Skocz do zawartości

Docio

Zespół AS
  • Postów

    5 484
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Docio

  1. Eeeee tam, się przejmujesz. Dobrze wiesz, ze nia ma takiego wędkarza, który opanowałby wszystkie kruczki na wszystkich wodach a prawda jest taka, że nie ma uniwersalnych rozwiązań. To co się sprawdza na jednej wodzie, na innej jest totalnie nieskuteczne. Często nie ma możliwości spędzenia tygodnia nad jakąś miejscówką by ją dobrze poznać. Jakakolwiek wiedza na temat takiego łowiska może skrócić ten czas nawet do trzech dni. Konkretna wiedza da zadowolenie już po kilku godzinach. Jest w tym jednak pewien szkopuł. Takie porady dotyczą konkretnej wody i konkretnego łowiska, o którym wędkarze bardzo niechętnie się rozpisują, choćby z powodu preferowania spoku i samotności w zmaganiach z rybkami. Z drugiej jednak strony konkretne rozwiązania w konkretnych przypadkach bez opisywania dokładnego łowiska są również bezcenne. No to aby nie być gołosłownym lub tym co tylko podpuszcza i oczekuje gotowców zacznę pierwszy, może się skusicie na swoje wyznania. Było to nad Wisłą. Właśnie dostałem zlecenie z Redakcji na tekst opisujący różnice gatunków: leszcz, rozpiór i krąp oraz ich rozpoznawanie wędkarskie. Sprawa banalna ale aby nie było łatwiej to obowiązkowo dorzucono mi do grupy sapę. No i zaczęły się schody, i to takie prawdziwe. Celowe łowienie sapy, to był temat którego nie chcieli się podjąć nawet najbliżsi kumple. Nie była to tajemnica, chętnie się ze mną podzielili swoją wiedzą jednak niezmiennie padało to samo stwierdzenie - przyłów przypadkowy. Ich pomoc jednak okazała się bardzo pomocna i do mitów przeniosłem wiedzę ichtiologiczną, ze sapa jest wyłącznie roślinożercą. Może w Azji tak jest, ale sapa w naszych rzekach nie stroni od dziczyzny na haku. Chcecie to wierzcie, nie chcecie to też się nie pogniewam, ale spędziłem niemal non-stop dwa tygodnie nad wodą nim doszedłem do efektów, które można już nazwać celowym łowieniem. Jedyną skuteczną metodą był połów metodą ciężkiej denki na skraju nurtu. Skraj nie mógł być zbyt blisko plosa lub prądu wstecznego, musiało dobrze ciągnąć choć to nie ścisłe koryto. Sposobem było przedłużenie przyponu. Przedłużenie znaczące gdyż minimalna skuteczna jego długość zaczynała się od metra a przynęta musiała być lekka. Długość przyponu i lekka przynęta w parze powodowało, że właśnie ta przynęta była podrywana wysoko przez nurt i unosiła się w nim, czyli znajdowała się tam, gdzie przebywały i żerowały sapy. Przedłużanie przyponu zatrzymałem na ok dwóch metrach, gdyż na tyle pozwalał mi sprzęt aby skutecznie zarzucić zestaw. Myślę tak sobie, że jeszcze metr a mogłyby brać te wieksze, bardziej ostrożne.
  2. Docio

    sygnalizator

    Tak, pod koniec lat 80-tych. Kupiłem sobie paskudnie drogi DAM - wtedy jedyny na rynku. W ogóle na rynku u nas całkowicie niedostępny. Niestety mam wątpliwości, czy Ci się przyda na łodzi, chyba że jesteś całkowicie nieruchomy na niej. Dość luźna żyłka nie sprzyja spokojowi przy połowie gruntowym, sygnalizator ciągle popiskuje. Minimalne, ciągłe ruchy żyłki ze styropianem wywołane przez falę, uciąg, czy wiatr po prostu ignorujesz. Sygnalizator nie da Ci spokoju. A co ja na tą mgłę? Ano, że popuszczasz wodze fantazji jak każdy wędkarz. Wybacz ale trudno mi uwierzyć, że na łodzi z pół metra, czy nawet metra, nie widziałeś sygnalizatora. W całym życiu raz przeżyłem poważną mgłę na wodzie, która mnie zaskoczyła. Faktycznie musiałem przestać wiosłować, bo nie widać było nic dalej niż na kilka metrów. Ale to kilka metrów a nie centymetrów.
  3. Zapomnieć? Niby zapominają, że przychodząc nad wodę można sobie spokojnie usiąść i zintegrować się z przyrodą zamiast gorączkowo rozkładać wędziska i je uzbrajać? Dotychczasowe doświadczenia jawnie temu zaprzeczają. Pokaźna grupa młodych wędkarzy internatów nie zna tego, nie wie, że można inaczej. Przyczyn jest wiele. Czasy są wyjątkowo parszywe moralnie, gdyż liczy się jedynie sukces, w jakim środowisku by się nie było. A o ten sukces wyjątkowo trudno, szczególnie statystycznemu, niezarabiającemu młodzieńcowi, którego opiekunowie często zaliczają dwa etaty od szóstej do dwudziestej. Ironią w tym jest fakt, że tak ciężko tyrają aby jemu było lżej. Poświęcając minimum czasu wymagają osiągnięć w szkole i pchają na studia nie zdając sobie sprawy, ża sami zapisują go do "wyścigu szczurów". Oczywiście powody magą być diametralnie inne od tych niemniej, gdy młody człowiek czegoś nie wie to nigdy tego nie sprawdzi. Jeśli nie będzie wiedział po co ma usiąść na kilkanaście minut nad rzeką i co obserwować, to po przyjściu rozłoży sprzęt, uzbroi, zarzuci przed siebie w sumie byle jak, byle gdzie i nie wiadomo po co. Sąsiad, po ciężkich przejściach osobistych, wychowuje wnuczkę samotnie od malutkiego. Mam okazję obserwować jej poczynania naukowe praktycznie od początku. Największe nieszczęście jakie ją spotkało to instalacja internetu. Skończyła się nauka, zaczęło się drukowanie odpowiedzi z netu. Paskudne w tym jest to, że mając właściwe odpowiedzi końcowe praktycznie nie wiedziała z czego one wynikają. Tu nawiązuję do tego spokojnego czasu i obserwacji rzeki po przyjściu nad jej brzeg. Każdy teraz może to zrobić, ale czy będzie wiedział po co i dlaczego? Niestety nie. Aby to poznać trzeba czytać, czytać i jeszcze raz rozmawiać. Dziś jest to o wiele wygodniejsze. Mnóstwo jest w necie, nie tylko w książkach, a kontakty interpersonalne stały się prostrze i łatwiejsze niż Pan Bell mógł sobie wymarzyć. Przecież to fantastyczne, że pisząc teraz, po wysłaniu tego posta będzie go mógł przeczytać każdy od Bałtyku po Tatry. Cóż więcej potrzeba do rozmowy? Do rzetelnej rozmowy bez jakichś osobistych wycieczek. W końcu każdy ma prawo do swojej opini, z którą inni nie muszą się zgadzać. Zresztą dyskusja możliwa jest tylko wtedy, gdy obie strony mają przynajmniej nieco inne zdanie. Wędkarstwo bezsprzecznie związane jest z łowieniem ryb i wszystkim tym, co stanowi tego otoczke lub efekt. Nie mam co do tego wątpliwości. Jednak nie dla mnie. I bynajmniej nie obecnie, gdy mam mnóstwo czasu wolnego, ale tak już miałem od zawsze. Lubię patrzeć w wodę mimo, że spławik kolebie się na falce. Można zobaczyć wiele, bardzo wiele, od rodzaju dna, poprzez roślinność, owady, stopień eutrofizacji a przede wszystkim, czy woda żyje. Nic tak nie cieszy jak zauważenie stadek narybku, takiego dwucentymetrowego, bo wtedy wiem, że jest szansa na porządną rybkę. A przysłowiowe edkarskie "studnie"? Owszem, zdażyło mi się i to kilkukrotnie będąc sam jak i w grupie. Studnie spotkałem zarówno na wodach gospodarowanych przez PZW jak i przez prywatnych dzierżawców. Tych drugich znacznie więcej, choć być może dlatego, że tam gdzie są jeziora PZW infrastruktura jest gorsza niż żadna. Już tak jakoś dziwnie jest, że nad wodami prywatnych dzierżawców agrogospodarstwa rosną na potęgę a nad wodami PZW wcale. Z drugiej strony wykupując zezwolenie prywatnego w agro dziś wieczorem, jutro rano przed pomostem można zastać 50m sieci a na pytanie dlaczego sprzedano i odcięto od połowu niezmiennie pada ta sama odpowiedź - planowy odłów. Imalem się przeróżnych wybiegów z różnym skutkiem, ale to opowieść w innym temacie. No to chyba uśpiłem wszystkich. A poważnie to Woldi też mógłby coś napisać, bo doświadczeń mu na pewno nie brakuje. Inni też bardzo mile widziani, ja tylko rozpocząłem ten wątek a jest w końcu otwarty dla wszystkich. No oprócz zbanowanych.
  4. O hoho. Wind nie prowadzę żadnej misji, nie miałem i nie mam takiego zamiaru. Czuję się na to zbyt młody a nie czuję już nawet minimalnego parcia na media. Nie mam, bo już je poznałem. Dorobek skromny i był dla mnie ważny przez pierwszy rok publikacji. Potem przestałem liczyć i tak ogólnie mam ponad trzydzieści publikacji w tym jedna zanektowana przez IRŚ w Olsztynie jako materiał naukowy dla studentów oraz dwie kanwy do scenariusza w serii "Na haczyku" z Andrzejem Kopiczyńskim. Książki nie zamierzam pisać, bo choć dumny jestem ze swojej wiedzy (ach ta próżność ), to ego czuje się jak najlepiej na swoim miejscu. No dobra, dość tego kokietowania. Nie pcham też łba pod laur, już prędzej pod topór krytyki. A jest tu na forum kilka osób, które już dostrzegłem, resztę proszę o wybaczenie, że jeszcze nie (naprawdę jestem tu krótko, a do czytania sporo), które wcale mi nie ustępują. To ich trzeba skłonić do odtajnienia swojej wędkarskiej wiedzy. Do ujawnienia swojego (do tej pory skrzętnie ukrywanego), sposobu na życie, czyli pasji zwanej wędkarstwem. Nie ma co kombinować, wiedza z przed ćwierćwiecza różni się od współczesnej, choćby tym, że kiedyś było ponad milion członków PZW i były ryby a dziś jest nieco ponad 600tyś i ryb nie ma. Oczywiście żartuję. Ryby są i dają się złowić nawet największym malkontentom, którzy ustawicznie twierdzą, że ryb nie ma. Problem w tym, że je coraz trudniej złowić i trzeba być naprawdę w wielu tematach na bieżąco, aby sprostać zadaniu. Kiedyś to była moja tajemnica dotycząca zanęty. Bywało, że siedzieliśmy we czterech z gruntówkami, zanęty podobne, ja łowiłem a im jakoś nie szło. Dziś tajemnica przestała być aktualna i znów muszę śledzić wszelkie informacje aby dowiedzieć się, jak skomponować nową mieszankę. Stara jeszcze działa ale to już nie to samo. Jak wspomniałem to już nie jest tajemnica, ale aby nie było zbyt łatwo to zagadka. Bawi się kto chce. Gdy woda w rzece jest zdecydowanie na niżówce, to zanęta powinna być bardziej, czy mniej aromatyzowana i dlaczego? Przypomnę jedynie, że swoją aktualność tajemnica zakończyła w połowie lat 90-tych, więc konieczne jest cofnięcie się w czasie do panujących wówczas warunków.
  5. Nie było moim celem wywołanie jakiejś rewolucji. Nawet bym tego nie chciał, bo jak historia uczy, rewolucja jest krwawa, bezwzględna a następcy decydujący o losie innych najczęściej niedokształceni. Celem moim było i jest uświadomienie wędkarzy, którzy nie mieli okazji, szansy lub chęci na ogarnięcie tego, aby nie dawali się robić sprzedawcom i marketingowcom w przysłowiowego "konia". Poznanie podstaw prowadzi w prostej linii do odpowiedzi samemu sobie, po co i dlaczego, co w konsekwencji skutkuje wnioskiem - czego potrzebuję. A jak już się uświadomi sobie swoje własne potrzeby, to o sprzęcie przestaje się myśleć jako o magicznym narzędziu połowu, na który wszędzie i zawsze coś się złowi, lecz można zająć się clue wędkarstwa, czyli poznaniem życia ryb. Poznanie tego życia, jak i gdzie żerują, jak się zachowują w poszczególnych porach roku, gdzie odpoczywają, pozwala nie tyle na celowe łowienie, co na świadome łowienie. Łowienie świadome z kolei pozwala wędkarzowi dokonanie jakże ważnego dla niego i ryb wyboru. Wyboru pomiędzy życiem a śmiercią ryb. Nie, nie mam zamiaru propagować tutaj jakiegoś no kill, czy innego C&R, to kwestia wspomnianego wyboru wędkarza łowiącego ryby świadomie. Dla przykładu coś zapodam, czyli krótkie filmiki serdecznego kolegi, który w żadnej mierze nie jest propagatorem żadnego ze wspomnianych wyżej trędów a ryby bardzo lubi i przyrządza na wiele sposobów. Dwa pierwsze filmy są bezpieczne na moim serwerze. Trzeci znajduje się na Wrzucie. Film 1 Film 2 Film 3
  6. Woldi słuszna uwaga. Chciałem tylko, aby ilość informacji w jednym poście nie była zbyt duża, gdyż elaboraty nudzą czytelnika. Wind absolutnie nie miałem konstrukcji forum na myśli. Miałem na uwadze wyłącznie dyskusje, w których niektóre przedstawione problemy powstają w głowach ludzi wyłącznie przez tych, co mylą pojęcia. Najczęściej niezamierzenie ale tak jest. Takie sztucznie powstałe problemy stwarzają zamęt w głowach tych, którzy już czegoś próbowali. Problemy się nawarstwiają, gdyż pojęcia, ktore posiadają już znaczenie nabierają nowych. W tym też momencie ma to związek z wędziskami i to wbrew pozorom bardzo ścisły. Teraz, osoby które wiedzą jakie znaczenie ma sprzęt w wedkarstwie, mogą sobie spokojnie ten akapit odpuścić. Wędkarstwo nowoczesne nie zaczęło się wczoraj ani z nowymi technologiami. Rozpoczęło się po drugiej Wojnie Światowej i trwa do dziś, choć najmłodszym dzieckiem jest metoda spinningowa. Wcześniej po prostu nie było odpowiedniego sprzętu. Zmiany w sprzęcie nastąpiły gwałtownie ale idea wędkarstwa nie zmieniła się ani o jotę. Podział systematyczny, jaki podałem, istnieje od wspomnianego okresu. Tu też się nic nie zmieniło oprócz...marketingu. Nie było kiedyś wędzisk nazywanych "bolonka" - nie było. Były za to piękne, smukłe, sześciometrowe bambusy, którymi łowiono na przepływankę odległościową. Chyba przyznacie rację, że przepływanka odległościowa nie powstała dekadę temu wraz z pojawieniem się tych wędzisk i nazwanie techniki metodą, to lekka przesada. Nie było kiedyś wędzisk typu feeder - nie było. Były za to wszelkiej maści gruntówki ze sztówkami od cieniuteńkiej do grubej jak palec. Ktoś wpadł na pomysł aby wskaźnik brań umieścić w wędzisku jako szczytówkę i to ma decydować o tym ,że to nie technika a metoda? To co w takim razie z innymi wskaźnikami jak bombki, małpki a nawet elektroniczne sygnalizatory? Nie było kiedyś lekkich spinningów - nie było. Wędziska były przeróżne a najbardziej zapamiętane to te klejone z tonkinu. Czułe i delikatne a jednocześnie bardzo wytrzymałe. Dziś królują węglówki wszelkiej maści a marketingowcy tak rozdrobnili wyroby, że praktycznie każda grupa otrzymała swoją nazwę od konkretnych gatunków lub wręcz jej przeznaczenie jest skierowane do jakiejś metody. I tak to wygląda w najogólniejszym zarysie. Moim zdaniem nie wolno ulegać nurtom marketingowym, bo można na tym nieźle się przejechać. Ot choćby taki feeder. Z nim zresztą jest związana pewna teoria spiskowa i w sumie nie wiadomo, czy brytyjczycy ukradli projekt niemcom, czy na odwrót. Faktem jest, że feeder zaprezentowany został na targach w Wielkiej Brytanii a winklepicker w Niemczech i to w tym samym dniu. Faktem też jest, że marketingowcy od momentu przełomu technologicznego w włóknach węglowych i żywicach podzielili te wędziska wpierw na: light feeder, feeder i heavy feeder, po czym light feeder zmienił nazwę na picker. A przecież ciągle jest to samo wędzisko, tylko cw się zmienia. Podobnie jest z karpiówkami i tu znów brytyjczycy maczali w tym swoje paluchy. W ciężkich gruntówkach zlikwidowano cw, dodano lbs i przerobiono całość na całkiem nową miarę krzywej ugięcia. Strzał w dziesiątkę, gdyż wędkarze "łyknęli" przynętę jak głodna rybka. Post robi się zdecydowanie za długi, więc pozwolę sobie go zakończyć swoją własną myślą, z którą absolutnie nie trzeba się zgadzać. Nowe technologie są dobre i użyteczne. Warto z nich korzystać, gdyż łowi się przyjemniej a sprzętem łatwiej operować. Nie dajmy się jedynie omamić marketingowcom. Nie dajmy sobie wcisnąć całego majdanu akcesoriów dedykowanych np: metodzie feeder, gdyż jedynym efektem takiego zakupu, będzie dwukrotnie wyższa zapłata, niż zakup tych samych akcesoriów przeznaczonych do ciężkiej denki.
  7. Nie jestem jakimś dinozaurem, choć do najmłodszych nie należę. Widzę też na forum, że jest tu kilka osób w wieku bardzo zbliżonym do mojego, czyli osób wychowanych wędkarsko na Wyganowskim, Rozwadowskim, Andrzejczyku, Stupkiewiczu, Skarżyńskim, Paladino i wielu, wielu innych jak Paruzel, choć w tym przypadku akurat jestem z Marianem po imieniu. Ale to wychowanie z dzieciństwa a obecnie aktywnym i uznanym autorom szeroko pojętego wędkarstwa także niczego nie brakuje w fachowości. Jednym z nich jest, na pewno Wam znany, dr. Paweł Oglęcki. Zapalony wędkarz, ichtiolog i wykładowca SGGW. Z nim to właśnie w sumie przegadałem wiele godzin na temat kwesti spornych lub często wprowadzających wędkarzy w zakłopotanie. Jedną z nich było rozpoznawanie gatunków ryb karpiowatych i uogólniając doszliśmy do wniosku, że rozpoznanie poszczególnych gatunków w swoich charakterystycznych grupach ryb do 5cm długości jest po prostu niemożliwe, gdyż nie ma jeszcze wykształconych cech charakterystycznych dla poszczególnych gatunków. No ale ja akurat nie o tym chciałem. Na tym forum jestem od niedawna. Nikt mnie nie namówił, nikt nie przysłał reklamy, to zasługa Winda, który sprytnie podsunął mi "przynętę" z linkiem a z tego, co już zaobserwowałem, te forum zasługuje na to co najlepsze, gdyż osoby tu obecne potrafią ze sobą rozmawiać a nie kłócić się. Niemniej przez ten czas zauważyłem to, co dzieje się w całym wędkarskim światku internetowym, a co prowadzi do nieporozumień lub niedopowiedzeń. Prowadzi także do błędnych wniosków, które utrwalając się w świadomości młodych wędkarzy doprowadzają do poważnych nieporozumień. Chodzi mianowicie o systematykę naszego wędkarstwa a wiadomo wszystkim, że gdy wszyscy posługują się tym samym systemem, to rozmowa staje się naprawdę rzeczowa, gdyż nie trzeba się domyślać, co autor miał konkretnie na myśli. Wracając do rzeczonej systematyki warto może przemyśleć, to czego zostałem nauczony i jak wspomniałem wcześniej, zapewne nie tylko ja., czyli jak podzielić metody połowu. Metody połowu są tylko trzy: 1. Gruntowa - ze spławikiem lub bez 2. Spinningowa + trolling 3. Muchowa Cała reszta to jedynie techniki. Oczywiście nikt nie musi się ze mną zgadzać i dlatego prosiłem o przemyślenie tematu. Na pewno będzie się wygodniej rozmawiało, gdy od razu będzie wiadomo o co chodzi, no przynajmniej mnie. Nie ukrywam, że chciałbym się do tematu odnieść szerzej ze szczególnym uwzględnieniem wędzisk, ale mam obawy, że dla niektórych może to byc szok.
  8. Może napisz po co lub do czego go kupiłeś, to będzie wiadomo co odpowiedzieć. Miło by było jeszcze przeczytać jakie ryby (wielkość) zamierzasz łowić i w jakiej wodzie (nurt, spokojna).
  9. Odpowiednie do bazy jaką zrobisz. Nie mam zielonego pojęcia czego będziesz używał.
  10. Wybacz ale niektóre pytania mnie "rozwalają". Google pogryzło? Na Allegro też jest szukajka i nie trzeba wielkiej praktyki aby znaleźć TO . A co do Google to po wpisaniu "formy jigowe" drugi link daje Ci piękny wybór Seitenubersicht Zaraz będzie, że to za granicą. No to kolejny link z Google i jest formywedkarskie.pl Troszeczkę chęci a nie tylko na gotowe.
  11. Mam nieodparte wrażenie, że Szymonxx nie chce łowić amatorsko lecz wyczynowo te leszczyki, dlatego potrzebne mu sito. Ilość zanęty na zawodach jest ograniczona a gotowany makaron jest po pierwsze selektywny, a po drugie ciężki. Z tego co pamiętam dla sędziów istotny jest limit wagowy suchej zanęty a to już praktycznie eliminuje makaron lub inne zaparzane składniki. Jeśli jest tak jak piszę to trzeba inaczej podejść do tematu. Zanęta, o ile nie ma innego zamiaru, musi być dobrze przetarta aby ją napowietrzyć i dokładnie rozdrobnić. Zanęta skawalona nie pracuje prawidłowo w wodzie lub wręcz nie pracuje wcale. Wszystko zależy od tego czy ma się rozpadać na dnie i uwalniać cząstki, czy też pracować smużąco. Te informacje powinny rozwiać wątpliwości co do rozmiaru oczek, gdyż rozmiar jest ściśle zależny od wielkości cząstek w zanęcie. Jak oczka będą zbyt małe, to grubsze cząstki zostaną na sicie. Jeśli za duże, to drobne cząstki będą jak "kluchy", nieroztarte. Warto przemyśleć rozwiązanie jakie jest stosowane powszechnie przez zawodników. Robią drobną zanętę, dokładnie rozcierają a dopiero po wszystkim dodają robaków, które normalnie nie przeszłyby przez oczka. W tym przypadku można zrobić podobnie. Całość drobnej zanęty przetrzeć a grubsze składniki, jak orzechy, kukurydza, itp, dodać po rostarciu i dokłądnie całość wymieszać.
  12. Jak gram to zawsze na stronie Lotto. Przynajmniej mam pewność, że nikt się nie pomylił.
  13. To jest: - dowcip - porada - wskazówka - ostrzeżenie Niepotrzebne proszę skreślić. Danielu. A przy okazji. Czy Ty aby nas nie obrażasz?
  14. Arczi skąd taka niemoc? Nie chce mi się wierzyć, że wolisz zostać przestępcą niż nieco się wysilić i odpoczywać w pełni tego słowa znaczeniu. W przypadku kontroli, nie posiadając karty wędkarskiej i dowodu tożsamości kłopoty masz gwarantowane i to bardzo poważne. Nie posiadając meldunku w kraju możesz dostać mandat płatny na miejscu albo, gdy trafisz na "urzędasa", zwinie Cię policja, zostaniesz zatrzymany i trafisz przed Sąd Grodzki. A uwierz u nas służby lubią takie akcje popisowe tym bardziej im mniejsza mieścina. Zrób to co każdy rozsądny i udaj się ze sprawą do ambasady lub konsulatu. Uzyskanie karty wędkarskiej może być prostrze niż się wydaje, gdyż prawo wyraźnie rozróżnia obywateli polskich i cudzoziemców jednocześnie wyznaczając egzaminatora do terenu zameldowania zainteresowanego. W Twoim przypadku żadna organizacja polska nie może przeprowadzić egzaminu, gdyż nie posiadasz naszego meldunku i fizycznie tu nie mieszkasz, więc pozostaje tylko rozwiązanie dyplomatyczne. Jednocześnie państwo nie może odmówić Ci uzyskania takiej karty, gdyż byłoby to ograniczenie Twoich praw jako obywatela. Jak posiadasz kartę innego państwa, to nie powinno być większego problemu, pozostaje jedynie kwestia naszych przepisów i opłat, które w zależności od dzierżawcy albo są jednakowe dla wszystkich, albo rozdzielone na członków i niezrzeszonych (PZW). I jeszcze jedna kwestia. Jeśli nie masz możliwości zdania egzaminu, bo po prostu nie mieszkasz w Polsce, to w przypadku braku możliwości uzyskania karty drogą dyplomatyczną pozostaje kontakt i przedstawienie sprawy w ZGPZW.
  15. Woldi no to mnie uspokoiłeś, bo już jakieś głupoty mi po głowie chodziły. O "warunkach bojowych" to nie miałbym odwagi pisać z takim przekonaniem. Nic nieszczęśliwego jeszcze Ci się nie zdarzyło i oby to nigdy nie nastąpiło, czego szczerze Ci życzę. Niestety serwisy mają całkowicie odmienne zdanie od Twojego a Jaxon prowadząc politykę pro-kliencką nawet nie dochodzi, czy to problem szczytówki, czy wędkarska nieumiejętność i wymienia. Co do wiatru to jest prawda oczywista. Wiatr i fala potrafi zirytować. Co do warunków w wodzie, to pisząc o lekkim koszyczku i twardszej szczytówce nie czujesz sprzeczności?
  16. Woldi życzę dalszych sukcesów zarówno w połowach jak i tak "udanych" interpretacjach moich wypowiedzi. Nie wiem czy nadepnąłem na odcisk, czy też to jakiś cel. Nie trzeba wielkiej wyobraźni gruntowca, wystarczy niewielka praktyka aby wiedzieć, że optymalnym obciążeniem do spokojnych najdalszych rzutów jest 60g. Dla feedera 60-80g to maksimum lub jego "niemal" i próba zarzucenia siłowego kończy się jak się kończy. Agresywne rzuty są jak najbardziej możliwe ale przy minimalnym obciążeniu, gdyż szczytówka w takim przypadku wygina się o 180° w stosunku do wędziska a przeciążona pęka tuż powyżej obsadzenia. Zaintrygowały mnie jeszcze dwie rzeczy. Ten dobór od warunków atmosferycznych to chodzi o temperaturę, wilgotność czy ciśnienie? Co masz na myśli pisząc o warunkach panujących w wodzie? O pickerze jako nieistniejącym wędzisku, a raczej jako funkcjonującej nazwie handlowej feedera nie wspominam, bo równie dobrze można pisać o nieistniejącym heavy feederze. Zastosowanie tej nazwy u tak zaawansowanego wędkarza zaczęła mnie zastanawiać, gdyż zakładam, że znasz historię powstania dwóch wędzisk, od których to wszystko się zaczęło.
  17. To jeśli można, wyłacznie na jezioro w zupełności wystarczy z cw do 60-80g. Nie, nie upieram się ale w zestawach jeziorowych nie potrzeba sprężyny z dociążeniem i sama zanęta wystarczy. To z kolei wskazuje, że można zastosować o wiele cieńsze żyłki, z których 0,26 jest dla wersji najcięższej a standardem jest stosowanie 0,18. To już jest gruntowa finezja, a więc i delikatność. Pomogą w tym szczytówki od wspomnianych feederów gdyż do wykorzystania będą wszystkie a przy wykorzystaniu małej sprężyny dającej z zanęta max 15g, obciążenia i przy najdelikatniejszej szczytówce, to na niej będzie widać jak lin ssie robala. Wszyscy dobrze wiedzą jak chimerycznie potrafią brać płocie, nawet te 30cm. Obżarte skubią przynętę niczym znudzone dziecko mieszające w talerzu widelcem. A najmocniejsza szczytówka w takim zestawie, cóz, najmocniejsza mówi sama za siebie Jest dla ekstremalnej sytuacji, gdy trzeba miotnąć te 50m z brzegu. Jednak ile takich sytuacji nas spotyka? Ile razy jedzie się w kompletne nieznane? Przy internecie i Google map jest to obecnie wręcz niemożliwe by wybrać się gdzieś i nic wcześniej się nie dowiedzieć. Decyzja jednak należy do Ciebie, gdyż to Ty wiesz, czego tak naprawdę Ci potrzeba.
  18. Nadal nie jest, choć widać znaczną poprawę. Nie można w jednym miejscu pisać o gromadzeniu danych osobowych i podawać do tego konkretny przepis a w drugim miejscu pisać, ze nie gromadzi się danych osobowych poza cookies. Skoro się gromadzi to też potrzebne są dane identyfikacyjne firmy, które pozwolą, każdemu chętnemu do rejestracji, możliwość sprawdzenia zezwolenia ministra na takie gromadzenie danych. Wymogi są ostre i mało kogo stać na takie działanie. Nie można też wprowadzać zapisu bezwzględnego ograniczenia możliwości wyboru poprzez zmianę regulaminu, którego ustanowienie ważności wynika bezpośrednio z publikacji na stronie portalu a co oparte jest na wcześniejszej informacji o gromadzeniu danych osobowych. Za takie działanie TP S.A. zapłaciło bodaj 4mld zł kary. Zresztą nie tylko oni ale i inni operatorzy oraz niektóre banki. A ten zapis: "Administratorzy zastrzegają sobie prawo do przejęcia części lub całości treści opublikowanych przez użytkownika. Użytkownikowi z tego tytułu nie przysługuje wynagrodzenie." to czysta chęć trafienia na szubienicę. Proponuję zapoznać się z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Mam nadzieję, ze tymi konkretnymi wskazówkami choć trochę pomogłem. Jeśli wzbudziłem gniew to przepraszam, nie było to moim celem, gdyż gdybym w tym przypadku miał być wredny, to po prostu wcześniej bym się zrejestrował.
  19. W nowym sezonie spróbuj mieszać płatki owsiane z płatkami jęczmiennymi w proporcji 1:1. Płatki jęczmienne są mniejsze, niemal białe i nie kleją. Nie będą tak sycić ryb, choć w rzece to praktycznie niemożliwe. Zanęty - temat rzeka, szczególnie te, które wykonuje się samodzielnie, a których skład i spoistość można niemal idealnie dopasować do łowiska. Moja zanęta uniwersalna do koszyczka to: paczka (400g) płatków owsianych, paczka (400g) płatków jęczmiennych, paczka (500g) ugotowanego makaronu gwiazdki, 2 pudełka (standardowe) białych robaków, 125g (pół szklanki) parzonego pęczaku i 40g (2 opakowania) granulowanego czosnku. Ważna sprawa, pęczak do zanęty dodaje się wystudzony bo inaczej zacznie się zanęta poważnie, sama z siebie dzięki płatkom owsianym, kleić. Na kule zanętowe "pod spławiczek" jest prawie to samo z tym, że dodaję paczkę (250g) otręb pszennych/żytnich, zmniejszam ilość płatków owsianych całych do połowy, za to drugą połowę mielę w młynku elektrycznym do kawy (u mnie wyłącznie do zanęt ) i dodaję zamiast kleju. Również pęczak dodaję od razu po zaparzeniu a gorąca woda wyraźnie wspomaga klejenie przez mielone płatki. Kule można lepić od razu a zlepione pozostawić na wierzchu aby nieco podeschły. W ogóle zabawa ze sklejaniem zanęt przynosi wędkarzowi korzyści. Nie zawsze tak jest, ze można bezkarnie wrzucić całą kulę, nawet małą, w łowisko. Często, gdy dno jest muliste, jest potrzeba aby zanęta doleciała te kilkanaście metrów cała i rozbiła się "na drobne" o taflę wody. Wtedy nie ugrzęźnie w mule kilkanaście centymetrów, lub głebiej, poniżej jego powierzchni.
  20. Heh. Nie muszę się zgadzać ale jak najpoważniej szanuję Twoje zdanie. Najwidoczniej mamy zupełnie inne doświadczenia.
  21. Teoretycznie tak ale tylko teoretycznie. Wszystko opiera się na czasie w jakim zostanie wyholowana i naprawdę taki potwór po kompletnym zmęczeniu ściągany jest jak worek. Wytrzymałość czlowieka ma tu kluczowe znaczenie i jeśli jest w stanie wytrzymać kilkadziesiąt kilogramów non stop przez kilka godzin, to czemu nie. Całej masy nigdy nie będzie utrzymywał, bo od tego właśnie są hamulce w kołowrotkach, choćby ustawione na 100kg. Wszystko można wyliczyć matematycznie i nie chodzi o prawo archimedesa, bo to nie jest wyporność. Nie wiem jak się do tego dobrać ale na pewno musi być brana masa bezwładności ciała - ryby, opór wody, długość wędziska - jako ramię przyłożenia siły, i siłę człowieka. Wytrzymałość sprzętu można pominąć, bo nie ma ona wpływu na wyliczenia ale pas z gniazdem na dolnik już jak najbardziej. To nic innego jak podstawy fizyki/mechaniki i zabawa z belką oraz punktami podporu. Z holowaniem ryby jest jak z pchaniem samochodu. Nikt półtorej tony nie podniesie ani nie przesunie na podwoziu za to na kołach już jak najbardziej. Zmieniają się opory toczenia i odpowiednikiem tego jest woda. Nie pamiętam już gdzie czytałem, czy gdzie usłyszałem, więc proszę nie brać tego jako pewnik, a chodzi o to, że siła poziomego ciągnięcia przedmiotu w wodzie zależy od jego przekroju poprzecznego oraz masy pomniejszonej do 10% masy rzeczywistej. Skleroza już zaczyna doskwierać, więc wybaczcie, po prostu nie jestem tego pewny ani nie pamiętam źródła. Natomiast bezsprzecznie kojarzy mi się to z konstruowaniem dryfkotwy, o której bez problemu znajdziecie informacje w necie i mimo jej śmiesznie małej wagi kilkunastu dekagramów może ona wytworzyć opór kilkuset kilogramów.
  22. Jak złowiłem swojego pierwszego suma 20+ to przez kilka minut nie mogłem wstać z ziemi i ustać na nogach. Nogi jak z waty i trzęsły się jak galareta. Notabene ręce też. Dziwne w tym wszystkim jest to, że takie delirium złapało mnie dopiero po jego wyciągnięciu na brzeg. Adrenalina może zabić ale ta prawdziwa, za pierwszym razem. Za drugim, trzecim, fafnastym, to już tylko rytuna. Niemniej, przy mocowaniu się z rybą, nawet przez jedynie kilkanaście minut, mocno odbija się na stawach rąk, i to wszystkich, oraz mięśniach. Siłownia to pikuś. Po tych kilkunastu minutach zakwasy są takie, że żaden środek przeciwbólowy nie pomoże. W związku z tym mam wielkie wątpliwości by jedna osoba, bez zabezpieczeń, holowała bez uszczerbku przez godzinę olbrzyma a potem jeszcze go dźwigała i pozowała do zdjęć. Wątpliwości to jednak nie zaprzeczenie, bo w końcu może taka osoboba trenowała przez tydzień na siłowni by się przygotować do takiego połowu. A z innej beczki. Z kumplem, z pracy, w miarę często jeździliśmy jego samochodem w rejon Góry Kalwarii na sumy. Ułomkami nie byliśmy ani zasiedziałymi biurokratami, choć fizycznymi nas nazwać nie można było. Pewnego wieczora wziął mu, taki pod dwa metry. Hol czterdziestominutowy, tak około, lądowanie i z powrotem do wody. Fakt faktem to był jego największy, choć go ani nie ważyliśmy, ani dokładnie nie mierzyliśmy. Założenie było takie by go jak najszybciej wyholować i wypuścić by przeżył. Po wszystkim, mimo, że słonko jeszcze nie zaszło, nie wróciliśmy do domu. Musiało minąć kilka godzin by przeszedł mu ból i mógł kierować. A może jeszcze jedno. Mnie przy tym nie buło ale kumple dłuuuuugo o tym wspominali przy "złocistym". Wybrali się nad rzekę by poganiać spinerkami okonie, które tam akurat dość obficie się ujawniły. Pech chciał, że na dość delikatny zestaw przywalił sandacz. Rybsko było niemałe, wędkarz ambitny i przez niemal godzinę ciągało go na wędce po brzegu. Tak jakieś 200m w jedną stronę a jak dopłynęło, to zawracało z powrotem. Ryba wygrała. Przytrzymał mocniej, żyłka się zerwała i to chyba w ostatniej chwili. Chłopaki zastanawiali się już nad wezwaniem karetki, bo nie tyle oddychał, co łapał powietrze niemal je gryząc. Na szczęście w miarę szybko doszedł do siebie, zaczął normalnie funkcjonować ale wstał dopiero po godzinie. Ryba go zabiegała. Proszę nie mówić, że wędkarstwo to statyczne, beztroskie i na swój sposób leniwe spędzanie czasu.
  23. Docio

    Propilki 2

    Jak znam życie to miejsce się znajdzie. Dla Krzysia też.
  24. Wind bo z wiekiem spada zapotrzebowanie na kasę a rośnie na święty spokój.
  25. Wszyscy jesteśmy ze wsi a nawet z jaskiń. Historia jest bezlitosna jak matematyka. Spróbuj zrozumieć otoczenie, ich problemy i dążenia. Eeeee moralizować to ja Ci nie będę. Sam musisz przez to przejść. Napiszę inaczej. Dla mnie dzieci, te małe, to też ludzie. Mali ludzie ze swoimi wielkimi problemami. Choć dla nas dorosłych mogą wydawać się śmieszne, to dla nich często są barierą nie do przeskoczenia. Po prostu inny świat, inne zależności, inne marzenia, ale to ich świat, w którym muszą się dogadać. I kij z tymi co Cię traktują z góry. Rób swoje, zwracaj się o pomoc do najbliższych a nim się zorientujesz Twoje otoczenie zmieni się, na podobnie dążących do tego samego celu.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...