Skocz do zawartości

Jotes

Zespół AS
  • Postów

    2 760
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Jotes

  1. No chyba jutro przygotuję jeden kijek na ciężko, ale na wszelki wypadek będzie to konkret, sumowy do 250 g, z kołowrotkiem 12000 i plecionką 0,36 (0,5 km). Dzisiaj bardzo się woda "gotowała" wokół mnie, ale dałbym sobie toto uciąć, że to były takie, bardziej boleniowe harce. Widać coś w przyrodzie się poprzestawiało, a te ryby już do reszty skapcaniały.
  2. Niby drobnostka, ale do niedawna w Polsce nieosiągalna była. Zafundowałem sobie oryginalną szpulę typu match do Ryobi Zauber 4000. Wprawdzie kupiłem ją z myślą o jesieni i bocznym troku sandaczowym, ale chyba w niedzielę wypróbuję ją w metodzie odległościowej. Ciekaw jestem, jak się sprawdzi ten kołowrotek do tej metody?
  3. Jotes

    Znalezione w sieci

    Czyściocha
  4. No! A dzisiaj, dzisiaj - Dino złamał mi serce. Miałem taki przypadek ze sliderem Dino, że już sam nie wiem, co o tym myśleć. Wyholowałem i podebrałem leszcza, wydłubałem mu haczyk z pyska i wyrzuciłem za burtę, a sam zająłem się wrzuceniem ryby do siaty i myciem rąk. Do momentu wyrzucania pustego haczyka za burtę ze spławikiem było jeszcze wszystko OK, bujał się beztrosko na wodzie. Gdy wytarłem już ręce po myciu i podniosłem kijek, żeby założyć świerze robale i zarzucić ponownie, zbaraniałem ze zdumienia! Na żyłce nie było już slidera, kątem oka zobaczyłem go już ok 4 m za rufą, a na żyłce dyndała tylko końcówka dupki spławika. Zarzuciłem za spławik i żyłką przyciągnąłem go na długość sztycy podbieraka. Odłożyłem na bok, nie zajmując się nim w tej chwili i zmieniłem na takiej samej gramatury Cralusso Pro Match. Ryby, owszem połowiłem, ale większą przygodą dla mnie był nr ze spławikiem... Dopiero w domu okazało się, co spotkało mój slider, bujający się beztrosko na wodzie. Jakieś bydle z psimi zębami próbowało mi go "zeźreć", zostawiając na spławiku ślady swoich zębów. Sądząc po rozstawie (28 mm od kła do kła), to nie był byle sandaczyk... To stwierdziłem na wodzie: A to już w domu: No Pon Bucku kochany i jak jo mom żyć, jak mnie takie cholery na wodzie atakujom.
  5. Zbyszek, nie uwierzysz! Nie rajcuje mnie już drapieżnik. A jesienią, tradycyjnie już tylko okoń i boczny trok. Ps. Nie che mi się już wozić ze sobą aparatu, choć z samowyzwalaczem nieźle sobie dotychczas radziłem, ale to przecież dodatkowy klamot.
  6. Dzięki, zaraz sobie zaaplikuję. Taką jeszcze ciekawostkę dorzucę: Dzisiaj przeprosiłem się ze sliderami Dino i muszę przyznać, że podbiły moje serce. Dotychczas łowiłem tylko na Craluso Pro Slider, ale już widzę, że Dino biją je na łeb na szyję. Każdy jeden rzut, to celność do 0,5 m. Jeszcze tak pięknie zachowujących się w locie sliderów nie testowałem. Po zakupie Craluso, zupełnie zapomniałem, że mam przecież Dino. Skleroza nie boli... Leszek ważył 2,38 kg, a wyglądał na więcej, zważywszy, że wypasiony był jak nieboskie stworzenie. I była to ikrzyca ze sporą ilością ikry.
  7. Moja stała miejscówka okazała się w tym roku bardzo kapryśna i przestała mnie obdarzać rybami. Ostatnio, to nawet krąpie tam już przestały brać - nawet te wszędobylskie ryby się na mnie powypinały. Miałem oczywiście swoją hipotezę, co mogło spowodować taki zanik brań, a dzisiaj postanowiłem ją sprawdzić, czy faktycznie? Podejrzewałem, że ponieważ miejscówka położona jest blisko uskoku dna z 6,5 na 8 m, tam znajdują się ostoje ogromnych sumów, które się tutaj wyrwały spod wszelkiej kontroli i rozplęgły na niespotykaną skalę. Więc to może ta ich bliskość przegoniła wszystkie ryby? Wypłynąłem dzisiaj z echosondą i opłynąłem swoją miejscówkę. Sumów nie widziałem, ale za to na ekranie pojawiły się ogromne sandacze, całe skupiska, po kilka sztuk w miejscu. Sandacze, których wcześnie też tutaj nie było. Widać i one zostały wyparte ze swoich dotychczasowych stanowisk przez sumy. Białorybu, ani widu, ani słychu. Dopiero ok 50 m powyżej mojego ulubionego miejsca i trochę bliżej portu, zobaczyłem w toni i przy dnie ryby. W toni była cała masa różnej wielkości drobniejszej ryby, a przy dnie "klepki" kształtem przypominające leszcze. Stanąłem w tym miejscu na kotwicach i rozpocząłem wędkowanie. W zaledwie kilka minut od zanęcenia, pojawiły się już brania i pierwsze krąpie. Zdążyłem jednak złowić tylko 4 szt i... stało się. Podeszły leszcze. Po wyciągnięciu z wody pierwszego, przyszedł jednak taki, który wyprostował mój haczyk Ownera i zmusił do przeróbki zestawu. Przebudowałem wszystko od podstaw. Zmieniłem ciężarek z 12 na 8 g, spławik z 14 na 10 g i zmieniłem też przypon ϕ 0,12 z haczykiem nr 12, zamieniłem na ϕ 0,14 z haczykiem nr 12, ale już solidnym, kutym i żółtym. I to był trafny wybór. Wprawdzie kilka zejść/spadów zaliczyłem, ale te które wydarłem wodzie, były pewnie i mocno zacięte. Jeden z nich, odważył się nawet na duuuże akrobacje. Był imponujących rozmiarów (ok 60 cm), bardzo wypasiony i niewiarygodnie silny. Robił ze mną, co chciał. Trzy razy zaszedł za kotwicę rufową i musiałem się mooocno nagimnastykować, by go stamtąd wydłubać. Szczęśliwie wszystko się udało i podebrałem go, ale z trudem zmieścił się do podbieraka. Musiałem go siłowo, na dźwignię "złamać" w pałąk i dopiero się zmieścił. Z ciekawości go zaraz zważę, bo został zaproszony do mnie na kolację. Dzisiejsze wędkowanie zakończyłem dziesięcioma ładnymi leszczami, łowiłem od godz 8.20 do 13.00. W piątek dalsze "testy" nowej miejscówki (mam nadzieję!). Niestety, jak się samemu wędkuje, to nawet nie ma kto przyzwoitego zdjęcia zrobić.
  8. Nikomu nie było łatwo wyrobić sobie dryg orientacji na wodzie. Ja trochę przycwaniakowałem, bo pływam "po swoim" już kilkadziesiąt lat, więc znam tę wodę, jak własną kieszeń. Przynajmniej w większości mam ją obcykaną. Nie znam tylko najpłytszej części, bo to już kałuża. Swego czasu bawiłem się też w robienie mapki batymetrycznej, przynajmniej mam pamiątkę. Ta "moja woda" ma 2500 ha... Ale też będę miał biedę, jak mi wiatr poprzewraca te drzewa, które są moimi "drogowskazami". Charakterystyczne, powyginane, krzyżujące się, albo samotna brzoza nad brzegiem, a w jej tle, kolejne drzewo "drogowskaz", z którym ma się pokrywać. No i obraz na echosondzie...
  9. Zbyszek, mnie też zdarzało się podczas spinningowania wyciągać przeróżne dziwactwa. No widzę niby bojkę, ale po wyciągnięciu, okazuje się zwykłą i ordynarną pupą. Bojki zazwyczaj "odstawiałem" na miejsce, ale inne ustrojstwa kasowałem.
  10. Alek, nigdy nie ukrywałem, że moje pogonie za tą rybą, zawsze kończyły się tylko na... samej pogoni (za mrzonkami ). Ale owszem, kiedy wracałem do połowu sandaczy, to trafiały się i sumy, ale jednak nigdy nie przekroczyłem magicznego (dla mnie) 1,20 m długości. Uznałem w końcu ich wyższość i to, że nie jest mi pisane złowić dużego suma. Zresztą! Po kiego licha mi taka góra mięsa? Alek, nie mogąc oprzeć się pokusie, daję link do moich sumów gigantów. A tutaj główny bohater.
  11. No to pod tym względem u nas jest lepiej. Mam swoje ulubione miejsce, gdzie sobie nęcę i poławiam leszcze, ale nie mam potrzeby stawiania bojki. Mam tak obcykane namiary, że nie mam takiej potrzeby (spinningując też mam swoje ulubione miejscówki z dala od brzegów, na które zawsze trafiam bezbłędnie z własny6m "GPSem"). Owszem, jak przyjeżdżam nad wodę, to już przynajmniej jedna łajba stoi w pobliżu mojego miejsca nęcenia, ale facet jest na tyle grzeczny (inni też), że jeszcze nigdy nie wrąbał się "na moje miejsce". Jeden z moich znajomych swoją miejscówkę znaczy zwykłym ptasim piórem na żyłe z ciężarkiem, gdyż wychodzi z założenia, że bojka zawsze kogoś skusi do wyciągnięcia, ale pióro nie wzbudza żadnych podejrzeń.
  12. Znać się nie znam, więc nie podpowiem. To akurat jest ciężkie "rzemiosło", więc i ciężki kij jest konieczny, choć bez przesady, a i kołowrotek solidny, z wyższej półki i minimum wielkości 5000-6000, ale koniecznie o bardzo solidnej i wytrzymałej konstrukcji. Ale co konkretnie, tego już nie podpowiem. Poszperaj sobie w sklepsumowy.pl
  13. Hmm! A nie taniej było groty odłamać/odciąć? Ileż razy i ja przez to przechodziłem, zwłaszcza z woblerami?... Ale nigdy nie wpadłem na aż tak szalony pomysł, by ciąć podbierak.
  14. A luknij sobie zatem na coś takiego: 1. Taki kijek 2. I taki kołowrotek I jeszcze Ci kasy deczko zostanie na żyłkę, plecionkę i drobne "duperele". Ups! Kijka szukaj raczej do 25 g, a długość w zależności, czy z brzegu, czy z łodzi będziesz łowił.
  15. Adrian, w dzisiejszych czasach, ryba 70-80 cm, to już jest potwór. To już naprawdę zacna ryba! A ty tak piękne rybska, przeliczyłeś po 2,50 zł za każdy jej cm (200 zł : 80 cm=2,50 zł/1cm)? No już nie bądź chitrus i dołóż chociaż na 5 zł/1 cm. Sorry za żarcik! A "starczy", to jest uwiąd.
  16. Jest i kolejny księżyc, oświetlający moją twarz i oko ryby. Marcin, już się poprawiłem. Jest oryginał.
  17. Jotes

    Spławik

    I na tym cały pic polega, bo spławiki co do zasady są lekkie (oprócz szczupakowych i sumowych). A ten z kolei wyważasz tylko odpowiednim ciężarkiem lub śrucinami, co i tak powoduje, że taki zestaw spławikowy jest lekki. Jeśli będziesz łowił na spławiki o tak ogromnej gramaturze, to pewnie. Ale jeśli nie, to jedynie pozostanie Ci łowić na sprężynę, bo taka pała już się do tego nada. Masz gigantyczne braki w temacie. Cw w ogóle nie oznacza "dopuszczalnej wagi wędziska". Cw, oznacza minimalny i maksymalny ciężar zestawu (spławik+śruciny/ciężarek), którym możesz bezpiecznie, daleko i precyzyjnie zarzucić. Mieszcząc się z zestawem w granicach cw, sam kij odpowiednio się zachowuje i ładuje się podczas wyrzutu, by "wystrzelić" ten zestaw na pożądaną odległość. Nie szukaj zatem żadnego kija o gigantycznym cw, tylko skup się na kijach z oznaczeniem "Carp". To oznaczenie mówi samo za siebie - kij jest przeznaczony do połowu dużych ryb, a jego blank jest odpowiednio wzmocniony (mocniejszy od "zwykłej" spławikówki, o takim samym cw). W Twoim przypadku, w zupełności wystarczy kijek o cw do 20, albo do 25 g. Dla przykładu dam Ci link do kijka matchowego z takim oznaczeniem, ale możesz szukać też zarówno teleskopów, jak i wędzisk "float". Precision XT Match Carp.
  18. Dla chcącego, nic trudnego.
  19. Bat - początki.
  20. Całe wyposażenie do bata, jakie teraz potrzebujesz, to zaczep do żyłki z zestawem, drabinki do gotowych zestawów, które musisz sobie "ukręcić" i kilka różnych spławików (nawet od 0,5 g wzwyż, powiedzmy do 1,5 g). By kupić zaczep, to już musisz się pofatygować do sklepu razem z batem, by dopasować odpowiedni. Możesz też kupić gotowe zestawy na drabinkach (poszperaj w necie). No i tym batem połowisz jedynie w wodzie o głębokości do 3-3,20 m (pi razy drzwi), no chyba, że potraktujesz go, jako uklejówkę.
  21. Co prawda już całe "lata świetlne" nie miałem w "rencach" tej gazety, ale z tego, co pamiętam, to zastrzegali sobie w stopce redakcyjnej prawo do skrótów i poprawek. Więc poprawili. A, że w myśl innego powiedzenia "dali dupy", to już inna para kaloszy. Jednak tego, własnego babola, mimo wszystko nie przebili jeszcze.
  22. Muszę Cię zmartwić Olu. Tą serię wędek produkowano na początku lat dwutysięcznych. Sam posiadam wciąż sprawny kijek (mój ulubiony!) z tej serii, ale w wersji UL i chyba by mi serce pękło, gdyby mu się coś stało. Pozostaje Ci jedynie szukanie na aukcjach, bo i serwis nie będzie miał tego elementu. Ja w archiwum allegro znalazłem ofertę aż z 2008 roku. Ciężki orzech do zgryzienia...
  23. Ot! Kraj absurdów i paradoksów. PZW łaskawie udzieli swojemu kołu pożyczki lub dotacji na... statutowe działania. Państwo w państwie - psia jego mać!
  24. Żyję, żyję Zbyszku i nawet mam się coraz lepiej. A "liżąc rany" jeszcze troszkę dołożyłem do pieca. Po powrocie, żona podała mi nienapoczęty listek tabletek przeciwbólowych, żeby uśmierzyć ból kolana. Po dwóch godz, zawaliłem, że chyba te leki nie działają, bo ulgi nie czuję. Wziąłem ten lek do ręki, a tu się okazuje, że ja wcale go nie zażyłem, bo zapomniałem. No, jak to? Przecież w głowę się nie uderzyłem. Teraz kopara mi się sama smieje z samego siebie. Oj będzie, co wnukom opowiadać. Oj będzie! Byle się gdzieś na rybach nie zabić...
  25. Przynajmniej jeden raz w życiu zdarza się dzień, który musi na długo pozostać w pamięci wędkarza. I taki dzionek przytrafił mi się dzisiaj. Rozochocony niedzielnym połowem, ale też jutrzejszymi zawodami, zaplanowałem połowić z brzegu Zalewu Sulejowskiego, z kilkukilometrowej opaski betonowej. Pojechałem, przebrnąłem już przez dojazd, iście z rajdu "Camel trophy", a tam?... Człek obok człeka, że komar mordy by nie włożył. I tak 100 m w lewo i 100 m w prawo - wszystkie najlepsze miejscówki z dojazdem pozajmowane. Leszcz żerował, a przy mnie jeden z wędkarzy na obydwie wędki miał brania. Nie zdecydowałem się jednak na targanie klamotów na tak znaczną odległość. Zawinąłem się na pięcie i postanowiłem cofnąć się o 2 km do portu, a stamtąd wypłynąć łodzią. W porcie okazało się, że łajba jest już tak wypełniona wodą deszczową, że aż koledzy się dziwowali, że toto jeszcze trzyma się na wodzie. Chciał, nie chciał, wybrałem calutką wachę, Zacząłem już pakować klamoty i szykować się do wyjścia z portu, a tu nagle trach!... Na mokrej i obślimaczałej podłodze wpadłem w poślizg, lewe kolano najpierw przegięło się w tył, potem podwinęło się pode mnie i sru... dupskiem jeszcze go przygniotłem boleśnie. Ale żeby było śmieszniej, jak wpadałem pod obrotowy fotel, to jeszcze rozwaliłem do krwi (niemal ostatniej) łydkę tuż pod prawym kolanem. To chyba był pełen szpagat, z przysiadem na klejnoty - przynajmniej tak mi się wydaje. Qurna! Ból tak okrutny, że nie mogłem się wygraćkać i stanąć na kopytka. I trudno było określić w tej chwili, co bardziej boli. Wreszcie po jakimś czasie na tyle doszedłem do siebie, że odbiłem od trapu i... dokonałem mrożącego krew w żyłach odkrycia. No teraz, to już para ze mnie buchała wszelkimi otworami, a qwy sypały się tak gęsto, że aż echo niosło po wodzie! Przez uszkodzenie laminatu na podłodze, które "zafundował" mi kiedyś kolega, gdy z ręki wyślizgnął mu się akumulator, wpłynęło tyle wody, ile znajdowało się w samej łajbie (naczynia połączone). Rzecz jasna, jako twardziela, nie zraziło mnie to zbytnio, choć moją wściekłość rozpaliło do czerwoności. Wypłynąłem. Na miejscu postawiłem obie kotwice i zacząłem wyważać pierwszy zestaw, jednak wtedy okazało się, że problem jest o wiele większy, niż by się mogło wydawać. Podczas każdego jednego ruchu na łodzi, gdy mój ciężar choćby odrobinę przesuwał się poza jej oś, pod podłogą powstawało takie tsunami, że łajba pod ciężarem tej wszystkiej wody wewnątrz, łapała gwałtownie taki przechył, - to na prawo, to na lewo - że tylko koński włos brakowało, by przelało się przez burtę i zatopiło ją całkowicie. I choć jestem łysy, to czułem jak na mojej grzywce, szczecina staje mi dęba. A i skóra zaczęła mi się marszczyć na dupsku! Na domiar złego, ponieważ nie planowałem tego dnia wypływać, to nie miałem ze sobą kamizelki ratunkowej... Delikatnie, na paluszkach i nie wychylając się już poza oś symetrii łodzi, podniosłem kotwice, delikatnie i ostrożnie wywaliłem za burtę 12 litrów świeżuteńkiej, smakowitej zanęty i równie delikatnie spłynąłem do portu. Klamoty wyłożyłem na trap, wysiadłem i sru!... Odezwało się moje lewe kolano. Ból był tak silny i paraliżujący, że z jego powodu, omal nie przegryzłem stalowej barierki, na której zawisłem - chociaż żem szczerbaty jest. Przycumowałem wreszcie łajbę, zebrałem swoje "zabawki" i kuśtykając, to na prawe, to na lewe - obolałe kolano – i z oczywistych względów w dość szerokim rozkroku, dotarłem wreszcie do auta i po tak emocjonujących przygodach, wróciłem do domu. Po drodze jednak, jeszcze nie było mi do śmiechu. I jakiż z tego morał? - To nie był mój dzień na ryby! Już ja go sobie zapamiętam...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...