wind Napisano 29 Maja 2016 Autor Zgłoszenie Napisano 29 Maja 2016 Przez konsekwencję do satysfakcji . Ponieważ na bacie nie było efektów dwa dni wcześniej naturalną koleją rzeczy była zmiana techniki. A że akurat ta mi wyjątkowo podpasowała ... . A to wszystko wina ... Jonasza .
Ozet Napisano 30 Maja 2016 Zgłoszenie Napisano 30 Maja 2016 Nie dziwi mnie że Jonasz kładzie duży nacisk na łowienie odległościówką. Obok tyczki, bata i bolonki, odległościówka jest tą techniką którą każdy zawodnik z ambicjami, startujący często w zawodach, powinien opanować w stopniu co najmniej przyzwoitym. Faktem jest, że większość zawodów rozgrywana jest na łowiskach w których nie ma potrzeby sięgania po inne techniki jak zestaw skrócony lub pełny (czyli tzw. tyczka i tzw. bat). Z tego powodu wielu zawodników, traktuje "po macoszemu" technikę odległościową (zwaną metodą angielską lub matchową). Schody zaczynają się wówczas, gdy z różnych przyczyn w zasięgu tyczki nie ma ryb! Np. wtedy, gdy wylosowane stanowisko okazuje się beznadziejnie płytkie, lub gwałtowne ochłodzenie "wygoniło" ryby na głębszą wodę. Ryby są w łowisku, ale np. na 20-tym, czy 25-tym metrze, gdzie nijak nie można sięgnąć tyczką czy batem. Co robi w takiej sytuacji zdecydowana większość zawodników? Oczywiście sięgają po zestaw skrócony, czasem po bat, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, bo te techniki łowienia mają opanowane w stopniu dobrym lub nawet bardzo dobrym. Czytałem kiedyś wywiad ze słynnym Roberto Trabucco, który był gościem GP Polski bodajże na Turawie. Powiedział m.inn. że na wielu stanowiskach aż się prosiło o sięgnięcie po odległościówkę, gdyż w strefie brzegu nie było ryb. Mimo to większość zawodników uparcie tkwiła przy zestawach skróconych, łowiąc pojedyńcze okonki i jazgarze. Tymczasem płocie i leszcze były na 25-30 metrze, więc czołowe lokaty zajęli zawodnicy którzy odważyli się sięgnąć po odległościówkę. Powiedział, że polscy zawodnicy są mało elastyczni w wyborze techniki łowienia, bo choć treningi wskazywały na sensowność użycia zestawu skróconego, to nocny zimny front atmosferyczny zupełnie zmienił rozmieszczenie ryb w łowisku i na to należało odpowiednio zareagować. Zauważył przy tym, że polscy zawodnicy znakomicie opanowali technikę zestawu skróconego, o czym świadczą wyniki na arenie międzynarodowej.O ile ryby są w zasięgu tyczki, to polscy wędkarze stanowią ścisłą światową czołówkę, jeżeli natomiast trzeba sięgnąć po odległościówkę czy bolonkę, wtedy zdecydowanie dominują Włosi, Anglicy, Francuzi. Piszę to aby uzmysłowić młodym adeptom wyczynu, że na pewnym poziomie nie można być "niewolnikiem" jednej techniki. Wszystkie należy opanować na poziomie przynajmniej przyzwoitym, bo na zawodach wędkarskich nigdy nie wiadomo w jakich warunkach i okolicznościach przyjdzie nam łowić. To co starcza na zawody lokalne, towarzyskie, kołowe, nie wystarczy na zawody wyższej rangi (o czym nieraz miałem okazję boleśnie się przekonać).
wind Napisano 30 Maja 2016 Autor Zgłoszenie Napisano 30 Maja 2016 nie można być "niewolnikiem" jednej techniki To nie jest niewolnictwo tylko zwykłe lenistwo. Opanowanie jednej techniki w stopniu pozwalającym na poprawne łowienie wymaga czasu i praktyki. Szukanie nowych wyzwań jest dla tych, którzy nie boją się porażek, nie zniechęcą ich początkowe niepowodzenia a cierpliwość zostanie nagrodzona. O ile kwestie techniczne mam w miarę ogarnięte to zawsze pozostają drobiazgi, których przyswojenie zajmie mi jeszcze parę lat . Pewnie na bolonkę już mi życia nie stanie. A gdzie tyczka ... Ale wracajmy do meritum ... .
wind Napisano 6 Czerwca 2016 Autor Zgłoszenie Napisano 6 Czerwca 2016 Ostatni weekend był wędkarsko intensywny. Zacząłem w sobotę o poranku na kanale Śledziowym. Pogoda piękna, okolica piękna, woda piękna ... ale pusta. Posiedziałem do 11.00 z efektem w postaci kilkunastu uklejek na odległościówkę. Popołudniu popędziłem do Kamienia. Popołudnie i wieczór upłynęły na złowieniu kilkunastu małych płotek. Z nadzieją na lepsze jutro położyłem się spać i w niedzielę od rana sprawdzałem nową miejscówkę. Efekty podobne do sobotnich więc po jakimś czasie przeniosłem się na swoja ulubioną miejscówkę " naprzeciwko ". Tak nałowiłem trochę drobnej płotki i jednego niedużego leszczyka.
okno Napisano 6 Czerwca 2016 Zgłoszenie Napisano 6 Czerwca 2016 Bo nie ryby są najważniejsze ale wyleczenie zajoba
wind Napisano 18 Czerwca 2016 Autor Zgłoszenie Napisano 18 Czerwca 2016 Po dwutygodniowej przerwie znów ląduję nad wodą, nad Piaskowym. Wczorajsza pogoda trochę straszyła a tąpnięcie ciśnienia nie nastrajało optymistycznie. Rano jeszcze dość mocno podwiewało i trudno było znaleźć odpowiednią miejscówkę. Tym razem łowiłem batem 7m, wiatr nie pozwalał na rozłożenie ósemki a o odległościówce można było zapomnieć. Po zanęceniu pół godziny ciszy i pojawiły się pierwsze rybki. Drobne płotki ustąpiły większym, pojawił się leszczyk i parę krąpi. Potem nastała cisza w wodzie, ryby ujawniły się znów po 10.00 . Tym razem podeszły same płotki, największa prawie 27cm. W sumie ułowiłem niewiele, bo jakieś 1,6kg. Było całkiem przyjemnie .
Ozet Napisano 18 Czerwca 2016 Zgłoszenie Napisano 18 Czerwca 2016 Wind pisze: Było całkiem przyjemnie. No i wszystko w temacie. Cały sens wędkowania w jednym krótkim zdaniu.
wind Napisano 3 Lipca 2016 Autor Zgłoszenie Napisano 3 Lipca 2016 Żonę i córkę wyekspediowałem na wakacje już w czwartek i siłą rzeczy w piątkowe popołudnie melduję się w Kamieniu. Jeszcze wieczorem zasiadłem na pomoście sprawdzić, co w wodzie piszczy i przetestować przy okazji nowe spławiki. Efektem półtoragodzinnej zasiadki to kilka niedużych leszczyków, jak się później okazało były to ryby weekendu. W sobotę od rana postawiłem kotwicę na swojej sprawdzonej miejscówce "naprzeciwko". Na miejscu był już Zbyszek - ZYBI68, łowił od świtu. Okazało się, że skusił kolorową kukurydzą grubą płoć, przyzwoitego karaska i sporo innej, drobniejszej ryby. U mnie jak dzień wcześniej, leszczyki - dłoniaki. Posiedziałem do południa, pogadaliśmy jeszcze chwilę i podążyłem za głosem żołądka ... . Po poobiedniej drzemce okazało się, że pogoda zmieniła się diametralnie, obudził mnie deszcz. Przestał padać dopiero po 20.00 i wykorzystałem ostatnie chwile światła dziennego na krótką sesję na pomoście. Wynik jak rano, trochę dłoniaków. Dziś obudził mnie zew natury ale pogoda za oknami przyczepy nie nastrajała. W końcu się zebrałem standardowo po 7.00 stawiam zestawy pod grzybieniami. Znów posiedziałem do południa wydłubując kilka leszczyków. W sumie złowiłem około 30 szt niewielkich leszczyków i mnóstwo niewymiarowej, drobniutkiej płoci. Trzy dni nad wodą nie prędko się powtórzy.
Jotes Napisano 10 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 10 Lipca 2016 (edytowane) Wreszcie dzisiaj worek się otworzył - ryby brali. Ale i tak zażyłem je z "mańki". Już nie wstawałem o świcie i nie pchałem się przed wschodem słońca. Wstałem na spokojnie o 6.00, w zwolnionym tempie śniadanko, leki, herbatka, noga na nogę pod komputerem, faja, kawka i dopiero potem do kanciapy robić zanętę. Pierwsze zarzucenie nastąpiło o godz 8.33. Do ok 11.00 umęczyłem jednego małego okonka i... podeszły leszcze. Jednak po złowieniu pierwszego i najmniejszego - ciut większy od żyletki (40+) - postanowiłem, że nie będę dzisiaj smrodził siatki rybami. Wypuszczałem wszystkie po kolei. Następne były już konkretne (55+). W sumie zaliczyłem 9 szt wyjętych z wody i 5 spadów podczas holu. Na dobrą sprawę, kiedy odpływałem, to jeszcze wciąż brania były, a i zanęty sporo zostało. Ale postanowiłem, że jeszcze tego jednego wyjmę i odpływam. "Leszczowanie" zakończyłem więc... leszczem. Pierwszy dzisiaj: I kolejne: I oby mi tak było już do końca sezonu, nie będę miał nic naprzeciwko. Edytowane 10 Lipca 2016 przez Jotes
marckus Napisano 10 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 10 Lipca 2016 Jarku elegancko, gratuluję !! Z Ksenią wojowałeś?
Jotes Napisano 10 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 10 Lipca 2016 Nie Marcin, tym razem Trabucco pojechało ze mną. Po holach oceniam, że Xenia miałaby zbyt ciężko, ale nie wykluczone, że następnym razem spróbuję.
marckus Napisano 10 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 10 Lipca 2016 Czyli dałeś dziewczynie odpocząć, elegancko Tak na poważnie to ładnie połowiłeś, ja to muszę się w tym sezonie uzbroić w cierpliwość chyba
Ozet Napisano 10 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 10 Lipca 2016 Pięknie Jotesku, gratulacje. Nie ma to jak łódka i własna, "prywatna" miejscówka. Wiesz czym nęcisz, nie zastanawiając się co tam wczoraj poprzednik wrzucał do wody. Ciekawi mnie w jakiej przynęcie gustowały dziś leszcze na ZS? Jeszcze raz gratuluję Jarku, życząc dalszych sukcesów w najbliższych dniach, miesiącach i latach.
Jotes Napisano 10 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 10 Lipca 2016 Dzięki Zbyszku. Ci "poprzednicy" są niereformowalni. Ustawiają się na zdecydowanie płytszej wodzie, blisko tamy (w zakazie) i jeszcze zarzucają zestawy pod samiuteńki beton. A, że byle czym nęcą, to już zupełnie inna bajka. Ja łowiłem tradycyjnym i sprawdzonym sposobem. Zanęta czarna, piernikowa (Bruda), glina, makaron, pucha kuku, pół paczki pinki (dużej paczki), woda mineralna z melasą. Całość to 12 l. Pod kilem 6,5 m. Na haczyku tym razem dwa białe. Brania nieznacznie do góry. Sporym utrudnieniem był wiatr i dość duża fala. Z początku przestawiało mnie z kotwicą i to na długiej lince (14,5 kg na dziobie i 10 kg na rufie), ale jak już zaryła w mule, to stałem stabilnie. I wzajemnie, również życzę sukcesów.
Jotes Napisano 16 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 16 Lipca 2016 (edytowane) Przynajmniej jeden raz w życiu zdarza się dzień, który musi na długo pozostać w pamięci wędkarza. I taki dzionek przytrafił mi się dzisiaj. Rozochocony niedzielnym połowem, ale też jutrzejszymi zawodami, zaplanowałem połowić z brzegu Zalewu Sulejowskiego, z kilkukilometrowej opaski betonowej. Pojechałem, przebrnąłem już przez dojazd, iście z rajdu "Camel trophy", a tam?... Człek obok człeka, że komar mordy by nie włożył. I tak 100 m w lewo i 100 m w prawo - wszystkie najlepsze miejscówki z dojazdem pozajmowane. Leszcz żerował, a przy mnie jeden z wędkarzy na obydwie wędki miał brania. Nie zdecydowałem się jednak na targanie klamotów na tak znaczną odległość. Zawinąłem się na pięcie i postanowiłem cofnąć się o 2 km do portu, a stamtąd wypłynąć łodzią. W porcie okazało się, że łajba jest już tak wypełniona wodą deszczową, że aż koledzy się dziwowali, że toto jeszcze trzyma się na wodzie. Chciał, nie chciał, wybrałem calutką wachę, Zacząłem już pakować klamoty i szykować się do wyjścia z portu, a tu nagle trach!... Na mokrej i obślimaczałej podłodze wpadłem w poślizg, lewe kolano najpierw przegięło się w tył, potem podwinęło się pode mnie i sru... dupskiem jeszcze go przygniotłem boleśnie. Ale żeby było śmieszniej, jak wpadałem pod obrotowy fotel, to jeszcze rozwaliłem do krwi (niemal ostatniej) łydkę tuż pod prawym kolanem. To chyba był pełen szpagat, z przysiadem na klejnoty - przynajmniej tak mi się wydaje. Qurna! Ból tak okrutny, że nie mogłem się wygraćkać i stanąć na kopytka. I trudno było określić w tej chwili, co bardziej boli. Wreszcie po jakimś czasie na tyle doszedłem do siebie, że odbiłem od trapu i... dokonałem mrożącego krew w żyłach odkrycia. No teraz, to już para ze mnie buchała wszelkimi otworami, a qwy sypały się tak gęsto, że aż echo niosło po wodzie! Przez uszkodzenie laminatu na podłodze, które "zafundował" mi kiedyś kolega, gdy z ręki wyślizgnął mu się akumulator, wpłynęło tyle wody, ile znajdowało się w samej łajbie (naczynia połączone). Rzecz jasna, jako twardziela, nie zraziło mnie to zbytnio, choć moją wściekłość rozpaliło do czerwoności. Wypłynąłem. Na miejscu postawiłem obie kotwice i zacząłem wyważać pierwszy zestaw, jednak wtedy okazało się, że problem jest o wiele większy, niż by się mogło wydawać. Podczas każdego jednego ruchu na łodzi, gdy mój ciężar choćby odrobinę przesuwał się poza jej oś, pod podłogą powstawało takie tsunami, że łajba pod ciężarem tej wszystkiej wody wewnątrz, łapała gwałtownie taki przechył, - to na prawo, to na lewo - że tylko koński włos brakowało, by przelało się przez burtę i zatopiło ją całkowicie. I choć jestem łysy, to czułem jak na mojej grzywce, szczecina staje mi dęba. A i skóra zaczęła mi się marszczyć na dupsku! Na domiar złego, ponieważ nie planowałem tego dnia wypływać, to nie miałem ze sobą kamizelki ratunkowej... Delikatnie, na paluszkach i nie wychylając się już poza oś symetrii łodzi, podniosłem kotwice, delikatnie i ostrożnie wywaliłem za burtę 12 litrów świeżuteńkiej, smakowitej zanęty i równie delikatnie spłynąłem do portu. Klamoty wyłożyłem na trap, wysiadłem i sru!... Odezwało się moje lewe kolano. Ból był tak silny i paraliżujący, że z jego powodu, omal nie przegryzłem stalowej barierki, na której zawisłem - chociaż żem szczerbaty jest. Przycumowałem wreszcie łajbę, zebrałem swoje "zabawki" i kuśtykając, to na prawe, to na lewe - obolałe kolano – i z oczywistych względów w dość szerokim rozkroku, dotarłem wreszcie do auta i po tak emocjonujących przygodach, wróciłem do domu. Po drodze jednak, jeszcze nie było mi do śmiechu. I jakiż z tego morał? - To nie był mój dzień na ryby! Już ja go sobie zapamiętam... Edytowane 16 Lipca 2016 przez Jotes
Ozet Napisano 16 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 16 Lipca 2016 Jarek, myślę że każdy komentarz będzie w tej sytuacji nie na miejscu, jednak spróbuję skreślić kilka słów w atmosferze powagi i głębokiej zadumy. A.Hitchcock nie powstydził by się scenariusza filmu, na kanwie Twojej dzisiejszej przygody. Gdy doczytałem do "tsunami", pomyślałem: nie, ta historia nie może zakończyć się szczęśliwie. Ale jeżeli czytam, to znaczy że napisał, a jeżeli napisał to znaczy że żyje (zdarza mi się wspiąć na wyżyny dedukcji ). Ty naprawdę twardziel jesteś. Gdybym ja wywinął takiego breakdance'a po wejściu na łódkę, z tak bolesnymi kontuzjami, natychmiast wrócił bym do domu "lizać rany", bo już nie w głowie byłoby mi łowienie. A Tyś postanowił wypłynąć, no pałka mała, szacun wielki! W zaistniałej sytuacji, życzę Ci szybkiej regeneracji obolałych kończyn i powrotu "lada dzień" na łono ZS.
Jotes Napisano 16 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 16 Lipca 2016 (edytowane) Żyję, żyję Zbyszku i nawet mam się coraz lepiej. A "liżąc rany" jeszcze troszkę dołożyłem do pieca. Po powrocie, żona podała mi nienapoczęty listek tabletek przeciwbólowych, żeby uśmierzyć ból kolana. Po dwóch godz, zawaliłem, że chyba te leki nie działają, bo ulgi nie czuję. Wziąłem ten lek do ręki, a tu się okazuje, że ja wcale go nie zażyłem, bo zapomniałem. No, jak to? Przecież w głowę się nie uderzyłem. Teraz kopara mi się sama smieje z samego siebie. Oj będzie, co wnukom opowiadać. Oj będzie! Byle się gdzieś na rybach nie zabić... Edytowane 16 Lipca 2016 przez Jotes
Ozet Napisano 16 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 16 Lipca 2016 Jotes napisał: Byle się gdzieś na rybach nie zabić... Spoko Jarek, po dzisiejszych wydarzeniach, jest pewne że nie jest Ci pisana rychła i gwałtowna śmierć. Po drugie "złego licho nie bierze".
Dark Napisano 17 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 17 Lipca 2016 Dziś od 7 do 12 na jeziorku koło mojego mista, pojechaliśmy z kolegą za płotkami na bata połowić, no i płotki dopisały złapaliśmy około 40 szt. w granicach od 20 do 30 cm.
max-wo Napisano 18 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 18 Lipca 2016 Od zaskakującego brania krąpia przez rządy uklejek do długo wyczekiwanego ale jakże przyjemnego brania leszczy. Tak się kończy dzień pod bacznym okiem Ozeta (dziękuje za podebranie ). Tylko szkoda tego średniaka . Załączone miniatury
Ozet Napisano 18 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 18 Lipca 2016 Max napisał: ...do długo wyczekiwanego ale jakże przyjemnego brania leszczy. Co do brań leszczy, to bądź pewien że najlepsze dopiero przed Tobą. A że niektóre schodzą z haka, to już taki urok łowienia bolonką w silnym nurcie Warty. Najważniejsze że masz ten "dryg" (smykałkę) i chłonny jesteś na wiedzę niczym gąbka. Aż się boję myśleć co będzie dalej.
max-wo Napisano 18 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 18 Lipca 2016 Aż się boję myśleć co będzie dalej Wszak uczeń zawsze przerasta mistrza.
wind Napisano 24 Lipca 2016 Autor Zgłoszenie Napisano 24 Lipca 2016 Wczoraj wybraliśmy się z Jonaszem i jego kolegą Darkiem nad kanał Piaskowy. Darek i ja łowiliśmy odległościówkami, Jonasz tyczką. Darek całkiem fajnie połowił, chociaż w szczegóły nie wnikały, ja miałem 10szt niedużych leszczyków. Jonasz z tyczki miał sporadyczne brania, jak się zwijałem zostawiłem mu swoje wędzisko i kołowrotek. Mam nadzieję, że połowił z dystansu.
Bololeszcz Napisano 28 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 28 Lipca 2016 Witam lowie glownie z lodzi wyniki po 6 dniach grubego necenia. Najwiekszy 60 cm 2.7 kg w tym kilka 50i40 niestety ktos zyczliwy wyciagnal moja bojke w przyszlym tygodniu zaczynam necic nowe miejsce oznaczone gpsem w echo
Ozet Napisano 29 Lipca 2016 Zgłoszenie Napisano 29 Lipca 2016 (edytowane) Gdyby nie Twój nick, trudno byłoby się domyśleć o jakich rybach piszesz. Musisz stawiać mniejszą bojkę nie rzucającą się w oczy z połowy jeziora/zbiornika. A może ktoś przypadkowo zerwał znacznik motorówką czy innym skuterem wodnym. W końcu sezon sportów motorowodnych trwa w najlepsze. Edytowane 29 Lipca 2016 przez Ozet
Rekomendowane odpowiedzi