-
Postów
5 484 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Artykuły
Forum
Galeria
Kalendarz
Zawartość dodana przez Docio
-
Ano właśnie. Kilka minut temu przeczytałem na jakimś blogu, że elementem do sukcesu pasteryzacji jest kwaśne środowisko, które blokuje rozwój bakteri. No to fakt, teraz kumam dlaczego te wszystkie gołabki, pulpety i klopsiki są w sosie pomidorowym. To nie przepis tylko wymóg. Muszę spróbować a wpierw poszukać jakiegoś konkretnego przepisu na sos pomidorowy bez śmietany, bo ja tylko ze smietaną.
-
Tak Andrzej. Dwa-trzy dni dla warzyw to wszystko. Trzymane w cieniu nie potrzebują nawet zraszania. Do lodówki ziemnej nie nadają się. Konieczne byłoby zapakowanie ich w folię lub jakieś pudełko i to szczelne, bo robale się dobiorą i to szybko. W opakowaniu natomiast przetrzymują się o wiele gorzej, więc faktycznie w cieniu na powietrzu z ochroną przed wszystkim fruwającym. Z wędzeniem odpada. To dobre do "bieżącej produkcji" np rybek. W domu chyba odpada a chodzi mi o przygotowanie jedzenia przed wyjazdem i gotowe proste przepisy już na miejscu. Wielokrotnie słyszałem, widziałem i czytałem o pasteryzowaniu. To też forma "puszkowania" ale w słoikach i bez konserwantów. Niestety nie mam pełnej informarcji i coś jest skrzętnie przemilczane, gdyż samo pasteryzowanie nie wystarcza na dłużej niż tydzień albo ja coś robię źle. W chodzie i cieniu może postać i miesiąc ale w temperaturze bliskiej tej na zewnątrz w lecie tydzień to góra. A jednak wszelkie gotowce w słojach jakoś wytrzymują. Podobnie z gotowymi potrawami, które nie posiadają konserwantów, a które miałem możliwość mieć w zeszłym roku, w tym są jednak niedostępne.
-
W wodzie? A wiesz, że woda latem w rzece ma minimum 15°C? Po trzech dniach w takiej temperaturze wędlina i mięso samo z siebie zaśmierdnie. Ususzyć. To jest jakieś rozwiązanie. Liofilizowanie jednak nie jest tak proste jakby się wydawało i już się z tym zapoznałem. Liofilizowanie mięsa jest wyjątkowo trudne a w warunkach domowych wręcz niemożliwe. Peklowania chciałem uniknąć. O peklowaniu jest całkiem...mnóstwo w sieci. Jednak to chyba jedyne rozwiązanie w moim zasięgu, bo wędzarki i miejsca gdzie mógłbym ją postawić nie mam także zielonego pojęcia o praktyce wędzenia, bo teorii to można się naczytać do oporu.
-
Wczoraj podczas kolacji (jekże by inaczej ) przypomniałem sobie tytuł Twojego postu i pierwszą myślą jaka mi się nasunęła było "kuchnia biwakowa". Szybko przeleciałem pamięć, swoje rozwiązania oraz te poznane od innych jak np kaszanka Kasi i doszedłem do smutnego wniosku, że tak naprawdę to niewiele mi wiadomo o takiej kuchni, zdecydowana większość to raczej kuchnia plenerowa, gdzie jest zawsze dostep do świeżych produktów a same produkty można bezpiecznie przechowywać w chłodzie. Goniony tą myślą ztrudniłem wujka Google i zacząłem szukać. Ku mojemu rozczarowaniu znalazłem mnóstwo przepisów dla kuchni plenerowej, która ma się nijak do kilku dni pod namiotem. Nijak bo nikt mi nie wmówi, ż po czterech dniach biwaku latem można spokojnie wyciągnąć świeże warzywa i owoce lub różne mięsa i wędliny. Tak więc radosne przepisy na grillowane cudeńka są dobre podczas jednodniowego wypadu, no może dwudniowego, bo lodówki turystyczne tyle czasu chłód podtrzymają. Oczywiście są też sprawniejsze lodówki na 12V lub nawet gas ale robienie polowej kuchni z biwakiem ma niewiele wspólnego. Szukałem prostych rozwiązań z produktów, które można bezpiecznie przechowywać nawet w wyższej temperaturze bez strachu o ich zepsucie. Coś z udziałem puszkowanych warzyw, owoców, wędlin, półproduktów itp i wiecie co? Nic nie znalazłem. Te kilka rozwiązań, które znam, których się nauczyłem, okazują sie bezcenne. Jakbym jeszcze wiedział jak zrobić własną konserwę mięsną, to już byłby pełny sukces. Własną jak np w daniach gotowych z klopsikami, czy gołąbkami a nie jak mielonka. A może ktoś z Was wie? A może się wymienimy swoimi spostrzeżeniami?
-
Nie ma chętnych a ktoś to napisać musi. Nie jest realne aby w poście opisać metodę ciężkiej denki. Można doradzić jakieś korekty, konkretne rozwiązania ale nie całość. Cokolwiek by się nie napisało to będzie dla Ciebie mało zrozumiałe i będzie wymagało kolejnych tłumaczeń. Taki opis to naprawdę całkiem niezła książka. Są dwa rozwiązania dla tego problemu. Pierwszy to taki, że odpuścisz sobie gruntówkę. Drugi jest odmienny. Sam poszukasz materiałów rozszerzających wedzę i gdy już będziesz znał podstawy, to wtedy spokojnie będzie można wprowadzić korekty odpowiednie do warunków panujących na łowisku.
-
Zaporowe opłaty za licencje wyeliminują "mięsiarzy"???
Docio odpowiedział wind wna temat w Ogólne Rozmowy
Oj Wind. Pisałem, że ze względu na status terenu chronionego mogą sprzedać jedynie 70-ąt licencji w roku. Czy to będą jednodniowe, czy tygodniowe, czy roczne, nadal całość musi się zamknąć w liczbie siedemdziesiąt. No to gdzie sens sprzedaży jednodniowych? To wbrew wszelkim zasadom prowadzenia firmy, poza tymi charytatywnymi. Cham pozostanie chamem choćby przed nazwiskiem wpisywał prof. Majętność i wykształcenie w takich przypadkach nie ma znaczenia jednak są to przypadki sporadyczne. Też znam świadomych i majętnych, którzy z wypraw przyjeżdżają jedynie z kilkoma GB zdjęć. Ale znam też sporo zdecydowanie mniej majętnych, którzy pakują wszystko "do wora", i na odwrót. Całkiem sporo ubogich wypuszczających nadmiar ryb i majętnych biorących choćby jednego okonka. Czy to pazerność, czy potrzeba spełnienia prymitywnych atawizmów, nie wiem. Wiem natomiast, ze cham pozostanie chamem i majętność, świadomość czy środowisko nie ma tu najmniejszego znaczenia. Ja też jestem dziadkiem ale Andrzeju wydaje mi się, ze Windowi nie chodziło stricte o dziadków lecz o dziadów pozostawiających ten cały ogromny syf po sobie nad wodą. -
Wiem, wiem, pamiętam opowieści wujka. To też skłoniło mnie by spojrzeć w kierunku tych maszynek na kartusz i z butli, no cóż. Dobrze znasz jaka sytuacja jest u mnie z butlami turystycznymi i nie mam zamiaru ukrywać, że od kiedy butla 11kg zeszła w niebyt śpię o wiele spokojniej. A krócieć do butli? A kto mnie tam wie co mi przyjdzie do głowy za rok.
-
Kuchenka gazowa na biwaku to nie podstawa ale na pewno urządzenie pozwalające ułatwić sobie życie w przygotowywaniu ciepłych posiłków. Zresztą nie tylko o posiłki chodzi, gdyż chyba każdy doceni gorącą kawę lub herbatę gdy nagle pogoda się załamie lub ot tak zwyczajnie z rana, z przyzwyczajenia. Informacje użytkowe są wyjątkowo skąpe a przyzwyczajenie niezmiennie kieruje nas w stronę tradycyjnych butli gazowych. Niestety nie wszędzie jest możliwe wygodne ich napełnianie lub ograniczenie tylko do jednej firmy, która taką butlę obsłuży. To właśnie przytrafio się mnie i przyczyniło do całkiem sporych perturbacji podczas podjęcia ostatecznej decyzji. Koniec końców zdecydowałem się na kuchenkę zasilaną kartuszem gazowym lub z butli turystycznej poprzez reduktor i wąż. Butli nie posiadam ale informacje o kartuszach były nad wyraz obiecujące w świetle moich potrzeb oraz po ekonomicznym przeliczeniu dostępnych opcji z uwzględnieniem miejsca w bagażniku. Wyjściową podstawą była powtarzająca się informacja iż kuchenka z kartusza spala 160g gazu na godzinę. Z kolei z butli potrafi spalić nawet do 300g i ta bardzo duża różnica skłoniła mnie do indywidualnego sprawdzenia jak to jest naprawdę. Co prawda butli nadal nie mam ale kartusze sobie zakupiłem i to wyjątkowo tanio jak na nasz rynek, bo po 3,90zł za sztukę. Pierwszy znak zapytania pojawił się wraz z kartuszem i jego wagą. Na rynku funkcjonują kartusze opisane jako 227g. Zakupione przeze mnie są opisane jako 300g ale przecież niemożliwe aby wielkość była ina gdyż komora w kuchence i system zasilania jest niezmienny, większa najzwyczajniej by się nie zmieściła a zbyt mała nie została by podłączona przez mechanizm. Po sprawdzeniu okazało się, że faktycznie kartusz waży 300g ale gazu w nim jest tylko 220g i tu nasuwa się pytanie. Czy kartusze oferowane przez różnych sprzedawców a opisane jako 227g to waga brutto, czy netto? Siedem gram różnicy to żadna różnica, ale 70g to już różnica znaczna i tu pozostawiam miejsce dla dociekliwych, ja już tego problemu nie mam, gdyż mam sprawdzone źródło zaopatrzenia. A jak ma się sprawa do spalania? Tu pojawia się kolejna zagadka. Opisujący właściwości tego typu kuchenki powtarzają z uporem maniaka (chyba powielają to co ktoś pierwszy napisał), że zagotowanie litra wody wymaga jedynie trzech minut. Opierając się na tym opisie można popaść w lekką euforię, gdyż na podstawie tych informacji jeden kartusz spokojne wystarczyłby na nawet trzydniowy wypad dla dwóch osób i przyrządzenie wszelkich posiłków oraz gorących napoi. No to postanowiłem sprawdzić. Wyniki mojego testu są jednak odmienne od tych podawanych przez sprzedawców, choć jeden się potwierdza. Faktycznie przy palniku odkręconym na maksa kuchenka spala 160g gazu na godzinę. Wyliczyłem to na podstawie czasu palenie przez 10min oraz porównania wagi kartusza a wagę kuchenną mam całkiem niezłą. Poważniejsze "schody" zaczynają się w zasosowanych naczyniach. Zgodnie z opisem i konstrukcją kuchenki naczynia stosowane powinny mieć dno o średnicy minumum 11cm. Osobiście podniósłym ten rozmiar o centymetr, gdyż lekkie trącenie kuchenki może spowodować spadnięcie naczynia z rusztu i rozlanie zawartości. Zastosowanie "krzyżaka" na palnik jest skuteczne ale i nieco podnosi naczynie. W efekcie czajnik 11cm z 0,8l wody musiał na kuchence stać 14min a sam płomień był ustawiony mniej więcej w połowie aby ogrzewać dno a nie otoczenie. W tym czasie, przy połowie płomienia, kuchenka spaliła 23g gazu. Zmiana naczynia na menażkę z pokrywką o dnie 13,5cm. Ilość wody taka sama, płomień na 3/4 i czas zagotowania to już tylko 7min a gazu ubyło o 13g. Wnioski nasuwają się same. Zdecydowanie warto zaopatrzyć sie w naczynia o dnach ok 15cm średnicy minimum aby nie tracić efektywności kuchenki, gdyż wszelkie nakładki na ruszt w postaci popularnych krzyżaków lub płytek, zawsze osłabiają płomień a tym samym wydłużają czas zagotowania i zwiększają zużycie gazu. Po kolejnym przeliczeniu swoich potrzeb w planowanym zabraniu odpowiedniej ilości kartuszy mogę być już spokojny, gdyż wiem, ze jeden kartusz na pewno wystarczy mi na dwie doby na przygotowanie kawy, posiłków jak i zagotowanie samej wody do parzenia pęczaku w termosie. Nieśmiało mogę ten czas wydłużyć o kolejną dobę gdy w czasie pobytu wieczorem rozpalę grill zamiast kuchenki.
-
Jeszcze nie tak dawno, zaledwie kilka lat temu, problem potrzeb fizjologicznych nie był dla mnie najmniejszym problemem. Kilka ruchów saperką, przysiad i po chwili problemu nie było. W zeszłym roku kręgosłup mocno zweryfikował moje zapędy i od późnej jesieni dość często przeglądałem ofertę przenośnych toalet chemicznych. Całkiem niedawno wpadł mi w oko nieco nietypowy kibelek w znanym, przynajmniej ze słyszenia i reklam, sklepie Jula. Zbiornik toaletowy Camper nie potrzebuje dodatkowej chemi do obsługi a wszystko zostaje w wiaderku 15l, choć niekoniecznie a o czym za chwilę. Z założenia konstruktorzy wymyślili tak. Użytkownik podnosi deskę, zdejmuje pokrywę z wiaderka, opuszcza deskę i siada sobie prawie jak w domu. Prawie gdyż rozmiar deski jest czymś pośrednim pomiędzy standardową deską w domu a dużą deską-nakładką dla dzieci. Otwór jest nieco mniejszy ale nawet moje wielkie dupsko do tej deski pasuje. Efekty przemiany materii lądują w wiaderku pod deską. Po wszystkim podnosi się deskę i nakrywa pokrywą wiadro po czym można znów deskę opuścić a nawet klapę. Nie jest to jednak porcelana. Deska i klapa, wiaderko i pokrywa wykonane są z tworzywa ok 2mm grubości. Nie są to super sztywne konstrukcje z żeberkami wzmacniającymi ale sama konstrukcja całości jest dość zmyślna. Obudowa jest z wierzchu częściowo zamknięta. Jedyny otwór to miejsce na wiaderko, którego nie można byle jak wsadzić, są miejsca blokujące całość konstrukcji co powoduje dodatkowe usztywnienie. Pokrywa wiaderka ma wywinięty rant, co czyni nakrycie szczelnym a tym samym nie psuje otaczającej wokół atmosfery swoimi aromatami. Sama obudowa jest wykonana z grubszego tworzywa ok 3mm i choć przy ściskaniu bocznym ugina się to obciążenie pionowe, w mojej osobie, wytrzymała bez zbędnego skrzypienia. Tu mała uwaga. Starsi użytkownicy forum mogą pamiętać iż kiedyś pisałem o swojej wadze 180kg. Teraz to już nawet nie 150kg a jedynie 130kg, więc proszę to wziąść pod uwagę. Choć obudowa jest od góry częściowo zamknięta aby obsadzić wiadro i deska miała sie na czym opierać, to dół jest całkowicie otwarty i to daje konkretne inne rozwiązania. Oczywiście taka toaleta nie jest rozwiązaniem dla obsługi imprez masowych ale kilka osób przez kilka dni może zaznać prawdziwego komfortu pod namiotem. Wystarczy wykopać półmetrowy dołek w zarysie mniejszy niż podstawa toalety, do środka wsadzić ponacinany worek 120l a rant worka wywinąć pod deską. Worek trzymać się będzie a toaleta pozostanie czysta nawet jak wszystkich dopadnie biegunka A wiaderko z pokrywą? No cóz, można w nim trzymać żywczyki albo mieszać zanętę, można trzymać w nim wodę gospodarczą i co komu przyjdzie do głowy. Pozostanie czyste jak i cała toaleta, którą po użytkowaniu można spokojnie spakować do samochodu. Rozwiazanie jak na moje potrzeby idealne. Proste, czyste, nieskomplikowane, nic mi się nie wyleje na zakręcie no i zadowolenie, bo nie ma co ukrywać ale typowo polowe działania niosą ze sobą nieco stresu, wstydu i komplikacji.
-
Zaporowe opłaty za licencje wyeliminują "mięsiarzy"???
Docio odpowiedział wind wna temat w Ogólne Rozmowy
Ojojojojoj. Przeczytaliście artykuł napisany przez kogoś kto zupełnie nie ogarnia tematu a jedynie nasuwa tendencyjne wnioski własne, w dodatku chyba urojone. Każdy ma prawo przystąpić do przetargu. Jest rozporządzenie określające jak rozstrzygnąć taki przetarg i zasadniczo żaden przekręt nie przejdzie, bo inni zaraz oprotestują. Każdy dzierżawca ma prawo narzucić swoje ceny za licencje, tym bardziej, że ich ilość jest ściśle limitowana statusem terenu a wynosi ona 70-ąt. Tak, mogą sprzedać tylko siedemdziesiąt licencji na rok i ani jednej więcej, a to komicznie mało i bynajmniej to ograniczenie nie powstało nagle, lecz obowiązuje od wielu lat a konkretnie od powstania tego rezerwatu - ostoi ptaków. Niemniej sam ten fakt już pretenduje to łowisko do miana specjalnego, które tak naprawdę, może stanie się za dziesięć lat. Kładę nacisk na "może" gdyż szczerze wątpię aby tak się stało. Kształt jeziora i osada na południowym krańcu zdecydowanie wskazuje na rozkwit kłusownictwa a sieci poprzedniego dzierżawcy i status jeziora eutroficznego nie rokuje na rozkwit eldorado. Mimo tych praw i obaw stowarzyszenie, które wygrało przetarg, musi wywiązać się z zadeklarowanych zarybień i po takim tekście jaki się pojawił miejscowi będą im patrzeć bardziej na ręce niż policja. I jeszcze jedna sprawa. Wind szczerze wątpię w Twoje założenie o zabieraniu wszystkiego z powodu kosztu licencji. Wielu wykupi z myślą aby mieć miejsce pozbawione "tłuszczy", pijackich awantur i pospolitego bydła jakie często powstaje przez przyjezdnych. Nawet "nowobogaccy" nie wykupią, gdyż ich styl bycia wymagałby do tej licencji pensjonatu z obsługą, zawsze dostępnego pokoju i tolerowania każdego kaprysu z chamsko-grubiańskim zachowaniem włącznie. Obawy byłyby uzasadnione przy koszcie 500zł ale podane ceny są cenami typowo zaporowymi, tym bardziej, że poza licencją dzierżawcy nic więcej nie oferują. Według mojej wiedzy na początku wieku dzierżawca Energopol za 14-to dniową licencję wołał 200zł, a za całoroczną 300zł, więc nie było to tanio. Kolejny dzierżawca KMP chyba nie udostępniał jeziora w ogóle do wędkowania I ostatnia sprawa. Możemy spodziewać się niemiłych komentarzy o tym łowisku już w tym sezonie i to z dwóch głównych powodów. Powód pierwszy to wyczyszczenie jeziora do dna przez KMP, gdyż wiedział z wyprzedzeniem, że jezioro zostanie im odebrane z powodu rabunkowej gospodarki rybackiej. Powód drugi to wieś Łajs, w której znajduje się nieduży ośrodek wczasowy i całkiem sporo agroturystyki oferującej kajaki, rowery wodne, żaglówki, windsurfing itp a to w żaden sposób nie gwarantuje spokoju na wodzie i doprowadza nas do pasji, szczególnie gdy taki rzężący rower przepłynie nam po spławiku. Zabronić pływania nie mogą, gdyż jest to woda publiczna. A teraz proszę, na spokojnie przemyślcie treść artykułu z informacjami jakie podałem. Jeśli ktoś ma jakieś pytania, to jeśli tylko będę potrafił, to odpowiem. -
° - aby uzyskać ten znaczek należy wcisnąć lewy Alt, wstukać na klawiaturze numerycznej 0176 i puścić Alt, wtedy pojawi się. Pomyślałem sobie, że może ktoś chce poznać więcej znaczków, jakimi dysponuje w swojej klawiaturze. Otóż wystarczy wybrać: menu Start, wszystkie programy, akcesoria, narzędzia systemowe, tablica znaków i już widać co i jak. Taka tablica jest zależna od tego, jaki system klawiatury został przypisany do codziennego użytku. U nas najczęściej stosowany jest układ programisty ale i maszynistki jest dość popularny a samo przełączenie dość banalne, co od czasu do czasu było widać na SB jak i w czasie gry PP2. Do tego dochodzi samo kodowanie systemowe, a tych wariantów jest multum, więc nie powinno dziwić, że np u mnie § to LAlt + 0167 a u innych LAlt + 21. Każdy powinien sam sprawdzić u siebie jakie ma obłożenie znaków na klawiaturze.
-
Warunki atmosferyczne - jak najbardziej. To często pomijany element a jest naprawdę może nie kluczowy ale bardzo istotny. Istota jego nie dotyczy jedynie samego spławika ale także wędziska. W pochmurny lub deszczowy dzień wędziska z przelotkami o niskich stopkach (cena wędziska tu nie ma znaczenia), gdy na blanku zaczyna skraplać się wilgoć lub po prostu jest mokry od deszczu, żyłka zaczyna się do niego kleić i zarzucenie zestawu nawet 2g zaczyna być prawdziwym problemem. Najprostrzym rozwiązaniem jest zmiana zestawu na cięższy, co rozwiązuje problem lecz jedynie połowicznie. Połowicznie gdyż dołożenie kolejnych 3g obciążenia całkowicie zmienia zestaw i radosne wędkowanie może się w tym momencie skończyć. W takich momentach, po podjęciu takiej decyzji warto przemyśleć, czy aby przypadkiem nie warto od razu zmienić samej techniki lub choćby typu spławika.
-
Witam w imieniu Stowarzyszenia "OKOŃ".
Docio odpowiedział Artur z Kętrzyna wna temat w Ogólne Rozmowy
Ale masz kopię protokołu zebrania? Bo jak nie to pozostają jedynie słowa przeciw słowom. Ale jeśli tak i dodatkowo swoimi materiałami wykażesz realne zapotrzebowanie na szkółke, to udowodnienie prezesowi działań na szkodę związku jest jedynie formalnością. -
Witam w imieniu Stowarzyszenia "OKOŃ".
Docio odpowiedział Artur z Kętrzyna wna temat w Ogólne Rozmowy
Cóż można poradzić w takiej sytuacji? Jeśli uważasz, że warto lub, że trzeba, to walcz. Walcz tak aby nikt nie mógł Ci zarzucić złej woli, oszczerstwa, manipulacji i co tam jeszcze można wymyśleć. Postaraj się aby każde słowo było w pełni prawdziwe a informacje aktualne. W tym ostatnim warto się przyłożyć i posty pisać na spokojnie, a nawet bardzo spokojnie, by nie było błędów i bynajmniej nie chodzi mi o ortografię. No i podpis, on zawsze jest aktualny choćby był sporządzony i dziesięć lat temu. Dopóki go nie zmienisz zgadzasz się z jego treścią. -
Witam w imieniu Stowarzyszenia "OKOŃ".
Docio odpowiedział Artur z Kętrzyna wna temat w Ogólne Rozmowy
Hmmm, nie wiem jak i co dokładnie było ale z tego co piszesz to nastąpiło tu jawne złamanie prawa. Tak prawa a nie wewnętrznych ustaleń PZW. Zgodnie z ustawą o stowarzyszeniach, która obowiązuje i PZW, działalność stowarzyszenia nie może skutkować bezwzględnym posłuszeństwem czonków. Do Zarządu zostałeś wybrany przez członków stowarzyszenia a nie Prezesa i postępowanie jakie opisujesz bezwzględnie podpada pod rozpatrzenie przez ZO w trybie natychmiastowym. -
Przecież to żadne odkrycie. Fakt, może być błędnie rozumiane przez osoby, które uważają, że Windows, Linuks, OS czy inny program to system dla PC. Ale już dosć, bo zupełnie im namieszam w głowach. Jak mawiają starzy czekiści - im mniej wiesz tym krócej zeznajesz.
-
O i od razu trzeba było tak napisać, nie miałym dziwnych domysłów. Dzięki. A swoją drogą jesteś jedynym mi znanym spinningistą, który nosi ze sobą siatkę.
-
Gratuluję połowu jedank wybacz ale stwierdzenie "Ryby wróciły do wody" stoi w jawnej sprzeczności z resztą opisu i zdjęciami. Śmiem wątpić aby okoń wytrzymał kilka minut "na badylach" + sesja zdjęciowa, aby wrócić spowrotem do wody zgodnie z C&R. No chyba, że jako karma dla padlinożerców. Nie rozumiem czego się wstydzić, że zabrało się rybę?
-
Raz albo wcale na 2-3 lata. Systemy są dopracowane i jakiejś wielkiej filozofii w tym nie ma. System głównie obsługuje wszelkie "wodotryski" w telefonie. Ale skoro sie zawiesza to nie wina samego systemu lecz oprogramowania jakie się do telefonu wgrało. Mój Samsung (723, chyba ) przez trzy lata ani razu się nie zawiesił a korzystałem w nim stale, poza formalnie telefonowaniem, z aparatu, radia i odtwarzacza mp3. Bardzo sporadycznie z NDrive (nawigacja) ale to na samym początku i irytywała mnie powolność działąnia i czas lokowania satelitów, który mógł doprowadzić do rozpaczy. Mimo pojawienia się nowej wersji systemu po jakimś roku, nie aktualizowałem go i wszystko działało i działa poprawnie. Po trzech latach odczuwam jedynie spadek sprawności baterii. Już nie trzyma 10 dni a jedynie tydzień. A po dwóch godzinach rozmów lepiej go podładować. Aha. Sporadycznie używałem go do netu ale po wifi w domu. Szybkość wczytywania stron porządna jednak obsługa w zmniejszonym wymiarze to chyba tylko dla mrówek. Ja nie mogłem nic odczytać. Po powiększeniu i owszem ale wtedy przesuwanie okna na ekranie różnie się kończyło, szczególnie gdy dotknąłem jakiegoś linku. Taki urok ekranu pojemnościowego., chyba tak się on nazywa.
-
I ode mnie plusik dla Woldiego. Z moich obserwacji wymika także, ze w rzekach wrzesień to "ciąg zimowy", biorą wtedy jak głupie. W jeziorach najciekawsze efekty miałem od końcówki września do początku listopada. Jak się trafiło stado to...a nie będę Was drażnił.
-
Chodzi Ci konkretnie o glony czy o roślinność podwodną? Jak jest roślinność to ilość mułu jest niewielka, do 10cm i wystarczy dać dłuższy przypon. Dodatkowym rozwiązaniem jest zastosowanie sprężyn karpiowych, które sobie osobiście bardzo chwalę za połaczenie dociążonej sprężyny z rurką antysplątaniową. Jak są glony to woda w akwenie jest na umarciu, czyli padnie cały ekosystem i zostanie jedynie ściek.
-
Wszystko dlatego, że nie ma jednego rozwiązania. Inaczej można rozłożyć śruciny gdy łowi się blisko, na długość wędziska lub dwie długości. Inaczej gdy daleko, kilka długości wędziska a jeszcze inaczej gdy konieczne jest zastosowanie metody angielskiej. To nie wszystko, inaczej dla spławika mocowanego na stałe, inaczej dla przelotowego, inaczej dla spławika do 2g a inaczej dla cięższych, inaczej dla wody bez prądów podwodnych a zupełnie inaczej gdy jest taki obecny. Inaczej dla połowu w spokojnej wodzie i inaczej do połowu w rzece. Wariantów jest mnóstwo i każdy wymaga bardzo indywidualnego podejścia uwzględniającego powyższe czynniki a także sam kształt spławika i technikę jaką się łowi. Wszystko po to aby spełnić podstawowe kryteria zastosowania spławika, czyli: - połów na zadanej głebokości - poprawne wyważenie spławika i wskazanie brań - zapobieżenie plątaniu zestawu podczas zarzucania - odpowiednia prezentacja przynęty rybom, których odpowiednie gatunki mają zupełnie inne preferencje Choćby człowiek nie wiem jak chciał sobie uprościć życie to niestety nie da rady. Można "łyknąć" nieco teori z książek lub netu ale i tak zazwyczaj konieczna jest korekta na samym łowisku. Może nawet dojść do takiej sytuacji kiedy zastosowanie spławika jest wykluczone.
-
Wybór sprzętu + spławik dla początkującego.
Docio odpowiedział Madridista Olb wna temat w Sprzęt wędkarski dla początkujących Wędkarzy.
Jeśli jest tak jak to opisujesz to jesteś pełnoprawnym wędkarzem. Gratuluję. Co do połowu to owszem, wynika z opisu, ze dopełniłeś wszelkich formalności. Niestety nie możesz łowić w swoim województwie gdyż Okręgi PZW nie pokrywają się z granicami województw. Musisz sprawdzić na stronie Okręgu lub jeśli są wyszczególnione w "Zezwoleniu", spis wód na jakich możesz dokonywać połowu. Będą to wody gospodarowane przez PZW i to na nich wolno Ci łowić. Sprawdź także "porozumienia" a dowiesz się gdzie jeszcze możesz łowić na podstawie dokonanych opłat. -
Płocie i leszcze łowi się wyłącznie z dna. Płoteczki i leszczyki można szukać w toni ponad dnem, na różnej głębokości. Nawet trzeba szukać i podnieść przynętę gdy stosuje się zanętę mocno smużącą. Małe ryby zawsze harcują w toni, duże przy dnie. Na opadającą przynętę można połowić pięknych płoci a szczególnie okoni i wzdręg. Leciutki zestaw, malutki spławik 0,5-1,0g, 3-4 pyłki na metrowej żyłce potrafią zdziałać cuda jakich nie zdziała najcudowniejsza zanęta i przynęta. Warunkiem jest fakt, żeby akurat w tym czasie ryby miały ochotę żerować tuż pod powierzchnią. Metodą "opad" skutecznie przeszukuje się łowisko w poszukiwaniu żerujących ryb. Nie ma reguły jaka ma być głebokość jest za to reguła rozłożenia obciążenia. Śruciny o jak najmniejszej gramaturze rozkłada się w równych odstępach. Pierwszym (wzorcowym) odcinkiem jest przypon ponad którym umieszcza się pierwszą śrucinę. Ostatnim odcinkiem (podwojonym lub potrojonym) jest spławik. Niestety rynek nas nie rozpieszcza w tej materii i praktycznie można jedynie zakupić spławiki dociążone aby widzieć brania. Jeśli jest ktoś posiadaczem kolca to może sobie te dociążone klocki odpuścić. To wszystko w bardzo mocnym skrócie. Jestem świadomy, że treść ta wywoła lawinę kolejnych pytań i niestety ale trzeba poszperać w necie i odnaleźć literaturę, bo wątpię aby komuś chciało się pisać tu książkę. No chyba, że jednak się zachce, mnie nie.
-
PZW Lublin
