-
Postów
5 489 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Artykuły
Forum
Galeria
Kalendarz
Zawartość dodana przez Docio
-
Do puszek mięsnych czy innej postaci na pewno nikogo namawiać nie będę. Sam również zdecydowanie nie skorzystam.
-
Ozet doskonale rozumiem Twoje opory, ja je miałem także do momentu kiedy nie przeczytałem pewnego artykułu o upadającym zakładzie masarskim na mazowszu. To było jakieś dziesięć lat temu i nie wchodząc w szczegóły zakładowi odebrano licencję na produkcję wędlin, gdyż urządzenia, mimo że spełniały wszelkie normy, nie posiadały certyfikatów europejskich. Co tu dużo pisać, takie same młynki, wanny, stoły, urządzenia i w ogóle wszystko zgodnie z wymogami, przepisami i naszymi normami. Nie posiadały jednak certyfikatu europejskiego, którego uzyskanie wymagało zakup takich samych urządzeń z firmy posiadającej certyfikat do ich produkcji. Firma polska produkująca urządzenia masarskie takiego certyfikatu nie posiadała to i masarnia certyfikatu nie miała. Za to firma posiadająca certyfikat na produkcję była w niemczech a takie same urządzenia kosztowały dwa razy drożej. No to firma zamknęła produkcję wędlin i zachowując swoje standardy produkcji rozpoczęła produkcję psiej karmy a konkretnie mięsa mielonego. To była dość głośna sprawa, gdyż pokrywała się w tym samym czasie z upadłościami polskich regionalnych mleczarń, z tego samego powodu. Minęło kilka ładnych lat nim powstały nowe polskie firmy produkujące urządzenia, takie same jak wcześniej, ale mogły wystawiać certyfikaty. W ten prosty sposób UE zabiła część naszego przemysłu poprzez przejmowanie tych firm. Nawet nie zmieniali sprzętu gdyż urządzenia spełniay normy a firmy posiadały już certyfikaty na produkcję. W efekcie większość towarów z obco brzmiącymi nazwami to właściwie nasze wyroby krajowe ale kto inny robi na tym kasę. A co do tego makaronu, to nie jest to zwyky makaron, taki zagniatany jak znamy. Nie jest on także robiony przez maszyny, ktore robią makaron jaki znamy z półek sklepowych. Do jego produkcji potrzebne są specjalne wyciskarki wysokociśnieniowe, których działanie daje w efekcie makaron do zaparzania a nie gotowania. Teraz wystaczy zastanowić się kto dysponuje tymi bardzo drogimi urządzeniami, pogrzebać w umowach a znając firmę wypuszczająca makaron na rynek dokopać się do umowy pomiędzy producentem i tą firmą. Także Twoje podejrzenie iż może być produkowany przez producenta ze wszystkimi certyfikatami jest jak najbardziej uzasadniony.
-
No właśnie, gotowce prawie zawsze nie pasują, są bez smaku lub smakują podle, przynajmniej te, które nie wymagają przechowywania w chłodzie. Nieco inaczej przedstawia się sprawa z gotowymi sosami w słoikach. Taki słodko-kwaśny lub chiński z Pudliszek jest całkiem do rzeczy. Łowicz też ma je niezłe a dla mnie najsłabszy smakowo jest sos boloński, obojętne jakiej firmy. Sosy dodatkowo mają tę zaletę, że załatwiają sprawę surówki, różnych warzyw w nich jest dostatek. O i może jeszcze jedno. Próbowałem tego już od kilku firm i zawsze okazywała się zaskakująco dobra, nawet ta firmowana przez Tesco. Chodzi mi o sałatkę szwedzką. Jak ktoś lubi kwaskowe warzywa to ze spokojnym sumieniem mogę polecić. Trudno mi się czasem powstrzymać przed pożarciem zawartości całego dużego słoika 0,9l. W mniejszych słojach do tej pory jej nie spotkałem i jest naprawdę tania. A wracając do makaronu to mogę jedynie żałować, że ten z zupek do zaparzania nie jest dostępny jako sam na rynku. Wszelkie makarony jakie napotkałem na półkach sklepowych są do gotowania. Patrząc na gramaturę byłby on wyjątkowo drogi ale też wyjątkowo wygodny np na biwaku. Jest jednak dość tani jego odpowiednik. Wygląd podobny, zasada przyrządzania ta sama jednak jest bez certyfikatu instytutu żywności a jedynie z certyfikatem fitosanitarnym. Chodzi mi mianowicie o makaron do zaparzania dla psiaków. Można go kupić w opakowaniach od 1 do 5kg w cenie 12-15zł/kg, im więcej tym taniej i przy opakowaniu 5kg koszt to już tylko 8zł/kg. Jasna sprawa, że wiele osób będzie miało opory przed tym makaronem ale ja nie mam, szczególnie na biwaku. W tym czasie służy mi on nie tylko jako baza posiłku ale także jako bardzo tani wypełniacz do zanęty dla ryb. Wystarczy pomyśleć, że ten makaron po zaparzeniu aż czterokrotnie powiększa swoją objętość a po przeliczeniu wychodzi mniej więcej coś takiego. Puszka taniej kukurydzy 400g kosztuje 2 zł. Ta sama objętość suchego makaronu będzie ważyć najwyżej 150g, koszt ten sam, ale po zaparzeniu będzie go cztery razy więcej w objętości. Dodatkową zaletą jest fakt, że o wiele lepiej się łaczy z zanętą niż kuku. I ostatnia sprawa. Nie znam dokładnie danych tego psiego makaronu. Wiem natomiast, że ten z zupek ma bardzo małą kaloryczność, sporo białka i niemal zerową zawartość tłuszczu i cukru, co jest istotne w mojej diecie. Właśnie złożyłem zamówienie na te wojskowe puszki. Nie wiem, czy to wina błędów w systemie ich strony, czy moja Opera się zbiesiła, w rezultacie nie mogłem potwierdzić zamówienia. Zadzwoniłem do nich i porozmawiałem sobie z przemiłą panią w efekcie czego złożyłem zamówienie poprzez e-mail. Czekam co będzie dalej.
-
Krzysiu nie mam zamiaru Ci zaprzeczać, bo masz rację. W zeszłym roku robiłem sobie zaopatrzenie róznych firm a w domu co miesiąc sprawdzam kilka wyrobów gotowych. Niestety przede mną jest kilka przeciwności losu, z którymi sam muszę się uporać, gdyż pobyt w towarzystwie Jotesa lub Winda, którzy mogą pomóc w zaopatrzeniu, to prawdziwy luksus. Będąc sam pod namiotem, na ile siebie znam, nierealne jest zwijanie całego obozowiska co kilka dni, aby kupić pomidorka i rzodkiewkę. Jakieś większe gotowanie na maszynce spirytusowej też nie wchodziło w rolę, teraz jest już inaczej ale i tak muszę się ograniczyć do półproduktów. Dlaczego muszę, bo słoik ok 500g to akuratna porcja dla mnie na obiad i jest pasteryzowany a kiełbasy w foliach wręcz pływają w konserwantach, więc za wiele to ja ich nie mogę ze względu na stan zdrowia. Zdrowie to kolejny próg nie do przeskoczenia. Sery żółte, serki topione, paszteciki, dżemy, mielonki konserwowe to produkty, które potrafią długo wytrzymać bez specjalnych zabiegów ale dla mnie z hiperlipidemią i cukrzycą to dosłownie akt rozpaczy w żywieniu. Wiem, wiem, najlepiej jakby wszystko było świeże ale trzeba wybierać, albo radocha i odpoczynek, albo właściwa dieta. Dlaczego czepiam się konserwantów. Nie będę pisał o właściwościach rakotwórczych, bo to temat ze skraju paniki. Jednak zawartość sodu w konserwantach w żadnym wypadku nie jest zdrowa dla mojego serducha i stojąc przed wyborem kupna świeżej, wędzonej, soczystej i pachnącej szynki a pasztecikiem w konserwie - wybiorę to drugie. Prościej zrzucić nadmiar trójglicerydów i holesterolu niż nadmiar sodu z organizmu. Nie, nie grymaszę. Cały czas szukam rozwiązań "dla swojego typu" by pożyć na tyle długo aby zobaczyć jeszcze niejedną wodę, aby spotkać się z wieloma znajomymi, aby złowić ryby z tylu wód żebym mógł powiedzieć, że łowiłem niemal wszędzie. Bez zbędnych nerw, histerii i lamentowania nad swym losem. Chcę się cieszyć na biwaku a nie martwić. A wracając do kulinariów, co do chleba, to na biwaku u Winda zjadłem chyba dwa małe bochenki, u Jotesa w ogóle. O wiele lepiej sprawdzają się suchary, które czasami mogę kupić w Tesco lub niemal zawsze na Allegro. Zupki "chińskie" firmy Vifon są jakie są, wiele osób ich po prostu nie lubi. Ja akurat nie mam tego problemu jednak taka zupka nie musi być konkretnie zupką a drugim daniem. To proste. W miseczce zalewamy zupkę nie 0,5 litrem wrzątku a jedynie ok 300ml, makaron koniecznie pognieść na drobno i odczekać ok 10min. Nie trzeba niczym nakrywać. Jak ktoś nie lubi zupki to niech do pogniecionego makaronu rozdrobni jedną kostkę rosołową o dowolnym smaku. Ok 15cm kiełbasy przekroić na pół i smażyć na patelni na niezbyt mocnym ogniu. Jak puści tłuszcz to rozsmarować go po patelni, wrzucić już zaparzony i napęczniały makaron, nawet z odrobiną rosołu jak za dużo wlało się wrzątku. Doprawić według swojego gustu, dosłownie. Ten makaron jest naprawdę wdzięczny w gotowaniu i bardzo ładnie przyjmuje aromaty. Po dosłownie trzech minutach danie jest gotowe. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie aby z kiełbasą podsmażyć trochę cebuli ale trzeba uważać na ilość tłuszczu. Jak ktoś nie lubi kiełbasy to zaparzony makaron wrzucić na lekko rozgrzaną patelnię z łyżką oleju, doprawić wedle gustu, rozgarnąć w środku i wbić jajko. Ostatnio spoglądam na kiełbasy paczkowane ale nie próżniowo tylko w osłonie obojętnych gazów. Nie mają one tak długich terminów ważności, najdłuższy jaki spotkałem to 20 dni ale też nie wymagają specjalnego chłodu. Można je przechowywać w temp do 15°C a to by mi mogło pomóc rozwiązać problemy zaopatrzeniowe. Trzymają się średniej półki cenowej 18-21zł/kg lecz nadal opakowania są co najmniej dwuosobowe. No i ostatnia kwestia. Przygotowywania nie są aż tak ambitne. Nie chodzi mi o udowodniene czegoś lecz o zwyczajny komfort kulinarny. Nie ma co się oszukiwać, jadłem już wiele różnych wyrobów z różnych firm i generalnie wszystkie smakują dość podle. Jedne mniej inne bardziej ale wszystkie podle. Gdy czytam na forach, niekoniecznie kulinarnych, porady dotyczące dań gotowych i które z nich wybrać, to jak nawet dziś przeczytałem zachwalanie "Kociołka do syta" firmy Łowicz, to bez wachania wiem, że temu człowiekowi amputowano kubki smakowe. Podobnie jest z wyrobami Profi, jedna, wielka tragedia. Gusta są różne i o nich się nie dyskutuje, jednak gdybym miał komuś polecić cokolwiek, to znośne są klopsiki w sosie koperkowym Rolnik. Podobnie smakowały mi pulpety w sosie pomidorowym ale firmy nie pamiętam. Może Wind pamięta bo kupowałem je u niego w Biedronce i rozmawialiśmy o nich. Jednak zawsze bym polecił konserwy obiadowe, które miałem w zeszłym roku, a które są obecnie niedostępne i drugi dzień męczę Google aby odszukać firmę je produkującą, bo też nie pamiętam, a były całkiem do rzeczy. Dlatego obecnie kieruję swoje zainteresowanie w stronę produktów militarnych. Znam ich smak i jakość sprzed lat, nie mam pojęcia jak sytuacja przedstawia się obecnie, choć nadal produkuje je firma z Zielonej Góry. Sprawdzę, na pewno i podzielę się wrażeniami. Oj długo szukałem producenta tych moich zeszłorocznych dań. W końcu jednak sukces i mam już ich stronę w ulubionych, aby znów za jakiś czas nie szukać.
-
Jak mawiają, szukajcie a znajdziecie. Chyba przestanę sobie głowę zawracać przygotowywaniem wcześniejszym jedzenia. Znalazłem bardzo ciekawy sklep. Muszę tylko dopytać o koszty przesyłki, bo ie znalazłem.
-
Ano właśnie. Kilka minut temu przeczytałem na jakimś blogu, że elementem do sukcesu pasteryzacji jest kwaśne środowisko, które blokuje rozwój bakteri. No to fakt, teraz kumam dlaczego te wszystkie gołabki, pulpety i klopsiki są w sosie pomidorowym. To nie przepis tylko wymóg. Muszę spróbować a wpierw poszukać jakiegoś konkretnego przepisu na sos pomidorowy bez śmietany, bo ja tylko ze smietaną.
-
Tak Andrzej. Dwa-trzy dni dla warzyw to wszystko. Trzymane w cieniu nie potrzebują nawet zraszania. Do lodówki ziemnej nie nadają się. Konieczne byłoby zapakowanie ich w folię lub jakieś pudełko i to szczelne, bo robale się dobiorą i to szybko. W opakowaniu natomiast przetrzymują się o wiele gorzej, więc faktycznie w cieniu na powietrzu z ochroną przed wszystkim fruwającym. Z wędzeniem odpada. To dobre do "bieżącej produkcji" np rybek. W domu chyba odpada a chodzi mi o przygotowanie jedzenia przed wyjazdem i gotowe proste przepisy już na miejscu. Wielokrotnie słyszałem, widziałem i czytałem o pasteryzowaniu. To też forma "puszkowania" ale w słoikach i bez konserwantów. Niestety nie mam pełnej informarcji i coś jest skrzętnie przemilczane, gdyż samo pasteryzowanie nie wystarcza na dłużej niż tydzień albo ja coś robię źle. W chodzie i cieniu może postać i miesiąc ale w temperaturze bliskiej tej na zewnątrz w lecie tydzień to góra. A jednak wszelkie gotowce w słojach jakoś wytrzymują. Podobnie z gotowymi potrawami, które nie posiadają konserwantów, a które miałem możliwość mieć w zeszłym roku, w tym są jednak niedostępne.
-
W wodzie? A wiesz, że woda latem w rzece ma minimum 15°C? Po trzech dniach w takiej temperaturze wędlina i mięso samo z siebie zaśmierdnie. Ususzyć. To jest jakieś rozwiązanie. Liofilizowanie jednak nie jest tak proste jakby się wydawało i już się z tym zapoznałem. Liofilizowanie mięsa jest wyjątkowo trudne a w warunkach domowych wręcz niemożliwe. Peklowania chciałem uniknąć. O peklowaniu jest całkiem...mnóstwo w sieci. Jednak to chyba jedyne rozwiązanie w moim zasięgu, bo wędzarki i miejsca gdzie mógłbym ją postawić nie mam także zielonego pojęcia o praktyce wędzenia, bo teorii to można się naczytać do oporu.
-
Wczoraj podczas kolacji (jekże by inaczej ) przypomniałem sobie tytuł Twojego postu i pierwszą myślą jaka mi się nasunęła było "kuchnia biwakowa". Szybko przeleciałem pamięć, swoje rozwiązania oraz te poznane od innych jak np kaszanka Kasi i doszedłem do smutnego wniosku, że tak naprawdę to niewiele mi wiadomo o takiej kuchni, zdecydowana większość to raczej kuchnia plenerowa, gdzie jest zawsze dostep do świeżych produktów a same produkty można bezpiecznie przechowywać w chłodzie. Goniony tą myślą ztrudniłem wujka Google i zacząłem szukać. Ku mojemu rozczarowaniu znalazłem mnóstwo przepisów dla kuchni plenerowej, która ma się nijak do kilku dni pod namiotem. Nijak bo nikt mi nie wmówi, ż po czterech dniach biwaku latem można spokojnie wyciągnąć świeże warzywa i owoce lub różne mięsa i wędliny. Tak więc radosne przepisy na grillowane cudeńka są dobre podczas jednodniowego wypadu, no może dwudniowego, bo lodówki turystyczne tyle czasu chłód podtrzymają. Oczywiście są też sprawniejsze lodówki na 12V lub nawet gas ale robienie polowej kuchni z biwakiem ma niewiele wspólnego. Szukałem prostych rozwiązań z produktów, które można bezpiecznie przechowywać nawet w wyższej temperaturze bez strachu o ich zepsucie. Coś z udziałem puszkowanych warzyw, owoców, wędlin, półproduktów itp i wiecie co? Nic nie znalazłem. Te kilka rozwiązań, które znam, których się nauczyłem, okazują sie bezcenne. Jakbym jeszcze wiedział jak zrobić własną konserwę mięsną, to już byłby pełny sukces. Własną jak np w daniach gotowych z klopsikami, czy gołąbkami a nie jak mielonka. A może ktoś z Was wie? A może się wymienimy swoimi spostrzeżeniami?
-
Nie ma chętnych a ktoś to napisać musi. Nie jest realne aby w poście opisać metodę ciężkiej denki. Można doradzić jakieś korekty, konkretne rozwiązania ale nie całość. Cokolwiek by się nie napisało to będzie dla Ciebie mało zrozumiałe i będzie wymagało kolejnych tłumaczeń. Taki opis to naprawdę całkiem niezła książka. Są dwa rozwiązania dla tego problemu. Pierwszy to taki, że odpuścisz sobie gruntówkę. Drugi jest odmienny. Sam poszukasz materiałów rozszerzających wedzę i gdy już będziesz znał podstawy, to wtedy spokojnie będzie można wprowadzić korekty odpowiednie do warunków panujących na łowisku.
-
Zaporowe opłaty za licencje wyeliminują "mięsiarzy"???
Docio odpowiedział wind wna temat w Ogólne Rozmowy
Oj Wind. Pisałem, że ze względu na status terenu chronionego mogą sprzedać jedynie 70-ąt licencji w roku. Czy to będą jednodniowe, czy tygodniowe, czy roczne, nadal całość musi się zamknąć w liczbie siedemdziesiąt. No to gdzie sens sprzedaży jednodniowych? To wbrew wszelkim zasadom prowadzenia firmy, poza tymi charytatywnymi. Cham pozostanie chamem choćby przed nazwiskiem wpisywał prof. Majętność i wykształcenie w takich przypadkach nie ma znaczenia jednak są to przypadki sporadyczne. Też znam świadomych i majętnych, którzy z wypraw przyjeżdżają jedynie z kilkoma GB zdjęć. Ale znam też sporo zdecydowanie mniej majętnych, którzy pakują wszystko "do wora", i na odwrót. Całkiem sporo ubogich wypuszczających nadmiar ryb i majętnych biorących choćby jednego okonka. Czy to pazerność, czy potrzeba spełnienia prymitywnych atawizmów, nie wiem. Wiem natomiast, ze cham pozostanie chamem i majętność, świadomość czy środowisko nie ma tu najmniejszego znaczenia. Ja też jestem dziadkiem ale Andrzeju wydaje mi się, ze Windowi nie chodziło stricte o dziadków lecz o dziadów pozostawiających ten cały ogromny syf po sobie nad wodą. -
Wiem, wiem, pamiętam opowieści wujka. To też skłoniło mnie by spojrzeć w kierunku tych maszynek na kartusz i z butli, no cóż. Dobrze znasz jaka sytuacja jest u mnie z butlami turystycznymi i nie mam zamiaru ukrywać, że od kiedy butla 11kg zeszła w niebyt śpię o wiele spokojniej. A krócieć do butli? A kto mnie tam wie co mi przyjdzie do głowy za rok.
-
Kuchenka gazowa na biwaku to nie podstawa ale na pewno urządzenie pozwalające ułatwić sobie życie w przygotowywaniu ciepłych posiłków. Zresztą nie tylko o posiłki chodzi, gdyż chyba każdy doceni gorącą kawę lub herbatę gdy nagle pogoda się załamie lub ot tak zwyczajnie z rana, z przyzwyczajenia. Informacje użytkowe są wyjątkowo skąpe a przyzwyczajenie niezmiennie kieruje nas w stronę tradycyjnych butli gazowych. Niestety nie wszędzie jest możliwe wygodne ich napełnianie lub ograniczenie tylko do jednej firmy, która taką butlę obsłuży. To właśnie przytrafio się mnie i przyczyniło do całkiem sporych perturbacji podczas podjęcia ostatecznej decyzji. Koniec końców zdecydowałem się na kuchenkę zasilaną kartuszem gazowym lub z butli turystycznej poprzez reduktor i wąż. Butli nie posiadam ale informacje o kartuszach były nad wyraz obiecujące w świetle moich potrzeb oraz po ekonomicznym przeliczeniu dostępnych opcji z uwzględnieniem miejsca w bagażniku. Wyjściową podstawą była powtarzająca się informacja iż kuchenka z kartusza spala 160g gazu na godzinę. Z kolei z butli potrafi spalić nawet do 300g i ta bardzo duża różnica skłoniła mnie do indywidualnego sprawdzenia jak to jest naprawdę. Co prawda butli nadal nie mam ale kartusze sobie zakupiłem i to wyjątkowo tanio jak na nasz rynek, bo po 3,90zł za sztukę. Pierwszy znak zapytania pojawił się wraz z kartuszem i jego wagą. Na rynku funkcjonują kartusze opisane jako 227g. Zakupione przeze mnie są opisane jako 300g ale przecież niemożliwe aby wielkość była ina gdyż komora w kuchence i system zasilania jest niezmienny, większa najzwyczajniej by się nie zmieściła a zbyt mała nie została by podłączona przez mechanizm. Po sprawdzeniu okazało się, że faktycznie kartusz waży 300g ale gazu w nim jest tylko 220g i tu nasuwa się pytanie. Czy kartusze oferowane przez różnych sprzedawców a opisane jako 227g to waga brutto, czy netto? Siedem gram różnicy to żadna różnica, ale 70g to już różnica znaczna i tu pozostawiam miejsce dla dociekliwych, ja już tego problemu nie mam, gdyż mam sprawdzone źródło zaopatrzenia. A jak ma się sprawa do spalania? Tu pojawia się kolejna zagadka. Opisujący właściwości tego typu kuchenki powtarzają z uporem maniaka (chyba powielają to co ktoś pierwszy napisał), że zagotowanie litra wody wymaga jedynie trzech minut. Opierając się na tym opisie można popaść w lekką euforię, gdyż na podstawie tych informacji jeden kartusz spokojne wystarczyłby na nawet trzydniowy wypad dla dwóch osób i przyrządzenie wszelkich posiłków oraz gorących napoi. No to postanowiłem sprawdzić. Wyniki mojego testu są jednak odmienne od tych podawanych przez sprzedawców, choć jeden się potwierdza. Faktycznie przy palniku odkręconym na maksa kuchenka spala 160g gazu na godzinę. Wyliczyłem to na podstawie czasu palenie przez 10min oraz porównania wagi kartusza a wagę kuchenną mam całkiem niezłą. Poważniejsze "schody" zaczynają się w zasosowanych naczyniach. Zgodnie z opisem i konstrukcją kuchenki naczynia stosowane powinny mieć dno o średnicy minumum 11cm. Osobiście podniósłym ten rozmiar o centymetr, gdyż lekkie trącenie kuchenki może spowodować spadnięcie naczynia z rusztu i rozlanie zawartości. Zastosowanie "krzyżaka" na palnik jest skuteczne ale i nieco podnosi naczynie. W efekcie czajnik 11cm z 0,8l wody musiał na kuchence stać 14min a sam płomień był ustawiony mniej więcej w połowie aby ogrzewać dno a nie otoczenie. W tym czasie, przy połowie płomienia, kuchenka spaliła 23g gazu. Zmiana naczynia na menażkę z pokrywką o dnie 13,5cm. Ilość wody taka sama, płomień na 3/4 i czas zagotowania to już tylko 7min a gazu ubyło o 13g. Wnioski nasuwają się same. Zdecydowanie warto zaopatrzyć sie w naczynia o dnach ok 15cm średnicy minimum aby nie tracić efektywności kuchenki, gdyż wszelkie nakładki na ruszt w postaci popularnych krzyżaków lub płytek, zawsze osłabiają płomień a tym samym wydłużają czas zagotowania i zwiększają zużycie gazu. Po kolejnym przeliczeniu swoich potrzeb w planowanym zabraniu odpowiedniej ilości kartuszy mogę być już spokojny, gdyż wiem, ze jeden kartusz na pewno wystarczy mi na dwie doby na przygotowanie kawy, posiłków jak i zagotowanie samej wody do parzenia pęczaku w termosie. Nieśmiało mogę ten czas wydłużyć o kolejną dobę gdy w czasie pobytu wieczorem rozpalę grill zamiast kuchenki.
-
Jeszcze nie tak dawno, zaledwie kilka lat temu, problem potrzeb fizjologicznych nie był dla mnie najmniejszym problemem. Kilka ruchów saperką, przysiad i po chwili problemu nie było. W zeszłym roku kręgosłup mocno zweryfikował moje zapędy i od późnej jesieni dość często przeglądałem ofertę przenośnych toalet chemicznych. Całkiem niedawno wpadł mi w oko nieco nietypowy kibelek w znanym, przynajmniej ze słyszenia i reklam, sklepie Jula. Zbiornik toaletowy Camper nie potrzebuje dodatkowej chemi do obsługi a wszystko zostaje w wiaderku 15l, choć niekoniecznie a o czym za chwilę. Z założenia konstruktorzy wymyślili tak. Użytkownik podnosi deskę, zdejmuje pokrywę z wiaderka, opuszcza deskę i siada sobie prawie jak w domu. Prawie gdyż rozmiar deski jest czymś pośrednim pomiędzy standardową deską w domu a dużą deską-nakładką dla dzieci. Otwór jest nieco mniejszy ale nawet moje wielkie dupsko do tej deski pasuje. Efekty przemiany materii lądują w wiaderku pod deską. Po wszystkim podnosi się deskę i nakrywa pokrywą wiadro po czym można znów deskę opuścić a nawet klapę. Nie jest to jednak porcelana. Deska i klapa, wiaderko i pokrywa wykonane są z tworzywa ok 2mm grubości. Nie są to super sztywne konstrukcje z żeberkami wzmacniającymi ale sama konstrukcja całości jest dość zmyślna. Obudowa jest z wierzchu częściowo zamknięta. Jedyny otwór to miejsce na wiaderko, którego nie można byle jak wsadzić, są miejsca blokujące całość konstrukcji co powoduje dodatkowe usztywnienie. Pokrywa wiaderka ma wywinięty rant, co czyni nakrycie szczelnym a tym samym nie psuje otaczającej wokół atmosfery swoimi aromatami. Sama obudowa jest wykonana z grubszego tworzywa ok 3mm i choć przy ściskaniu bocznym ugina się to obciążenie pionowe, w mojej osobie, wytrzymała bez zbędnego skrzypienia. Tu mała uwaga. Starsi użytkownicy forum mogą pamiętać iż kiedyś pisałem o swojej wadze 180kg. Teraz to już nawet nie 150kg a jedynie 130kg, więc proszę to wziąść pod uwagę. Choć obudowa jest od góry częściowo zamknięta aby obsadzić wiadro i deska miała sie na czym opierać, to dół jest całkowicie otwarty i to daje konkretne inne rozwiązania. Oczywiście taka toaleta nie jest rozwiązaniem dla obsługi imprez masowych ale kilka osób przez kilka dni może zaznać prawdziwego komfortu pod namiotem. Wystarczy wykopać półmetrowy dołek w zarysie mniejszy niż podstawa toalety, do środka wsadzić ponacinany worek 120l a rant worka wywinąć pod deską. Worek trzymać się będzie a toaleta pozostanie czysta nawet jak wszystkich dopadnie biegunka A wiaderko z pokrywą? No cóz, można w nim trzymać żywczyki albo mieszać zanętę, można trzymać w nim wodę gospodarczą i co komu przyjdzie do głowy. Pozostanie czyste jak i cała toaleta, którą po użytkowaniu można spokojnie spakować do samochodu. Rozwiazanie jak na moje potrzeby idealne. Proste, czyste, nieskomplikowane, nic mi się nie wyleje na zakręcie no i zadowolenie, bo nie ma co ukrywać ale typowo polowe działania niosą ze sobą nieco stresu, wstydu i komplikacji.
-
Zaporowe opłaty za licencje wyeliminują "mięsiarzy"???
Docio odpowiedział wind wna temat w Ogólne Rozmowy
Ojojojojoj. Przeczytaliście artykuł napisany przez kogoś kto zupełnie nie ogarnia tematu a jedynie nasuwa tendencyjne wnioski własne, w dodatku chyba urojone. Każdy ma prawo przystąpić do przetargu. Jest rozporządzenie określające jak rozstrzygnąć taki przetarg i zasadniczo żaden przekręt nie przejdzie, bo inni zaraz oprotestują. Każdy dzierżawca ma prawo narzucić swoje ceny za licencje, tym bardziej, że ich ilość jest ściśle limitowana statusem terenu a wynosi ona 70-ąt. Tak, mogą sprzedać tylko siedemdziesiąt licencji na rok i ani jednej więcej, a to komicznie mało i bynajmniej to ograniczenie nie powstało nagle, lecz obowiązuje od wielu lat a konkretnie od powstania tego rezerwatu - ostoi ptaków. Niemniej sam ten fakt już pretenduje to łowisko do miana specjalnego, które tak naprawdę, może stanie się za dziesięć lat. Kładę nacisk na "może" gdyż szczerze wątpię aby tak się stało. Kształt jeziora i osada na południowym krańcu zdecydowanie wskazuje na rozkwit kłusownictwa a sieci poprzedniego dzierżawcy i status jeziora eutroficznego nie rokuje na rozkwit eldorado. Mimo tych praw i obaw stowarzyszenie, które wygrało przetarg, musi wywiązać się z zadeklarowanych zarybień i po takim tekście jaki się pojawił miejscowi będą im patrzeć bardziej na ręce niż policja. I jeszcze jedna sprawa. Wind szczerze wątpię w Twoje założenie o zabieraniu wszystkiego z powodu kosztu licencji. Wielu wykupi z myślą aby mieć miejsce pozbawione "tłuszczy", pijackich awantur i pospolitego bydła jakie często powstaje przez przyjezdnych. Nawet "nowobogaccy" nie wykupią, gdyż ich styl bycia wymagałby do tej licencji pensjonatu z obsługą, zawsze dostępnego pokoju i tolerowania każdego kaprysu z chamsko-grubiańskim zachowaniem włącznie. Obawy byłyby uzasadnione przy koszcie 500zł ale podane ceny są cenami typowo zaporowymi, tym bardziej, że poza licencją dzierżawcy nic więcej nie oferują. Według mojej wiedzy na początku wieku dzierżawca Energopol za 14-to dniową licencję wołał 200zł, a za całoroczną 300zł, więc nie było to tanio. Kolejny dzierżawca KMP chyba nie udostępniał jeziora w ogóle do wędkowania I ostatnia sprawa. Możemy spodziewać się niemiłych komentarzy o tym łowisku już w tym sezonie i to z dwóch głównych powodów. Powód pierwszy to wyczyszczenie jeziora do dna przez KMP, gdyż wiedział z wyprzedzeniem, że jezioro zostanie im odebrane z powodu rabunkowej gospodarki rybackiej. Powód drugi to wieś Łajs, w której znajduje się nieduży ośrodek wczasowy i całkiem sporo agroturystyki oferującej kajaki, rowery wodne, żaglówki, windsurfing itp a to w żaden sposób nie gwarantuje spokoju na wodzie i doprowadza nas do pasji, szczególnie gdy taki rzężący rower przepłynie nam po spławiku. Zabronić pływania nie mogą, gdyż jest to woda publiczna. A teraz proszę, na spokojnie przemyślcie treść artykułu z informacjami jakie podałem. Jeśli ktoś ma jakieś pytania, to jeśli tylko będę potrafił, to odpowiem. -
° - aby uzyskać ten znaczek należy wcisnąć lewy Alt, wstukać na klawiaturze numerycznej 0176 i puścić Alt, wtedy pojawi się. Pomyślałem sobie, że może ktoś chce poznać więcej znaczków, jakimi dysponuje w swojej klawiaturze. Otóż wystarczy wybrać: menu Start, wszystkie programy, akcesoria, narzędzia systemowe, tablica znaków i już widać co i jak. Taka tablica jest zależna od tego, jaki system klawiatury został przypisany do codziennego użytku. U nas najczęściej stosowany jest układ programisty ale i maszynistki jest dość popularny a samo przełączenie dość banalne, co od czasu do czasu było widać na SB jak i w czasie gry PP2. Do tego dochodzi samo kodowanie systemowe, a tych wariantów jest multum, więc nie powinno dziwić, że np u mnie § to LAlt + 0167 a u innych LAlt + 21. Każdy powinien sam sprawdzić u siebie jakie ma obłożenie znaków na klawiaturze.
-
Warunki atmosferyczne - jak najbardziej. To często pomijany element a jest naprawdę może nie kluczowy ale bardzo istotny. Istota jego nie dotyczy jedynie samego spławika ale także wędziska. W pochmurny lub deszczowy dzień wędziska z przelotkami o niskich stopkach (cena wędziska tu nie ma znaczenia), gdy na blanku zaczyna skraplać się wilgoć lub po prostu jest mokry od deszczu, żyłka zaczyna się do niego kleić i zarzucenie zestawu nawet 2g zaczyna być prawdziwym problemem. Najprostrzym rozwiązaniem jest zmiana zestawu na cięższy, co rozwiązuje problem lecz jedynie połowicznie. Połowicznie gdyż dołożenie kolejnych 3g obciążenia całkowicie zmienia zestaw i radosne wędkowanie może się w tym momencie skończyć. W takich momentach, po podjęciu takiej decyzji warto przemyśleć, czy aby przypadkiem nie warto od razu zmienić samej techniki lub choćby typu spławika.
-
Witam w imieniu Stowarzyszenia "OKOŃ".
Docio odpowiedział Artur z Kętrzyna wna temat w Ogólne Rozmowy
Ale masz kopię protokołu zebrania? Bo jak nie to pozostają jedynie słowa przeciw słowom. Ale jeśli tak i dodatkowo swoimi materiałami wykażesz realne zapotrzebowanie na szkółke, to udowodnienie prezesowi działań na szkodę związku jest jedynie formalnością. -
Witam w imieniu Stowarzyszenia "OKOŃ".
Docio odpowiedział Artur z Kętrzyna wna temat w Ogólne Rozmowy
Cóż można poradzić w takiej sytuacji? Jeśli uważasz, że warto lub, że trzeba, to walcz. Walcz tak aby nikt nie mógł Ci zarzucić złej woli, oszczerstwa, manipulacji i co tam jeszcze można wymyśleć. Postaraj się aby każde słowo było w pełni prawdziwe a informacje aktualne. W tym ostatnim warto się przyłożyć i posty pisać na spokojnie, a nawet bardzo spokojnie, by nie było błędów i bynajmniej nie chodzi mi o ortografię. No i podpis, on zawsze jest aktualny choćby był sporządzony i dziesięć lat temu. Dopóki go nie zmienisz zgadzasz się z jego treścią. -
Witam w imieniu Stowarzyszenia "OKOŃ".
Docio odpowiedział Artur z Kętrzyna wna temat w Ogólne Rozmowy
Hmmm, nie wiem jak i co dokładnie było ale z tego co piszesz to nastąpiło tu jawne złamanie prawa. Tak prawa a nie wewnętrznych ustaleń PZW. Zgodnie z ustawą o stowarzyszeniach, która obowiązuje i PZW, działalność stowarzyszenia nie może skutkować bezwzględnym posłuszeństwem czonków. Do Zarządu zostałeś wybrany przez członków stowarzyszenia a nie Prezesa i postępowanie jakie opisujesz bezwzględnie podpada pod rozpatrzenie przez ZO w trybie natychmiastowym. -
Przecież to żadne odkrycie. Fakt, może być błędnie rozumiane przez osoby, które uważają, że Windows, Linuks, OS czy inny program to system dla PC. Ale już dosć, bo zupełnie im namieszam w głowach. Jak mawiają starzy czekiści - im mniej wiesz tym krócej zeznajesz.
-
O i od razu trzeba było tak napisać, nie miałym dziwnych domysłów. Dzięki. A swoją drogą jesteś jedynym mi znanym spinningistą, który nosi ze sobą siatkę.
-
Gratuluję połowu jedank wybacz ale stwierdzenie "Ryby wróciły do wody" stoi w jawnej sprzeczności z resztą opisu i zdjęciami. Śmiem wątpić aby okoń wytrzymał kilka minut "na badylach" + sesja zdjęciowa, aby wrócić spowrotem do wody zgodnie z C&R. No chyba, że jako karma dla padlinożerców. Nie rozumiem czego się wstydzić, że zabrało się rybę?
-
Raz albo wcale na 2-3 lata. Systemy są dopracowane i jakiejś wielkiej filozofii w tym nie ma. System głównie obsługuje wszelkie "wodotryski" w telefonie. Ale skoro sie zawiesza to nie wina samego systemu lecz oprogramowania jakie się do telefonu wgrało. Mój Samsung (723, chyba ) przez trzy lata ani razu się nie zawiesił a korzystałem w nim stale, poza formalnie telefonowaniem, z aparatu, radia i odtwarzacza mp3. Bardzo sporadycznie z NDrive (nawigacja) ale to na samym początku i irytywała mnie powolność działąnia i czas lokowania satelitów, który mógł doprowadzić do rozpaczy. Mimo pojawienia się nowej wersji systemu po jakimś roku, nie aktualizowałem go i wszystko działało i działa poprawnie. Po trzech latach odczuwam jedynie spadek sprawności baterii. Już nie trzyma 10 dni a jedynie tydzień. A po dwóch godzinach rozmów lepiej go podładować. Aha. Sporadycznie używałem go do netu ale po wifi w domu. Szybkość wczytywania stron porządna jednak obsługa w zmniejszonym wymiarze to chyba tylko dla mrówek. Ja nie mogłem nic odczytać. Po powiększeniu i owszem ale wtedy przesuwanie okna na ekranie różnie się kończyło, szczególnie gdy dotknąłem jakiegoś linku. Taki urok ekranu pojemnościowego., chyba tak się on nazywa.
-
I ode mnie plusik dla Woldiego. Z moich obserwacji wymika także, ze w rzekach wrzesień to "ciąg zimowy", biorą wtedy jak głupie. W jeziorach najciekawsze efekty miałem od końcówki września do początku listopada. Jak się trafiło stado to...a nie będę Was drażnił.
