-
Postów
1 489 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Artykuły
Forum
Galeria
Kalendarz
Zawartość dodana przez grzybek
-
Hehe, oby Ci pięt nie obgryzły jak je znajdziesz Mnie też podkusiło na zakupy. Dorobiłem się dwóch nowych kast z dobrego plastiku. Tą dużą, budowlaną wywalę na działkę, może hodowlę dendroben założę? Myślę, że będzie łatwiej pomieścić dwie kasty na ławkach a na podłodze będzie więcej miejsca dla wędkujących.
-
Może "mule" to nie są ale co zrobi głodny na bezrybiu? Ja lubię owoce morza pewnie bym spałaszował
-
Podwój wielki to największy bałtycki drapieżny skorupiak z gromady pancerzowców. Dorasta do 8cm długości. Jest naturalnym pokarmem naszych młodych dorszy. Te starsze, większe ganiają już za rybami. Często znajdowałem w żołądkach małych ryb właśnie te skorupiaki, także raczki, omółki czy kiełże zdrojowe. Wyglądają groźnie ale ja się nie boję
-
nic dodać nic ująć - taki mamy klimat w naszym kraju Janek. Sam widzisz jakich mamy p-o-słów Czyli na trocie zdążycie, bravissimo!
-
Po sprawieniu kilkunastu rybek okazało się, że w zasadzie wszystkie obżarte były na maxa szprotkami i stynkami, także podwojem. Tak więc nie miałem wątpliwości, że ryby gryzły byle nie sztuczne przynęty Miały gdzieś nasze wysiłki bo miały co jeść a przede wszystkim pewnie decydował rozmiar przynęt. Nasze pilkery były dla tych bolków zbyt duże, omalże ogromne. Ja używałem głównie 120g i przywieszki 1" Ten gostek który złowił najwięcej miał kilka haczyków śledziowych w zestawie i to pewnie dało efekt.
-
Kolejny dzień z życia Wilka Morskiego. Pobudka o 5 rano. Odpalam kompa, sprawdzam pogodę. W prognozie wiatr ze wschodu, falka 0.1-0.2m. Dzień wcześniej było malinowo na 5m łodzi - dzisiaj mamy płynąć z Krisem i Jendrulą na kutrze. Ja jako pomocnik szypra, Kris i Jędrek mają łowić. 5.45 przyjeżdża po mnie Kris ale bez Jendruli. Bidok połamany i podłamany po dwóch dniach wędkowania Coś mu nie szło. Wiek i tusza robią swoje a wygód na małej łodzi nie zbyt wiele. Lecimy na pierwszy prom z Nowego Portu na Wisłoujście. W marinie Klubu Morskiego spotykamy się z Michałem i targamy sprzęty oraz prowiant na łajbę. Mimo wahań wziąłem jednak swojego kijaszka na dorsza. Nie lubię wschodniego wiatru, wiem, że będą marne wyniki. Ale co tam, trzeba próbować. Wędkarze także dotarli już na kuter. Pakujemy na pokład torby, wędki i każdy zajmuje pozycje. Tym razem byliśmy z Krisem szybsi i zajęliśmy obydwa miejsca na rufie. Odbijamy od nabrzeża, kierujemy się w stronę Zatoki Gdańskiej. Meldujemy wyjście w Kapitanacie Portu, docieramy w główki portowe. Michał oddaje mi stery, obieramy kurs i hej po przygodę Wiaterek z prawej burty chybocze łajbą. Omijam mieliznę za czerwoną główką i kieruję dziób pod wiatr. Pierwsze, większe fale zmywają pokład i wyganiają wędkarzy na rufę. Przeszkadzali mi w obserwacji toru wodnego. Teraz widzę horyzont Musiałem zwolnić trochę i płynąć prosto pod fale żeby nas zbytnio nie huśtało. Godzinny przelot uświadomił wędkarzom, że życie na morzu to nie je bajka. Mimo, że połowa listopada a jednak ciepło jak na tę porę roku. Wczoraj była głada - kurcze, komu to przeszkadzało? Teraz fala sięga dwóch metrów. Gonimy na łowisko. Na ekranie sondy pełno paszy. Pewnie szprotki, śledzie, stynka... Gdy docieramy na wczorajsze łowiska, gdzie łowiła cała flota i my - pusto. Ani jednego kuterka, łodzi... nic! Na radio, na wędkarsko-rybackim paśmie taka sama pustka. Nawet nie ma z kim wymienić informacji. Zaczynamy łowienie, szukamy ławiczek dorszyka w paszy, której jest całkiem sporo. Jednak dorsze nie wychodzą. Szukamy dosyć długo. Wzmaga się wiatr i buja nam do taktu. Ryb wciąż nie ma. Szukamy i ciągle zmieniamy miejsca. Próbujemy. Przygotowaliśmy wędkarzom gorący posiłek: kiełbasa z wody, chlebek, musztarda...coś na popitkę - kawa, herbata. Chyba każdy z nich ma swoje zapasy czegoś mocniejszego Na rozbujanej wodzie daje to pierwsze efekty. Jeden w moich najbliższych sąsiadów oddaje daninę Neptunowi, zanęca. Zaraz po tym mam pierwsze branie! Zacinam jakieś zwierzątko i kij się gnie aż miło. Moja Dega Jigrood 310 pracuje pięknie więc holuję bez problemu coś z głębiny 50m. Myślę sobie: ładny dorsz. Po kilkudziesięciu metrach kij przestał pracować, myślę, ładna ryba, nie szarpie się jak bolek a ciśnienie dobija ją w trakcie wyciągania na powierzchnię. Nic z tego. Okazuje się, że ten "dorsz" trochę rozpłaszczony walcem - to flądra! Nic to - nie będę wracał z łowów na tarczy, coś mam. Póki łowimy szansa jest. W trakcie przygotowania do obiadu obieramy z Krisem ziemniaczki, cebulę... Rozbijamy schabowe, gotujemy i smażymy. Wędkujemy z doskoku. Jakieś dorszyki w końcu kapitulują na pokładzie. Kris wyjmuje jakieś linki z dna, przywieszki - myśleliśmy, że wyciągnie jakąś wędkę ale nie było Pokazuje nam zapleciony w linki pokarm morskiego lamparta - podwój wielki, inaczej "morska wsza" albo "pchła" Młode dorsze obżerają się tym stworzonkiem. Łowimy i łowimy. Na wodzie prócz nas nie ma nikogo. Morze wzburzone kołysze i obijamy boki po relingach, łapiemy więcej równowagi niż ryb. Szyper mówi, że ryba wchodzi do Zatoki, jeszcze nie zaaklimatyzowała się... Woda ciepła, niedotleniona... wciska kit niedoświadczonym wędkarzom. Ja mam swoje sondy, czujniki, własną łódź i sprzęty a przede wszystkim praktykę i doświadczenie. Potrafię wyciągać wnioski. Chętnie oddałbym dobrą flaszkę temu kto pierwszy wyciągnie limit przy takiej pogodzie, przy takim wietrze. Po obiadku wciąż próbujemy coś złowić. Na pokładzie max 4 - 5 rybek na wędkarza. Kilku zmogło pod pokładem. Leżą i odpoczywają. Każdy chce wrócić ze świeżą rybką do domu. Marzy o wielkiej rybie i pulsującym ciężarze na kiju. Normalka. Niestety, często marzenia nie idą w parze z rzeczywistością. Nie co dzień niedziela. Ciężka praca i mozolny trud prowadzą do jakiegoś sukcesu ale każdy z wędkujących zdaje sobie sprawę jak to jest. Wciąż trzeba pływać i wykorzystywać okazję do złowienia "ryby życia" Na Zatoce, w morzu łatwiej niż w przetrzepanych wodach PZW. Oby każdemu ziścił się taki sen, marzenie. Życzę powodzenia. W końcu wracamy, zmierzch już zapadł. Wypłynęliśmy przed świtem, wracamy po zmierzchu. Jeszcze w domu czuję rozbujany błędnik. Zasypiam na fali zmęczony ale i szczęśliwy. Pewnie w niedalekiej przyszłości znów wypłyniemy i będziemy próbować. Powrócimy wierni morzu i wędkarstwu. Będzie dobrze...
-
no Dawid! Zapodawaj zdjęcia z Chrztu Morskiego.Jesteś już Morskim Wilkiem? Nie bój żaby - Sfora Cię przygarnie
-
Od świtu kolejny dzień na wodzie w bajkowej scenerii bałtyckiego morza Wyjmowaliśmy z Krisem lamparty aż Jendrusiowi kopara opadła - bezcenna minka Jendrula złowił flądrę, kilka śledzi a dorsz nie był mu dzisiaj pisany - tak bywa - aż mi go żal było
-
mapa AQUA MAPA - mapy batymetryczne polskich jezior
grzybek odpowiedział AQUA MAPA wna temat w Warto zajrzeć
Jak dobrze pójdzie jutro będzie pierwszy zapis z Zatoki Gdańskiej -
Odebrałem dzisiaj pilkery na dorsza - banan 70g i molwa 110g.
-
Jeżeli zauważę, że są stynki zmieniam przywieszki na kolor biało niebieski (ripper) Warto obserwować wydalaną treść przez dorsza to też pomocna wskazówka
-
Ostatnio znowu zacząłem ścigać się z dorszami. Jako, że co raz częściej łowię z kutra to muszę dostosować się do innych warunków. Wysokie burty, łowienie w dryfie, większe głębokości itp Wracam z konieczności do "złomu" czyli pilkerów i przywieszek. Pokażę Wam moje ulubione - żółta główka na haku Barbarian + wesz morska
-
Popłynęliśmy z Krisem kutrem wędkarskim na Zatokę. Zapowiadało się nieciekawie ale w końcu rybki się rozkręciły. Podeszło kilka bolków, śledzi i plaskatych. Nie było najgorzej pomimo pełni księżyca. Łowiliśmy od 20 do 40m. Sporo ławic paszy ale coś udało się wydłubać. Znowu jednego wędkarza ochrzciłem
-
mapa AQUA MAPA - mapy batymetryczne polskich jezior
grzybek odpowiedział AQUA MAPA wna temat w Warto zajrzeć
Brałem kiedyś mapy batymetryczne od państwowych instytucji oraz pośredników map nawigacyjnych. Te które dostałem albo kupiłem były stare i nieaktualne. Zawsze będzie potrzeba aktualizacji map i dokładnych danych. Mnie mapy pomagają ale ryb nie łowią, to samo dotyczy sprzętu jak i kompetencji do jego używania. Wciąż powtarzamy: nie wędka łowi ryby... -
Mówią, że im gorsza pogoda dla człowiek tym lepsza na miętusa. Trzeba wykazać się hartem ducha żeby wytrzymać warunki dobrych brań. Chyba jestem zbyt wygodny albo leniwy
-
Rzeczywiście, fajne marmurki. W życiu miałem z nimi dwa kontakty, jednego złapałem ręką w jeziorze, kiedy leżał odrętwiały w ciepłej wodzie. Drugiego znalazłem w żołądku szczupaka złowionego na Ostrzyckim. Chyba za wygodny jestem by je łowić docelowo
-
Dotarły do mnie plecionki Power Pro, oryginały ze Stanów. Cena wydaje się dobra: 66zł/135m Kolor żółty (hivis yellow)
-
Wieczorkiem, po powrocie do domu spojrzałem na barometr i wszystko jasne. Ciśnienie spadło o około 25-30hPa - tego nie mogłem się spodziewać a najprawdopodobniej to było powodem zaniku brań. Nic to - ważne, że płuca przedmuchaliśmy czystym powietrzem. Karaś złowiony przypadkiem rozjaśnił ten mroczny dzień Nie ma czym się martwić. Zbroimy się w nowe plecionki PP, korpusy pilkerów i pewnie w niedalekiej przyszłości wyruszymy w kolejną wyprawę.
-
Dzisiaj spotkał mnie niemały zaszczyt. Ewenement. Nigdy jeszcze w trakcie wędkowania na spining nie trafił mi się Pan Karaś! Nie traktowałbym go jako drapieżnika ale sam nie wiem, co o tym sądzić? Woda ma niecałe 9stC a tu taki cudak na kiju! (29cm/568g) Złowiłem dzisiaj kilka okonków 15-20cm i tylko tego karacha. Kolega na łodzi już zrezygnowany całodziennym brakiem brań szczapił sandacza ok 50cm ale też wypuścił go do wody. Po Dniu Konia przyszedł Marny Dzień - nie co dzień niedziela. Słabiutko, jedno jest pewne: żeby coś złowić trzeba pływać i pływać. Samo życie.
-
Świetnie żeś to ujął Przyłączam się do gratulacji Paweł (vel@Splawik66) Piękne rybsko
-
Nie miałem tyle problemów ze sprawianiem. Kolega, który miał z innym kolegą w sumie 7kg okonia powyżej 25cm skrobał je jeszcze kolejnego dnia Ja już wyrosłem z tego. W ogóle nie skrobię ryb. Jak nic nie wezmę z wody (obojętnie czy nie złowię czy wypuszczę złowione) to śmieję się z faktu, że nie mam problemu ze sprawianiem Teraz robię filety i zdejmuję skórę z łuską. Łby, gnaty i płetwy idą dla kilkunastu dzikich kociambrów które namnożyły się na działce. Na szczęście wiekszość kotek już wysterylizowaliśmy, ile można?
-
Malinka Jarku Podobnie mieli koledzy dwa dni wcześniej. W tym dwa garbusy 800-900g.
-
Kilka ostatnich dni dało się rybom we znaki. Gwałtowne ochłodzenie i spadki temperatur spowodowały, że ryby odczuły to na własnej skórze. Uaktywniły się znacząco. Najpierw kumpel obłowił się okoniami a później zaproponował mi wspólny wyjazd. Jako, że dostałem nowy sprzęt od Aquamapy - echosondę Lowrance HDS w zestawie z anteną zewnętrzną GPS zdecydowałem się popłynąć w deltę Wisły. Dzień zaczynamy pechowo. Gdy wyjeżdżamy z miasta telefon od żony kolegi informuje nas, że kluczyki od silnika i łodzi zostały u niego w domu. Tfu, nawrotka i gonimy spowrotem. Niech to kaczka albo szara gęś kopnie! Strata czasu i paliwa przez "mądrego" kota, który zrzucił zestaw z szafki. Nic to, trochę opóźnieni odbijamy od przystani i szukamy wczorajszych okoni na poprzednim stanowisku kolegi. O zdziwko, w pierwszych rzutach kolega zacina porządną rybę ale to "tylko" wymiarowy szczupak na 2" gumę. Ja próbuję bocznego troka ale wyjmuję tylko ok 20cm okonki, które wędrują do wody. Nie po nie dzisiaj przyjechałem. Interesują mnie te powyżej 30tu. Trochę zaskoczeni odmianą (brakiem dużych okoni) postanawiamy pływać w trolingu. To był szczał w dziesiątkę, moja ulubiona metoda Nie pływamy długo i jest porządna "decha" (branie) - holuję coś ciężkiego, ale hol jest dziwny. Częst, tak właśnie zachowują się solidne rybska. Do końca nie jestem pewny, czy to ryba czy jakaś szmata? W końcu ryba wychodzi na wierzch i okazuje się, że to sandacz, który nie trafił w przynętę i zaczepił się grotem kotwiczki za grzbiet. Kolega podbiera mi go ale tak płytko, niefortunnie, że ryba spada. Niech to ... Skubaniec pomny mojego ostatniego 3kg sandała podebrał go zbyt płytko! Spitolił, spartolił, zje..ł rybę bo w końcu jest b. doświadczonym wędkarzem. Zrypał! Emocje poszły w górę. Kilka grzecznościowych słów rozeszło się po wodzie wzbudzając wśród okolicznych, sennych łodzi nagłe poruszenie. Nic to, pomykamy dalej. Robimy nawrotkę i powtórnie gwóźdź programu siedzi na zatopionym woblerku - tym razem kolega, w ten sam sposób holuje sporą rybę. Sytuacja powtarza się. Kolejny sandacz, jeszcze większy zaczepiony grotem za grzbiet! Co jest grane? Obiecałem mu, że teraz ja mu podbiorę go tak jak on mojego. No, niestety - dobrze trafiłem i ryba wylądowała w podbieraku. 2 kilo na bank Dobrze jest. Trolujemy dalej ale zdaję sobie sprawę, że nie mam żadnej ryby na pokładzie! Ważne, że rybska gryzą, coś się złowi. Przeczucia są ale brań mało. Obławiamy moje stare, znane miejscówki i tam gdzie spodziewam się okonia mam piękne branie - klasyczna decha! Kij wygięty i znów zastanawiam się, ryba czy zaczep? Ale nie, jest ryba, czuję pulsujący ciężar w rękojeści. Holuję ładnego szczupaka, który za chwilę ląduje w podbieraku. Za każdym razem tniemy ten podbierak bo szkoda czasu na wyplątywanie kotwiczek. Kolega ma już zamówiony podbierak siatkowy, podobny do tego, którego sam używam na mojej łodzi. Ten już wygląda jak sito Po tym holu robimy kolejną nawrotkę w nadzieji na garbusa. Zawsze łowiłem tam tylko okonie a tu niespodzianka. Zawracamy i trolujemy na granicy blatu i głebokiej wody. Kiedy napływamy w miejsce gdzie było branie, na echu wychodzi spadek dna z 3 do poziomu 5m następuje kolejne branie! Dosłownie w tym samym miejscu! Adrenalina znowu uderza do głowy, hol jest dosyć siłowy, czuję ciężką, walczącą rybę. W wodzie jest ok 9stC ale rybska jeszcze walczą dzielnie. Andrzej podbiera mi kolejnego szczupaka 65cm Mam dwa ładne szczupaki i nie będę wracał na tarczy Andrzej ma pięknego okonia, sandała i szczupala Wracamy powoli trolingując w "złotej godzinie". Tam gdzie spodziewam się sandacza mam kolejne branie - decha! Silne te ryby. Niestety, holuję kolejnego szczupaka, którego chcę sam podebrać "sportowo" - ręką. Po kilku wyskokach szczupak jest przy burcie i ... przegryza plecionkę Odpływa sobie z moim najłowniejszym wobkiem "oczojebem" To pech, kolejny już tego dnia. Ryba poradzi sobie z kotwiczką ale szkoda mi woba. Skubaniec wyskoczył kilka razy tuż przy łodzi i zahaczył plecionkę, szkoda niepomierna. No cóż, na wojnie straty muszą być. Mówi się trudno - czeba żyć dalej. Wracamy w ślizgu do mariny. Dosyć przygód na dzisiaj. Odwożę kumpla do domu, wypijam u niego zasłużoną, silną kawencję i spadam do swojej chaty. Wyjeżdżam z posesji na ulicę, zatrzymuję się przed Vito, który stanął przed parkingiem. Z miejsca postojowego pod sklepem wyjeżdźa policyjny radiowóz a kierowca Vito (łaskawca) cofa, żeby gliniarze mogli wyjechać. Ślepota zapomniał, że stoję za nim. Cofa - ledwo zdążyłem wrzucić wsteczny bieg i cofnąć swoje auto. Jednak uderzył mnie hakiem - sam stałem się celem Policjanty zauważyli kolizję, wyszli z radiowozu. Po ciemaku oceniam uszkodzenia. Wygięta tablica i pęknięta osłona - zderzak raczej cały. Postanowiliśmy, że sami załatwimy formalności polubownie, bez udziału Policji. Facet równie zmęczony jak ja zapewniał, że zaraz przyniesie mi nową ramkę do tablicy rejestracyjnej. Po chwili wraca z ramką i co? Bez załącznika?! Oszczędziłem facetowi mandatu, odszkodowania z OC, problemów a on mi ramkę przynosi! Tablicy nie wyprostuję idealnie, to amelinium a muszę wszystko rozkręcić, poskładać choć nie czuję się winny tej kolizji. Pytam się: gdzie załącznik? Facet odwrócił się na pięcie i bez słowa odszedł do swojej chaty. Co jest grane? Na wypadek gdyby nie przyszedł robię sobie sweet-focię z jego tablicą rejestracyjną. Okazuje się, że jednak koleś wraca i pyta się co robię? Jednak wyciąga solidną flachę załącznika i podajemy sobie ręce. Wszystko OK, choć jakaś kara musi być Mam dwa ładne rybki, zakąskę i popitkę. Jak spotkamy się w trójkę z Krisem to będziemy mogli olać te ryby Wreszcie wracam do swojego miru domowego. Rozrzucam ubrania i sprzęty po wieszakach i hakach. Rozpamiętuję wydarzenia, fakty. Sprawiam ryby, jem obiado-kolację. Choć mocje opadają to kolana jeszcze drżą w tak Merkurego, siadam wygodnie w fotelu. To był "dzień konia" Rano, następnego ranka okazało się, że nie tylko dla nas. Kolega/sąsiad spotkany w trakcie zakupów w pobliskiej piekarni podaje mi rękę na przywitanie a drugą gmera w selfonie. Za chwilę pokazuje mi szczupaka złowionego wczorajszego dnia na Motławie - 12,5kg! Niezły numer - cieszymy się z wczorajszego dnia. Było owocny i bardzo intensywny. Wędkarska młodzieżówka łowi na Motławie, w centrum miasta skróty omal nie bijąc się o miejsce a wystarczy przejść się na koniec kanału, pod gazownię. Pod Polski Hak. Tamtędy ryby wchodzą z morza i z Wisły. Stamtąd rozpływają się po kanałach wokół miasta, także do Raduni.
-
Czyżby koniec spacerów po grobli Ptasiego Raju?
grzybek odpowiedział grzybek wna temat w Na każdy temat
Możliwe, że decyzja jeszcze nie zapadła ale domyślam się, że przede wszystkim idzie o rozbudowę Portu Północnego. Tam gniazdują ptaki i pewno je stamtąd wypłoszą - 100% Może rozsądniej by było tak zbudować groblę żeby zasłoniła teren rezerwatu ale to też pomysł SF. Każdy większy statek, głośniejsza motorówka będzie płoszyć ptaki jak na Zatoce Puckiej (Rewa Mew) Na ujściu (przekopie) Wisły też jest ostoja ptactwa a teraz doszły jeszcze foki. Co jeszcze? Trzeba dbać o przyrodę, zasoby naturalne. Niełatwo będzie wszystko pogodzić.
