-
Postów
5 479 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Artykuły
Forum
Galeria
Kalendarz
Zawartość dodana przez Docio
-
Ogląda się jak folder reklamowy. Jakoś tak czysto, nic nie zniszczone, wszystko łade, poukładane, odmalowane i wystrzyżone... Jakoś tak dziwnie jak na nasze realia.
-
Mała. Na Bugu granicznym po drugiej stronie można spotkać takie 5x5 metrów.
-
Zgubiona część od kołowrotka
Docio odpowiedział ShaDC wna temat w Warsztat wędkarski-naprawa, majsterkowanie.
Zadzwonić do serwisu, niekoniecznie Cormoran, samodzielnie i zapytać o korbkę lub o dopasowanie innej. -
Ładny połów. Ciekawe jak obfity by był na tych lepszych miejscówkach, obstawionych?
-
I oczywiście masz rację. Nawet na obwolucie jest napisane, że wykorzystano materiały z recyklingu a same worki przeznaczone są na odpadki organiczne. Nie jestem w stanie stwierdzić z czego dokładnie zrobione są te worki ale po samych oględzinach widać różnice od tych popularnych. Tak na marginesie, to moim skromnym zdaniem, jedyne biodegradowalne to worki papierowe, czysto papierowe. Jednak będąc w zgodzie z obowiązującą interpretacją zapisów prawnych worki bio mają znikomy wpływ na środowisko.
-
Dziś malutkie i ostatnie zakupy. Radio tanzystorowe jako konkretna alternatywa dla słuchania radia ze smartfona. Zasilanie 2xAA jest tanie, proste i nie koliduje z potrzebnym telefonem na wszelkie sytuacje awaryjne lub chociażby towarzyskie. W terenie łatwiej wymienić baterie w radyjku niż w telefonie a cena relatywnie porównywalna. Nowa bateria do mojego smartfona to koszt ok 30zł a zapas baterii potrzebny mi również do innych urządzeń. Edit: Po 8-miu godzinach radyjko nadal "rżnie" na najwyższych obrotach. Po tym czasie bateria w telefonie była na wyczerpaniu. Jak na moje potrzeby to odpowiedni i trafiony zakup. Lampka led zasilana 3xAAA. Wygodny jest obrotowy haczyk oraz okrągły magnes w denku. Niewygodny dekiel na baterie, bo przykręcany dwoma śrubkami. Edit: Po 8-miu godzinach świecenia z lampki oświetlającej cokolwiek zrobił się punkt informacyjny, że coś świeci. Teraz dopiero skojarzyłem, że w niej były firmowe baterie z kompletu i nie wiem ile wcześniej działały. Dla mnie to i tak wystarczająco jak na komplet, choć spodziewałem się nieco dłuższego czasu, tak przynajmniej 12 godzin. Lampa led zasilana 3xAAA ale zakupiona w Tesco za 5,00zł. Dekiel przekręcany, blokowany trzema zaczepami, czyli bardzo łatwy w obsłudze. Mocowanie lampki na taśmę samoprzylepną przyklejoną do denka. Edit: Po 8-miu godzinach świecenia nie zauważyłem zmiany natężenia światła. Niby tylko trzy diody ale w zupełności wystarczają do bagażnika. O ile pierwsza lampka ma być pomocniczą na biwaku, o tyle druga zakupiona w celu doświetlenia bagażnika wieczorem i w nocy. To prostrze rozwiązanie niż zakup jakiejś dedykowanej oprawy i grzebanie w instalacji elektrycznej samochodu Obie lampki zostały włączone kilka minut po 13:00 w celu sprawdzenia jak długo będą pracować. Podobnie radyjko, uruchomiłem je dość głośno i podłączyłem słuchawki aby mi nie wyło cały czas. Post będę edytował aby podać czas działania lampek i radyjka na bateriach nówkach. I ostatni zakup. Pakiet worków BIO. 10 sztuk 60l za niecałe 4zł w Tesco. Wind wie o co chodzi a dla Was informacja, że są one zasadniczo trzy razy tańsze niż w sklepach internetowych. No przynajmniej tych, które odwiedziłem, więc nie wykluczone, że są gdzieś tańsze lub w cenie zbliżonej.
-
Jesienne a nawet zimowe. Jak trafisz z takim gotowym opracowaniem na łamy z początkiem wiosny, to pibije to wszelkie rekordy czytelnictwa. Ludzie jeżdżą, łowią ale za nic nie można skusić do podzielenia się swoimi wrażeniami. Jeśli jednak już się dzielą to tylko można ręce załamać. Byłem tam i tam, brały albo i nie, łowiłem na to i na to, zupełnie jakby grubość żyłki, wielkość haczyka i konkretna przynęta była gwarantem połowu. A tu chodzi o wodę, o otoczenie, o miejsce lecz niekoniecznie miejscówkę, czyli wszystko to, co Ty ujmujesz.
-
Dziś gulasz wołowy z jarzynami pucha 850g 14,20zł. Kolejna pucha godna uwagi dla kilku osób. Nie jest jakaś super aromatyczna, wszystko jest delikatne w smaku i aromacie. Nie wiem czy to celowe działanie aby wszystkim odpowiadało, czy też jako punkt wyjścia do własnych upodobań smakowych. Jedno wiem na pewno 60% mięsa to porcja dla trzech dorosłych osób a każdy może sobie przyrządzić wedle uznania. Warzyw również nie brakuje a sam sos nie jest ani trochę wodnisty. Czas na małe podsumowanie. Zgodnie z miom upodobaniem zdecydowanie stwierdzam, że wszystkie dania z tych puszek da się zjeść. Najgorzej wypadają klopsiki, następnie zrazy a oba gulasze oraz paprykarz spokojnie można postawić przed rodziną i się nie wstydzić. Róznica w cenie pomiędzy klopsikami a gulaszem w sosie węgierskim jest niemal dwukrotna, jednak wolę zjeść mniej za to z pożytkiem dla organizmu i kubków smakowych. Wielkość puszek wprawia mnie w niejakie zakopotanie, gdyż ma to być danie wyłącznie dla mnie a porcje są naprawdę duże. Rozwiązaniem może być zaplanowanie takiego samego posiłku na cały dzień. Może trochę nudno ale lepiej się nudzić niż wrócić z wypoczynku ze zbędnym nadmiarem kilogramów. Jeszcze raz. Oba gulasze i paprykarz łowicki ze spokojnym sumieniem mogę polecić każdemu, gdyż ich smak i aromat jest dużo bardziej bliższy kuchni domowej niż jakiekolwiek danie ze słoika stojącego na półce sklepowej, a które miałem okazję do tej pory poznać. I to koniec zanudzania Was walorami smakowymi dań z puszek, które niedawno zakupiłem w firmowym sklepie internetowym.
-
Kris jak byś się pod koniec sezonu "szwajcarskiego" lekko spiął, wziął to co już napisałeś, lekko rozwinął i podsumował, to gwarantuję, że wszelkie przewodniki i inne vademecum wysiądą przy takim materiale.
-
Dziś kolejne dwie puchy: paprykarz łowicki i klopsiki w sosie pomidorowym. Paprykarz nie powinien kojarzyć się z innym wyrobem z puszki, czyli ryżem, rybą i przecierem pomidorowym. To zupełnie inny specjał składający się z dużych kawałków różnych mięs oraz warzyw a wszystko to zalane aromatycznym sosem pieczeniowym. Smak i aromat bardzo wyrazisty a przy tym danie wcale nie jest pikantne. Puszka 850g kosztuje 11,20zł i po dodaniu, standardowo, ziemniaków, kaszy, itp, można spokojnie obdzielić trzy dorosłe osoby. Druga pucha to 9 lub 10 klopsików (pogubiłem się ) 850g za 8,80zł w łagodnym sosie pomidorowym. W ogóle klopsiki i sos są bardzo łagodne, smakowo mało wyraziste ale nie mdłe. W sosie nieliczne kawałki warzyw i jako drugie danie osobiście mi nie podeszło. Za to dobrym rozwiązaniem byłoby wykorzystanie tej puchy jako zdecydowanego uszlachetniacza jakiejś cienkiej zupki za to z wyraźnym smakiem i aromatem. Chleb otwarty kilka dni temu nadal utrzymuje niezmienioną świeżość. Potrzymam go dłużej choć dla mnie 0,5kg na 5 dni jest w zupełności wystarczające. Dziś testował em jeszcze dwa produkty, których zdjęcia pozwolę sobie podlinkować. Fasola a raczej mieszanka różnych fasolek w naprawdę pikantnym sosiku moze być z powodzeniem urozmaiceniem do zupy lub sosu. Samodzielna raczej marna. Sos słodko-kwaśny to naprawdę bomba smaku i aromatu. Zastosowanie takiego sosu na biwaku jest ograniczone jedynie wyobraźnią a dziś wylądował razem z wspomnianą fasolą i kiełbaską jako jednogarnkowe danie na śniadanie.
-
Dziś drugi koniec półki cenowej, czyli zrazy w sosie selerowym 850g 8,80zł. To już drugi raz gdy przy otwieraniu puszki aromat uderzył w nozdrza. Po spróbowaniu sos okazał się wyrazisty w smaku ale nieco mdławy. Nie musiałem wiele kombinować, dodałem kostkę rosołową mięsną z Winiar, słoik marchewki z selerem od Rolnika, która notabene jest ekstra skadnikiem do wszelkich sałatek i surówek ze względu na swoją lekką słodko-kwaśną zalewę, łyżeczkę cukru trzcinowego i nieco pieprzu. Po zagrzaniu nic już sosikowi nie brakowało. Same zrazy, wyglądające jak pulpety lub klopsiki, wykonane z mięsa wieprzowo-wołowego i dodatków. Całość mięsiwa to jedynie 35% puszki i choć jest pięć sztuk w środku, to zdecydowanie jest to porcja dla dwóch osób. Mięso nie jest w czystej postaci lecz z wypełnieniem z kaszy manny co dało się wyczuć. Nie dyskwalifikuje to tych zrazów, ot normalne dla spoistości choć sam robię takie z czystej mielonej szynki. Dodatkowo zdecydowanie wyczuwalny w mięsie był pieprz. Dla mnie to było delikatnie ale dla innych zrazy mogą być pikantne. Trzy pulpety z tłuczonymi ziemniaczkami i sporą ilością sosu w sposób odpowiedni napełniły mnie optymimem do tego świata choć za oknem paskudnie, mokro i chłodno. Według mojej wybitnie subiektywnej oceny taka pucha, przyrządzona w ten sposób, byłaby dla mnie i obiadem, i kolacją zarazem, więc załatwiłaby dwa posiłki. Za tę cenę jest to jak najbardziej korzystny zakup.
-
Jadłem suszone ryby w Bangkoku, zapach odstręczający ale ciekawość przemogła. Był to pierwszy raz i ostatni. Wyjątkowo mi nie podchodzi. Ale, ale, obiecałem podzielić się wrażeniami z degustacji tych puszek wojskowych. Otworzyłem dwie. Na pierwszy ogień poszła słonina z czosnkiem. Niestety nie była to słonina jaką pamiętam. Ta nie była mielona ale ścinana w bardzo cienkich plasterkach. O rozsmarowywaniu może być mowa jedynie w przypadku kiedy chleb jest super czerstwy inaczej chleb tego nie przeżyje. Smakowo jednak dobra, czosnek naturalny wyczuwalny w zapachu i na języku. Skóry, znanej z wyrobów innych firm, nie ma, więc i jakość jest wysoka. Niestety z powodu jej niezmielenia wydaje mi się nieco zbyt droga. Na drugi ogień poszła najdroższa z zestawu gulasz wołowy w sosie węgierskim. Już przy otwieraniu puszki dostałem ślinotoku od aromatu pieczonej papryki. Po podgrzaniu trafiła z ryżem na talerz. Aromat pieczonej papryki potwierdził się w smaku. Dodatkowo były jakieś jarzyny ale całość zrobiona bardzo smakowicie. Zgodnie z naklejką mięsa w puszce 850g było 45% i w trakcie jedzenia co i rusz trafiałem na kostkę, która nie była ani za miękka, ani za twarda. Jakichś tłustych glutów też nie było i całość była naprawdę smakowita. Dla dwóch osób może w zupełności wystarczyć tylko z chlebem. Gdy doda się ryż, kaszę lub ziemniaki i jakąś surówkę, to spokojnie zrobi się z niej trzy obiady i to pełne. W takim świetle cena 15zł za towar naprawdę smaczny i aromatyczny w żadnym wypadku nie wydaje mi się wysoka. Jutro kolejna pucha. Aha, zapomniałem. Otworzyłem też puszkę z chlebem. Maszynowo pocięte krążki o grubości 0,5cm chleba razowego bez skóry. Smakowo bardzo dobry choć nieco za kruchy. Puszka ma plastykową pokrywkę, więc sprawdzę ile może postać nim zczerstwieje.
-
Kris w tym nie chodzi dokładnie o romansowanie różnych gatunków lecz o dogodne warunki jakie następują w akwenie i wtedy kilka gatunków na raz potrafi przystąpić do tarła. Nie razem w jednym miejscu ale mogą np leszcze romansować na metrowej wodzie, krąpie z boku na półmetrowej a płocie kilka metrów dalej. Ikra jest dość ciężka i powleczona śluzem aby przyklejała się do roślin jak najbliżej miejsca składania. Mlecz już niekoniecznie jest tak ciężki a woda w miejscu tarła wyjątkowo wzburzona. Małe prądy jakie powstają w czasie harców mogą przenieść mlecz wyżej lub nawet o kilka metrów a wtedy, niekoniecznie celowo, lecz następuje wymiana genetyczna i tak powstają bastardy.
-
Czym się interesować? Sprawdziłem, napisałem wyraźnie, nie czytałeś. No mojej maszynce spirytusowej nierealne było dłuższe gotowanie a makaron jest do zaparzania a nie gotowania. Różnica ogromna. Z dzieciństwa i wieku młodzieńczego pamiętam o wiele więcej. Gotowe konserwy obiadowe w wytłoczonym denkiem jako przegródki dla składników: ziemniaki, ryż, kasza, gulasz i marchewka z groszkiem lub fasolka szparagowa. W moim plecaku lądowały również wołowina lub wieprzowina w sosie własnym ale dziś takich konserw nie ma. Próbują je naśladować wszelkie łopatki i golonki ale to nie to. Jedyna zjadalna wołowina jaką znam z obecnego rynku to ta Krakusa lecz również przygotowana do spożycia na zimno. Współczesne mielonki nie nadają się do przyrządzania na ciepło tak jak nie ma różnicy (pomijając cenę) pomiędzy jednej firmy mielonką i turystyczną a tyrolska jest nieco lepiej doprawiona. A pamiętasz duże półtoralitrowe puchy zupy fasolowej lub grochowej zrobione jako danie jednogarnkowe i z uszami po bokach do podwieszenia nad ogniem? To było coś dobrego ale mocno za duże i za ciężkie do plecaka. Warzyw nie robię, gotowy słoik 0,9l różnych siedmiu warzyw kosztuje niecałe 2 zł. Za to makaron przemysłowy, jakby się nie nazywał, to praktycznie tylko nasze, całkowicie subiektywne odczucia czy może wręcz urojenia. Cena równierz nie gra roli, wszystkie robione są z semoliny, wody, tłuszczu, jajek w proszku i barwnika spożywczego. O takim rozwiązaniu nie myślałem, ba, nawet nie wiedziałem. Co prawda widziałem w wielu sklepach wyroby Jerky ale żeby samemu to nie. Trochę pracy i praktycznie problem mięsiwa rozwiązany jednak mam obawy, że mogę sobie jednak z tym nie poradzić, szczególnie z dosuszaniem. W mieszkaniu w bloku trudno o takie miejsce szczególnie od wiosny do zimy. W okresie grzewczym to i owszem, często kupuję kiełbasę Śląską, lepszą gatunkowo i obsuszam blisko grzejnika.
-
Dziś wolne, jutro wolne, czyżby jakiś urlop Ci wpadł? Wreszcie mógłbyś złapać oddech. Mnie w głowie naraił się pomysł aby z zaskoczenia pojechać w poniedziałek do przychodni na badania aby nie jechać za dziesięć dni. Wtedy kolejny lekarz dopiero 03.07, no to kupa wolnego i można gdzieś wyskoczyć.
-
Do puszek mięsnych czy innej postaci na pewno nikogo namawiać nie będę. Sam również zdecydowanie nie skorzystam.
-
Ozet doskonale rozumiem Twoje opory, ja je miałem także do momentu kiedy nie przeczytałem pewnego artykułu o upadającym zakładzie masarskim na mazowszu. To było jakieś dziesięć lat temu i nie wchodząc w szczegóły zakładowi odebrano licencję na produkcję wędlin, gdyż urządzenia, mimo że spełniały wszelkie normy, nie posiadały certyfikatów europejskich. Co tu dużo pisać, takie same młynki, wanny, stoły, urządzenia i w ogóle wszystko zgodnie z wymogami, przepisami i naszymi normami. Nie posiadały jednak certyfikatu europejskiego, którego uzyskanie wymagało zakup takich samych urządzeń z firmy posiadającej certyfikat do ich produkcji. Firma polska produkująca urządzenia masarskie takiego certyfikatu nie posiadała to i masarnia certyfikatu nie miała. Za to firma posiadająca certyfikat na produkcję była w niemczech a takie same urządzenia kosztowały dwa razy drożej. No to firma zamknęła produkcję wędlin i zachowując swoje standardy produkcji rozpoczęła produkcję psiej karmy a konkretnie mięsa mielonego. To była dość głośna sprawa, gdyż pokrywała się w tym samym czasie z upadłościami polskich regionalnych mleczarń, z tego samego powodu. Minęło kilka ładnych lat nim powstały nowe polskie firmy produkujące urządzenia, takie same jak wcześniej, ale mogły wystawiać certyfikaty. W ten prosty sposób UE zabiła część naszego przemysłu poprzez przejmowanie tych firm. Nawet nie zmieniali sprzętu gdyż urządzenia spełniay normy a firmy posiadały już certyfikaty na produkcję. W efekcie większość towarów z obco brzmiącymi nazwami to właściwie nasze wyroby krajowe ale kto inny robi na tym kasę. A co do tego makaronu, to nie jest to zwyky makaron, taki zagniatany jak znamy. Nie jest on także robiony przez maszyny, ktore robią makaron jaki znamy z półek sklepowych. Do jego produkcji potrzebne są specjalne wyciskarki wysokociśnieniowe, których działanie daje w efekcie makaron do zaparzania a nie gotowania. Teraz wystaczy zastanowić się kto dysponuje tymi bardzo drogimi urządzeniami, pogrzebać w umowach a znając firmę wypuszczająca makaron na rynek dokopać się do umowy pomiędzy producentem i tą firmą. Także Twoje podejrzenie iż może być produkowany przez producenta ze wszystkimi certyfikatami jest jak najbardziej uzasadniony.
-
No właśnie, gotowce prawie zawsze nie pasują, są bez smaku lub smakują podle, przynajmniej te, które nie wymagają przechowywania w chłodzie. Nieco inaczej przedstawia się sprawa z gotowymi sosami w słoikach. Taki słodko-kwaśny lub chiński z Pudliszek jest całkiem do rzeczy. Łowicz też ma je niezłe a dla mnie najsłabszy smakowo jest sos boloński, obojętne jakiej firmy. Sosy dodatkowo mają tę zaletę, że załatwiają sprawę surówki, różnych warzyw w nich jest dostatek. O i może jeszcze jedno. Próbowałem tego już od kilku firm i zawsze okazywała się zaskakująco dobra, nawet ta firmowana przez Tesco. Chodzi mi o sałatkę szwedzką. Jak ktoś lubi kwaskowe warzywa to ze spokojnym sumieniem mogę polecić. Trudno mi się czasem powstrzymać przed pożarciem zawartości całego dużego słoika 0,9l. W mniejszych słojach do tej pory jej nie spotkałem i jest naprawdę tania. A wracając do makaronu to mogę jedynie żałować, że ten z zupek do zaparzania nie jest dostępny jako sam na rynku. Wszelkie makarony jakie napotkałem na półkach sklepowych są do gotowania. Patrząc na gramaturę byłby on wyjątkowo drogi ale też wyjątkowo wygodny np na biwaku. Jest jednak dość tani jego odpowiednik. Wygląd podobny, zasada przyrządzania ta sama jednak jest bez certyfikatu instytutu żywności a jedynie z certyfikatem fitosanitarnym. Chodzi mi mianowicie o makaron do zaparzania dla psiaków. Można go kupić w opakowaniach od 1 do 5kg w cenie 12-15zł/kg, im więcej tym taniej i przy opakowaniu 5kg koszt to już tylko 8zł/kg. Jasna sprawa, że wiele osób będzie miało opory przed tym makaronem ale ja nie mam, szczególnie na biwaku. W tym czasie służy mi on nie tylko jako baza posiłku ale także jako bardzo tani wypełniacz do zanęty dla ryb. Wystarczy pomyśleć, że ten makaron po zaparzeniu aż czterokrotnie powiększa swoją objętość a po przeliczeniu wychodzi mniej więcej coś takiego. Puszka taniej kukurydzy 400g kosztuje 2 zł. Ta sama objętość suchego makaronu będzie ważyć najwyżej 150g, koszt ten sam, ale po zaparzeniu będzie go cztery razy więcej w objętości. Dodatkową zaletą jest fakt, że o wiele lepiej się łaczy z zanętą niż kuku. I ostatnia sprawa. Nie znam dokładnie danych tego psiego makaronu. Wiem natomiast, że ten z zupek ma bardzo małą kaloryczność, sporo białka i niemal zerową zawartość tłuszczu i cukru, co jest istotne w mojej diecie. Właśnie złożyłem zamówienie na te wojskowe puszki. Nie wiem, czy to wina błędów w systemie ich strony, czy moja Opera się zbiesiła, w rezultacie nie mogłem potwierdzić zamówienia. Zadzwoniłem do nich i porozmawiałem sobie z przemiłą panią w efekcie czego złożyłem zamówienie poprzez e-mail. Czekam co będzie dalej.
-
Krzysiu nie mam zamiaru Ci zaprzeczać, bo masz rację. W zeszłym roku robiłem sobie zaopatrzenie róznych firm a w domu co miesiąc sprawdzam kilka wyrobów gotowych. Niestety przede mną jest kilka przeciwności losu, z którymi sam muszę się uporać, gdyż pobyt w towarzystwie Jotesa lub Winda, którzy mogą pomóc w zaopatrzeniu, to prawdziwy luksus. Będąc sam pod namiotem, na ile siebie znam, nierealne jest zwijanie całego obozowiska co kilka dni, aby kupić pomidorka i rzodkiewkę. Jakieś większe gotowanie na maszynce spirytusowej też nie wchodziło w rolę, teraz jest już inaczej ale i tak muszę się ograniczyć do półproduktów. Dlaczego muszę, bo słoik ok 500g to akuratna porcja dla mnie na obiad i jest pasteryzowany a kiełbasy w foliach wręcz pływają w konserwantach, więc za wiele to ja ich nie mogę ze względu na stan zdrowia. Zdrowie to kolejny próg nie do przeskoczenia. Sery żółte, serki topione, paszteciki, dżemy, mielonki konserwowe to produkty, które potrafią długo wytrzymać bez specjalnych zabiegów ale dla mnie z hiperlipidemią i cukrzycą to dosłownie akt rozpaczy w żywieniu. Wiem, wiem, najlepiej jakby wszystko było świeże ale trzeba wybierać, albo radocha i odpoczynek, albo właściwa dieta. Dlaczego czepiam się konserwantów. Nie będę pisał o właściwościach rakotwórczych, bo to temat ze skraju paniki. Jednak zawartość sodu w konserwantach w żadnym wypadku nie jest zdrowa dla mojego serducha i stojąc przed wyborem kupna świeżej, wędzonej, soczystej i pachnącej szynki a pasztecikiem w konserwie - wybiorę to drugie. Prościej zrzucić nadmiar trójglicerydów i holesterolu niż nadmiar sodu z organizmu. Nie, nie grymaszę. Cały czas szukam rozwiązań "dla swojego typu" by pożyć na tyle długo aby zobaczyć jeszcze niejedną wodę, aby spotkać się z wieloma znajomymi, aby złowić ryby z tylu wód żebym mógł powiedzieć, że łowiłem niemal wszędzie. Bez zbędnych nerw, histerii i lamentowania nad swym losem. Chcę się cieszyć na biwaku a nie martwić. A wracając do kulinariów, co do chleba, to na biwaku u Winda zjadłem chyba dwa małe bochenki, u Jotesa w ogóle. O wiele lepiej sprawdzają się suchary, które czasami mogę kupić w Tesco lub niemal zawsze na Allegro. Zupki "chińskie" firmy Vifon są jakie są, wiele osób ich po prostu nie lubi. Ja akurat nie mam tego problemu jednak taka zupka nie musi być konkretnie zupką a drugim daniem. To proste. W miseczce zalewamy zupkę nie 0,5 litrem wrzątku a jedynie ok 300ml, makaron koniecznie pognieść na drobno i odczekać ok 10min. Nie trzeba niczym nakrywać. Jak ktoś nie lubi zupki to niech do pogniecionego makaronu rozdrobni jedną kostkę rosołową o dowolnym smaku. Ok 15cm kiełbasy przekroić na pół i smażyć na patelni na niezbyt mocnym ogniu. Jak puści tłuszcz to rozsmarować go po patelni, wrzucić już zaparzony i napęczniały makaron, nawet z odrobiną rosołu jak za dużo wlało się wrzątku. Doprawić według swojego gustu, dosłownie. Ten makaron jest naprawdę wdzięczny w gotowaniu i bardzo ładnie przyjmuje aromaty. Po dosłownie trzech minutach danie jest gotowe. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie aby z kiełbasą podsmażyć trochę cebuli ale trzeba uważać na ilość tłuszczu. Jak ktoś nie lubi kiełbasy to zaparzony makaron wrzucić na lekko rozgrzaną patelnię z łyżką oleju, doprawić wedle gustu, rozgarnąć w środku i wbić jajko. Ostatnio spoglądam na kiełbasy paczkowane ale nie próżniowo tylko w osłonie obojętnych gazów. Nie mają one tak długich terminów ważności, najdłuższy jaki spotkałem to 20 dni ale też nie wymagają specjalnego chłodu. Można je przechowywać w temp do 15°C a to by mi mogło pomóc rozwiązać problemy zaopatrzeniowe. Trzymają się średniej półki cenowej 18-21zł/kg lecz nadal opakowania są co najmniej dwuosobowe. No i ostatnia kwestia. Przygotowywania nie są aż tak ambitne. Nie chodzi mi o udowodniene czegoś lecz o zwyczajny komfort kulinarny. Nie ma co się oszukiwać, jadłem już wiele różnych wyrobów z różnych firm i generalnie wszystkie smakują dość podle. Jedne mniej inne bardziej ale wszystkie podle. Gdy czytam na forach, niekoniecznie kulinarnych, porady dotyczące dań gotowych i które z nich wybrać, to jak nawet dziś przeczytałem zachwalanie "Kociołka do syta" firmy Łowicz, to bez wachania wiem, że temu człowiekowi amputowano kubki smakowe. Podobnie jest z wyrobami Profi, jedna, wielka tragedia. Gusta są różne i o nich się nie dyskutuje, jednak gdybym miał komuś polecić cokolwiek, to znośne są klopsiki w sosie koperkowym Rolnik. Podobnie smakowały mi pulpety w sosie pomidorowym ale firmy nie pamiętam. Może Wind pamięta bo kupowałem je u niego w Biedronce i rozmawialiśmy o nich. Jednak zawsze bym polecił konserwy obiadowe, które miałem w zeszłym roku, a które są obecnie niedostępne i drugi dzień męczę Google aby odszukać firmę je produkującą, bo też nie pamiętam, a były całkiem do rzeczy. Dlatego obecnie kieruję swoje zainteresowanie w stronę produktów militarnych. Znam ich smak i jakość sprzed lat, nie mam pojęcia jak sytuacja przedstawia się obecnie, choć nadal produkuje je firma z Zielonej Góry. Sprawdzę, na pewno i podzielę się wrażeniami. Oj długo szukałem producenta tych moich zeszłorocznych dań. W końcu jednak sukces i mam już ich stronę w ulubionych, aby znów za jakiś czas nie szukać.
-
Jak mawiają, szukajcie a znajdziecie. Chyba przestanę sobie głowę zawracać przygotowywaniem wcześniejszym jedzenia. Znalazłem bardzo ciekawy sklep. Muszę tylko dopytać o koszty przesyłki, bo ie znalazłem.
-
Ano właśnie. Kilka minut temu przeczytałem na jakimś blogu, że elementem do sukcesu pasteryzacji jest kwaśne środowisko, które blokuje rozwój bakteri. No to fakt, teraz kumam dlaczego te wszystkie gołabki, pulpety i klopsiki są w sosie pomidorowym. To nie przepis tylko wymóg. Muszę spróbować a wpierw poszukać jakiegoś konkretnego przepisu na sos pomidorowy bez śmietany, bo ja tylko ze smietaną.
-
Tak Andrzej. Dwa-trzy dni dla warzyw to wszystko. Trzymane w cieniu nie potrzebują nawet zraszania. Do lodówki ziemnej nie nadają się. Konieczne byłoby zapakowanie ich w folię lub jakieś pudełko i to szczelne, bo robale się dobiorą i to szybko. W opakowaniu natomiast przetrzymują się o wiele gorzej, więc faktycznie w cieniu na powietrzu z ochroną przed wszystkim fruwającym. Z wędzeniem odpada. To dobre do "bieżącej produkcji" np rybek. W domu chyba odpada a chodzi mi o przygotowanie jedzenia przed wyjazdem i gotowe proste przepisy już na miejscu. Wielokrotnie słyszałem, widziałem i czytałem o pasteryzowaniu. To też forma "puszkowania" ale w słoikach i bez konserwantów. Niestety nie mam pełnej informarcji i coś jest skrzętnie przemilczane, gdyż samo pasteryzowanie nie wystarcza na dłużej niż tydzień albo ja coś robię źle. W chodzie i cieniu może postać i miesiąc ale w temperaturze bliskiej tej na zewnątrz w lecie tydzień to góra. A jednak wszelkie gotowce w słojach jakoś wytrzymują. Podobnie z gotowymi potrawami, które nie posiadają konserwantów, a które miałem możliwość mieć w zeszłym roku, w tym są jednak niedostępne.
-
W wodzie? A wiesz, że woda latem w rzece ma minimum 15°C? Po trzech dniach w takiej temperaturze wędlina i mięso samo z siebie zaśmierdnie. Ususzyć. To jest jakieś rozwiązanie. Liofilizowanie jednak nie jest tak proste jakby się wydawało i już się z tym zapoznałem. Liofilizowanie mięsa jest wyjątkowo trudne a w warunkach domowych wręcz niemożliwe. Peklowania chciałem uniknąć. O peklowaniu jest całkiem...mnóstwo w sieci. Jednak to chyba jedyne rozwiązanie w moim zasięgu, bo wędzarki i miejsca gdzie mógłbym ją postawić nie mam także zielonego pojęcia o praktyce wędzenia, bo teorii to można się naczytać do oporu.
-
Wczoraj podczas kolacji (jekże by inaczej ) przypomniałem sobie tytuł Twojego postu i pierwszą myślą jaka mi się nasunęła było "kuchnia biwakowa". Szybko przeleciałem pamięć, swoje rozwiązania oraz te poznane od innych jak np kaszanka Kasi i doszedłem do smutnego wniosku, że tak naprawdę to niewiele mi wiadomo o takiej kuchni, zdecydowana większość to raczej kuchnia plenerowa, gdzie jest zawsze dostep do świeżych produktów a same produkty można bezpiecznie przechowywać w chłodzie. Goniony tą myślą ztrudniłem wujka Google i zacząłem szukać. Ku mojemu rozczarowaniu znalazłem mnóstwo przepisów dla kuchni plenerowej, która ma się nijak do kilku dni pod namiotem. Nijak bo nikt mi nie wmówi, ż po czterech dniach biwaku latem można spokojnie wyciągnąć świeże warzywa i owoce lub różne mięsa i wędliny. Tak więc radosne przepisy na grillowane cudeńka są dobre podczas jednodniowego wypadu, no może dwudniowego, bo lodówki turystyczne tyle czasu chłód podtrzymają. Oczywiście są też sprawniejsze lodówki na 12V lub nawet gas ale robienie polowej kuchni z biwakiem ma niewiele wspólnego. Szukałem prostych rozwiązań z produktów, które można bezpiecznie przechowywać nawet w wyższej temperaturze bez strachu o ich zepsucie. Coś z udziałem puszkowanych warzyw, owoców, wędlin, półproduktów itp i wiecie co? Nic nie znalazłem. Te kilka rozwiązań, które znam, których się nauczyłem, okazują sie bezcenne. Jakbym jeszcze wiedział jak zrobić własną konserwę mięsną, to już byłby pełny sukces. Własną jak np w daniach gotowych z klopsikami, czy gołąbkami a nie jak mielonka. A może ktoś z Was wie? A może się wymienimy swoimi spostrzeżeniami?
-
Nie ma chętnych a ktoś to napisać musi. Nie jest realne aby w poście opisać metodę ciężkiej denki. Można doradzić jakieś korekty, konkretne rozwiązania ale nie całość. Cokolwiek by się nie napisało to będzie dla Ciebie mało zrozumiałe i będzie wymagało kolejnych tłumaczeń. Taki opis to naprawdę całkiem niezła książka. Są dwa rozwiązania dla tego problemu. Pierwszy to taki, że odpuścisz sobie gruntówkę. Drugi jest odmienny. Sam poszukasz materiałów rozszerzających wedzę i gdy już będziesz znał podstawy, to wtedy spokojnie będzie można wprowadzić korekty odpowiednie do warunków panujących na łowisku.
