-
Postów
2 760 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Artykuły
Forum
Galeria
Kalendarz
Zawartość dodana przez Jotes
-
By nie opowiadać wszystkiego od początku, to po prostu wkleję tutaj, jak ja zaczynałem i jak to dawniej bywało. Tak zaczynałem. Pacholęciem będąc rozpocząłem swoją przygodę z wędkarstwem. W arkana tego hobby wprowadzał mnie mój śp. Ojciec. Był przede wszystkim spławikowcem, ale i spinning nie był mu obcy. W ówczesnych czasach – lata sześćdziesiąte! – nasza kochana Pilica tętniła życiem. Zaliczana do jednych z najczystszych rzek w kraju, potrafiła obdarzyć łowcę każdą rybą – nie wyłączając pstrągów i lipieni. Czasy, w których przyszło mi zaczynać przygodę z wędką nie były łatwe. Nie istniały jeszcze wtedy typowo wędkarskie sklepy, nie było w sprzedaży naturalnych przynęt i zanęt, ani komponentów do ich przygotowania, a i spinningowe przynęty były rzadkością. W moim mieście istniał jeden jedyny sklep sportowy, gdzie stała jedna lada z szybą, w której znajdowały się haczyki, taśma ołowiana, parę topornych spławików, kilka rozmiarów gorzowskiej żyłki, jakieś skuwki do wędzisk bambusowych, kilka blach wahadłowych, itp. W kącie sklepu natomiast znajdowały się stojaki z wiązkami różnej grubości bambusa, z których dopasowywało się i kompletowało przyszłe wędziska. Czasem w dostawie "zaplątał" się jakiś gotowy kij. Swojego pierwszego, własnego kijka „dorobiłem” się w pierwszej klasie podstawówki. Był nim piękny wypasiony bambus ok. 3,5 m. Służył mi do połowu na spławik ryb i żab – no wiecie jak to jest, gdy dziecku się nudzi – oraz do spinningu. Mój kijek wyposażony był w kołowrotek o ruchomej szpuli. Żeby wykonać takim zestawem rzut Gnomem, należało najpierw odwinąć na ziemię odpowiedni zapas żyłki i dopiero cisnąć blaszyskiem. Jednak do roku 1974 musiało mi to wystarczyć, zresztą i tak nie wolno było mi łowić jeszcze na spinning ze względu na zbyt młody wiek. Dopiero w roku 1973 rozpoczął się mój kontakt ze spinningiem, ale tylko przez dotyk – chwilowo tylko przez dotyk i jedynie w domu! - kiedy dostałem od ojca swój pierwszy i z prawdziwego zdarzenia zestaw spinningowy przywieziony ze Szwecji. Na ówczesne czasy był to prawdziwy hicior – kijek ABU 1,60 m z włókna szklanego, kołowrotek tej samej firmy, poza tym: żyłki, przypony i wreszcie odpowiednie przynęty – wirówki ABU Droppen. Tak zaopatrzony musiałem jeszcze tylko wytrzymać do najbliższej wiosny, kiedy to stałem się pełnoprawnym członkiem PZW i – o dziwo! – jako czternastolatek otrzymałem znaczek spinningowy. Swój pierwszy spinningowy sezon, rozpocząłem w maju 1974 roku, mając już za sobą wcześniejsze treningi na sucho w domu, naukę wiązań, nieco teorii, etc. Na początku łowiłem mnóstwo okoni, malutkie Droppeny Black Furry były do tego idealne, a i nauka rzutów posuwała się do przodu. Potem przyszła wreszcie kolej na Droppeny nr 3… i stało się! Do obrzucenia wybrałem klatkę między główkami, w której zbudowana była skocznia z betonowych bloczków i darni. Blaszkę ściągałem w odległości ok. 1 m od skoczni, gdy nagłe i silne targnięcie omal nie wyrwało mi kijka z ręki. Nie patyczkowałem się, ryba w szybkim tempie znalazła się na brzegu. Był to oczywiście mój pierwszy szczupak, coś ok. 60 cm. To właśnie już wtedy zajarzyła mi się zielona lampka i byłem pewien, że tej metody za nic w świecie nie zarzucę. Tak też jest po dzień dzisiejszy – jestem wciąż wierny spinningowi. Z czasem jednak moje super przynęty zaczęły się wykruszać na podwodnych przeszkodach, a wuja ze Szwecji wstyd było prosić zbyt często o odświeżanie zapasów. No niby sam od siebie podsyłał w paczkach co nieco, ale była to jedynie kropla w morzu potrzeb. Tak też zresztą dostałem swoje pierwsze woblery Rapala, wodery Shakespeare i wiele innych – jeden z tamtych woblerów nadal jest w moim posiadaniu. Wszystko zdobywało się na "drapanego" – takie czasy paskudne. W miarę jak moje zapasy za którymś razem zaczęły topnieć, postanowiłem robić samemu przynęty – miało się żyłkę majsterkowicza. Najpierw narobiłem sobie wirówek. Do dyspozycji miałem blachę mosiężną, miedzianą i alpagę. W międzyczasie pożegnałem się już z podstawówką, a na warsztatach szkolnych w TM, zacząłem robić też wahadłówki i boleniówki. Później przyszła kolej na woblery. A w sklepach wciąż ani widu, ani słychu – jedynie w Pewexach za obcą walutę. Musieliśmy mocno kombinować, by móc uprawiać wędkarstwo i jednocześnie je rozwijać w Polsce. Mocno nas też zasilali ci ludzie, którzy pracowali w DDRze: kije Germina, kołowrotki Rex, Forel, żyłki Platil, itp. Z Czechosłowacji przywozili kije Sona i kołowrotki Tap. Od Ruskich teleskopy, kołowrotki Delfin, jakieś paskudne wirówki, wahadłówki i sprzęt podlodowy: blaszki, mormyszki, kijki podlodowe, świdry, itp. Z czasem na bazarach zaczął się pojawiać sprzęt "z wyższej półki": Daiwa, Silstar, DAM, Rapala, Mepps, etc., ale to już w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych – po taki sprzęt musiałem jeździć do Łodzi na bałucki rynek, albo na bazar brzeziński. Na własnej roboty wirówki łowiłem okonie, szczupaki, sandacze i brzany. Na wahadłówki wyłącznie szczupaki. Na własne woblery łowiłem chyba wszystkie dostępne u nas ryby. Trzeba się było nieźle narobić, ale satysfakcja była ogromna. Wszystkiego musiałem się uczyć samemu, czytania rzeki, zwyczajów ryb na podstawie własnych obserwacji, sposobu podania i prowadzenia przynęty – nie miałem, gdzie o tym poczytać. To wszystko zajmowało mi mnóstwo godzin spędzonych nad wodą i ustawicznego wpatrywania się w wodę. Z biegiem czasu nabierałem coraz większej wprawy, zarówno w łowieniu ryb, jak też tak podstawowej, jak celność rzutów. Potrafiłem ze znacznej odległości trafić w obrany punkt. Trenowałem na spływających liściach, gałązkach, wiankach puszczanych w czerwcu...Ta umiejętność zaprocentowała też podczas połowu w trudnych warunkach "szuwarowych", kiedy trzeba było posłać przynętę pod gałąź lub krzaczek. Za moich młodych lat uważano, że boleń jest nie do złowienia na spinning – no chyba, że przypadkiem. I ta ryba właśnie najbardziej mnie fascynowała. Poświęciłem jej najwięcej godzin obserwacji i mnóstwa przeróżnych przynęt własnego pomysłu, aż wreszcie stworzyłem przynętę, na którą łowiłem je regularnie. A było to w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy jeszcze nie pisało się o metodach na tę rybę. Zresztą! Mieliśmy do dyspozycji jeden jedyny magazyn wędkarski WW i to w ograniczonym nakładzie i tylko spod lady. Możecie sobie zatem wyobrazić jak mieliśmy ciężko w tamtych czasach. Niczego nie podawano nam na tacy, jak obecnie mają młodzi wędkarze: sklepy pełne sprzętu, że aż trzeszczą w szwach, internet pełen wszelakiej wiedzy, mnóstwo prasy wędkarskiej, książek i filmów. Dzisiaj pisząc o "Rzuć i zwiń" (spinning), trudno nie wspomnieć dawnych, ciężkich czasów i nie ulecieć w przeszłość. Trudno nie wspomnieć o własnej historii związanej ze spinningiem i w ogóle z wędkarstwem, bo przecież to my – „średnio starsze” pokolenie braliśmy czynny udział w rozwoju wędkarstwa. To m. in na naszym doświadczeniu bazują nowe pokolenia wędkarzy, sięgając po gotowe materiały, rady i wszelką wiedzę. Niestety! Są w o tyle gorszej sytuacji, że nie mogą sięgać po takie ryby i po takie ich ilości, jakie my mieliśmy w wodach z naszego dzieciństwa i młodości. A było wtedy tak, że będąc nad wodą nie było chwili spokoju, by coś nie pogoniło niezliczonych ilości drobnicy. Mieliśmy nieprzebrane stada świnek, kleni i furkoczących płetwami o świcie i wieczorem brzan. Było ogrom boleni, szczupaków, sandaczy i wszelkiego innego drapieżcy, że można było wybierać, co w danym dniu chcemy łowić. Niestety, tego wraz z wiedzą, nie jesteśmy w stanie przekazać teraźniejszym młodym i przyszłym pokoleniom wędkarzy. Dlatego nie będę się rozpisywał o metodach na poszczególne ryby – nie teraz, może następnym razem... - tylko poprzestanę na wspomnieniach, o trudzie i znoju dawnych spinningistów w dążeniu do jak najlepszych wyników. Prawdziwy "wyścig zbrojeń", choć nad wodą spotykało się sporadycznie wędkarza ze spinningiem. Po prostu nie można ominąć tej lekcji historii polskiego spinningu. Myślę, że więcej kolegów ma podobne wspomnienia i doświadczenia ze swoich spinningowych początków. I co by nie mówić i pisać, to my - mimo wszystko! - mieliśmy lepszy start (choć niełatwy!), rybniejsze wody i o wiele więcej satysfakcji z hobby. "Ożywiając”"cokolwiek, choćby zwykły kawałek pomarańczowej lub żółtej gumy z rękawic roboczych, nanizany na haczyk dociążony taśmą ołowianą – protoplasta twistera? – łowiliśmy ogromne ilości ryb i to pięknych ryb. Wtedy wystarczyło jedno pudełko przynęt w kieszeni, a teraz?... O ironio! – My nie mieliśmy na co łowić, choć ryb było bez liku, a ONI (młodzi wędkarze) nie mają już co łowić, choć sprzętu mają bez liku. A odpowiadając na postawione pytania: Nie, nie da się już w żaden sposób przywrócić tamtej, dawnej rybności wód, z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ub stulecia. Tak, kontrolowany byłem niemal na każdym kroku i prawie za każdym razem, gdy byłem nad wodą. Tamte kontrole odbywały się jednocześnie i równolegle po obydwu brzegach Pilicy. Nie, niczego już się nie da ani wrócić, ani przyrównać przeszłości do teraźniejszości.
-
Wirtualne muzeum, czyli perełki z naszych wędkarskich skrzynek i pokrowców.
Jotes odpowiedział wind wna temat w Ogólne Rozmowy
Trochę moich klamotów z dawnych lat: Wędzisko teleskopowe Sona Gamma, 3,70 m cw 7-15 g, przeznaczona do żyłki 0,20 mm. Ten sam kijek z kołowrotkiem o ruchomej szpuli, ale kołowrotek z dodatkowym "bajerem"... Cudo techniki, które pozwalało na zarzucanie zestawu bezpośrednio ze szpuli, a nie po odwinięciu żyłki w trawę. Kołowrotek o ruchomej szpuli To, co jeszcze mi pozostało z mojego pierwszego spinningu ABU rocznik 1974. Dzisiaj już tylko podlodówka. Dolnik od spinningu z włókna szklanego, własnoręcznie wykonany przez mojego ojca. Szczytówki brak, gdyż wykorzystałem ją do teleskopa do gruntu. Klejonki tonkinowe, ciężki spinning/gruntówka też wykonany przez ojczulka i japońska wędka uniwersalna z przekładaną rękojeścią (z lat 60). Jak widać na zdjęciu w tej pozycji muchówka (przerobiona na wędkę spławikową z porcelanowymi przelotkami), rękojeść odwrócona i inna szczytówka - spinning. I moje kołowrotki, ciągle sprawne: Byron Hit 300 (mam takich dwie szt), o ruchomej szpuli, Delfin i Daiwa ACCU – SET Spool, z roku 1982 (na chodzie). Tyle mi na dzisiaj wpadło w ręce... A jak będę w mieszkaniu w blokach, to jeszcze może swój kijek bambusowy sfotografuję. Jeden element służy jako kij do szczotki i mopa, a drugi podpiera kwiatek. -
Prawidłowy hol szczupaka...unikanie błędów.
Jotes odpowiedział wędkarzowiec wna temat w Spinning- łowienie dla aktywnych
Ja tak właśnie robię, bo zwłaszcza szczupak jest nieprzewidywalny w ostatniej fazie holu. -
Prawidłowy hol szczupaka...unikanie błędów.
Jotes odpowiedział wędkarzowiec wna temat w Spinning- łowienie dla aktywnych
Ja w ostatniej fazie holu luzuję hamulec tak, że nawet okoń mógłby wyciągać żyłkę/plecionkę. Na żyłce hol jest zupełnie inny niż na plecionce, bo żyłka jest elastyczna i dodatkowo amortyzuje, a plecionka jest nierozciągliwa. -
Jak zwykle masz rację Windzie. A ponieważ ta cholerna zima pomieszała mi szyki, bo miałem opłacić już kartę i ruszyć dupsko nad zalew z batem, albo z odległościówką, to jutro wygrzebię swoje eksponaty, zrobię fotki i tam właśnie dodam. A i w ten sposób pociągniemy temat "przełożenia" - z dawnych czasów, na nowe.
-
Ja stosuję wazelinę techniczną i olej wazelinowy. Ale jak ktoś nie posiada, to można sobie samemu zrobić dobry i delikatny smar. Trochę towotu i kilka kropel oleju silnikowego, wymieszać i takim lekko rozrzedzonym smarować.
-
Spoko Paweł, Wind nie taki srogi zwłaszcza, że podtrzymujemy temat wędkarski, a o to tu właśnie chodzi. Przy okazji i młodzi się podszkolą, jak to "drzewiej" bywało. A skoro o kołowrotkach i przełożeniu mowa, to i o sławetnej Stilon Gorzów należałoby wspomnieć (żyłce). Teraz mają bajery rowery, a my do spinningu mieliśmy 0,30 mm - przynajmniej ja uważałem ją za bezpieczną. Były też Platil, ABUlon, Siglon, itd, ale do kupienia tylko od tych, co pracowali w Czechosłowacji i w DDRach.
-
Też go miło wspominam i nadal pozostaje jeden w rodzinie. A łowiłem też na takie zabytki jak: Delfin (różne modele), Tap Tokoz, obowiązkowo Prexer, itd, itp. Moja Daiwa z tamtych lat jeszcze dycha, ledwie, ale jednak. A jeśli chodzi o kijki, to mój pierwszy miał aż 1,6 m ABU, potem były Germiny 1,6 i 1,8 m, Silstar 2,1, DAM 2,1 m, etc. To "byli" czasy i ryby "brali"!.. Na wędkę? Więc jak najbardziej honorowo. Też gratuluję!
-
U nas coś takiego nazywamy połów na chlapkę.
-
Tego użytkownika nie satysfakcjonuje "wartość sentymentalna" i dlatego już go tutaj najprawdopodobniej nie zobaczymy. Po moim wpisie jaszcze miał cień nadziei, że za to badziewie faktycznie może wziąć jak za Stradivariusa, ale już później się nie pokazał i to by było na tyle w kwestii wyznaczonego nam zadania.
-
Z tamtych czasów najlepiej wspominam Daiwe 4,2:1 i jakoś sobie ręki nie ukręciłem, a za boleniami uganiałem się minimum 20 lat i to z dobrymi wynikami (mój osobisty rekord to 89 cm). To tylko kwestia przynęty i umiejętności wędkarza w jej prowadzeniu. I szczególnie w warkoczach, można było sobie pozwolić na podanie przynęty w zwolnionym tempie...
-
Brawo Zibi, bardzo celna i cenna uwaga! Ja jeszcze dodam, że rożne przełożenia kołowrotków, to także różny nawój. I tak, mając dwa jednakowej wielkości kołowrotki, ale o różnych przełożeniach np 5,2:1 oraz 6,2:1, pierwszy z nich na jeden obrót korbki nawinie na szpulę np 75 cm żyłki, ale już ten drugi nawija 100 i ponad 100 cm żyłki. Ten nawój ma ogromne znaczenie choćby w metodzie match, podczas zatapiania żyłki, ale też i podczas ściągania zestawu z dużego dystansu, gdzie liczy się czas, zwłaszcza podczas zawodów (nie mylić z holem ryby!).
-
1. Klub, minimum 10 osób - Patrz tutaj 2. Stowarzyszenie, minimum 15 osób - Patrz tutaj lub Ustawa o stowarzyszeniach.
- 6 odpowiedzi
-
- sport wędkarski
- koło wędkarskie
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Też jestem zdania, że trolling należy wyodrębnić, jako czwartą metodę. I choć jeszcze w zasadzie niedawno, bo jakieś 3-4 lata temu byłem pod mocnym wpływem tej metody, to od tamtej pory całkowicie zmieniłem o niej zdanie. Teraz uważam, że to nie trollingujący wędkarz łowił rybę - czyli do niedawna ja - ale to ryba łowiła tego cymbała i bezmózgiego próżnioka na końcu zestawu. Dlatego powróciłem do tradycyjnego spinningu, przynajmniej śpik mnie nie łapie nad zestawem.
-
5,2:1 czyli 5,2 obrotów rotora na jeden obrót korbki.
-
Chyba, że chodzi o rafę i okres tarłowy pewnej bardzo walecznej ryby - marzenie każdego "przepływankowicza"...
-
Jak dla mnie - bezcenna. Taki wędkarski Stradivarius.
-
Tutaj masz podpowiedź, jak je odróżnić. A co Do PSulka, to znany on jest od wielu lat i na większości portali wędkarskich z tego, że u niego można zakupić wyłącznie oryginał.
-
Nie mam prawa narzekać na PP, a łowię na nią już wiele sezonów. Nie mam możliwości porównania z Daiwą, gdyż jeszcze jej nie miałem, ale już wcześniej słyszałem o niej dobre opinie. PP na 100% się nie strzępi, tak jak np Dynema, czy plecionki Berklaya, a to duży plus. Tylko trzeba kupić oryginał, a nie podróbę. W Aspiusie u Pawła, z pewnością jest oryginalna.
-
Cholerka, droga ta plecionka, 110 zł za 135 m? Za tyle samo kupiłem 275 m PP
-
Szpula nie może być tylko czasem wypełniona. Żyłka ma być zawsze prawidłowo nawinięta pod sam rant szpuli, a jeśli grubsza, to z odpowiednim zabezpieczeniem przed spadaniem zwojów, czyli 1-2 mm od rantu. Jeśli coś się planuje zrobić, to robi się od razu zgodnie z wszelkimi prawidłami. Skoro nie możesz się zdecydować, czy łowić karpie, czy np leszcze na grunt - choć jedno drugiego nie wyklucza - to bezpieczniej będzie nawinąć od razu żyłkę 0,35 mm, ale szpulę wypełnić prawidłowo. A z drugiej strony, po kiego licha Ci kołowrotek na który wchodzi aż tyle żyłki? Po Twoich wpisach wnioskuję, że jesteś początkującym wędkarzem, radzę więc poszukać kołowrotka, na który wejdzie Ci 300 m żyłki 0,30 - 0,35 mm MAX. I dopiero wtedy kupić i nawinąć żyłkę zgodnie z tą podpowiedzią A jak będziesz miał ochotę, to na drugą szpulę grubszą żyłkę, chociaż ta 0,35 mm jest już bezpieczna do połowu karpi w Polsce.
-
Szpula musi być wypełniona, bo inaczej to będą krótkie rzuty. Możesz nawinąć podkład i dopiero główną żyłkę. Tylko po jakie licho Ci kołowrotek na który wchodzi aż 600 m żyłki 0,30? Przelicz sobie
-
A mnie bardziej zaskakuje fakt, że za DEMOKRACJI, ktokolwiek mógłby czuć się tym zaskoczony. Mogę zrozumieć powody, z których ktoś nie poprze tego typu petycji i szanuję ich poglądy, o których napisali wyżej. Ale nie zgodzę się z tym, że miałbym nabrać wody w usta i nie kwestionować złego zarządzania wodami, tylko dlatego, że jestem członkiem tegoż PZW. Mam niemiłe skojarzenia... To taka komsomolskaja prawda - jesteś w związku, to zamknij ryj, rób co ci każą i niczego nie wymagaj. NIE! Płacę od 41 lat składkę na ochronę i zagospodarowanie wód? To WYMAGAM! - nikt nikogo na siłę do zarządu nie wpycha, trzeba wyrazić na to zgodę. A skoro tutaj jest wolny wybór, to i mój wolny wybór, rozwodzić się nad czymś, albo i nie rozwodzić. Cogito ergo sum
-
Miałem wrażenia podobne do Waszych, ale skoro jest w ogóle taka inicjatywa, to poparłem. Jeśli istnieje choć iskierka nadziei, to swojego głosu nie odmawiam. Przy petycji odnośnie MEWek na Dunajcu też poparłem, a nigdy w nim nie łowiłem i łowić nie będę...
-
Linka, a wędka...przeciążenie.
Jotes odpowiedział wędkarzowiec wna temat w Spinning- łowienie dla aktywnych
Stary indiański sposób. Kiedyś napaliłem się i kupiłem atraktor Berklay'a. Był fenomenalny do...smarowania korbki kołowrotka. Jakiś czas go nosiłem, a potem zamieniłem na olej wazelinowy.
