Skocz do zawartości

Jotes

Zespół AS
  • Postów

    2 760
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Jotes

  1. Fotka wszystko wyjaśni.
  2. Załóż ten kołowrotek do tego kijka, zrób zdjęcie i wstaw tutaj. Bo jak czytam Twój opis, to już mi oko zaczęło latać.
  3. By się o takie detale nie martwić, należy ok 1-1,5 m plecionki pomalować markerem czarnym i ten dylemat znika.
  4. Taka obsługa wędki, wyprostuje każdego parabolika na full. Tu też prawa fizyki są niezaprzeczalne. Po zastanowieniu stwierdzam, że w tym przypadku nie może być mowy o paraboliku, a o akcji szczytowej i ogromnym cw.
  5. Nie chcę nikogo drażnić i nie chcę być drażniony, tak tylko wspomniałem o sile odśrodkowej, bo o niej tu mowa. A ostrożnie, to ja się wycofam z tematu, ale jednak pozostanę przy swoim i Tobie to samo doradzam. To będzie tak zwany kompromis.
  6. No, no! Ładny zakup. A jeśli chodzi o moje Carlusso, to w takim razie zostawię je na płytsze łowiska, bo i takich się spodziewam. Dzięki za podpowiedź! Ps. Wagglery bez wstępnego dociążenia nie nadają się na moje łowisko, gdyż zmuszony jestem łowić w nim na minimum 30 m od brzegu. Z łodzi owszem, mogą być, ale i z brzegu będę łowił.
  7. Chyba mnie nie zrozumiałeś Zbyszek. Ja nie Tobie nie wierzę, a jakimś bzdurnym amerykańskim, kretyńskim filmikom. A, że użytkownicy narzekają, to cóż? Złej baletnicy, przeszkadza rąbek od spódnicy. Nie zgadzam się też i z takim stwierdzeniem/wnioskiem wyciągniętym z amerykańskiego filmiku: Sorry Zbyszek, ale gdyby wierzyć jakiemuś nawiedzonemu amerykańcowi, a raczej jakiemuś zupełnemu beztalenciu - bo tylko zupełne beztalencie mogłoby sobie własną przynętą palnąć w pusty łeb! - to coś takiego byłoby wbrew wszelkim prawom fizyki. Żadną tajemnicą nie jest, że wyrzucana przynęta musi!, bez żadnej łaski, pokonać drogę taką, jak szczytówka, ale o większym promieniu. Czyli promień szczytówki plus zwis żyłki. A w tym momencie, o którym Ty napisałeś powyżej, że szczytówka zostaje z tyłu razem z zestawem, to akurat przynęta musi obowiązkowo być już wychylona po łuku do góry - na zasadzie wahadła! Innej fizyki nie ma, są tylko gdybania "parafizyczne".
  8. Ale z obrazka wynika, że to raczej na dużego drapieżnika, bo karp się wystrachał tych... kulek z proteinami.
  9. Nie wierzę. Ale możliwe, że moje full paraboliki; Zebco, Fenwick (rodowite amerykany), Tica i "Mykadło", są tak inteligentne, że mnie po prostu oszczędzają. A nie wyobrażam sobie innego rzutu z łodzi, jak tylko znad/zza głowy. Amerykany to sprzedawcy kitu, a ja jako praktyk nie łykam tego. A filmik, jak to filmik. Krążą w sieci różne idiotyczne filmiki amerykańskie.
  10. No, puściłeś sygnał i wiem, że trzeba będzie ten element zabezpieczyć gliceryną, żeby wydłużyć jej żywotność. A napisz jeszcze Kuba, czy ten wagglerek nada mi się na wodę 6,5 m głębokości? Oczywiście wykorzystując w pełni możliwość jego dociążenia na żyłce.
  11. Brawo Spławiku! Jeszcze Ci została cała masa starego "złomu". Pamiątki z dobrych lat. Czapka z głowy. Ja do pewnego momentu robiłem wszystko od podstaw, a potem się wycwaniłem, kupowałem jakieś gotowe, upatrzone woblery (nawet SDR) i z lenistwa tylko przerabiałem. A i bałaganu w kuchni mniej. Robiłem kiedyś też ołowianki na wzór tej mojej blachy z kwasówki. Najpierw robiłem stelaż z drutu 0,5 mm, a potem docinałem z blachy ołowianej grubości 1 mm podwójny kształt, składałem na pół, wkładałem w środek stelaż i zaklepywałem lekko. A potem delikatnie pilniczkiem opiłowałem i gotowe. Ołowianki były niezastąpione w bardzo słoneczną pogodę, jak na dworze była prawdziwa żarówa. Do blachy chromoniklowej/kwasówki miałem nieograniczony dostęp z tek racji, że pracowałem w zakładach chemicznych, w których wszystko opierało się na kwasówce, ołowiu lub aluminium. Blachy od 0,5 mm do 3 mm miałem pod dostatkiem, Ciąłem sobie odpowiednie paseczki na gilotynie i tylko potem szadkowałem na odpowiedni wymiar. Ech... to byli czasy!
  12. Dokładnie! A jeszcze dokładniej, to ustawiczna obserwacja przynęty. Począwszy od momentu wyrzutu, aż do dociągnięcia jej pod nogi. Na bankowych miejscówkach, gdy już nabrałem wprawy, nigdy nie rozpoczynałem od obserwacji wody. Ot, kilkunastosekundowy rzut oka i do boju. Po wyrzuceniu przynęty zawsze obserwowałem jej lot, a kabłąk zamykałem, gdy znajdowała się 1-2 m nad wodą. Żyłka się prostowała, a przynęta delikatnie siadała na wodzie. Od tej pory nie spuszczałem jej z oczu. Kij na godz 1 i ściąganie w różnym tempie, od czasu do czasu delikatny ruch szczytówką (do góry, na dół lub w bok), by sprowokować branie. Po takich ruchach szczytówką, moje przynęty robiły to coś, co wyzwalało w boleniach najdziksze instynkty: delikatnie zasmużył, zrobił krechę na wodzie, unik w bok i pstryknął na powierzchni jak uklejka. To zawsze działało. Czym przynęta bliżej, tym niżej szczytówka. I żeby przynęta była nawet szczerozłota, to nie tyle ona najbardziej działa na bolenia, jak właściwe ruchy jej nadane, jej zachowania i prędkość prowadzenia - czyli wędkarz najbardziej prowokuje branie. Nigdy nie prowadziłem żadnej przynęty w ekspresowym tempie, takie opowiadania wkładam między bajki. Owszem są brania, ale jest ich mniej. Jeśli po kilkunastu rzutach nic się nie działo, to siadałem sobie na kamieniu/ziemi/trawce i dopiero obserwowałem wodę, ale kijek tuż przy ręce, gotowy do rzutu. Jeśli zaczęły buszować, to znowu je nękałem przynętami. Rozpoczynałem od "krótkodystansowych" i kolejno przechodziłem do tych dalekosiężnych wabików. Moja ulubiona godzina na bolenia, to od 18 do 21 w lato, począwszy od 1 maja. Najlepsze były słoneczne dni. Jedynie w dni wolne od pracy leciałem nad wodę już z rańca. Nigdy też nie pełzałem, nie czołgałem się i nie kryłem za krzakami, tylko normalnie podchodziłem wyprostowany. Ot, takie moje własne doświadczenia.
  13. Dawid, napisz no jeszcze o Twoich sposobach prowadzenia przynęty. Zarzucasz i co? Rozglądasz się za żerującym boleniem, coś innego obserwujesz? Co podczas prowadzenia przynęty przykuwa Twoją uwagę?
  14. Tak mi się jeszcze przypomniało, że jeśli idzie o doświadczenie z Carlusso, to Kuba (ŁYSY0312) pisał o nich pozytywnie w innym temacie. Ja m.in w oparciu o jego opinię dokonuję wyborów - robię mu konkurencję.
  15. No kurna! Sprawdzałem teraz i wyświetla właśnie ten waggler, a pod spodem jest filmik. Któryś z naszych mistrzów go prezentuje i właśnie na stronie leszcz.eu. I w tym sklepie mam upatrzone inne wagglery.
  16. OK! To i ja dołożę swoje 3 grosze. A ponieważ za tą właśnie rybą uganiałem się przez minimum 20 lat, to i miałem swoje pomysły/patenty i jakieś tam doświadczenie. Już o tym pisałem, ale na marginesie wspomnę jeszcze, że największą frajdę sprawiało mi ożywienie czegokolwiek i jakiejkolwiek bzdury, która okazywała się skuteczna na ryby. Moim pierwszym pomysłem w drugiej połowie lat siedemdziesiątych była taka blaszka: Boleniówka Ale również ożywiałem przeróżne przedmioty codziennego użytku: Inne wynalazki Pierwsza od góry, to kawałek śruby chromoniklowej Ø 6 mm Trzecia od góry, to plasterek ze śruby Ø 8 mm Druga i czwarta, to najzwyklejsze w świecie elementy suwaka od ekspresu Kolejna, to właśnie moja blaszka I ostatnie dwie to kupna ruska blaszka Były też woblery i inne przynęty, m.in takie: Jeśli chodzi o moje własne, to począwszy od: 3. Tak, to jest boleniowy killer 5 cm. I robiłem je w dwóch wersjach: z takim nosem, jak widać oraz normalnie z całą głową/nie ścięty. Wobler jest tak mocno dociążony, że można nim bardzo daleko rzucić. Wpada do wody jak kamień, ale jak tylko zacznę kręcić korbą, to natychmiast zaczyna smurzyć. Delikatny ruch szczytówką powoduje krechę na wodzie, lekki odjazd w bok i pluśnięcie. Hasło do ataku! 4. A takiego Thrilla Salmo widzieli? Dalekosiężny a'la popper, własnego pomysłu przeróbka. Praca w zależności od prędkości prowadzenia przynęty. Idzie i po powierzchni wody i zanurzony głębiej. 5. Również przeróbka wg własnego pomysłu. W oryginale wobler Jaxona SDR. Od tego woblera rozpoczynałem zawsze "czesanie" ostrogi/główki. Nigdy nie pchałem się od razu na jej szczyt, tylko jakieś 20-25 m od niego, tym właśnie popperem rozpoczynałem obławiać najbliższą okolicę szczytu główki - na zasadzie "najciemniej jest pod latarnią". Wobler posyłałem blisko główki i wzdłuż niej, rzucając w warkocz. Brania najczęściej następowały na pograniczu warkocza i tej spokojniejszej, ale i też zupełnie na spokojnej wodzie. Dopiero po obłowieniu tego fragmentu wody przechodziłem dalej, wydłużając zasięg, ale i kolejno zmieniając przynęty aż do dalekosiężnych. 6. No i tu jest asior nad asiory, ale nadal objęty tajemnicą. Tym woblerem mam największy zasięg rzutów. Wpada do wody jak ołowiana kula, ale już wolne prowadzenie wynurza go. Przy odpowiednim sposobie prowadzenia, może iść zarówno głębiej, jak i też delikatnie czasem smuży, a przy odpowiednim ruchu kija robi krechę, odjeżdża lekko w bok i wykonuje charakterystyczne dla uklei pluśnięcie. Widziałeś pewnie nie jeden raz nietrafiony atak bolenia w ukleję? To ten wobler zachowuje się tak jak ta ukleja robiąca krechę, unik w bok i pluśnięcie. Ten wyzwala najdziksze instynkty w boleniach. 7. Ten "woblerek", to nic innego, jak wypiłowany z kwadratu aluminiowego kształt rybki i zamocowane w nim oczka. W latach siedemdziesiątych też killer. 8. Podlodówka holo Jaxona. 9 i 10. To już opisane wcześniej przynęty. Natomiast, jeśli chodzi o sprzęt do połowu boleni, to ja najlepiej wspominam kijek paraboliczny 5-20 g, o długości 3 m. Ale wyłącznie z żyłką 0,20 mm - więcej mi nie było potrzeba. O kołowrotkach się nie rozpisuję, bo było ich wiele i różnych. Hamulec ustawiałem lekuchno, bo miewałem przypadki, że boleń zabierał mi przynętę - przy kopnięciu zrywał żyłkę. Podczas brania, ten kijek po prostu pięknie się składał w okrąg, nigdy nie miałem potrzeby zacinania tej ryby, gdyż walnięcie jest takie, że zapinały się same. Na kijach o akcji szczytowej, miałem wiele spadów i nietrafionych ataków, na paraboliku się nie zdarzają. I wiem, że niektórzy "łofcy" pogardliwie nazywają te kijki krowimi ogonami, łytami, etc, ale mnie to akurat wisi. Ja sobie doskonale nim poczynałem, a i na długość rzutów nie miałem prawa narzekać. Spróbuj kiedyś, a na pewno się zakochasz w "krowim ogonie". Ps. Jeśli chodzi o przynęty, to jeszcze nie wszystkie tutaj pokazałem. Mam jeszcze i większe od tych bo 7-8 i 9 cm, ale nie chce mi się pedałować do kanciapy po pudełka i szukać ich. Połamania!
  17. Dawid, czy dopuszczasz w Twoim autorskim temacie dyskusję i wymianę poglądów? A fotkę można wstawić?
  18. Zbyszku, u nas Carlusso są niedostępne, więc nie mam z nimi żadnych doświadczeń. Skorzystałem z okazji i razem z wędką kupiłem te dwa, bo jak do połowu z łodzi, one mi w zupełności wystarczą. Pod ten 8 g, można max podwiesić 3,7 g na żyłce i to już jest dla mnie świat i ludzie na nim. Tak przynajmniej jest w tym filmiku Te dwa, to jeszcze nie koniec moich zakupów, bo mam namierzone jeszcze inne Carlusso i Lorpio, ale już w innym sklepie. A z wędką miałem trochę trudny wybór, bo celowałem też w ten kijek ale ostatecznie wybrałem do 25 g na nasze lechony. Na ten sezon nastawiam się bardzo bojowo.
  19. To i ja napiszę, co przed chwilą zakupiłem na nowy sezon. 1. Odległościówka Trabucco 2. I takie dwa wagglery 8 g
  20. Jotes

    Nogat

    I u mnie wielki szacun - czapką do ziemi kłaniam się. A jednocześnie zastanawia mnie przyczyna tej wywrotki. I tylko na tak delikatnej "pralce"? Pismaki nie widzieli w życiu porywistego wiatru na wodzie, ani konkretnej fali... Brawo Calvuss!
  21. Ja takich asiorów używam, jak inne przynęty zawodzą i brak już pomysła na dalsze połowy. Dopiero wtedy wór się otwiera.
  22. Jakie konsultacje Krzychu? Między sobą mieliby coś konsultować, bo wiesz gdzie rządzący mają konsultacje społeczne? Polska to dziki kraj (do niedawna), a obecnie istnieje tylko w teorii - ch... d... kamieni kupa. Ministrowi nie wierzyć w diagnozę, a nawet dwóm ministrom?
  23. No! A nurt rzek i wiry w nich były tak silne, że jak koń chciał się wody napić, to mu łeb ukręciło.
  24. Aż takiej wiedzy i pamięci nie posiadam, ale na logikę, skoro było aż tak pięknie i bajecznie, to po co dorybiać?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...