-
Postów
1 074 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Artykuły
Forum
Galeria
Kalendarz
Zawartość dodana przez Ozet
-
Do końca życia, to Ty z pięć takich koszy zdewastujesz. "Letko" licząc 10 lat na każdy. Wygląda na bardzo solidny, ale koniecznie będziesz musiał dodać fotki znad wody. Wtedy będzie można mu się przyjrzeć w całej okazałości.
-
No dobra, cóż nam pozostało, będziem cierpliwie czekać. Wykorzystując ten czas oczekiwania, napiszę o genialnym w swej prostocie, łatwym do wykonania, przyrządzie do pęczkowania larw ochotki. Współcześnie może być wykorzystany także do tzw. gumkowania pelletu. W czasach gdy kupienie czegokolwiek sensownego "na ryby", było nie lada wyzwaniem, powstał właśnie ów przyrząd. Jak to mówią "potrzeba matką wynalazku", aby można było na całkiem spore haki, bo małych nie było, nałożyć larwy ochotki. Podpatrzyłem ten "wynalazek", u jednego z kolegów w latach 80-tych ub.w, kiedy to zdecydowanie wygrał zawody okręgowe, łowiąc na ochotkę w pęczkach. Wykonanie jest banalnie proste. Ot, wystarczy gruby plastikowy korpus od długopisu, pilnikiem usuwamy część korpusu (jak na foto), drobnym papierem ściernym wygładzamy krawędzie i wsio. Teraz jest to udogodnienie że można kupić gotowe pierścienie lateksowe, kiedyś trzeba było kupować wentyle rowerowe, (czerwone, pasowały do ochotki) i ciąć je na cieniutkie pierścienie. Pęczki ochotek można zakładać na większe haczyki, polując na grubsze egzemplarze białej ryby (i okonie).
-
No zlituj się wreszcie! Długo jeszcze każesz nam czekać?
-
Krzysiu, można wgapiać się się w żyłkę, obserwując jej narastające jednostajnie napięcie, albo "nerwowy" skok żyłki na styku z powierzchnią wody, tudzież nagłe zluzowanie żyłki. Jednak moim zdaniem kluczowe dla skutecznego łowienia okoni, są dwa elementy. Wędzisko, dobrze przenoszące wszelkie "doznania" aż po uchwyt kołowrotka (do ręki), koniecznie z czułą szczytówką, oraz kołowrotek, bezwzględnie działający bardzo płynnie. Nie ma nowy o zmieniających się oporach przekładni kołowrotka, podczas zwijania zestawu. Taki numer może przejść przy łowieniu szczupaków, ale nie okoni. Jeżeli te dwa warunki będą spełnione, nie powinno Ci umknąć żadne okoniowe branie. Będą sygnalizowane przez szczytówkę, albo będziesz je wręcz wyczuwał pod dłonią trzymającą spina. PS. Intryguje mnie tytuł tematu. Czy jednolita wędka, oznacza wędkę jednoczęściową, czy może zestaw zakończony główką jigową (nie boczny trok).
-
"Nie filozuj" Michał, "nie filozuj", bo zaczynamy pogłębiać chaos, zwany off-topem.
-
Jak go znam, to nieE (albowiem stanowczy jest). Zresztą dyskutanci wystarczająco jasno określili swoje stanowiska, więc z pewnością pozostali by "na z góry upatrzonych pozycjach".
-
Michał, ja także nie stosuję pelletu jako przynęty, ale czasem dodaję go w postaci zmielonej do zanęty (wczesną wiosną, późną jesienią), około 10% całości mieszanki. Najczęściej jest to pellet-halibut MS-1 Mondial F. Wtedy nie dodaję już do zanęty żadnych ziół, przypraw czy innych atraktorów. Jeżeli mam tego mielonego halibuta w zanęcie, to dodaję też do pudełka z białymi robakami/pinkami, aby nadać im ten zapach. Czasem przynosi to bardzo dobre efekty, czasem mizerne jak to na rybach. Co Ci szkodzi, możesz wypróbować. W związku z powyższym zdaniem, przypomniał mi się pewien pasjonujący temat, który niestety został niespodziewanie zamknięty, przez naszego Drogiego Admina.
-
Oj tak, ja bym powiedział nawet, że solą, pieprzem i papryką z nutką wanilii w tle. Ta niepewność jest najbardziej intrygująca, choć każdy z nas rozkładając sprzęt, jest święcie przekonany że oto tym razem właśnie dzisiaj, weźmie srogi rewanż na rybach. Za te dni kompletnego bezrybia, za ten deszcz lecący za kołnierz, za ten wiatr przenikający do szpiku kości, za ten skwar nie do zniesienia, za te komary tnące niemiłosiernie, za te żaby drące mordy, no i w ogóle ktoś przecież musi "beknąć" za nasze dotychczasowe nie zasłużone niepowodzenia.
-
Wind, już kilka lat temu byłem mocno zaszokowany gdy jeden z kolegów przedstawiał regularnie łowione liny na Nogacie, w okresie przedwiośnia (Calvuss bodajże). Widocznie "co kraj to obyczaj". Może jest tam zimowisko linów? Ryb dużo, więc nawet przy mniejszym metabolizmie w zimnej wodzie, brakuje im pokarmu więc biorą? Może na Nogacie populacja lina jest "od zawsze" wyjątkowo duża, więc można liczyć na efekty niemal przez cały rok? To takie moje teorie w tej kwestii, niekoniecznie trafne. Pewnie miejscowi wiedzą więcej. Ważne że biorą. Adeptus, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie chodzi o to, że w czasie łowienia słońce musi koniecznie oświetlać Twoją miejscówkę, pełne słońce jest nawet niewskazane. (A jeżeli już, to najlepiej gdy świeci pod ostrym kątem czyli rankiem i wieczorem.) Chodzi o coś innego. Dobrze jest gdy dana miejscówka, wystawiona jest na działanie słońca przez większą część dnia, co wiąże się z wyższą temperaturą wody. A wyższa temperatura wody to obfitość bezkręgowców które preferują cieplejszą wodę dla swego rozwoju. Taki lin jako ryba ciepłolubna, wybierze z pewnością rejony łowiska z cieplejszą wodą. Jeżeli przy tym ma zapewnione kryjówki wśród roślinności i obfitość pokarmu, to sprawa wydaje się być oczywista. (Ech, żeby praktyka wędkarska chciała być zawsze tak oczywista jak teoria... ) Faktem jest że zwykle trafiam na liny w płytszych rejonach akwenów, gdzie woda jest choćby nieco cieplejsza. W czasie samego połowu , może być nawet zachmurzenie całkowite, często to i lepiej dla efektów łowienia (nie tylko lina). Słońce "zrobiło swoje" w dni bezchmurne lub z zachmurzeniem małym, a woda nie schładza się tak szybko jak powietrze. Jednak na przedwiośniu, nie decydował bym się na nęcenie ziarnami czy pelletem. Do czasu zdecydowanego ocieplenia, gdy temperatura wody wyraźnie się podniesie, wszystkie gatunki ryb będą na diecie mięsnej. Warto więc założyć na haczyk dżdżownicę, białego robaka, czy pęczek ochotek (albo nawet soczystą rosówkę, jak koledzy na Nogacie), wtedy szanse na branie wzrosną. Zanęta z wkładką mięsną, jest teraz jak najbardziej wskazana.
-
W moim przekonaniu, wcześniej niż od ostatniej dekady kwietnia (po 20-tym), nie ma sensu celowe i z premedytacją nastawianie się na lina. Owszem, zdarzało mi się złowić lina w marcu czy na początku kwietnia, ale był to zawsze czysty przypadek. O dziwo, łatwiej było mi zwabić karasia, w jeszcze zimnej marcowej czy wczesno kwietniowej wodzie, niż lina. Zwabić, to może za dużo powiedziane, bo zarówno na lina jak i karasia, nigdy nie robię celowych zasiadek. Ot, wchodzą w zanętę przeznaczoną na płoć, która prawie zawsze jest celem moich wypraw. O ile więc, karaś jest czasem nadspodziewanie aktywny w jeszcze zimnej wodzie, to lin dopiero przy temp. wody około 15 st. C, wykazuje większą aktywność, kiedy to zaczyna wędrować wzdłuż łanów roślinności, zapuszczając się nieco na otwartą wodę, ale zawsze w bezpośrednim sąsiedztwie tejże roślinności. I takie miejsca tuż za linią zielska (wywłóczników, rdestnic, czy nenufarów), są najlepsze do nęcenia linów i karasi. Ja w takich miejscach nęcę płocie, nic więc dziwnego że lin czy karaś często goszczą w mojej zanęcie. Bywały dni, że liny potrafiły zdominować takie łowisko, kiedy to łowiłem ich 5-6 szt, natomiast płocie nie pojawiały się wcale. Pisałem że nęcę pod płoć, co wcale nie znaczy że jest to zanęta klasycznie płociowa. Zwykle jest to mieszanka zanęt firmowych na płoć i leszcza, albo firmówka + śruta pszenno-kukurydziana, całość pachnąca przyprawami korzennymi, więc trafia w gusta nie tylko płoci, ale także lina i karasia. Czasem pod linię zielska zapuści się też ładny leszcz, ale pod warunkiem że "płociowa" miejscówka sąsiaduje bezpośrednio z głęboką wodą. Najwięcej linów i karasi w okresie wiosennym (kwiecień-maj), złowiłem na białe robaki i pinki, natomiast latem i wczesną jesienią głównie na pszenicę, kukurydzę kons. i pęczak. Nie wymieniłem czerwonych robaków, bardzo dobrej przynęty na lina, z bardzo prostej przyczyny. Po prostu podczas łowienia płoci na które się zasadzam, nie stosuję czerwonych robaków jako przynętę, ani też jako dodatek do zanęty. Tak więc liny lub karasie, które są czasem istotnym przyłowem, muszą polubić menu które serwuję płociom. Zwłaszcza bardzo ufnie potrafią żerować w pszenicy, a brania są bardzo pewne. Ot, spławik się lekko zakołysze, następnie płynnie, po skosie "jedzie" pod wodę. Jako że pszenicę zawsze dodaję do zanęty (a inni wędkarze często nęcą tylko pszenicą), więc liny dobrze znają tą przynętę. Czasem lin jest w zanęcie, ale zupełnie nie jest zainteresowany przynętą na haczyku. Łowiłem kiedyś płocie na pszenicę, brały tak sobie, ale nie dawały mi spokoju "wstążki" drobniutkich pęcherzyków. Coś mnie "tkło" i założyłem na haczyk ziarnko pęczaku, podparte czerwoną pinką. W ciągu pół godziny, na taką kanapkę złowiłem cztery liny. Później brały już tylko płotki. Czasem lin gustuje tylko w kukurydzy (podobnie jak leszcz, czy grubsza płoć). Nie bardzo zgadzam się z opinią, że jeżeli lin, to "mocno zamulone dno" (poza tym artykuł mi się podobał ). To moim zdaniem mocno zakorzeniony w świadomości wędkarzy przesąd, który w mojej praktyce wędkarskiej nie ma żadnego potwierdzenia. Większość swoich linów, złowiłem w miejscach z dnem piaszczystym, twardym, pokrytym cienką warstwą mułu i zbutwiałych roślin. Klucz do dobrego stanowiska na lina, leży gdzie indziej. Wspólnym mianownikiem który łączy dobre stanowiska linowe, jest bujna roślinność, zapewniająca linowi obfitość pokarmu, oraz bezpieczne schronienie. Owszem, żyzne muliste dno sprzyja bujnemu rozwojowi roślinności, stąd pewnie opinia że jeżeli lin to koniecznie mocno muliste dno. W praktyce bez względu na rodzaj dna, wszędzie tam gdzie strefa brzegowa albo rozległe wypłycenia, porośnięte są łanami roślinności typu: wywłócznik, moczarka, rdestnice i grążele, możemy spotkać się z pięknymi linami. Być może dla niektórych, poniższe słowa zabrzmią jak herezja, ale według moich doświadczeń dobra miejscówka na lina, musi być dobrze... naświetlana przez słońce. Jeżeli w dni słoneczne, przez większą część dnia słońce dobrze oświetla (i nagrzewa) dany rewir łowiska, przy tym występuje bujna roślinność, to jest to potencjalnie dobre miejsce na lina i karasia. W pełnym słońcu te ryby kryją się wśród roślinności, wykorzystując godziny przed wieczorne i poranki do intensywnego żerowania. Chociaż bywają wyjątki, bo na pewnym łowisku liny brały najlepiej od 10-tej do 12-tej w południe. W takich dobrze naświetlonych/ciepłych miejscach wśród roślin, licznie rozwijają się larwy owadów, mięczaki, skorupiaki, więc obecność linów czy karasi nie jest tam przypadkowa. Jeżeli miejscówka przez większą część dnia jest w cieniu (a tym bardziej w "wiecznym cieniu"), to lina nie ma co tam szukać. Można liczyć co najwyżej na małego krąpia albo jazgarza. PS. Pisząc ten tekst korzystałem ze swoich notatek, których przez kilkadziesiąt lat trochę się uzbierało. A pamięć niestety już nie ta co kiedyś.
-
Jak już wyciągnąłem ten temat na światło dzienne, to muszę przy okazji uaktualnić stosowane przeze mnie zanęty. Stale szukam nowych rozwiązań zanętowych, bo wtedy łowienie jest dla mnie ciekawsze. Tak więc w ostatnich dwóch latach, fajnie mi się łowiło na zanęty Powermix Mondiala - Powermix płoć - kolendra - Powermix leszcz - piernik Z Lorpio Megamixy: - Mega Mix uniwersalna - Mega Mix karp scopex-wanilia Powyższe zanęty, kupuję odpowiednio w 2,5kg i 3kg paczkach, są stosunkowo tanie i można je według potrzeb, upodobań i fantazji "podrasowywać" różnymi dodatkami smakowymi, albo zanętami z tzw. "górnej półki". Ale można je stosować "tak jak leci", bez udziwnień i cudowania, szczególnie podczas nęcenia ziarnem i łowienia na przynęty roślinne. Zanęty na zawody, to już inna bajka. Tu stosuję zawodnicze zanęty Milewskiego, lub Trapera, które podrasowuję Gros Gardonsem Sensasa, albo Gold Pro Bream Marcela, w zależności jaki gatunek ryb dominuje w łowisku. Tych zanęt z najwyższej półki, nigdy nie dodaję więcej niż 25-30% całości mieszanki na zawody, gdyż zwyczajnie mnie nie stać na 100% wybryki. Inna sprawa że na wielu łowiskach, wcale nie ma potrzeby stosowania silnych koncentratów zanętowych. Ważne aby mieszanka pod względem smaku, zapachu oraz pracy w łowisku, trafiała w aktualny gust ryb, co wcale nie jest takie proste. A jeżeli na zawodach zanęta nie zwabi ryb, to niestety, "czarna rozpacz" i "kaplica".
-
Wind, w tym sklepie int. zanęty Marcela (ale także Sensasa), możesz kupić w bardzo atrakcyjnych cenach. Sam kupiłem na ten sezon 10 kg pod kątem zawodów, ale nie napiszę jakie, gdyż jestem przesądny. O dziwo, zanęty polskich producentów są w mało atrakcyjnych cenach, więc w razie potrzeby wolę je kupić w sklepach stacjonarnych.
-
Dokładnie tak, jak napisał nieoceniony Alex. Krótko, treściwie i merytorycznie, bez zbędnych "kwiatków i ozdobników", co niektórym się zdarza. Pkt c, wyznacza nie przekraczalną maksymalną wielkość haczyka/kotwiczki, przy zbrojeniu sztucznych przynęt Pkt e, uściśla wielkość haka, stosownie do szerokości/średnicy przynęty, aby ograniczyć przypadkowe, czy wręcz celowe podhaczanie ryb (np. na zimowiskach).
-
I to jest najtrafniejsza diagnoza obecnego stanu w strukturach PZW. Wiedzą o tym wszyscy. Zwolennicy starego układu, wcale nie zabierają głosu w dyskusjach na forach, gdyż są pewni swej nietykalności. Internetowi "reformatorzy", nie są w stanie dotrzeć do szerokich "wędkarskich mas", żeby coś zmienić. I taki swoisty stan równowagi, status quo, będzie trwał jeszcze długie dziesięciolecia. A statystyczny przedstawiciel milczącej większości wędkarzy, nie zawraca sobie głowy zebraniami, wyborami, statutami. Opłaca tzw. kartę i chce mieć "święty spokój" nad wodą, żeby nie musiał się kryć po krzakach w razie kontroli. Tylko tyle. PS. Wartburgu, pierwsze zdanie cytowanego tekstu, jest jednak zbyt daleko idącym uogólnieniem. Sam znam kilku działaczy, szczerze oddanych wędkarstwu i wędkarzom.
-
Dzisiaj, jak co roku, sezon spławikowy otworzyłem na rzeczce Powa. "Uciekłem" z odcinka gdzie tradycyjnie rozpoczynałem sezon, gdyż tam wycięto wszystkie drzewa, a brzegi wysypano tłuczniem, krótko mówiąc typowy kanał. Wybrałem odcinek gdzie Powa płynie (jeszcze) naturalnym korytem. Niestety, tyle mojego co posiedziałem sobie na łonie natury, ryby nie chciały współpracować. Złowiłem trzy płoteczki-miniaturki około 12cm, miałem jeszcze dwa nikczemnie delikatne brania, których nie zaciąłem. I to by było na tyle z emocji dzisiejszego otwarcia. Łowiłem tylko na pinki (pewnie na ochotkę, efekty byłyby lepsze). Wszystkie brania (5), na pinkę niebarwioną na haczyku nr.20. Na kolorowe (czerwone, żółte, "łososiowe") żadnego zainteresowania. Jestem rozczarowany, zwłaszcza że zanętę miałem dobrą (w moim mniemaniu): G5+Turbo Black pół na pół, do tego ziemia znad rzeczki (ciemnobrązowa, lekko klejąca, silnie smużąca), do tego garść pinek. Zaskoczył mnie bardzo słaby uciąg, spokojnie dało się łowić zestawem 1g. Widocznie musieli ostro przymknąć wodę na zaporze zbiornika. Woda bardzo zimna, wręcz lodowata, no ale gdzie ma się ogrzać, jeżeli na zbiorniku retencyjnym jest jeszcze lód, a podlodowcy w najlepsze wiercą otwory. Z rozmowy z nimi wynikało że okonki im też nie brały, więc pocieszam się że to był "taki dzień". Marna to pociecha, ale zawsze jakaś. Kilka fotek z dzisiejszej wyprawy:
-
Bezmyślność ludzka jest porażająca. Organizator (klub, koło?) powinien otrzymać dożywotni zakaz organizowania jakichkolwiek zawodów, karę finansową, oraz obowiązek zarybienia łowiska adekwatnymi gatunkami ryb.
-
A jeszcze dzisiaj się okazuje, że wczorajszy "granat" Alexa był po prostu kapiszonem.
-
Uznałem że musiałeś się pomylić, pisząc o autorze "wątku" zamiast "książek".
-
Tego nie wiem, czy autor w/w książek jeszcze żyje, ale przypominam sobie że jakieś 15 lat temu (może nawet więcej?), Władysław i Włodzimierz Strzeleccy, prowadzili sprzedaż wysyłkową książek Wacława Strzeleckiego, zachęcając do ich kupna na łamach prasy wędkarskiej. Ale to też nie świadczy że Wacław Strzelecki już wtedy nie żył, bo być może dystrybucja i marketing to nie była jego "działka".
-
Ja zaproponowałem książkę-matkę, Ty książkę-córkę, która w międzyczasie zmieniła nazwisko (czyli tytuł). O ile "Wędkarstwo Rzeczne" w roku '85, wywołało u mnie efekt "Wow!", o tyle książkę "Wędkarz i Rzeka", tylko przekartkowałem w księgarni i odłożyłem z powrotem, uznając ją za odgrzewany kotlet. Co jednak nie umniejsza faktu, że pod względem marketingowym, zmiana tytułu była dobrym chwytem. Zawsze to jakiś pozór nowości.
-
Nowelkami Spławika66, znanego także jako Spławik znad Wisły, sporadycznie nazywanego też Pawłem, zachwyciłem się jakieś 5 lat temu "buszując" gościnnie po SSG. Miały swoisty urok i klimat, który mi bardzo odpowiadał. (Na fb już niestety nie zaglądam.) Z prozy wędkarskiej, polecam zbiór nowel Tadeusza Zimeckiego pt. "Od Hańczy do australijskiej Thompson River" (wyd. 1988r.), napisanych w świetnym stylu, dających do myślenia. Do podręczników wymienionych przez Andrzeja, dorzucił bym jeszcze "Wędkarstwo Rzeczne" Wacława Strzeleckiego (wyd. 1985r.) Moim zdaniem, lektura obowiązkowa dla wędkarzy rozpoczynających przygodę z rzeką.
-
Podsumowując wątek, czekamy na wiosnę i ruszamy nad wodę. Dzisiaj opłaciłem kartę, więc "ręka mnie świerzbi" żeby pomachać wędą.
-
Ech, żeby to zapach przynęty/zanęty był tym jedynym czynnikiem, decydującym o sukcesie lub klęsce. Jest tyle niuansów, drobiazgów, "dupereli", które należy dopasować do całości układanki, z których każdy może decydować o końcowym efekcie. A to czy miejscówka właściwie wybrana, czy zestaw wędkowy odpowiedni, przypon nie za gruby, może za krótki a może za długi, haczyk nie za duży, może kolor haczyka nie taki, może za płytko, może za głęboko, może trochę za blisko, może ciut za daleko, czy aby zanęta odpowiednia tu i teraz, może za słabo pracuje, może za mocno, może za dużo atraktora, może za mało, czy przynęta właściwa. Jeżeli mamy przekonanie że wszystko jest tak, jak pisze w " podręczniku nieposkromionego łowcy wszelkiego białorybu", to pewnikiem winna jest pogoda i inne okoliczności przyrody. Za niskie ciśnienie, albo za wysokie, wiatr nie z tego kierunku co go ryby lubią, zbyt słonecznie, albo za pochmurno, za duży upał, albo za zimno, poziom wody poszedł nagle w górę, albo w dół, księżyc nie w tej kwadrze co to ryby "chapią jak gupie", albo jakieś wybuchy na słońcu. Jeżeli i tu nie ma się do czego przyczepić, to są jeszcze dwie możliwości. Albo ktoś przed nami wrzucił do wody jakichś "klusków i kartoflów", które kisną na dnie, albo w nocy pierdykli prądem. Zaprawdę powiadam Wam, ciężki jest żywot wędkarza poczciwego
-
Michał, do aromatyzowania białych robaków i pinek, wypróbuj czosnek granulowany, albo konopie surowe mielone. (Prażone odpada.) To takie dwa moje pewniaki. Aha, czosnku granulowanego, nie pomyl z solą czosnkową, bo wszystkie robaki padną.
-
Myślę że to jest super celny strzał.
