-
Postów
1 489 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Artykuły
Forum
Galeria
Kalendarz
Zawartość dodana przez grzybek
-
Cieszy mnie awans Centralnego Muzeum Morskiego w moim mieście, w Gdańsku. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dowód uznania i zasług CMM oraz Ośrodka Kultury Morskiej nadał status muzeum narodowego. Tak więc mamy już NARODOWE MUZEUM MORSKIE w morskiej stolicy Polski zdjęcie: Jerzy Kuliński Adres Muzeum: ul. Ołowianka 9 - 13, GDAŃSK 80-751.
-
chyba nie wszystko rozumiesz Artur ale to swoista kolorystyka akurat tego forum Swoją drogą specjalistyczny sprzęt ma wiele cech wspólnych. Moim zdaniem nie ma sensu systematyzować np co znaczy wędka sumowa? Dedykacje producentów pozostawiają wiele do życzenia. Czasem warto przymrużyć oko i używać np wędki sandaczowej do połowów dorsza albo wklejanki dla sandacza. Gdybyś Ty widział na jaką wędkę wyjąłem 1,5m suma też byś się zdziwił i obśmiał
-
Dorsz to jedna z najbardziej rozpowszechnionych ryb na Zatoce Gdańskiej. Jej główny drapieżnik. Choć mieszkam dwa kilometry od morza to moje pierwsze spotkania z tą rybą to początkowo Norwegia a teraz Zatoka Gdańska. Zaczynałem od spinningu i chyba pozostanę przy tej metodzie poławiania tego morskiego zbója. Wędkując w Norwegii z brzegu stosowałem przede wszystkim szczupakowe zestawy. Ot, pospolite gumki Mannsa czy Relaksa na metalowym przyponie. Musiałem używać metalowych przyponów bo dużo innych ryb przecinało, przegryzało mi plecionki. Nie ma porównania walka ryb złowionych na spinning do emocji związanych z holowaniem drapieżnika z burty kutra na otwartym morzu czy Zatoce. Łowienie ryb z kutra na ciężkie zestawy z pilkerem i przywieszkami w skrócie nazywam wyciąganiem wiadra z wody. Wolę spinning. Skończyłem z wędkowaniem z kutrów bo to i kosztowne i nudne. Łapanie na przysłowiowy "gwizdek" Zaczynasz i kończysz łowić na sygnał szypra. Często nawet nie zdążysz dobrze zarzucić wędki. Ostatnimi laty zacząłem pływać własną krypą, poznawać kolejne łowiska. Przekonałem się, że wcale nie trzeba wypływać daleko, łowić głęboko itp. W miarę wyjmowania kolejnych ryb i poznawania ich treści żołądkowej zacząłem poznawać ich zwyczaje i naturalny pokarm jakim się żywią. Dało mi to wiele do myślenia. Okazuje się, że małe dorsze żywią się przeróżnymi żyjątkami. Poczynając od kiełży zdrojowych, po przez krabiki, małże, gliździochy, kończąc na mniejszych rybkach. Tu garnela - stosunkowo duży raczek dorastający od 40 do 50mm, blisko spokrewniony z krewetkami. Nie jest całkowicie przezroczysty, o lekkim zabarwieniu różowawo – brunatnym, któremu towarzyszą drobniutkie, ciemne plamki. Powyżej tzw wesz morska (podwój wielki) Taką drobnicą żywią się mniejsze osobniki, nazywam je bolkami. Poniżej cały omułek a także jego części wyjęte z żołądka małego, wymiarowego dorsza wraz z krabikiem i kiełżem zdrojowym. Większe osobniki dorsza odżywiają się innymi rybami, także własnego gatunku. Wynika to wyłącznie z moich własnych spostrzeżeń, takie mam doświadczenia. W żołądkach dorszy, które złowiłem znajdowałem różne ryby i stworzonka. Całkiem spore dorszyki, stynki, śledzie, flądry, tobiasze, szprotki, babki bycze. Wyjmowane ze sporych głębokości często pozbywają się treści żołądkowej. Także już wyjęte z wody najczęściej oddają swoje wcześniejsze zdobycze. Na Zatoce Gdańskiej, w trakcie łowienia dorszy na spining holowałem swoją największą rybę życia. Do tej pory czuję ją w kościach. Mogłem ją tylko podholować do łodzi ale w żaden sposób nie dawałem rady jej podnieść do góry. W końcu weszła w resztki starego, drewnianego wraku pod łodzią i tyle ją widziałem... Nie zapomnę jej nigdy. Od wielu lat pozostaję przy metodzie spinningowej. Stosuję technikę typowo sandaczową - podbicie przynęty z dna i opad na lekkim, spiningowym kiju. Dwa obroty korbą i czekanie na branie. Czasem ryba przydusi przynętę do dna, z reguły jest to jednak zdecydowane branie i wierzcie mi lub nie - wystarczy jeden hak. Używam gum w rozmiarze 3-4", do tego główka jigowa 40-50g na 15m głębokości. Na większych głębokościach albo kiedy łapię bez kotwicy, w dryfie muszę używać cięższych główek. Z reguły wystarczają mi główki do 80g choć uwzględniając dryf jednak czasem przywalę 250g ołowiem. Łowiąc na głębokościach do 15m niewymiarowe dorsze, zaczepione jednym hakiem za pysk mają szansę przeżyć po niezbyt intensywnym holu. Poniżej jedna ze stosowanych gumek, dodam, że łowna, dobre kolory. Niżej gumka 4" na główce 50gramowej - moja typowa przynęta dla większości dorszy które złowiłem. To Kopyto Relaks'a. Dorsz bierze zdecydowanie i nie ma zmiłuj się. Często odgryzie ogon albo cały trzon urwie przy kolanku haka, trudno, zdarza się. Najchętniej łowię sandaczowym 2,3m Team Dragon'em do 35g cw albo MHXem z pracowni kolegi. Dzięki świetnej konstrukcji czuję dno i każde skubnięcie, branie, nierówności dna. Pomocna tu jest nierozciągliwa plecionka, ja używam średnicy 014mm. Wystarcza na metrowe ryby. Odstawiłem ciężkie pilkery, przywieszki, parasolki...dla mnie to kupa złomu. Ciężkie, nieprzydatne mi dzisiaj graty. To samo z kręciołami. Odpuściłem sobie targanie topornych, wielkich, ciężkich i zbędnych betoniarek. Używam typowo spinningowych kręciołów wielkości do 3-4000. Łapię fajne ryby i jestem zadowolony. Trochę szans tym rybom trzeba dać, nawet jak zerwą plecionkę w ostatnim zrywie na wodzie. To przecież przede wszystkim sport, adrenalina, emocje, wędkarstwo... Stosując jeden hak mam świadomość, że każda ryba ma szanse. Przynajmniej takie mam wrażenie. Preferuję haki Gamakatsu Big Game 6/0 ale inne nie są dużo gorsze. Dobieram hak do wielkości gumy, najczęściej od 4/0-6/0 Warto wiedzieć czym odżywia się ryba którą chcę złowić.
-
Dorsz to jedna z najbardziej rozpowszechnionych ryb na Zatoce Gdańskiej. Jej główny drapieżnik. Choć mieszkam dwa kilometry od morza to moje pierwsze spotkania z tą rybą to początkowo Norwegia a teraz Zatoka Gdańska. Zaczynałem od spinningu i chyba pozostanę przy tej metodzie poławiania tego morskiego zbója. Wędkując w Norwegii z brzegu stosowałem przede wszystkim szczupakowe zestawy. Zobacz cały artykuł
-
Rybacy zamierzają protestować w polskich portach przeciwko unijnej polityce prowadzenia połowów na Bałtyku. Według nich obowiązujący system doprowadził do katastrofy ekologicznej w stadach bałtyckiego dorsza. Ryby jest mało. Osobniki są chude. Nie znajdują wystarczająco dużo pokarmu więc pożerają własny narybek. Problem z dorszem, jak wyjaśniali uczestnicy spotkania w Ustce polega na tym, że ryby jest w morzu mało a osobniki, które się wyławia są długie ale chude, przez co nie mają odpowiedniej wagi. Zdaniem rybaków, główną przyczyną takiej sytuacji jest niewystarczająca ilość szprota i śledzia, stanowiących główny pokarm dorsza. Parający się rybołówstwem od 32 lat armator jednego z usteckich kutrów, Janusz Depta powiedział na spotkaniu, że dorsz uprawia obecnie kanibalizm. W 80 proc. żołądków łowionego obecnie dorsza znajduje się najczęściej młody narybek tego gatunku. Według rybaków tragiczny stan dorsza w Bałtyku to efekt prowadzonych na dużą skalę połowów przemysłowych na paszę szprota i śledzia. Naukowcy są w tej sprawie podzieleni. Z hipotezą rybaków zgadza się prof. Wawrzyniec Wawrzyniak z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. W opracowaniu przygotowanym w tym roku dla Biura Analiz Sejmowych na potrzeby Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi naukowiec napisał, że przyczyn złej kondycji jakościowej dorsza bałtyckiego „należy upatrywać w znacznie większych niż w poprzednich latach połowach paszowych gatunków, które wpływają na ograniczenie ilości dostępnego pokarmu dla dorsza”. Link do artykułu TVP INFO Dorsze nam chudną, my tyjemy. To nie żart. Najstarsi rybacy chwytają się za głowę, bo tak wychudzonych dorszy dotąd nie widzieli. Wszystko przez to, że podkradamy dorszom pokarm – w tzw. połowach paszowych do kutrowych ładowni trafiają szproty i śledzie. Te przerabiane na mączkę rybną stają się pokarmem kurczaków i świń.
-
Któryś z kolegów wpadł na pomysła żeby jesienią najechać Odrę. Wcześniejszy wypad kolegów z Gdańska nad tą rzekę był ponoć udany. Rybki i humory na tym wypadzie dopisały więc długo nie zastanawiałem się nad przyjęciem zaproszenia. Mieliśmy jechać na kilka dni, dwoma autami, po kilka osób w jednym. Na tyle wygodnie żeby nie było ścisku a i sprzęt znalazł odpowiednie miejsce. Schronienie w swoim domu zapewniał nam Janusz – jeden z zaprzyjaźnionych, śląskich wędkarzy. Jako, że mieliśmy wędkować w dwóch okręgach zezwolenia wykupiliśmy przez Internet. Te zakupy spustoszyły mój cienki portfel niezrzeszonego członka PZW. Od lat nie jestem członkiem Polskiego Związku Wędkarskiego więc potraktowali mnie jak dojną krowę. Wybuliłem dużo za dużo ale czego nie robi się dla przeżycia ciekawie zapowiadającej się wędkarskiej przygody? Raz danego słowa kolegom nie zmienił nawet bolesny zabieg u chirurga-stomatologa na kilka dni przed planowanym wyjazdem. Ot zwyczajny SQS (StarośćQuźwaStarość) – cóż: starość nie radość, młodość nie wieczność. Dałem se wyrwać kilka zmęczonych kłów na raz żeby mieć już spokój na dłuższy czas. Stomatolog wraz z technikiem dentystycznym wyklepali mi nową koparę i ta dała mi popalić! Opuchnięte, niezagojone, poszyte dziąsła - kawał obcego ciała w pysku nie pozwalały mi pogryźć czegokolwiek. Do tej pory mam ciary na plecach jak to wspomnę. Jarek, Bartek, Marcin, Mariusz, Piotrek i ja spotykaliśmy się i poznawaliśmy w necie, na jednym z portali wędkarskich. Teraz mieliśmy okazję spotkać się w rzeczywistości, w realu. W szóstkę sprawnie zapakowaliśmy się do autek i w drogę – ahoj przygodo! Chłopaki skojarzyli mnie z Piotrem w jednym wozie, na tylnym siedzeniu. Poznawaliśmy się lepiej w trakcie długiej rozmowy. Tematów było wiele, jak to między wędkarzami. Po drodze przez pół kraju wysuszyliśmy kilka butelek z napojami energetycznymi. Te napoje chyba pędzone przy księżycu bo łatwo wchodziły, rozwiązywały języki i dawały kopa. Trasa minęła tak szybko, że nie spamiętałem, jak znaleźliśmy się w domu gościnnego Janusza z Kędzierzyna – Koźla. Rano suszyło okrutnie ale szybko okazało się, że nie przyjechaliśmy tu na wypoczynek. Bartek już tego dopilnował, nie dał nam poleżeć. Jego wędkarskie ADHD nie pozwoliło innym pobyczyć się, odpocząć czy zawiązać sadełko. Czekała na nas Wielka Rzeka i wędkarska przygoda: spotkania z brzanami, sandałami i wąsatymi sumiskami. Te pobudzały wyobraźnię, która nie pozwalała poddać się bez walki. Nie wyspałem się, Ziemia uciekała mi spod nóg chociaż starałem się utrzymać pion i formę. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Bez wątpienia w tej grupie byłem seniorem i czułem wzrok młodszych kolegów na plecach. Może spodziewali się, że pokażę im jak łowić te rybska? Możliwe, niewykluczone ale mi nie szło zupełnie. Gleba ciągle rozkołysana - od kiedy Kopernik wstrzymał Słońce - ruszył Ziemię mam problem z utrzymaniem równowagi, szczególnie po zakrapianej, długiej podróży i nocnych Polakach rozmowach. Zastraszająco szybko traciłem przynęty w płytkiej, skalistej, nieznanej mi wodzie. W czasie gdy rozpoznawałem kolejne miejscówki ryby zaczęły wieszać się każdemu innemu – byle nie mnie! Ten pierwszy dzień wspólnego wędkowania był dla mnie stracony, wręcz okupiony masą zerwanych przynęt. Chciałem żeby ten dzień skończył się jak najprędzej. Koledzy w płytkiej wodzie ciągali na spina leszcze, brzany, sandałki… Za pysk, za płetwę, za ogon… - poprawiali swoje życiowe osiągi a mnie te ryby olewały zupełnie. To nie był mój dzień. Zaraz na początku Mariusz wyholował swoją życiową brzanę – oj, podkręcił nam śrubę! Można było pocieszać się gdy po długim holu okazało się, że jest podhaczona za płetwę grzbietową – niby nie liczy się ale i tak każdy z nas chciałby poczuć takie ładne, silne rybsko na swoim kiju. Piękna rybka! Zasłużone graty za wzorowy hol i życiówkę! Nie łowiliśmy na punkty, na wagę, dla mięsa. Wszystkie ryby wracały do wody. Po tym ciężkim dla mnie rozpoznaniu łowisk wróciliśmy na posiłek. Janusz - nasz łaskawy gospodarz na Śląsku w raz z rodziną dopieszczali nas z wrodzoną gościnnością. Na obiad rodzina Janusza przygotowała pyszną wątróbkę z cebulką. Mniam! Wygłodzony cokolwiek próbowałem pogryźć kęsik tą moją nową koparą. Żułem z gębą pełną bólu, szwy w świeżo pociętych dziąsłach uwierały niemiłosiernie. Jak poprosiłem chłopaków żeby mi przeżuli kęsa to mnie wyśmiali! Nie tak miało być! Trzeba przyznać, że nie marnowaliśmy czasu. Każda chwila była cenna i wykorzystywaliśmy na maxa łagodne, jesienne dni i każdą sposobność żeby wyrwać się nad wodę. Bartek wstrzelił się znowu w leszcze, później w bolenie, wszyscy łowili sporo szkolnych, krótkich sandałków. Kolejny dzień kończyliśmy wieczornym ogniskiem, gdzie kiełbaski na patyku, z musztardą i browarem smakowały wybornie. Było gwarnie, wesoło, miło. Nie było szumnego „Góralu, czy ci nie żal…” czy „płonie ognisko w lesie…” ale zawsze pełna kultura – wszelkie flaszeczki, puszeczki i inne pozostałości zebrane i porzucone w odpowiednim miejscu. Godziny i dni wspólnego wędkowania w zgranej grupie mijały szybko. Nie przeszkadzały nam deszcz czy mgła, raźno maszerowaliśmy po kolejnych, obiecujących miejscówkach. Błoto, w którym często stawialiśmy stopy tylko utwierdzało nas w przekonaniu, że to świetna pora dla twardzieli. Szkoła przetrwania, którą w praktyce dawno powinniśmy mieć opanowaną. Kolejnego dnia, kiedy chłopaki pognali czesać kolejne, znane im wcześniej miejscówki mijałem przy brzegu dwóch autochtonów. Rozparli się wygodnie na fotelach, przy zastawionym stole łapali rentgeny z ostatnich, słonecznych dni tej jesieni. Feedery w uchwytach, żyłka w wodzie, uczyli pływać robale – relax na maxa. Nie chciało mi się już specjalnie biegać więc przycupnąłem przy nich kładąc się na ścieżce. Od słowa do słowa zaczęła się rozmowa. Nie chcieli uwierzyć, że przyjechaliśmy na Śląsk aż z Wybrzeża. W trakcie luźnej rozmowy jeden z nich stwierdził, że zna jednego gostka z Gdańska. Korespondował z nim na jakimś portalu, umawiał się na wyprawę na dorsza… Miał na imię Bartek, wymienił jego nicka czy nazwisko – he he, wydało mi się znajome. Sprawdziłem w kontaktach na fonie. - Jeżeli to ten sam Bartek to właśnie przechodził obok Ciebie! Korespondujecie, umawiacie się w eterze a on przechodził obok Ciebie w realu. Zadzwoniłem do jedynego Bartka jakiego znałem i oddałem słuchawkę zaskoczonemu wędkarzowi. Jakież było jego zdziwienie kiedy przekonał się, że Balon to ten sam Bartek o którym mowa! Ha, ha! Kiedy Balon do nas przyczłapał zrobiło się swojsko, wesoło… rozdzwoniły się szkła. Fajne to było spotkanie. Hanysy otworzyli się, zaczęli uśmiechać się, żartować, polewać… Lody zostały przełamane. Gęby im się rozjaśniły i znowu pośmialiśmy się trochę. Co do śmiechu to Piotr i Marcin nie dawali nam szans odetchnąć przez te wszystkie dni. Nasze przepony wciąż rechotały salwami gromkich śmiechów po ich dowcipach. Potrafią rozbawić towarzycho. Mają chłopy talent. Mogliby w kabarecie występować, w duecie i solo. Do dzisiaj czuję ból w okolicach mięśnia piwnego. W ostatnich dniach wyprawy w końcu i do mnie uśmiechnęło się wędkarskie szczęście. Dzień wcześniej przytuliłem się do Mariusza i jego miejscówki na wewnętrznym zakręcie koryta bocznego, głębszego kanału. Między nami wiązała się jakaś nić wędkarskiego zrozumienia. Daleko od brzegu znalazłem fajny, twardy, wypłukany przez prąd wody dołek i tam także znalazłem sandacze. Skoro nikt nie łapał wymiarowych sandałów to w końcu zmieniłem gumki o cal mniejsze i dopasowałem główki jigowe do warunków na tym konkretnym łowisku. 2-calowym kopytkiem w kolorze wściekłej żółci wstrzeliłem się idealnie. To był strzał w dziesiątkę. Rzucając daleko pod przeciwległy brzeg ,na skos do prądu mogłem kontrolować dokładnie małe kopytko na lekkiej główce. Plecionka w minimalnym nurcie i czuły kij przekazywały do nadgarstka idealnie każdy opad, puknięcie o twardy kamień, dno… Na pożyczonego od Janusza Avid’a (z ang Pazerny) zaczęły regularnie wyjeżdżać z wody kolejne mętnookie rybki. Wcale niekonieczne było częste podbijanie przynęty. Zastosowałem mieszaną technikę opadu, gdzie nad najgłębszym miejscem przesuwałem gumkę ponad dnem. W jakimś sensie opad to była podstawa ale brania najczęściej odczuwałem przemykając małą przynętą nad wypłukanym, kamienistym dołkiem - „gdzie patyki tam wyniki” Po kilku wyjętych rybach koledzy podeszli po bokach wietrząc zwierzynę. Z jednej i drugiej strony zaczęli przerzucać łowisko gumami, w końcu trzeba było rzucać na krzyż. Utrudniało to wędkowanie, wkurzało więc dałem sobie siana – niech się wyszaleją. Puściłem pod nosem niewybredną wiązankę i położyłem się w trawie obserwując dalszy bieg wydarzeń z pozycji leniwca. Kiedy kolegi odpuścili mi „moją” miejscówkę znowu zacząłem czesać dołek. W końcu, po jednym z kolejnych, podobnym do każdego innego pstryknięć solidne zacięcie i twardy hol! Czuję solidny, pulsujący ciężar na pożyczonym od Janusza kiju. Od razu zrozumiałem, że siedzi coś mocnego. Rybsko dołowało próbując odpłynąć z nurtem i zerwać się z haka. Siedząc na dupsku zaciąłem powtórnie, kładąc się jednocześnie na plecy. Na tle szarzejącego nieba widzę kij z pracowni wygięty w pałąk! Czuję i słyszę jak hamulec momentami odpuszcza kiedy ryba wali ogonem po plecionce. Leżę na plecach, kij w paraboli, plecionka wyje napięta a wystraszony Janusz drze się: odpuść hamulec bo kija złamiesz! Przeciąganie liny z parowozem trwa kilka sekund, po chwili… zerwało połączenie. Quźwa mać! Kolejne słowa grzęzną w krtani. Pomimo dwóch solidnych zacięć, mocnego, sprawdzonego w bojach sprzętu ryba po kilkusekundowym holu spina się. Przed chwilą byłem zły na upartych sąsiadów, teraz wściekły - rozczarowany pechowym rozwojem wypadków. Kolejna „metrówka” z ostatnich miesięcy i lat poszła w długą, zrobiła ze mną i z moim sprzętem to co chciała. Znowu zostałem ze sobą sam. Bezradny, załamany, z roztrzęsionymi grabiami. Oglądam co mi zostało: plecionka cała… hak cały, ostry… kręcioł, wędzicho – wszystko super! Wszystko gra a jednak… zastanawiam się, czy popełniłem jakiś błąd? Pewnie ciśnienie podskoczyło mi zenitu. Adrenalina buzowała. Na lince pozostał świeży, długi ślad śluzu. Ewidentny fakt wytrzepywania ogonem haka przez mądrego, doświadczonego, wąsatego mięśnia. To nie pierwszy raz na przestrzeni ostatnich miesięcy, kiedy hak 3/0, 4/0, 5/0, 6/0 nie wbił się odpowiednio w zakuty łeb drapieżnika. To duże, solidne haki. Często Gamakatsu, Mustad… Niektóre ryby mają tyle zębów, tyle kości, że trudno je przebić hakiem, wierzcie mi. Ufff. Długo jeszcze rozpamiętywałem tę chwilę na siedząco. Łapy drżą, rozdygotane mięśnie pulsują. Osz ty Karollo! Wierzę, że każdy wędkarz oczekuje tego jednego właśnie brania przez wiele lat. Od kiedy łowię z łodzi takich brań i holi mam więcej. Zdarzały mi się ryby których nie potrafiłem oderwać od dna. Czasem taki hol trwał kilka minut ale rybsko mogłem jedynie przyciągnąć do łodzi, do góry nihuhu. Na tym kanale, łowiąc z umocnionego brzegu niewiele miałem szans ale kto o tym myśli? Każdy z nas ma nadzieję wyholowania olbrzyma, życiówki i takie tam… Widocznie nie było mi pisane tego dnia. Kilka, kilkadziesiąt minut później wędkujący obok Jarek ma podobne branie i krótki, intensywny hol. Oj, poćwiczyły sobie wąsate na nas, poleciały z nami w kulki. Wieczór zapadł szybko, ja miałem dosyć. Wiem, że nie zapomnę tego holu do końca świata. Kolejnego, tym razem ostatniego ranka wróciliśmy z Mariuszem w to samo miejsce. Mgła nad wodą potęgowała uczucie tajemniczego uroku tej miejscówki. Niewysoki, umocniony kamieniami pod wodą brzeg utrudniał holowanie kolejnych, zaciętych rybek. Jednak, mimo wszystko, w końcu udało mi się wyjąć swoją kolejną życiową rybę. Okazało się, że choć niewymiarowy to jednak mój największy sum w kraju, jakby na osłodę i zakończenie łowów. Nie tak wielki jak ten co wypiął się poprzedniego wieczora ale równie piękny, jak każdy którego wyjąłem i każdy pływa do tamtej pory. To było ukoronowanie tego pobytu dla mnie. Mój największy, wyjęty sum w Polsce. Ledwo przedszkolak przy tym który dał mi popalić wcześniej. Te niewyjęte nie liczą się. Kolorowy, jesienny wąsaty zdobył nowe doświadczenie i jeszcze niejednemu wędkarzowi rozbudzi wyobraźnię. Odpłynął po krótkiej, pamiątkowej sesji zdjęciowej. Dobre pół roku później, na zupełnie innej wodzie, też przypadkiem trafiłem na podobnego przeciwnika. Trollingując za sandaczem uderzyła w wobler lokomotywa. Kto by przypuszczał jak silna to ryba? Nie łowiłem sumów i nie miałem doświadczenia ani odpowiedniego sprzętu. Nie mniej, po długotrwałej walce udało się wciągnąć rybę - potwora na łajbę. Przez półtora godziny mordowałem się z wąsatym przeciwnikiem z delikatnym sprzętem. Byłem zaskoczony wielkością i mocą bestii. Jak długo wędkuję (pi x drzwi pół wieku) pierwszy raz udało mi się coś takiego wyjąć z wody i wiem, że drugi raz to byłby nadmiar szczęścia. To se ne wrati! To się więcej nie zdarzy - za dobrze by było. O większej nie marzę, nie śni mi się po nocach - wystarczy. Zdałem sobie sprawę, że miałem dużo szczęścia. Dużo więcej niż tamtego, jesiennego wieczora. Na brzegu byłem bez szans. Wierzę, że każdy z tej naszej grupy na pewno ma swoje subiektywne spojrzenie na tą wyprawę. Mniemam, że dla każdego był to udany wypad. Mieliśmy swoje lepsze i gorsze chwile. Dla mnie jedno jest pewne. Wspólne spotkania wędkarzy nad wodą sprzyjają przyjaźniom. Jestem wdzięczny kolegom za miłe wspomnienia, które zostaną na długo w pamięci. Piszę o tym żeby zachować w pamięci te chwile, przekazać innym moje własne, subiektywne wrażenia. Trzeba korzystać z życia bo nie pracujemy tylko po to aby przeżyć ale po to aby żyć a warto żyć tak żeby mieć co wspominać. Wspólna pasja powinna nas łączyć - nie dzielić i to jest najważniejsze. Minął dobry rok od czasu tego spotkania. Przekonałem się jeszcze raz, zdałem sobie sprawę, że często nie mamy wpływu na to kto pojawi się w naszym życiu ale mamy wpływ na to kto w nim pozostanie. Miło wspominam tamte dni, zachowam je na długo w pamięci. Andrzej Radzio (vel Andy, Anaki, borovik, borovik szl, grzybek…)
-
Któryś z kolegów wpadł na pomysła żeby jesienią najechać Odrę. Wcześniejszy wypad kolegów z Gdańska nad tą rzekę był ponoć udany. Rybki i humory na tym wypadzie dopisały więc długo nie zastanawiałem się nad przyjęciem zaproszenia. Mieliśmy jechać na kilka dni, dwoma autami, po kilka osób w jednym. Na tyle wygodnie żeby nie było ścisku a i sprzęt znalazł odpowiednie miejsce. Zobacz cały artykuł
-
Skubany Neptun (sory Bogu) zazdrośnie strzegł dziś swoich skarbów. Wypłynęliśmy z Krisem przed południem kierując się na Sopoćkowo, na znalezioną wcześniej górkę. W trollingu na 6-8m nic nie dostaliśmy. Znudzeni deko popłynęliśmy na północ, na znane nam miejscówki dorszowe. Po dotarciu na pierwszą dostosowaliśmy sprzęt i hulaj dusza, piekła nie ma. Niestety, znowu pusto... Kolejny, docelowy namiar i pah - usiadł pod samą łodzią! W następnym rzucie znowu branie, drugi dorsz uderzył w gumę Później to już same straty. Najpierw Krzychu stracił główkę z gumą, później ja coś zaczepiłem na dnie. W trakcie wyciągania kotwicy okazało się, że utknęliśmy w jakichś szczątkach sieci. Pozostałości rybaków, które pewnie utknęły w resztkach zatopionego wraku. W trakcie wyplątywania część linek dostała się pod śrubę silnika - masakra. Wyplątywanie tych szczątków na co raz silniejszym wietrze bez sterowania to mordęga. W końcu udało się wyrwać ale wiatr wzmagał się i pomimo prób trolowania ze szprotką nic więcej nie zdarzyło się. W sumie na echu naliczyłem 5 odbić ryb, słabiutko. Nawet ławic szproty nie znaleźliśmy. No, może minimalne kupeczki - nie to co w zeszłym roku. W sumie słabizno ale pamiętając o ostatnich pustych łowach to i tak nie poszło najgorzej. Nie ma co się załamywać, trzeba mieć nadzieję, że będzie lepiej bo gorzej już chyba nie może być? Najwyższy czas poszukać nowej miejscówki. Ruszyć bardziej na północ, na wschód - może wreszcie spotkamy się z Jankiem?
-
Danielu, Ty też masz rację w jakimś stopniu jeśli chodzi o małe cieki, stawy, bajora. Zastanów się, jaką może mieć skuteczność wędkarz na kutrze czy małej łodzi z patykiem w ręku na tak dużej kałuży jaką jest Bałtyk czy Zatoka Gdańska? Jeden wędkarz czy nawet tabun wędkujących nie byli i nie są w stanie odłowić takiego obszaru. Na pewno większe spustoszenie w rybostanie robią sieci i zanieczyszczenie środowiska oraz przyducha w małych zbiornikach wodnych. Dla mnie nie ulega to wątpliwości. Nie odbiegając od głównego tematu wątku powiem, że i mnie zdarzało się złowić chore ryby w Zatoce. Prawdopodobnie poparzone przez iperyt - śmiertelną truciznę z czasów II Wojny Światowej. Ostatnio okazało się, że tą truciznę zlokalizowano nawet pod Sopotem czy Gdynią! Kto wie, jak bardzo taki czynnik szkodzi naszym rybciom? Tego nie wie nikt - ręczę Ci brachu. Jestem stary Grzyb, pamiętam jeszcze morszczyn wyrzucany przez sztormy na nasze plaże. Gdzie teraz znajdziesz choćby resztki tego wspaniałego zielska, w którym rozmnażały się i żerowały, wychowywały kolejne pokolenia ryb? Cała Zatoka pokryta jest szlamem który dotarł tu Wisłą z całej komunistycznej Polski! Kiedy złowię dorsza wolę go nie patroszyć w domu ze względu na smród! Ten smrodek to właśnie szlam na którym bytuje i żeruje nasz główny drapieżnik tych wód. On zasysa go wraz z pokarmem na dnie. Wierz mi albo nie ale ja jestem przekonany, że dorsz ma większy kłopot z rybakami, zanieczyszczeniami niż z wędkarzami. Łowię je kilka lat ale tylko raz udało mi się złowić nadkomplet. Wolę złowić 2-3 większe sztuki niż kilkadziesiąt maluchów. Tym bardziej, że łowię je na spining, bez kotwiczki ani pilkerów. Na cienkie linki 012, 014... wydaje mi się sportowo, amatorsko
-
Kurs na Instruktora Szkolenia Młodzieży Wędkarskiej
grzybek odpowiedział Artur z Kętrzyna wna temat w PZW - Polski Związek Wędkarski.
Może jest to kurs korespondencyjny? Też zgłosiłbym chęć uczestnictwa. Pzd -
- pozwól, że dopiszę jeszcze foki, morświny i paszowce Sieci, małe zasolenie i ogólnie zasyfioną wodę z pozostałościami amunicji chemicznej z II WŚ
-
Domyślam się, że problem z dorszami jest powiązany z brakiem podstawowego pokarmu jakim jest nasz pospolity śledź. Cytując trojmiasto.pl : W tym roku trudno będzie przygotować tradycyjne śledzie po kaszubsku czy śledzie smażone w occie. Powód? Brakuje w trójmiejskich sklepach głównego składnika - właśnie śledzi z Morza Bałtyckiego. - Od dłuższego czasu nie sprzedajemy tej ryby, ponieważ brakuje jej na rynku. Śmiało można powiedzieć, że śledź z Morza Bałtyckiego stał się dobrem luksusowym, niczym kawior Rybacy i sprzedawcy branży rybnej przyczyn tej sytuacji upatrują w limitach połowowych na ten gatunek ryb, jakie wprowadziła Unia Europejska. Większość polskich rybaków wykorzystała je już latem. Dziś jest niewiele kutrów, które jeszcze mają prawo odławiać tę rybę. Jako wędkarzowi, który traktuje te ryby raczej lajtowo (nie wyławiam ich na potęgę w ramach limitu) wydaje się, że te opinie są przesadzone ale na pewno ziarno prawdy w tym jest. Wciąż spotykam się ze śledziami i śledzikami na Zatoce Gdańskiej. Możliwe, że jest ich mniej ale limity dla rybaków to zupełnie inna broszka. Zupełnie możliwe, że stada migrujących śledzi uszczupliły się znacznie, co utrudnia znalezienie pokarmu przez dorsza. Tego boję się najbardziej. Lubię łowić dorsza na spinning. Śledź w moich połowach, choćby w granicach limitu to nudny, monotonny sposób wędkowania.
-
Nie tak dawno poszła w świat informacja, że prezydent Rosji został uznany za najbardziej wpływowego człowieka. Coś w tym jest... Ogłosił amnestię dla tysięcy uwięzionych, w tym Chodorkowskiego, członkiń Pussy Riot... "Pomógł bratniemu narodowi" Ukrainie wykupując akcje za kilkadziesiąt miliardów... Naszemu premierowi też "pomaga"
-
Wszystkiego najlepszego moi mili z okazji nadchodzących Świąt oraz szczęśliwości w nowym 2014r - ależ ten czas leci! Pozdrowiska http://kwejkpl.wrzuta.pl/u/9X23kIDp6dH?autoplay=true#
-
Najtańszy i najlepszy silnik do łodzi na płytkie rzeki.
grzybek odpowiedział SCHWIMMWANNEN wna temat w Testy sprzętu wędkarskiego
Możliwe, że nie rozumiemy się Mariusz. Nie zamierzam stosować "długiego ogona" do mojej łodzi. To ciężka, typowo wypornościowa łódź, która nie przekroczy szybkości ok 10km/h bez znacznego podniesienia mocy napędu a tym samym kosztów eksploatacyjnych. Próbuję wykorzystać to co posiadam w tej chwili, tzn kilka opcji: 1 - agregat spalinowy, którym mógłbym napędzać silnik elektryczny a ten wał i śrubę mocowaną w pochwie rufy 2 - silnik spalinowy od tego agregatu bezpośrednio mocowany na wale lub przekładni 3 - silnik spalinowy agregatu którym mógłbym napędzać stopę zapasowego silnika spalinowego (tylko jego część z przekładnią i śrubą) Moja łajba ma ok 75cm zanurzenia. Silnik ze stopą ultra długą pracuje trochę wyżej od poziomu stępki. Wyżej masz pogląd na tył łodzi z widoczną stępką. Poniżej podłoga z ok 30cm przestrzenią zenzy. W miejscu gdzie stoi karton mleka wcześniej był zainstalowany silnik stacjonarny. W tym miejscu, pod podłogą przydałby się jakiś dizelek ale raczej mogę sobie tylko pomarzyć... dlatego czepiam się różnych pomysłów bo przydałby się drugi napęd. Gdyby udało się to jakoś zgrać silnik przyczepny traktowałbym jako zapas. Pływam tylko po dużych rzekach, kanałach albo po Zatoce Gdańskiej. Jestem przekonany, że napęd przez wał i odpowiednią śrubę nie wciskałby mi rufy łodzi pod wodę jak w tej chwili. Tą moc można byłoby zdecydowanie lepiej wykorzystać na stacjonarnym silniku. -
Masz zaparcie Piterek, tylko gratulować Też nie chciałbym kończyć sezonu w fotelu. Może jeszcze w tym roku coś połakomi się na mój haczyk? Domyślam się, że została mi tylko Zatoka
-
Najtańszy i najlepszy silnik do łodzi na płytkie rzeki.
grzybek odpowiedział SCHWIMMWANNEN wna temat w Testy sprzętu wędkarskiego
Używam łodzi wypornościowej, wcześniej prawdopodobnie był na niej zamontowany silnik stacjonarny. Pewnie jakiś mały kaszlak ale pewności nie mam. W podłodze, na obu burtach pozostały jakieś ślady mocowań na wysokości pionowej ściany kabiny. Wcześniej używałem 6 konnego silnika zaburtowego umocowanego na pawęży. Teraz mam podstawę silnika poza rufą i na niej opiera się 10 konny motorek. Szybkość nie zwiększyła się ale nie w tym rzecz. Zastanawiam się nad wykorzystaniem 5,5HP silnika chłodzonego powietrzem z agregatu spalinowego który napędza 2,5kW agregat 230V napięcia zmiennego oraz dodatkowo 12V stałego. Dodatkowy napęd mógłby stanowić zapasowy albo główny przy dłuższych przelotach ale wydaje mi się, że będzie nieekonomiczny (benzyna). Jedynym atutem byłaby możliwość uruchomienia go w razie nagłej potrzeby (awaria itp). Silnik elektryczny napędzany agregatem 230V~ musiałbym sterować stopniowo jakimś sterownikiem albo autotransformatorem. Sterownik pewnie jest drogi, autotransformator musi mieć sporo miejsca chyba, że zastosuję transformator z odczepami. Silnik elektryczny mógłbym wykorzystać bezpośrednio na wale starego silnika doczepnego który też posiadam ale równie dobrze mógłbym osadzić na nim silnik spalinowy agregatu. Miałbym już przekładnię z głowy. Mało to wygodne... Wolałbym zastosować jakiś elektryczny silnik pod podłogą napędzający wał i śrubę. Niestety, pod podłogą zawsze jest woda i wilgoć a z tym nieuniknione, kolejne problemy związane z korozją metali. Nie posiadam też wału i odpowiedniej śruby napędowej ani też przejścia i uszczelnienia wału w rufie. Pozostaje także dylemat z biegami F/N/R Sam już nie wiem co robić? Może to nie ten temat? -
Fascynujący temat dla łowców białej ryby. Gdybym mógł przyznał bym Ci "piątkę"
-
Na budowie tunelu pod Martwą Wisłą trwa demontaż maszyny TBM zarówno w szybie odbiorczym jak i w tunelu. Obecnie zdemontowano i wyciągnięto tarczę skrawającą od strony Węzła Marynarki Polskiej. Wycofano także bramy (korpus maszyny) do szybu startowego, czyli tam, gdzie rozpoczęło się drążenie pierwszej nitki tunelu. Tunel pod Martwą Wisłą w/g trojmiasto.pl Tunel ma być gotowy w październiku 2014 r., ale pierwsze samochody pojadą nim w połowie 2015 r. Kilka miesięcy zajmą procedury odbioru obiektu. Tak 3mać
-
Danielu, najważniejsza zbroja to cierpliwość reszta przyjdzie w miarę poznawania łowiska, sprzętu, przynęt. Dasz radę. Domyślam się, że będziecie łowić z brzegu?
-
Dzisiaj znowu próbowaliśmy złowić cokolwiek w Zatoce Gdańskiej. Ponownie Neptun nas nie obdarzył darami. Jeden śledź na dwóch czyli po filecie ale nie poddajemy się, walczymy z chłodem, wiatrem i kijami. Nawet sieci zniknęły. Co jakiś czas coś tam pałęta się pod brzegiem. Większość sieci oznakowana.
-
Najtańszy i najlepszy silnik do łodzi na płytkie rzeki.
grzybek odpowiedział SCHWIMMWANNEN wna temat w Testy sprzętu wędkarskiego
Kurcze, intryguje mnie możliwość zastosowania na łodzi silnika spalinowego z agregatu który posiadam. Zastanawiam się, czy wykorzystać cały agregat i napędzać nim silnik elektryczny czy wykorzystać agregatowy silnik spalinowy i nim obracać wał napędowy 1,5t łódki? Czy to ma większy sens? Jak włączać bieg wsteczny? Przekładnia jest pieruńsko droga. -
Nasze plaskate nie biorą inaczej Wystarczy kawałek rybki, robaczka czy gumki i biorą tak samo. Oglądając podobne łowy okiem kamery może jest to bulwersujące ale czyż życie nie jest brutalne? Boczny trok, spinning, trolling to metody wędkarskie ale czyż nie wywodzimy się po części z rybactwa, myślistwa?
