyba zerwana z łańcucha) przeżuwająca moje spodenki! wracałem w kąpielówkach i za cholerę nie udało się przekonać mej mamy, że to krowa zjadła mi spodnie. Takie zabawy z łowieniem trwały do 1965 roku, kiedy pożegnałem Olecko i zamieszkałem nad Narwią, ale to już inna bajka w części nt II CDN
-
Szukam, szukam i nie znajduje, więc chyba źle szukam...Chodzi o jakieś pudełko/futerał/portfel na spławiki do Wagglera, Craluso lub Ekspert. Są one długie więc mam pytanie jak je przechowujecie? Jakie na to pomysły? Pozdrawiam
-
Jarku, nie wpieniaj się bo szkoda zdrowia! Może Zbyszek miał zły humor, gorszy dzień, chociaż to i tak nie usprawiedliwia takiego zachowania.Tacy ludzie zdarzają się również i w "stolycy", nie tylko na wsi jak sugeruje Zbyszek. Nieładnie!!! P.S. Na dodatek przed samymi Świętami
-
No to w najbliższym czasie coś i ja wyskrobię... Pozdrawiam
-
Panowie mam takie pytanie: czy nie korci Was czasem napisać i poczytać parę wspominków jak to było z Waszymi iinnych poczatkami wędkarstwa, jak się to kochane wariactwo zaczęlo? Pytam zwłaszcza osoby doswiadczone stażem, "wiekowe" , bo to były czasy,które już nie wrócą, aktóre osoby młodsze mogą usłyszeć tylko od nas, starych pryków.Inna była natura, inne rzeki ,a nawet ryby(!), już nie mówiąc o technikach i sprzęcie łowiącym. Szukałem takiego działu i albo go faktycznie nie ma albo coś mi umknęło... Wydaje mi się, że byłby to kącik dość ciekawy i ukazujący kawałek i naszych osobistych historii i śmiem twierdzić że kawałek historii wędkarstwa... Co o tym sądzicie, może warto się nad tym pochylić? Pozdrawiam
-
Mam to samo, ale reszta tego co piszesz to nie z mojej bajki...Ty jesteś WĘDKARZ, ja tylko maleńki wędkarzyk
-
Jarku, ja to wszystko rozumiem, tylko jest między nami "maleńka" różnica w rozeznaniu sprzętu. Może nie w stażu wędkarskim ale w znajomości dzisiejszego sprzętu różnica ogromna i zasadnicza. Ty jak szukasz konkretnego kręciołka i okazuje się, że jest niedostępny masz już w zanadrzu kolejny bardzo podobny. Dla mnie w te sytuacji problem zamiany byłby olbrzymi. Jestem człekiem starej daty szczególnie w tym względzie, dla mnie te wszystkie nowości, gliny, ziemie, atraktory i cała reszta to czarna magia. Mam we krwi stare nawyki, może dlatego że przez parę lat zupełnie nie łoiłem(zdrowie i inne przyczyny).Może kiedyś zacznę pisać jakieś wspomnienia związane z wędkarstwem, ku uciesze dzisiejszych młokosów Pozdrawiam
-
Jarekto też pomysł,a le może Mikołaj coś na gwiazdkę podrzuci? Ale za podpowiedcx dziękuję! i pozdrawiam P.S. Odnośnie złamanych wędek jedynie raz w życiu na kilkadziesiąt lat udało mi się tego dokonać.Łowiłem okonie na paproszki jakąś sklejanką do tego przeznaczoną i wdepnąłem w jakąś głęboką dziurę, ratując się przed upadkiem odruchowo upuściłem wędkę i niestety, ale upadek i tak nastąpił i to właśnie na leżące wędzisko . W sumie to nie bardzo wiedziałemna co się bardziej wpieniłem: na bolacą nogę i plecy(prwdę mówić długo mi ona mocno dokuczała!), czy też na zniszczony sprzęt
-
Cyba tak trzeba zrobić Danielu...Dziękuję
-
No takiego układu jak Docio to ja nie mam, ale dzięki chłopy za wyjaśnienia. Sądziłem, że bardzo trudno byłoby to zgrać, ale wolałem się upewnić... Krzysztof masz zapewne rację, ale ja zrobić tego nie potrafię z prostej przyczyny: trzeba być osobą naprawdęznajaca się na sprzęcie, wiedząca co i za ile i w zamian za co itd,itp. Gdybyś mieszkał blizej mnie,a nie pod Łańcutem to zaprosił bym Cie na dobre piwo, pogadałoby się i może byś mi taki zestaw skompletował i zamówił. W tej sytuacji jednak nie śmiem nikogo prosić o taką przysługę, bo ostatecznie brak kasy to mój kłopot i nie mogę go zwalić na dłowę kogoś innego Tym niemniej wielkie dzięki za podpowiedż Pozdrawiam P.S. Sprzęt do moich potrzeb uległ by na 100 % poprawkom, gdyż nie dodałem (sierota ze mnie!), że moje wypady na ryby to w sumie maksymalnie kilkanaście razy w roku, więc eksploatacja takiego sprzęty jest raczej niewielka. Ale jak pisałem trza się na nim znać
-
Rozumiem, Krzysztofie, dziękować! Panowie, powiedzcie mi jak to jest dokładniej z zakupami w necie. Nie bawiłem się w to zbyt często, i nie mam rozeznania, więc jeśli chcecie się pośmiać z mojej niewiedzy, to śmiało, ale w kułak, ok? Sprawa wyglada tak...Chcę kupić w necie np.MIKADO EXCELLENCE MATCH 420 5-25g, Ryobi VIRTUS szp.alum. 2000 4BB+Inf.AR, Dragon MegaBaits Tactix SL Match 4,20m 15g żyłkę Trabucco Match 0,18 i 0,16 , spławiki Cristal, Middy i szereg innej drobnicy. Tak na goraco okazuje się, że jeśli znajduję gdzież np poz 1, to nie ma pozostałych, jak maa np taką zyłke to nie ma kreciołki itd, itp. To sie wiąże z tym, że każdy z nich doliczy za wysyłkę po 15-18 złociszy i X 5-6 zamówień...70-90 zł mam w plecy, a więc prawie cena jakiegoś kołowrotka. Czy jest jakiś sposób uniwersalny by ten koszt ograniczyć, by znaleźć sprzedawcę majacego większość potrzebnych rzeczy? Da się to jakoś wykombinować, czy trzeba szukać na omacek? Jak to jest, jak Wy to robicie? Dla mnie te kilkadziesiąt zł to dość sporo...niestety, więc szukam jakiejś optymalizacji Pozdrawiam
-
Chłopaki, teraz wpadło mi w oko, że Mikado Excellence Match 420 ma pustą szczytówkę i nie wiem , czy to ja dyskwalifikuje do mych potrzeb, czy nie ma to większego znaczenia. Jakie jest Wasze zdanie? Pozdrawiam
-
Michał, źle mnie zrozumiałeś, albo ja sie wyraziłem nieprecyzjnie...Chodzi mi o to, że może ktoś chciał coś jeszcze napisać i zapomniał, albo teraz przyszło coś komuś do głowy by śmiało to dopisał i uzupełnił. Bo z grubsza biorąc masz rację, mam chyba wszystko by stworzyć zestaw, Ale wiedzy nigdy za wiele, prawda?
-
Chłopakimoże zróbmy tak: jeśli cojescze nie zostało poruszone lub omówione zbyt ogólnikowo bardzo proszę o dokładkęJeżeli ktoś ma coś jeszcze do dodania, wyjaśnienia, uzupełnienia będę wdzięczny za takie dopiski. Chyba przyszła pora by jakoś temat zamknąć definitywnie, obraz co kupić i jak to poskładać by miało sens już jakiś mam... Poczekam więc jeszcze 3-4 dni na ewentualne uzupełnienia i dam znać co wybrałem, Na razie ogromne podziękowania wszystkim za okazaną pomoc Pozdrawiam
-
Krazysztof...jasne, dzięki!
-
Michał...Dzięki za dość szeroką odpowiedź, ale ...Zawsze jest to "ale"..Nie bardzo wiem jak mam sprawdzić sprawę serwisu np Gragona czy Mikado. Nigdy z tego nie korzystałem. Super podzieliłeś mi spławiki , przeraża mnie tylko ich długość (może dlatego, że nigdy z takich nie korzystałem?). Albo wszystko jest ok.30cm, albo ja źle oś odczytuję...Aha jakich mam szukać antenek zamiennych do spławików, jakoś tego nie widzę... Możesz to jakoś mi przybliżyć? No i sprawa żyłki...może jakiś konkret? Możesz pisać na priv, jak coś... Pozdrawiam
-
Mam 2 miejscówki gdzie mam właśnie duży spad i również pomost, dlatego wspomniałem o sliderze, ale generalnie bedzie waggler To już jest w zasięgu moich możliwości, dzięki! Ale o kręciołkach może jewszcze ktoś ,coś???
-
Panowie, powoli coś się klaruje...Wędeczkę mam do wyboru albo Dragon MegaBaits Tactix SL Match albo Mikado Excellence Match Sprawa więc do rozważenia ale raczej problemu być nie powinno. Dzięki wielke za pomoc i podpowiedzi! Ale skoro jest patyk to potrzebna i kręciołka i inne rzeczy, więc prośba o konkretne towary nadal jest na czasie.., A więc kołowrotek. Kurde, te o których piszecie...raczej nie na kieszeń chudego emeryta. Nie da się czegoś do 100 PLN? Dodatkowe wyjaśnienie, że chciałbym się przestawic i spróbować metody z Waglerem (tak, tak to te filmik Luka!), o której czytam już od dawna, ale ze spławikiem przelotowym tupu slider. Do tego szukam żyłki (powinna być tonąca,prawda?), tu gdzie łowie to okazem jest lin czy karp parukilogramowy Może przy Waszej pomocy uda mi się wszystko skompletować za rozsądne pieniadze i w miarę dobrej jakości i nowy sezon nad wodą będzie zupełnie nową i odmienną przygodą od dotychczasowych? Piszcie, proszę i proponujcie Pozdrawiam
- Poprzednia
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- Dalej
-
Strona 7 z 8
