Skocz do zawartości

Jotes

Zespół AS
  • Postów

    2 760
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Jotes

  1. Nawinąłem dokładnie taką samą żyłkę jak na Browningu - Dragon Super Camou Match. Nie zmieniałem na inną za względu na to, że jestem z niej zadowolony. No i pamiętać trzeba, że Zauber doskonale spisuje się z plecionką. Być może nawój krzyżowy niezbyt nadaje się do żyłki? Nie wiem, ale już nie eksperymentuję z tym kołowrotkiem. Wracam do poprzedniego. A rozprostuję ją na wodzie, wypływając za drapieżnikiem.
  2. Właśnie wróciłem z rybek, gdzie przez niemal cały czas przerabiałem powyższy temat. Podkusiło mnie, by sprawdzić w boju Zaubera 4000 i jeszcze żaden kołowrotek mnie tak nie zmęczył, jak ten. Nawinąłem wczoraj podkład i 150 m nowej żyłki 0,16 pod waggler. Okazało się, że Zauber masakrycznie skręca żyłkę. Całe warkoczyki spadały ze szpuli. Dotychczas łowiłem na Browninga matchowego i ani razu nie miałem takiego przypadku, przez ponad miesiąc nic się nie wydarzyło. A tu masz babo plecak. Jedno wiem - niczego nie zmieniać, skoro jest OK. Holować, holowało się bardzo przyjemnie, bez żadnych oporów, hamulec pięknie pracował. Założyłem nawet do niego podwójną korbkę od Browninga. Wszystko chodziło jak masełko, tylko to skręcanie żyłki bardzo mocno przeszkadzało i utrudniało całą robotę.
  3. Wprawdzie w dzisiejszych czasach można sobie kupić za parę złotych, ale mnie sytuacja zmusiła, by zrobić samemu. Nic tak nie cieszy, jak coś własnej roboty. A kupić, kupiłem 3,25 m, ale nawet nie zdążyłem o tym napisać w temacie "Co nowego kupiliście", bo mi właśnie wczoraj trachła na pierwszym łączeniu od góry. A lekuchno strząsnąłem tylko wodę z siatki po zakończeniu połowu. Naprawiam ją obecnie, ale też postanowiłem sobie zrobić porządną ze starego bata 6 m. Wyrzuciłem dwa górne elementy, tokarz dotoczył mi gwint z aluminium i wkleiłem distalem epoksydowym. Tak wygląda złamany element od funkiel nówki: Tak wyglądają części składowe nowej tyczki wg Jotesa A tak będzie wyglądało już po wklejeniu: Po naprawie złamanej, jedna będzie w zapasie, bo nie daj Boże zostać bez lekkiego podbieraka. Trzeba sobie jakoś radzić w życiu - jak powiedział baca zawiązując buta glizdą.
  4. Nie no, nie odbieraj tego w ten sposób Zbyszku. Przecież tylko dyskutujemy na temat sprzętu i muszą być jakieś za i przeciw. I jeśli jakiś sprzęt ma wady, to najlepiej o nich napisać. Każdy szuka czegoś niezawodnego, czegoś, przez co nie będzie tracił nerwów nad wodą i nie będzie musiał od razu odsyłać do serwisu, po stracie paru szpul żyłki. A ja jestem bardzo zainteresowany zakupem DOBREGO kołowrotka matchowego i dlatego zwyczajnie wybrzydzam i poszukuję czegoś na kieszeń rencisty, ale cieszącego się dobrymi opiniami użytkowników. I tyle.
  5. Nie no, nieporozumienie zupełne. Odpisywałem Ozetowi o tym Cormoran Corcast Super Jet Match 8PiF.
  6. Na fishing test czytałem o wciąganiu żyłki pod szpulę, w samym teście, ale i użytkownicy swoje jeszcze dołożyli. Podobnie na forum wyczynowym...
  7. Ten Cormoran ma fatalną opinię - wciąga żyłkę pod szpulę.
  8. Ja ją kupiłem do odległościówki. W sklepie nie mogłem zerwać 0,18, więc byłem pod wrażeniem i wziąłem w cenie coś ok 20 zł. Dopiero nad wodą okazało się, że to zwykła nitka, rwała się bez żadnego trudu. Przez tą cholerę straciłem wtedy 2 najlepsze wagglery 10+3. Być może dostałem tylko starzyznę, ale już się sparzyłem i więcej nie wezmę.
  9. Dzięki za podpowiedź. Poszukam i spróbuję. Ja też w dokładnie tym samym miejscu znaczyłem. A żyłka? To akurat nie problem, takiego Dragona za 8,50 zł mogę nawet 5 razy do roku wymieniać. Żaden wydatek. I trzeba przyznać, że jest dobra, nadal pięknie tonie (nie odtłuszczałem jeszcze) i jest wytrzymała (0,16). Trabucco 0,18 niemiło wspominam.
  10. Dzięki Andrzeju i również pozdrawiam.
  11. Aleś mi zadał ćwieka! Toż to klon Zaubera i ponieważ nabyłem świeżo Zaubera 4000, to przeca wystarczyłoby mi dokupić jedną lub dwie szpule od Zaubera 4000 Match. A dopiero jako dodatkowy kręciołek do drugiego zestawu Drennan. I wtedy mam dwa kompletne zestawy z porządnymi kołowrotkami...
  12. Zbyszku, ja już kiedyś to przerabiałem i faktycznie celowo do tej metody kupowałem żyłkę spinningową, odtłuszczałem ją i zaznaczałem na niej czarnym markerem. Nie było to jednak trwałe i co kilka zarzuceń musiałem odnawiać. I żeby było jasne, robiłem to porządnym markerem - BIC Permanent Marker. Tym razem stosuję typowe żyłki do odległościówki i w grę wchodziłby jedynie biały marker dedykowany do tej właśnie metody. Nie zależy mi jednak na aż takiej precyzji i nie dam tyle kasy na zwykłą pierdołę, z której być może już za kilka tygodni nigdy więcej nie skorzystam. Bo jako spinningista nie mam odrobiny pewności, że w przyszłym sezonie jeszcze będę łowił na odległościówkę - a nóż drapieżnik będzie ładnie zagryzał? A z tą spiralką to oczywiście żartowałem(że zrobię na nowej żyłce). Zbyszek, nawet jeśli miałbym już nic więcej tam nie złowić, to i tak jestem nasycony już leszczami. Ale podejrzewam, że gdyby któregoś dnia moje nęcone miejsce było zajęte, to stając obok, ryby i tak wlezą w moją zanętę, którą już doskonale znają, a nie jakąś inną bebeluchę. Tutaj każdemu szkoda kasy i dołożyć konkretnych dodatków. Walą moczony chleb wymieszany z płatkami. No to kto ma wtedy większe szanse? Mam rację? Trzym się - pozdrawiam. Jarek Ps. Na tej żyłce nie zaznaczę - DRAGON Nie będzie widać.
  13. Hihi! Myślałem też o stoperku żyłkowym, jako znaku na żyłce głównej, ale jakoś nie po drodze...
  14. Początkowo stawiałem bojkę, ale już tego nie muszę robić. Nęcę w ściśle namierzonych punktach, pomiędzy rurą odprowadzającą deszczówkę z tamy, a drabinkami z prętów do bezpiecznego wchodzenia, gdy spadzista nawierzchnia jest śliska. Patrząc od strony łodzi, miejsce nęcenia jest wierzchołkiem trójkąta o bokach w równej długości, których mogę się mylić o około metr do półtora metra, tama jest podstawą tego trójkąta. Nęcę w kole około 4 do 5 m średnicy, więc tak nieznaczna różnica nie może mieć wpływu na brania. M.in dlatego mogę się pokusić o prowokowanie ryb do brania, o którym napisałem. zarzucam prostopadle do wysokości tego trójkąta (środek podstawy). Stając z konieczności inaczej i zarzucając np o 90º od tamtego miejsca, wyznaczam sobie trójkąt prostokątny, którego jedna z przyprostokątnych (dłuższa) jest linią prostopadłą do rury, a krótsza to odległość łodzi od miejsca nęconego. Rzucam wtedy zanętę począwszy od końca mojej przyprostokątnej i 5 m w moją stronę oraz w stronę drabinki. To z pewnością jest to samo miejsce, co wcześniej. Różnica również jest nieznaczna. Ponadto, kiedyś zaplątała mi się żyłka o szczytową przelotkę (poskręcała się już), gdy pociągnąłem, zrobiła się spiralka. Przypadek, ale i ona wyznacza, ile żyłki mam dowinąć. Następną żyłkę po ustawieniu zestawu od razu przeciągnę nożem żeby zrobić taką ładną spiralkę/wyznacznik. Dodam jeszcze, że w tak często nęconym miejscu pomyłka nawet o 10 m nie powinna mieć zbytniego wpływu na brania, gdyż po pierwsze strzelam jeszcze z procy zanętę wokół wagglera, a wystrzelony z procy makaron ma też duży rozrzut i to on przytrzymuje leszcze w łowisku.
  15. Rzecz jasna cały poniższy opis wyrażam własnym zdaniem, według własnej logiki i pojmowania wszelkich niuansów związanych z tą metodą. Początki tej metody sięgają lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, a sama metoda wymyślona/stworzona została odpowiednio do warunków atmosferycznych panujących w Anglii. Nie na darmo mówimy często, że dzisiaj mamy angielską pogodę, gdy na dworze jest ponuro, mgliście, pada deszcz i wieje wiatr. I właśnie do takich warunków dopasowano odpowiednią metodę amatorskich i sportowych połowów ryb. Zobacz cały artykuł
  16. Rzecz jasna cały poniższy opis wyrażam własnym zdaniem, według własnej logiki i pojmowania wszelkich niuansów związanych z tą metodą. Początki tej metody sięgają lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, a sama metoda wymyślona/stworzona została odpowiednio do warunków atmosferycznych panujących w Anglii. Nie na darmo mówimy często, że dzisiaj mamy angielską pogodę, gdy na dworze jest ponuro, mgliście, pada deszcz i wieje wiatr. I właśnie do takich warunków dopasowano odpowiednią metodę amatorskich i sportowych połowów ryb. Oczywiście moim skromnym zdaniem, cała idea odległościówki sprowadza się do połowu na różnych odległościach – dystansach i zatopieniu żyłki celem uniknięcia wybrzuszeń, przez co traci się kontrolę nad zestawem, a to z kolei uniemożliwia skuteczne zacięcie. Jedynym koniecznym elementem pierwotnego zestawu do odległościówki był odpowiedni spławik, dzięki któremu można żyłkę zatopić. Dzięki tej metodzie można dotrzeć z zestawem do ryb żerujących z dala od brzegu, ale też daje ona możliwość odciągnięcia ryb od zestawów innych wędkarzy łowiących np. na zestaw skrócony, gdzie długość wędziska/tyczki ogranicza zasięg połowu. I to tyle odnośnie samej idei odległościówki angielskiej! Prekursorem tej metody był Billy Lane w 1963 r, który na mistrzostwach świata wywalczył dzięki tej metodzie tytuł mistrzowski. Najprawdopodobniej, to właśnie po jego sukcesie metoda odległościówki angielskiej, zyskała światową renomę i cieszy się nią do dziś. O sprzęcie, jakiego wtedy użył, wiadomo jedynie, iż był to zwykły bambusowy kij i kołowrotek o stałej szpuli. A jak możemy się również domyślać posłużył się też wagglerem, który umożliwiał mu posyłanie zestawu na większą odległość oraz zatopienie żyłki. Nietrudno się też domyślić, że jego wędzisko wyposażone było w zwykłe druciane przelotki, kołowrotek z głęboką szpulą i małymi obrotami oraz zwykłą żyłkę, której napięcie powierzchniowe nie pozwalało zatonąć, jeśli się jej uprzednio nie odtłuściło. Dopiero wraz postępem technologicznym i coraz większą popularnością samej metody, nastąpiła ewolucja sprzętowa. Zaczęto produkować specjalne kije do metody odległościowej, wyposażone w minimum 13 przelotek na wysokich stopkach, odpowiednie kołowrotki z płytką szpulą/szpulami, tonące żyłki, których nie potrzeba odtłuszczać przed wędkowaniem tą metodą i wagglery. Produkowane są też masowo inne części składowe zestawów odległościówki: systemiki do mocowania wagglera stacjonarnie i przelotowo, śruciny, stille oraz ciężarki przelotowe, stopery i koraliki, mikroskopijne wręcz krętliki, a nawet odpowiednie do tej metody haczyki z krótkim trzonkiem. Jednak to tylko drobnostki/duperele, mające wielu ojców, a do których nie miał dostępu w roku 1963 autor i ojciec tej metody, a wszystko w pierwotnym zestawie musiał stworzyć samemu zaszczepiając w naśladowcach ideę angielskiej metody odległościowej. Mając już za sobą wstęp, opiszę teraz swoje doświadczenia z tą metodą. Moje początki z odległościówką również były dość prymitywne. Zaczynając przygodę, miałem do dyspozycji jedynie odpowiedni do tej metody kijek o długości 4,20 m, kilka wagglerów i żyłkę, którą odtłuściłem już na łowisku przy pomocy własnoręcznie zrobionej specjalnie rolki/podpórki. Kołowrotek, który zastosowałem, był Byron Hit 300 o przełożeniu 6,2:1. I choć był to topowo spinningowy kołowrotek, zaadoptowałem go do metody angielskiej odległościówki, odpowiednio wypełniając szpulę podkładem żyłkowym. Mój zestaw także był improwizowany na potrzeby nauki metody odległościowej i składał się m.in. ze zwykłej agrafki z krętlikiem nawlekanym na żyłkę do mocowania wagglera, koralika z żony „sznura pereł”, śrucin, krętlika i przyponu. Obecnie nadal łowię tym samym kijkiem o cw 5 – 20 g, ale już z kołowrotkiem typowym do tej metody, z płytką szpulą i z przełożeniem 6,2:1 oraz żyłką matchową o grubości od 0,16 do 0,18 mm. Mój zestaw do połowu leszczy z łodzi składa się z następujących elementów: stoper żyłkowy, systemik do mocowania wagglera przelotowo, stoper gumowy amortyzujący uderzenia wagglera, stoper żyłkowy uniemożliwiający przesuwanie stopera gumowego przez spławik, ciężarek przelotowy, kolejny stoper gumowy chroniący wiązanie krętlika, krętlik nr 20 i przypon z haczykiem wiązany do oczka krętlika węzłem ABU. Wcześniej stosowałem gotowe zestawy, odpowiednio wyważone do konkretnego wagglera i zwinięte na drabinkę. Taki zestaw miał jednak swoje minusy. Podczas zarzucania potrafił się czasem splątać, a po zakończeniu połowu, należało go odciąć i zwinąć na drabinkę. Z przelotowym ciężarkiem nie mam takich problemów – nie mam żadnych problemów. Omawiając szczegółowo całość zestawu, należy kolejno od jego góry wymienić: Stoper nitkowy kupny, jak na zdjęciu lub stoper wykonany z żyłki widocznej również na zdjęciu. Ja stosuję zawsze stoper żyłkowy i stąd taka żyłka na moim wyposażeniu Systemik do przypinania wagglera – przelotowo lub stacjonarnie. Ja oczywiście łowiąc w łowisku o głębokości 6,4 m, stosuję przelotowy systemik Różne wagglery, w zależności od odległości, na której łowimy oraz głębokości łowiska. Ponieważ ja łowię z łodzi, stosuję najczęściej waggler 3+3 – 3+4,5. Taki waggler jest wystarczający na niewielkim dystansie od łodzi (maksymalnie. 15-20 m) W zależności o natężenia światła, refleksów od wody, połowy rozpoczynam przeważnie od wagglera 3+3 g z antenką w kolorach czerwieni, z białym paskiem i resztą atenki w kolorze czarnym. W miarę jak zwiększa się intensywność światła/nasłonecznienia, zmieniam na typowo leszczowy spławik, malowany na całej długości atenki różnymi kolorami Stoper gumowy. Ten stoper nawlekam pod wagglerem i w odległości ok. 120 cm od krętlika, a drugi taki tuż przy krętliku Ciężarki przelotowe o różnej gramaturze w zależności od wagglera Śruciny ołowiane do ewentualnego dokładnego wyważenia wagglera. Zaciskam je pomiędzy wagglerem, a przelotowym ciężarkiem (ok. 50-60 cm powyżej ciężarka) Krętliki nr 20 Gotowe, kupne przypony z haczykami różnych firm i z różnej grubości żyłki. Najczęściej stosuję przypon Owner o długości 25 cm z haczykiem nr 12 i wiązany na żyłce 0,12 mm Dodatkowo na łowisku, już w trakcie połowów, koniecznym elementem wyposażenia wędkującego jest wypychacz do haczyków. Przydają się też szczypce chirurgiczne, nożyczki oraz gruntomierz Kolejnymi przydatnymi elementami są proc, którą przerobiłem na uniwersalną do strzelania kulami zanęty, jak i też robakami, makaronem i luźnymi ziarnami. Usprawniając proc, wkleiłem w ten koszyczek wyrzucający zanętę, półokrągłą miseczkę plastikową. Jest to część miarki do mleka w proszku lub odżywki dla dzieci, wielkości piłeczki ping pongowej. I kolejny element wyposażenia, to rolka – podpórka do odtłuszczania żyłki, montowana przy pomocy widocznego na zdjęciu zacisku, bardzo przydatna, gdy żyłka ze względu na zabrudzenie przestaje tonąć Konieczna jest też odpowiednia i odpowiedniej długości siatka do przechowywania złowionych ryb, widoczna na innych fotografiach. Na łowisko wypływam łodzią i kotwiczę ją i na dziobie i na rufie. Staram się łowić zarzucając zestaw po stronie jednej z burt, gdyż jako podpórki używam relingu łodzi, na który założyłem piankę chroniącą wędzisko przed otarciem Łódź kotwiczę tak, żeby móc łowić plecami do słońca i do wiatru, ułatwia mi to zarzucanie zestawu oraz jego obserwację. Łowienie z łodzi daje mi i tę przewagę, że mogę napłynąć z każdej strony do stale nęconego łowiska. Moimi pierwszymi czynnościami na łowisku są: nęcenie zanętą, którą moczę jeszcze na brzegu, wrzucam 5-6 kul wielkości pomarańczy, trzykrotnie strzelam procą gotowanym makaronem kolanka, następnie rozkładam podbierak na długiej tyczce 3,25 m, rozkładam przygotowany już kijek, przypinam odpowiedni waggler i wygruntowuję zestaw. Zestaw oczywiście ustawiam tak, by przelotowy ciężarek leżał na dnie, ale ma jedynie je muskać. Przynęta zostaje wtedy położona na dnie w zanęconym wcześniej miejscu, gdyż leszcz jest rybą poszukującą pożywienia na dnie. Dopiero po tych czynnościach przystępuję do łowienia. Na haczyk zakładam w zależności od intensywności brań od jednego do dwóch białych robaków lub jednego białego i jedną pinkę, albo dwie pinki. Zarzucam kilkanaście metrów poza miejsce nęcenia, zanurzam na ok. 1 m szczytówkę wędziska i dwoma lub trzema szybkimi obrotami korbki kołowrotka zatapiam żyłkę. Dodatkowo, wyciągając szczytówkę z wody wykonuję energiczne zacięcie w bok, którym wciągam środkowy odcinek żyłki pod wodę. Od gładkości powierzchni wody zależy szybkość i łatwość zatopienia żyłki. Czym powierzchnia wody gładsza, tym trudniej ją zatopić i należy też odpowiednio wykonać od dwóch do nawet pięciu, sześciu obrotów korbką. Na sfalowanej wodzie jest to znacznie łatwiejsze. Po zatopieniu żyłki kasuję jej luz i otwieram kabłąk, by zestaw szybciej zszedł na dno. Dopiero, gdy żyłka przestaje schodzić ze szpuli, zamykam kabłąk, wciągam waggler w zanęcone wcześniej miejsce i ponownie kładę robaki na dnie. Rzecz jasna leszcza można złowić na różne inne przynęty, nawet na te, które znajdują się w mojej zanęcie, jak chociażby kukurydza, czy makaron. Można też na haczyk zakładać kanapki: np. ziarnko kukurydzy i jednego robaka białego lub pinkę. Ja jednak idę na łatwiznę i łowię wyłącznie na robaki. Wędzisko trzymam cały czas w dłoni, opierając tylko o reling tak, by szczytówka znajdowała tuż przy lustrze wody. W ten sposób mam pełną kontrolę nad zestawem. Zacinając, wystarczy energiczny ruch wędziskiem do góry lub w bok. Energiczny, lecz nie siłowy! Hamulec w kołowrotku ustawiam tak, by już w momencie zacięcia oddał trochę żyłki. Brania leszczy zazwyczaj są takie, że antenka spławika nagle zaczyna się wynurzać. Takie branie zacinam natychmiast, gdyż oznacza ono, że leszcz trzyma przynętę w pysku, podnosząc z dna ciężarek. Mogą też być sygnalizowane nieznacznym bo jednocentymetrowym wynurzeniem, bądź zanurzeniem atenki wagglera – trzeba po prostu być cały czas czujnym i bacznie obserwować spławik. Gdy brania ustają, bądź są sporadyczne/rzadkie, stosuję manewry prowokujące ryby do brania. Zestaw zarzucam tak, że po zatopieniu żyłki i opadnięciu ciężarka na dno jeszcze kilka metrów przed nęconym miejscem, odczekuję ok 5 minut, a gdy brak jest brania, przesuwam zestaw dwoma obrotami korbki kołowrotka bliżej zanęty, w zanętę, a potem bliżej siebie. Bardzo często brania następują, gdy przynęta ponownie opadnie na dno. Taki manewr powtarzam kilkakrotnie, aż do momentu, kiedy przynęta znajduje się już zdecydowanie poza miejscem zanęconym. Oczywiście należy też co jakiś czas donęcić łowisko. Robię to mniej więcej raz na pół godziny, strzelając procą od 3 do 5 kul zanęty wielkości mandarynki oraz dwukrotnie strzelam makaronem kolanka. W opisany wyżej sposób łowię nie tylko leszcze, ale też wszędobylskie krąpie, płocie, okonie, jazie, a nawet jazgarze. Na dołączonych fotografiach widoczne są też leszcze pokaźnych rozmiarów 50+ oraz 60+ i choć brakuje im sporo do okazów, to i tak są miłym połowem Również miejsce stałego nęcenia, staje się bardzo atrakcyjnym łowiskiem, do którego ryby z ochotą wracają na darmową ucztę. I jak widać po dołączonych fotografiach, nie trudno o dwucyfrowy wynik spławikowej zasiadki. Także powtarzalność takich wyników jest łatwiejsza I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje doświadczenie w metodzie angielskiej odległościówki. Zważywszy, że na stałe uprawiam inną metodę połowu. No cóż! Na bezrybiu i leszcz ryba… Jotes
  17. Witaj Ja planuję zakup tego kołowrotka - Drennan Czytałem o nim sporo bardzo dobrych opinii. Przełożenie ma wprawdzie 5,2:1, ale to wybitnie matchowy kołowrotek z dwoma płytkimi szpulami zapasowymi. W ofercie masz też większy bo 4000 kołowrotek z tej serii. Poszperaj również w ofercie sklepu, a z pewnością znajdziesz odpowiedni dla siebie kijek matchowy.
  18. No i właśnie ja popełniłem ten błąd, bo tak określałem małe leszczyki. U nas na krąpie mówi się suchotniki lub żyletki. Dzięki i pozdrawiam
  19. Gratki Grzybku połowów! Pozdrawiam
  20. Ale mowa jest srebrem i masz ode mnie punkt za mowę. Dzięki Spławiku - rośnij duży.
  21. Cholerka, ta rybka nie daje mi spokoju. Długi brak kontaktu z metodą spławikową, spowodował, że chyba źle rozpoznałem gatunek. Po odświeżeniu wiadomości o rybach, widzę w nim nie leszczyka, ale krąpia. Świadczą o tym duże oczy i kolor płetw. A może mylę się ponownie? Możecie zerknąć?
  22. N ie! Te ryby znam doskonale i nałowiłem się ich w Pilicy, więc z nią nie mogłem pomylić. Dzięki Andrzeju, będę na niego czekał w gotowości.
  23. Dzisiaj ponownie wypłynąłem z odległościówką, ale tym razem zabrałem też zestaw sumowy. Z samego rana tuż po zanęceniu spodziewałem się, że nie będzie problemu ze złowieniem jakiegoś żywca na sumówkę. Ku mojemu zdumieniu, jako pierwsze zaczęły brać duże lechony. Wagler po pierwszym zarzuceniu ledwie ustawił się w zanęcie, postał ok 10 sek i pięknie zaczął się wynurzać po braniu leszcza. W końcu udało mi się złowić rybkę 20 cm i natychmiast wysłałem ją do "podwodnego marketu", po jakieś wąsate monstrum. Kijek położyłem na dziobie, oparłem o reling i zaparłem przelotką o burtę. Podwiesiłem dzwonek i włączyłem wolny bieg w kołowrotku. Następnie zająłem się spławikówką, nastawiając ucha, czy nie usłyszę przypadkiem dzwonka. W zasadzie ciężki zestaw zarzuciłem bez przekonania, że coś się uwiesi na haku. Skupiwszy całą uwagę na wagglerze, co i raz zacinałem kolejną rybę. To dużego leszcza, to mniejszego podleszczaka. Płoć dzisiaj nie żerowała, nie udało mi się złowić ani jednej sztuki. Podczas wędkowania, miałem conajmniej 5 przypadków spadnięć z haczyka dużych leszczy. Okazało się, że mój haczyk nr 12 Kamatsu jest stanowczo za mały. Dopiero po wymianie folgi na Mustada nr 12, ale zdecydowanie większy, zacięcia były pewne i żadna ryba już się nie spięła. Około godziny 7.30 usłyszałem dźwięk, na który czekałem z nadzieją, że coś zagryzie żywca. I faktycznie dzwoneczek przeskoczył prowizoryczną górkę, którą zrobiłem z pokrowca od siatki na ryby i znalazł się pod kijem. Na razie jeszcze nie ruszałem, tylko oczekiwałem na kolejny ruch dla potwierdzenia, że na pewno mam branie. Po kilku minutach znowu usłyszałem dźwięk i zobaczyłem ruch na szczytówce. To już wystarczyło, bym w ekspresowym tempie znalazł się przy kiju. Po zacięciu - zresztą i po samym braniu było też widać - na końcu zestawu zawisł sandacz. Ot, 51-53 cm - niewielki. Odhaczyłem rybę, wrzuciłem do siatki, zarzuciłem ponownie i wróciłem do spławikówki. Donęciłem procą kilkoma kulkami zanęty i trzykrotnie strzeliłem makaronem w łowisko. Podleszczaki i leszcze współpracowały z wielką ochotą, choć brania stały się wyraźnie delikatniejsze. Wagler jedynie to kucał o 1 cm, to wynurzał się o 1 cm. Rybom brakło już zdecydowania, ale i to wystarczyło, bym jeszcze ich kilkanaście szt naciął. Dzień okazał się znów łaskawy dla mnie, a połów dość obfity. Zestaw sumowy już się nie odezwał. Moja wina, bo splątał się przy rzucie, a żywiec spadł - nie obserwowałem jego lotu. Błąd! Po zakończeniu łowów, zrobiłem fotkę i pozbyłem się zawartości siatki. Uwiecznione w telefonie z pewnością mi wystarczą. Moje stanowisko na łodzi i prowizoryczna podpórka pod odległościówkę, z pianki do "ogacania" rur. Połów: I jeden z kilku dziwolągów. Ten podleszczak na 100% ma tasiemca, co widać po jego wywalonym brzuszysku. Złowiłem też jakiegoś mieszańca, który był chyba skrzyżowany z certą, bo miał wystający nochal, ale nie tak szpiczasty jak certa, tylko śnupola miał jak kartofla, a ryjek typowo leszczowy. Miałem zrobić fotkę, ale ponieważ krwawił, darowałem sobie. Ot i kolejna dniówka na wodzie zaliczona, ale po jutrze tam wrócę.
  24. W jakiej sieci brałeś telefony? Ja chyba będę zmuszony przejść do Play. Szczerze powiedziawszy i tak już miałem dosyć Orange i ciągle przerywanych połączeń. Byłem wcześniej kilka lat w Erze, potem 9 lat w Plusie i nigdy nie zerwało mi żadnego połączenia, a w Orange do znudzenia takich przypadków (choć w mojej pipidówie jest kilka przekaźników). Poza tym ofertę mają obecnie denną, a jak mam podpisać cyrograf, to muszę wybrać coś wypasionego (usługę/abonament i sprzęt).
  25. Najprawdopodobniej popełniłeś "szkolny błąd". Za każdym razem przed rzutem MUSISZ koniecznie sprawdzać, czy żyłka nie oplątała się o szczytową przelotkę!!! To jest najczęstsza przyczyna takich złamań. Rzut musi być płynny, a nie "na chama".
×
×
  • Dodaj nową pozycję...