Skocz do zawartości
    • Jotes
      Co prawda sezon na salmonidy już dawno rozpoczęty, ale jaziowo-kleniowy już w zasadzie można otwierać, by za chwilę zasiąść tez nad spławiczkiem, czy gruntówką. Nie jest to nowy tekst, ale wraz z rychłym nadejściem wiosny, rozweseli nasze skołatane zimowym marazmem serca. A i Adam Mickiewicz, mam nadzieję, z tych samych powodów, wybaczy mi tę parodię jego wiekopomnego dzieła... 
       

       
      Koncert Mańkiela
      ***
      Było spinningistów wielu,
      Ale żaden nie śmiał łowić przy Mańkielu
      Mańkiel przez całą zimę nie wiedzieć, gdzie bawił,
      Teraz się nagle, na łowisku zjawił.
      Tymczasem dwaj młodzianie przy Jego wędach klęczą,
      Stroją je w przynęty i próbując brzęczą.
      Zawsze miał tajne, skuteczne sposoby,
      By wyławiać hurtem, ryby z onej wody.
      Mańkiel z przymrużonymi na pół oczyma,
      Milczy i nieruchomy kij w garści trzyma.
      Spuścił go, zrazu świszcząc wiatrem tryumfalnym,
      Potem gęsto siekł wodę jak deszczem nawalnym.
      Dziwią się wszyscy - lecz to była tylko próba,
      Bo wnet przerwał, w górę kij podniósł i w nosie podłubał.
      Znowu rzut: już drży szczytówka tak lekkimi ruchy,
      Jak gdyby zadzwoniło w nią skrzydełko końskiej muchy
      Wydając ciche, ledwie słyszalne drżenia.
      Mistrz zawsze patrzył na wodę, czekając natchnienia.
      Spojrzał z góry, spinning dumnym okiem zmierzył,
      Wzniósł kija, spuścił, raz, dwa o wodę uderzył,
      Zdumieli się wędkarze...razem ze strug wody wiela
      Buchnął boleń, jak gdyby cala wędkarska kapela
      Ozwała się przynętami, z żelastwa, czy z gumy...
      Szmer podziwu gapiów, dawał powód dumy.
      Połowy czas zacząć. – Pierwszy Mańkiel rusza
      I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza,
      I wąsa podkręcając, podał przynętę rapie 
      I skłoniwszy się grzecznie, po tyłku się drapie.
      Za Owym wędkarzem szereg cały się gromadzi,
      Dano hasło, zaczęto połowy – ON już… prowadzi.
      ...Oto stanął, jak gdyby chciał swą zdobycz pytać,
      Pochyla ku niej pięść, chce grzmotnąć zza ucha.
      Ryba wzrok odwraca, boi się, nie słucha,
      On zdjął beretkę, czai się pokornie,
      Ryba raczyła spojrzeć, lecz milczy oślizgła upiornie.
      On cios uwalnia, oczyma jej zgon śledzi
      I zaśmiał się na koniec - rad przy całej gawiedzi.
      Rusza teraz prędzej, spogląda na rywali z góry
      I swą beretkę z czaplinymi pióry
      To na głowie umieszcza, to nad głową wstrząsa,
      Aż włożył ją na bakier i podkręcił wąsa.
      - Idzie, wszyscy z zazdrością, idą w jego ślady,
      On by rad ze swą wędką wymknąć się z gromady.
      Czasem staje na miejscu, rybę z dumą wznosi
      I żeby w cholerę poszli, pokornie ich prosi.
      Czasem zamyśla zręcznie w krzaki się uchylić,
      Odmienia drogę, rad by konkurentów zmylić,
      Lecz go szybkimi kroki ścigają przekręty
      I zewsząd częstują… trawkowymi skręty,
      Więc naćpał się, prawicę na rękojeść składa,
      Jakby rzekł "Znam ja was, mym rybeńkom biada!"
      Wraca z powrotem, z dumą i z wyzwaniem w oku
      Prosto w tłum; tłum wędkarzy nie może dotrzymać mu kroku,
      Ustępują mu z drogi – sięgnąwszy flaszki,
      Puszczają się znów za nim - słychać zewsząd pijackie wrzaski:
      "Ach, to może ostatni, pijcie, pijcie młodzi,
      Może to ostatni, co tak ryby zwodził!"
      I szli za Mańkielem po brzegu, hucznie i wesoło…
       
      Nad wodę Bracia ukochani.

    • stawny

      Wirówka - mój sekrecik

      Dodany przez stawny, w Przynęty oraz zanęty.,

      Długi czas przymierzałem się do napisania tego mini artykułu, teraz nadszedł wreszcie czas!
      Chcę kolegom i koleżankom po "kiju", i tym młodszym wraz ze starszymi, przedstawić moje mini widzenie użytkowania błystki obrotowej.
      Wszyscy znamy wirówki, albo jak kto woli obrotówki. Jednak nie wszyscy wiemy, jak łowna jest to przynęta, gdzie w wodach przebarwionych tysiącami kolorowych sylikonowych gumek, albo woblerami, i innymi cudacznymi wynalazkami, które mają zadanie skusić, coraz bardziej ostrożne ryby! Oczywiście i ja stosuję większe i mniejsze, wyżej wspomniane wynalazki, ale wracając do tematu.
      Moja styczność z wirówkami nastąpiła, gdy zaczynałem nad kanałem Piastowskim w Świnoujściu wprawiać się w wędkarstwie - pod okiem mojego dziadka. Było to w latach 90-tych, kiedy bum przynęt gumowych zalał nas wędkarzy-wtedy mój nauczyciel spinningu, zawsze był wierny blaszce. Ile razy za młodu odwiedzałem sklepy wędkarskie (w Świnoujściu wtedy były dwa), tyle razy dostawałem oczopląsu, na widok kolorowych gumeczek. Miałem swoje gumisie, ale jakoś ryby ich nie gryzły, a dziadek to wiedział, i śmiał się ze mnie.
      Pewnego razu, podczas rodzinnego wędkowania gruntowego powyżej przeprawy Karsibór, zmontowałem spinning. Tak dla odmiany, wtedy otrzymałem pierwszy raz do ręki obrotówkę. Była to zwyczajna czysta srebrna blaszka, o przeciążonym korpusie, podobna do błystki firmy ABU. Tak uzbrojony zacząłem młócić wodę. Kilka rzutów, i zahaczył się okoń. Wtedy oczy mi wyszły z orbit, ale dziadek wiedział, że sukces błystki jest pewny! Chyba bardziej, niż tych gumowych (kondomów) - Młodzieży pamiętajcie używajcie gumek!
      Jednak wędkowania spinningiem zaprzestałem po czasie, na rzecz spławika. Potem wracałem od 2008 roku, do spinningu, ale bez rezultatów. Gdy po śmierci mojego nauczyciela, otrzymałem jego sprzęt wędkarski, to wtedy przy segregacji "staroci", natrafiłem znowu - a jak!, na łowną wirówkę, która mi przyniosła za młodu okonka. Wyciągnąłem stare blaszki, były w dobrym stanie, wtedy okonie zwariowały na nie!
      Pewnie Ameryki tu nie odkryję, ale ze stu procentową pewnością stwierdzam, że błystka obrotowa jest godna polecenia wszystkim zaczynającym styczność ze spinningiem. Moje kolekcjonowanie blaszek rozpocząłem, od zakupu kilku obrotówek, wtedy nawet o rozmiarze nie wiedziałem, że istnieje jakiś każdej blaszki - sugerowałem się wizualną kolorystyką własną. Teraz moja kolekcja powiększyła się zdecydowanie, i fachowo (rozmiarowo). Uwielbiam teraz używać błystek w lekkim spinningu.
      Jestem tradycjonalistą, uważam, że zwyczajne np. Comety i Longi w rozmiarze 2 i 3 wystarczą, na skuszenie każdej ryby drapieżnej. Staram się używać nad wodą obecnie, dwóch podstawowych kolorów blaszek: srebro i miedź, w rozmiarze 2 i 3 (przy dobrych braniach), a w wodzie zmąconej, i przy słabych braniach zakładam na żyłkę nawet rozmiar 4 i 5, czasem także z przeciążonym korpusem. Jednak lubię udziwnienia, w postaci kropek i pasków, a te kropkowo-pasiaste wirówki, niekiedy są lepsze, jeśli mówimy o problemach w słabe dni np.z powodu prześwietlonej i zmącenia wody. Uwielbiam i polecam także kolory "Fluo" zastosować.
      I na koniec mini artykułu.
      Moi drodzy, gdy pakujecie swój sprzęt do spinningu (gumy,woblery, itp.), miejcie w pudełku dosłownie z dwie obrotówki, a okonie i szczupaki, oraz masa innych drapieżników zawsze chętnie je przekąsi - obrotówka naprawdę ożywia martwą wodę!
      Poniżej zamieszczam zdjęcia moich obrotówek, tych najbardziej łownych, i do których mam sentyment.



      Stawny
      Maciej

    • max-wo
      Sezon w roku 2016 był dla mnie prawdziwym wyzwaniem. W tym roku pierwszy raz miałem okazje łapać z kimś tak doświadczonym jak Ozet, i uczyć się pod jego okiem, i dwóch innych dorównujących mu talentem wędkarzy.
      Po zdaniu testu na kartę wędkarską i jej odebraniu pojechałem na ryby z prawdziwymi wędkarzami. Nie umiałem wtedy łapać (z resztą twierdze że nadal nie umiem). Zanętę robiłem prosto z paczki bez ziemi, była albo za sucha albo przemoczona. Podczas pierwszego wyjazdu złapałem cztery krąpiki porównując do Ozeta, który złapał ich wtedy razem z płociami blisko sto, to nie połapałem. I to nie tylko przez źle zrobioną zanętę, żyłka główna wtedy 0,25 i ''cieniutka'' 0,18 na przepon, były dowiązane do siebie pętlami o średnicy 25-30cm. Spławik 4,5 grama wyważony dwoma śrucinami. Jako pierwszy z pomocą przyszedł Ozet, on skorygował moje błędy zrobił inny zestaw, a ja jak za sprawą czarnej magi zacząłem ''łapać'' ryby.
      Po tym jak zakupiłem inny sprzęt na przykład bat Konger Arcus 6m zacząłem podchodzić na poważnie do wędkarstwa. Lecz jeszcze przed tym batem łapałem trochę szczęśliwie ciekawe ryby. Takie jak Jaź 1,28kg wraz z trzema 28cm płociami.

      Ryby zostały złowione na starym mieście Jaź rośnie nadal a płocie oddane koledze. Od razu nawiąże do tego że nie zabieram dla siebie ryb, lubię ryby, ale nie te które sam złapie. Dla niektórych wydaje się to nie normalne, ale tak już postępuje. Wracając do tematu po kupnie bata zacząłem doceniać jego szybkość i skuteczność. Robiłem zestawy na podstawie zestawów Jacka Kolendowicza. Wtedy w środku lata wyglądało to tak spławik 0,75-1,6 obciążenie adekwatne do ciężaru spławiku i przepon z 0,18 udało mi się zejść do 0.10 i haczyka 14 to podziałało. Oczywiście na temat zanęt najwięcej rzeczy dowiadywałem się od jednego z kolegów i Ozeta. Jednak dwoma moimi największymi zanętowymi odkryciami były zanęty Lorpio lin-karaś i Extreme Z. Milewskiego, to na nich zacząłem pokonywać tych doświadczonych wędkarzy. Jeszcze w tym październiku przez trzy wyjazdy z rzędu byłem nie pokonany (mój osobisty rekord) i to na trzech innych wodach. W połowie listopada łapaliśmy piękne płocie, na siedem wyjazdów tylko raz wygrałem, ale to jaki postęp w ciągu tych 9 miesięcy zrobiłem wypomina mi najczęściej Ozet ; ''że taki szczyl ośmiela się z nami wygrywać, przecież jak ja rekordy zbiorników biłem to ty na stojąco pod szafę wchodziłeś''. Łapaliśmy wtedy takie płocie.

      Podsumowując w tym roku ''połapałem'' ale też nauczyłem się łapać, czyli dobierać przynęty i zanęty do warunków. Poznałem sposoby wędkowania jakich nie znałem np. Przepływanka była dla mnie nie zrozumiała ''po co puszczać przynętę w płynącej wodzie, skoro ryba jej nie dogoni''. Nauczyłem się dużo, i mam nadzieje że rok 2017 pobije ten rok nie pod względem ryb a pod względem wspomnień.
      Powodzenia w przyszłym sezonie.
      Max

    • wind

      Zanęty Traper Bream - Leszcz.

      Dodany przez wind, w Przynęty oraz zanęty.,

      Zanęta w wędkarstwie pełni bardzo ważna rolę i do tego nie trzeba żadnego z nas przekonywać. Za to mnogość wyboru na półkach w sklepach wędkarskich może przyprawić o zawrót głowy. Również i ja jestem takim „poszukującym” , szczególnie jeśli chodzi o rekreacyjne wędkowanie. Niedawno wpadły mi w oko zanęty Trapera z serii BREAM – Leszcz. Kupiłem celem przetestowania trzy różne zanęty z tej serii: Turbo, Dynamic i Belge.
      Na pierwszy ogień poszła zanęta Dynamic. Słodki zapach zwiastował podobny smak ale tu lekkie rozczarowanie, słodycz była ledwie wyczuwalna. Drobna frakcja i trochę żółtego pieczywa fluo kierunkowała zanętę raczej na drobnego leszcza i krąpia.
       

       
      Po nawilżeniu zanęta nabrała głębokiego czerwonego koloru z widocznymi, choć nielicznymi kawałkami pieczywa fluo.
       

       
      Swoim zwyczajem całość przetarłem przez sito i wymieszałem z ziemią bełchatowską. Mieszanka nabrała ciemnej barwy z dobrze widoczną częścią czerwonej zanęty.
       

       
      Tydzień później sprawdziłem kolejną paczkę, tym razem Belge. Kolor bardziej neutralny, jasno brązowy, smak i zapach właściwie taki sam jak w poprzedniej paczce. Tak samo niewielki dodatek żółtego pieczywka fluo.
       

       
      Po dowilżeniu zanęta nabrała zdecydowanie brązowego koloru.
       

       
      Również i tą zanętę po przetarciu przez sito połączyłem z ziemią bełchatowską. Całość nabrała ciemnej barwy z ledwo widoczną zanętą, czyli zgodnie z moimi oczekiwaniami.
       

       
      Ostania z tej serii, czyli TURBO okazała się nijaką w kolorze drobna zanętą, za to zdecydowanie najsłodszą ze wszystkich i z najwyraźniejszym zapachem mielonego biszkoptu. Podobnie jak w poprzednich paczkach znalazłem dodatek żółtego pieczywa.
       

       


       
      Po nawilżeniu zanęta jedynie pociemniała, co zrozumiałe, ale pozostała nijakiego , szarawego koloru.
       

       
      Po przetarciu przez sito i wymieszaniu z ziemią stałą się czarna zanętą, dobrą na zimne pory roku. Tym razem dodałem jeszcze do zanęty garść pinki.
       

       
      Opisywane zanęty należą do zdecydowanie niskiej półki cenowej, kosztują około 7zł za kilogramowe opakowanie, ale mogą być dobrym wyborem w codziennym, rekreacyjnym wędkowaniu. Świetnie łączą się z ziemią bełchatowską tworząc dobrą kompozycję kolorystyczną przy tym nie tracąc wiele na intensywności zapachu. Używając wcześniej zanęt leszczowych tego producenta z serii Special i Sekret zauważyłem, że przy nawilżaniu trzeba bardzo ostrożnie dodawać wodą i łatwo je przemoczyć. Jest to uciążliwe przy przecieraniu, na sicie tworzą się kluchy. Na plus jeszcze mogę dodać, że nie znalazłem w zakupionych paczkach żadnych niepożądanych dodatków jakie czasem się trafiają w najtańszych produktach, czyli kawałków folii, piór czy innych śmieci.
      Celowo nie napisałem o wynikach osiąganych przy używaniu poszczególnych zanęt. Przede wszystkim używałem ich w trzech różnych terminach, przy różnych warunkach i każdą na innym łowisku. Również ten tekst nie jest testem tych zanęt a jedynie próba przybliżenia produktów i pomocy w dokonaniu wyboru innym wędkarzom. Na ilość, jakość i wielkość złowionych ryb ma wpływ wiele innych czynników i akurat marka produktu ma tu niewielkie znaczenie. Jeżeli szukacie taniej zanęty na „niedzielne” wędkowanie to ta serię mogą polecić.

    • wind
      Niedawno przedstawiłem Wam nowość na naszym rynku, echosondę Ibobber. Wiemy jak się prezentuje i jakie ma parametry techniczne. Nadszedł czas aby sprawdzić w boju, jak to właściwie działa. 
      Wreszcie zabrałem Ibobbera nad wodę. Instalacja aplikacji poszła bez problemu, również połączenie urządzenia z telefonem nie nastręczyło kłopotów. Aplikacja okazała się bardzo przyjazna, menu przejrzyste i intuicyjne. Do tego, co ważne dla starszego pokolenia, wszystko w języku polskim.
      Zaczynamy od połączenia urządzeń, smartfona i echosondy. W Ustawieniach wybieramy zakładkę „Dane osobowe” gdzie wpisujemy swoją nazwę użytkownika ( Przydomek ) oraz adres e-mail. Od razu możemy ustawić język aplikacji oraz jednostki miary.
       

       
      Trzeba pamiętać, że aby połączyć urządzenia w telefonie musi być włączony bluetooth a sama sonda musi być w wodzie. Pierwsze połączenie jeszcze w domu dokonałem wrzucając ją po prostu do szklanki z wodą.
       

       
      Naciskamy ikonę pośrodku górnej listwy i telefon zaczyna poszukiwania echa i zielony ptaszek w kratce przy nazwie użytkownika oznacza, że jest gotowe do pracy.
       

       
      Menu aplikacji jest podzielone na kilka części:
      W pierwszym rzędzie mamy dwie opcje bieżącego użytkowania urządzenia, jako sondy w tradycyjny sposób ( sonar ) lub do mapowania dnia zbiornika (zbiornik wodny ).
       

       
      Ikona rybki z lewej to tradycyjny sonar, z prawej imitacja pofałdowanego dna to wybór opcji mapowania dna. Jest to ciekawa opcja pozwalająca na zbadanie większego odcinka dna i odtworzenia obrazu w formie animacji. Aby dokonać takiego zapisu klikamy lewą ikonkę i zarzucamy sondę na wodą.
       

       
      Naciskamy OK. i ściągamy powoli echo do siebie. Prędkość zwijania możemy wybrać w ustawieniach. Domyślnie ustawione jest 2 stopy na sekundę.
       

       
      Po zakończeniu badania otoczenia możemy sobie odtworzyć animację i na spokojnie jeszcze raz obejrzeć dno wybranego odcinka.
      Kolejne dwie funkcje to dodatki w postaci kalendarza z fazami księżyca oraz pogodynka. Temperatura powietrza, wilgotność, kierunek i siła wiatru oraz ciśnienie atmosferyczne to informacje, które możemy znaleźć w każdej z popularnych aplikacji, jakie mamy na swoich telefonach.
       

       
      Działanie sonaru możemy obserwować w dwojaki sposób, jako kolorowy wykres
       

       
      lub jako tradycyjną grafikę, na której widać domniemane ryby i roślinność.
       

       

       
      Jeżeli w czasie pracy sondy klikniemy ikonkę zobaczymy dodatkowe parametry, takie jak stan baterii czy temperatura wody. Możemy włączyć alarm dźwiękowy, który powiadomi nas gdy w zasięgu działania sondy pojawią się ryby lub włączyć tryb nocnego oświetlenia.
       

       
      Na powyższej grafice zaznaczyłem jeszcze jedną fajną funkcję. Jest to zapis wędkowania gdzie znajdziemy datę i godzinę wędkowania, dokładne współrzędne GPS wraz ze znacznikiem na mapie, głębokość, temperaturę powietrza i wody. Sami możemy uzupełnić informację na temat stosowanej metody połowu, stosowanych przynęt, warunków atmosferycznych oraz osiągniętych wyników. Jest również opcja załączenia zdjęć.
       

       

       
      Podsumowując opis samej aplikacji, jest prosta w obsłudze, ilość możliwych ustawień ograniczono do minimum co powoduje, że każdy sobie z nią poradzi, również osoby, które na co dzień raczej stronią od elektroniki.
      Testy praktyczne zacząłem nad swoim ulubionym jeziorkiem. Używałem wędziska dług 3.6m o c.w. 60g. Żyłkę 0.25mm wiązałem bezpośrednio do uszka w urządzeniu węzłem spinningowym lub używałem solidnej agrafki.
       

      Telefon i sonda połączyły się ze sobą szybko i od razu zaczęły pracować. Trochę podejrzane wydały mi się odczyty głębokości i faktycznie, gdy sprawdziłem „fizycznie” głębokość w tym miejscu okazało się, że sonda pokazuje około 30cm więcej niż jest w rzeczywistości. Ponieważ w tym miejscu zalega gruba warstwa bardzo luźnego mułu myślę że tą właśnie wierzchnią warstwę sonda odczytała jako wodę. Trudniej już było zweryfikować czy pojedyncze kępki roślinności faktycznie występowały w miejscach, które sonda wskazywała.
      Kolejne testy to starorzecza Wisły, jej bieżący odcinek w Kiezmarku oraz fosa wokół twierdzy Wisłoujście. Na wszystkich tych łowiskach sonda nieco „oszukiwała” na głębokości, niektóre wartości mogłem sprawdzić fizycznie, choćby ustawieniem gruntu na bacie, na innych łowiskach musiałem opierać się na informacjach od łowiących na miejscu wędkarzy. Problematycznym okazało się również faktyczne wskazywanie występującej roślinności. W miejscu, w którym na 100% występowała spora warstwa zarośli sonda pokazywała czyste dno.
      Inną wyraźna wadą urządzenia jest ograniczony zasięg działania łączności Bluetooth. Choć producent określa maksymalny zasięg na 30metrów to w rzeczywistości jest to około 20-25m i na takim dystansie przekaz danych jest bardzo powolny. Być może to wina sondy, być może mojego smatfona, tego nie potrafię w 100% określić. Niemniej jednak jest to uciążliwe. Optymalny zasięg to moim zdaniem około 20m co wyklucza jej przydatność w większości technik wędkarskich.
      Do zalet można zaliczyć małe gabaryty, wygodę w użytkowaniu i naprawdę dobrą baterię. Po kilkukrotnych próbach bateria wciąż była bliska pełnego naładowania. Nie miałem okazji używać sondy w warunkach nocnych z włączonym oświetleniem więc nie wiem, jak ta funkcja wpływa na baterię. Ale pewnie jest to oświetlenie LED więc nie obciąża specjalnie baterii. Również aplikacja nie „katowała” za mocno baterii w telefonie, obeszło się bez problemów z zasilaniem.
       
      Ponieważ dla mnie był to pierwszy „poważny” kontakt z echosondą, powyższy test pewnie nie jest przeprowadzony do końca profesjonalnie. Za to jest to opinia zwykłego wędkarza, do których jest ten produkt dedykowany. Być może gdybym miał więcej czasu znalazłbym inne zalety, te kilka wypadów mogło być za mało.

    • Alexspin
      Nie ma niczego gorszego jak w weekend, który można by poświęcić wędkowaniu a siedzi się w murach i sprawdza bzdety pisane przez studentów podczas egzaminów poprawkowych. Nachodzą człowieka wówczas głupie przemyślenia i chęć nauczania.
      Przed nami ostatni tydzień września, nadeszła jesień, okres-eldorado dla spinningistów. Temperatura leci na dół, rybki zaczynają gromadzić zapasy energii na zimowe miesiące i tarło. Nad wodę wyruszają nie tylko starzy „wyjadacze” ale również nowicjusze, którzy w tym sezonie rozpoczęli przygodę ze spinningiem i to często przygodę bezrybną, bo tegoroczna pogoda (upały raczej nie sprzyjają połowom drapieżników) wraz z destrukcyjnymi działaniami naszego „kochanego” Zarządu „Gównego”, nie sprzyjały uzyskaniu pozytywnych efektów.
      Naszło mnie pytanie, od czego zaczyna początkujący spinningista? Oczywiście od wiązania węzełków. Każdy chciałby mieć taki węzeł, który zagwarantuje jego zestawowi 100-procentową moc i to jest jeden z podstawowych błędów w rozumowaniu. Cóż z tego mi przyjdzie, jeśli węzeł zachowa – oczywiście teoretycznie – tę samą moc co liniowa linki? Ano tylko straty, bo jeśli przydarzy się zaczep zaraz po wyrzuceniu przynęty na odległość 30-40m a węzeł nie puści, to linka pęknie tam gdzie sama będzie chciała – wynik – ekstremalnie mogę stracić 30-40m żyłki lub co droższe – plecionki. A wyobraźmy sobie niespodziewane branie suma, który wywleka nam z kołowrotka 150m cennej PP, Momoi lub Varivas'a, pomijając często wielokrotnie tańszą przynętę. Nie chce się o tym nawet myśleć...
      Otóż właśnie węzeł ma nas ratować przed takimi stratami. Jednocześnie chciałoby się, żeby ten węzeł nie był zbyt słaby, bo krętliki, przypon i przynęta też kosztują. Zatem należy znaleźć „złoty środek” – węzeł ma być mocny, ale nie mocniejszy niż liniowa wytrzymałość linki. Praktycznie nie spotkałem węzła, który utrzymywałby 100-procentową moc w stosunku do liniowej, chyba (piszę chyba, bo człowiek nie zna wszystkiego) nie ma takiego.
       
      Przez ćwierćwiecze mojego spinningowania „przerobiłem” najróżniejsze supełki, węzełki i węzły zanim doszedłem do tego, że stosuję praktycznie pięć. Zacznę od początku.
       
      Węzeł, którym mocujemy linkę do szpuli kołowrotka. Wydawałoby się, że jest to węzeł najmniej ważny, bo zaczep mu raczej nie zagraża, a jeśli ryba wyciągnie nam z kołowrotka kilkaset metrów linki, a żaden z pośrednich węzłów nie puści, to i tak musimy ciąć, żeby nie utracić wędziska i kołowrotka, ale to są przypadki bardzo, bardzo rzadkie i nie musimy się nimi przejmować. Natomiast węzeł taki musi nam zagwarantować, że cały nawój nie zacznie się nagle ślizgać na szpuli. Nie zagwarantuje nam tego, często wiązana przez nowicjuszy zwykła pętla,

      natomiast gwarancję zapewni bardzo prosty węzeł szpulowy

      wykonany z dwóch zwykłych supełków. Wiążemy na końcu linki supełek a następnie, po owinięciu szpuli, drugi taki sam na lince i zaciągamy tak, aby linka zacisnęła się na szpuli a ten pierwszy supełek zablokował się na drugim. Niestety wiązanie takie nie zapewni braku poślizgu jeśli bezpośrednio na szpuli zawiążemy plecionkę, która i tak może się ślizgać. Dla tego, nawet jeśli posiadana ilość plecionki wypełniłaby naszą szpulę, należy zastosować cieniutki, choćby 2-warstwowy podkład z żyłki.
       
      Teraz zaczynają się dla nowicjusza schody. Jakim węzłem połączyć żyłkowy podkład z plecionką? Dobrym węzłem jest zalecany zwłaszcza dla wiązania NanoFil-u węzeł zwany

      i trudno się z tym nie zgodzić zwłaszcza jeśli chodzi o NanoFil, ale jest to węzeł dość skomplikowany, a NanoFil dość rzadko jest stosowany jako linka główna. Całkowicie wystarczającym do wiązania podkładu żyłkowego z plecionką, jest łatwy do wykonania węzeł zderzakowy.

      Niektórzy zalecają węzeł baryłkowy, ale ja jestem zdania, że nie jest to najlepsze rozwiązanie, gdyż w tym węźle linki przeplatają się między sobą i może nastąpić przecięcie. Przy węźle zderzakowym linki nie mają wzajemnych przeplotów, a są jedynie zawiązane wzajemnie na sobie i węzły tylko stykają się ze sobą. Nadto taki węzeł jest bardzo łatwy do wykonania.
       
      W tym miejscu dygresja – większość doświadczonych wędkarzy proponuje, żeby na podkład stosować żyłki zużyte a nawet zleżałe. Jestem zdania, że jest to nie najlepsze, choć „ekonomiczne” rozwiązanie. Wyobraźmy sobie, że toczymy walkę z okazowym, walecznym szczupakiem lub boleniem, a na kołowrotku mamy tylko 100m plecionki - czasem tak są dystrybuowane plecionki, choćby KONGER-a, jak również wynoszonego pod niebiosa Power Pro. Co się wówczas dzieje? Ano rybka zrywa tę steraną żyłkę podkładową i idzie w świat zakolczykowana nie tylko przynętą z tytanowym przyponem ale i z naszymi stu metrami cennej plecionki. Dla tego osobiście używam na podkład dobrą żyłkę, w miarę możliwości zbliżoną mocą do linki głównej, a ponieważ nawet do wędkowania z brzegu morza nie przekraczam deklarowanej przez dystrybutora, mocy plecionki około 20kg, to podkład z żyłki o zbliżonej mocy nie jest czymś nieosiągalnym.
       
      Mamy już nawinięty na kołowrotek podkład mocno połączony z linką główną, (moje spostrzeżenia mają zastosowanie zarówno do używanych jako linki głównej plecionki, jak i żyłki) i adept spinningu staje przed dylematem – jakim węzłem zamocować przynętę? Tutaj problem jest bardziej złożony niż przy poprzednich węzłach. Moim skromnym zdaniem nie powinno się „przywiązywać” do jednego rodzaju węzła, a to dla tego, że różne przynęty mają różne wymagania. Po pierwsze, węzeł na końcu linki powinien spełniać dwa podstawowe, teoretycznie wykluczające się warunki. Po pierwsze powinien być na tyle mocny, żeby nie zrywać się na byle zaczepie lub przy braniu silnej ryby, po drugie powinien być na tyle słaby, żeby potencjalne zerwanie zestawu nastąpiło właśnie na węźle, a nie w miejscu gdzie linka „se chce”. Trzecim warunkiem – subiektywnym – jest prostota i szybkość wiązania.
      Przy rozpatrywaniu tego trzeciego warunku rozumiem wędkarzy, którzy praktycznie, wyłącznie stosują Palomar,

      jest to węzeł, który – bez obrazy – zawiąże średnio inteligentny szympans. Niestety, nie jest to węzeł „najlepszy”. Jego wadą jest wytrzymałość, która ogranicza się do co najwyżej 80% wytrzymałości liniowej linki. Nie twierdzę absolutnie, że go nie stosuję, ale korzystam z niego tylko w pewnych okolicznościach, a mianowicie, gdy nie stosuję agrafki, a koniecznym warunkiem skutecznego wędkowania jest szybkość wymiany przynęty, lub po zerwaniu zawiązanie nowej (np. zawody). Ma on jeszcze jedną wadę, która ujawnia się przy wiązaniu bezpośrednio do dużej przynęty (długa guma lub wobler) wówczas musimy zrobić odpowiednio dużą pętlę przez którą przekładamy przynętę, a wówczas trzeba go zaciągać bardzo ostrożnie i precyzyjnie.
      Drugim węzłem, który stosuję i uważam za lepszy od Palomara, jest Cat's Paw (po polsku „kocia łapa”).

      Jest węzłem mocniejszym od Palomara, gdyż utrata mocy to tylko około 10%, ale pod pewnymi warunkami. Podstawowym jest brak zaczepów w łowisku a to jest rzadkość. Otóż Cat's-a – odmiennie do innych węzłów – nie zaciągamy do oporu, uzyskujemy wówczas dodatkową amortyzację warkocza jaki tworzy. Niestety po mocnym zaczepie, lub zacięciu zdecydowanie walczącej ryby, zaciąga się sam tracąc właściwości amortyzacyjne i jego wytrzymałość spada do poziomu Palomara, więc należy go po takiej akcji przewiązać ponownie. Drugą jego wadą, mimo stosunkowo dużej prostoty wiązania, jest to że praktycznie nadaje się tylko wówczas gdy przynęty łączymy z linką za pośrednictwem agrafki (agrafki z krętlikiem). Nie wyobrażam sobie kilkukrotnego (niezależnie od przekroju linki stosuję siedmiokrotne) przewijania, praktycznie żadnej przynęty przez pętlę, tym bardziej, że prawidłowe, równe zawiązanie (zwoje muszą być idealnie równoległe, a obydwa nawoje warkocza jednakowo zaciągnięte) tego węzła przy dużej pętli jest dość trudne, a jest to warunek skuteczności jego funkcji amortyzacyjnej. Dla tego stosuję go praktycznie tylko do wędkowania z brzegu morza, lub w kanałach portowych, gdzie niebezpieczeństwo zaczepu jest zdecydowanie mniejsze niż na śródlądziu, a częsta wymiana przynęt (ograniczone możliwości częstej zmiany miejscówki) o skrajnie odmiennej pracy, na przykład woblera na obrotówkę, lub gumy na „karlinkę” i tak obliguje do stosowania krętlika z agrafką.
      Najczęściej stosowanym przeze mnie węzłem jest Trilene z modyfikacją (po polsku trzy końce).

      Węzeł niezależnie od napięć jakie na niego działają zachowuje nie mniej niż 95% mocy liniowej linki i nie więcej niż 98%, co spełnia obydwa podstawowe warunki jakie stawiamy węzłom. Jego zaletą jest stosunkowo duża prostota wiązania. Kolejną zaletą jest bezproblemowa możliwość stosowania go zarówno jeśli używamy agrafki (agrafki z krętlikiem), jak również przy bezpośrednim wiązaniu do przynęty, bez „gimnastyki” z przekładaniem przez jakąkolwiek pętlę. Jedynym warunkiem jego skuteczności, który mógłby stanowić argument przeciw jego stosowaniu, podobnie jak przy Cat's-u, jest konieczność bardzo starannego zaciągnięcia. Poszczególne zwoje – wykonuję 5 dla dużych (od 0,18mm) średnic linki i 9 dla najmniejszych (od 0,08mm) – nie mogą zachodzić na siebie i powinny być idealnie równoległe. W zamian za poświęconą chwilę cierpliwości i staranności odwdzięczy nam się tym co najważniejsze – nie puści na byle zaczepie a w ostateczności pęknie sam, nie dopuszczając do tego żeby linka pękła gdzie „se chce”.
       
      Tyle moich dywagacji na temat węzłów, ograniczonych zresztą do klasycznego spinningu, bo tylko takim się bawię, pomijając Dorp Shota, boczny trok i inne odmiany „zaoceaniczne”.
       
      Na zakończenie dwie wskazówki dla adeptów spinningu i nie tylko, niezależnie jaki węzeł będziecie stosować, niezależnie jaki sobie upodobacie i uznacie za „swój ulubiony” a więc "najlepszy", każdy musi być wykonany starannie i wiązany na mokro, więc pijcie podczas wędkowania wodę, żeby nie zabrakło wam śliny przy zaciąganiu waszego „supersupełka” a skład chemiczny spożytego płynu inny niż H2O nie spowodował osłabienia waszej linki.

    • Alexspin

      Żyłka DRAGON Guide Select

      Dodany przez Alexspin, w Sprzęt wędkarski,

      Pomijając krótki okres używania żyłek polskiej produkcji, których sensowna wytrzymałość zaczynała się od średnicy 0,40mm, więc niemal od początku mojej przygody ze spinningiem, a to już (a może tylko) ćwierćwiecze, używam żyłek, których dystrybutorem jest Firma DRAGON. Najpierw były to żyłki Siglon, rewelacyjne jak na ówczesne czasy. Teraz używam żyłek DRAGON Guide Select praktycznie w trzech średnicach deklarowanych przez Firmę – 0,14mm, 0,16mm i 0,20mm.
      Przedmiotem, niniejszej opinii jest najcieńsza z tych żyłek. Firma deklaruje, że żyłka ma średnicę 0,14mm i wytrzymałość 2,60kg.
      (zdjęcie główne)
      Opakowanie zawiera 600m żyłki i w zależności od sklepu kosztuje 30-40 zł, co w stosunku do innych żyłek o podobnych parametrach daje bardzo korzystną cenę 7,50-10,0 zł za 150m.
       
      Trochę informacji z katalogu Firmy DRAGON: „Guide Select to jednolita seria żyłek wędkarskich, wykonanych z nylonu 6.6, który jest jednym z najnowszych włókien poliamidowych. W odróżnieniu od klasycznego nylonu jego struktury cząsteczkowe zostały w procesie polimeryzacji wydłużone i uporządkowane, dzięki czemu uzyskane włókno stało się bardziej jednorodne i zdecydowanie bardziej odporne na wszelkiego rodzaju obciążenia i udary. Zabezpieczona w ten sposób powierzchnia jest odporna na ścieranie i chroni linkę przed szkodliwym wpływem promieniowania UV, a także przed większością zanieczyszczeń chemicznych, obecnych w wodzie.”
       
      Żyłkę otrzymujemy wyjątkowo dobrze zabezpieczoną przed wpływem czynników atmosferycznych, w metalowym pudełku,

      w którym szpula jest dodatkowo opakowana w szczelnej osłonce foliowej.

       
      Średnica żyłki zmierzona mikromierzem trzyma parametr zadeklarowany przez dystrybutora, a jej wytrzymałość można przyjąć jako satysfakcjonującą. Na węźle „trilene modyfikowanym” żyłka puściła dopiero pod obciążeniem 2,45kg, na „kociej łapie” obciążenie to wyniosło 2,18 kg, a na „palomarze” 2,07kg. Ponieważ używam jej do łowienia okoni i wzdręg, niemal każdą z tych rybek można wyciągnąć z wody „balonem” bez szczególnego ryzyka zerwania (rekord Polski okonia to 2,69kg, wzdręgi 1,29kg a „złotomedalowe” okazy to odpowiednio 2,0 i 1,1kg). Przyłów w postaci medalowego jazia lub klenia też nie stanowi problemu.
      Wędziskiem KONGER Maxim Twist 300cm/1-10g z wklejaną szczytówką, i z kołowrotkiem JAXON Armand HTX 300M, przynętami 1-5g, przy bezwietrznej pogodzie, można uzyskać bez problemu rzuty około 30m, a cięższymi znacznie dłuższe.
      Żyłka jest miękka, optymalnie do spinningu elastyczna i praktycznie pozbawiona pamięci. Podczas kilkunastu godzin spinningowania we dwoje identycznymi zestawami, tylko raz zdarzyła się „broda” i to z mojej własnej winy.
      Nie licząc zaczepów, oboje utraciliśmy po jednej przynęcie, ale z odległości w jakiej nastąpiło branie, trudno określić jaka ryba pokusiła się na 3,5g Horneta H3S i 4,5g Aglię Furia.
      Niestety przy tej średnicy i wytrzymałości żyłki problem stanowiło uwalnianie zaczepów. Kilkakrotnie udało się to przy użyciu „wianka” z witki wierzbowej, ale utrata 2 kogutków i jednego Tiny IT3S, była bolesna.
       
      Podsumowując, żyłka spełniła stawiane przed nią zadania (cztery okonki 19-26 cm, dwie wzdręgi 17cm, jedna płoć 18cm) i nie sprawiła żadnych przykrych niespodzianek. W cenie oferowanej w handlu, można ją uznać niemal za rewelację w swojej klasie.
       
      Aleksander Twardowski

    • Alexspin

      Plecionka DRAGON Magnum 4X

      Dodany przez Alexspin, w Sprzęt wędkarski,

      Skuszony ciekawymi parametrami plecionki DRAGON Magnum 4X, wprowadzonej do dystrybucji jako tegoroczna nowość, zakupiłem szpulę 150m/0,12mm/10,40kg.
      Made in Taiwan.

      Pierwsze wrażenie po otwarciu pudełka ostudziło moje nadzieje. Plecionka ma bardzo wyraźny, widoczny gołym okiem splot,

      a końcówka zakleszczona na szpuli była wyraźnie rozwarstwiona, podobnie jak na rysunku widocznym na pudełku. Choć w dotyku była śliska i bardzo miękka, wróżyło to nie najlepiej jej praktycznemu użytkowaniu.

      Statyczne pomiary wykazały, że deklarowane przez dystrybutora parametry są w rzeczywistości zbliżone. Pomiar mikromierzem w kilku miejscach 2-metrowego odcinka wskazał stabilny przekrój 0,12mm.

      Obciążenie wagą wędkarską dało zadowalające wyniki. Plecionka wytrzymała:
        na węźle „trilene modyfikowany” 10,1 kg,   na węźle „kocia łapa” 9,25 kg,   na węźle „palomar” 8,75 kg.  
      Plecionka jest dostępna na szpulach 150-metrowych, w kolorach określonych przez dystrybutora jako jasnoszary i żółty fluo. Mój nabytek „jasno szary” ma właściwie kolor szarocielisty, co wyraźnie widać na fotkach. Barwnik jest stosunkowo trwały, przy nawijaniu mokrej plecionki przez wilgotną szmatkę zaciśniętą w dłoni, niemal nie pozostawił śladów na ściereczce, co dobrze wróży jego trwałości.
      Nawój, jak na plecionkę i kołowrotek średniej klasy ( JAXON Victus 300M) jest równy, bez szczególnych zagłębień i rowków grożących zakleszczeniami, co potwierdziło się w praktyce. Podczas, w sumie kilkunastogodzinnego użytkowania nie odnotowałem żadnej brody, ani nawet drobnego splątania.

      Niestety plecionka jest hałaśliwa, wyraźnie szumi na przelotkach co zapewne wynika z dostrzegalnego gołym okiem dość wyraźnego splotu, o czym pisałem na wstępie. Na szczęście splot jest na tyle ścisły, aby plecionka nie nasiąkała podczas łowienia i nie puchła, jak miało to miejsce w 8-splotowej MISTRALL Shiro X8, na którą pokusiłem się w ubiegłym roku ze względu na niską cenę. Czterogodzinne spinningowanie w łowisku pełnym osoki aloesowej nie spowodowało postrzępienia się linki, tak jak miało to miejsce ze wspomnianym MISTRALL-em.
      Linka jest również zdecydowanie lepsza od porównywalnej, 4-splotowej MIKADO Fine Braid, a jest od niej zaledwie około 25% droższa.
      Odnosząc się do opisu plecionki zamieszczonego przez dystrybutora na opakowaniu,

      ocena wypada nie najgorzej. W skali 1-10 oceniam ją:
        miękka i jedwabiście gładka – ocena 5   idealnie okrągła w przekroju – ocena 6   bardzo wytrzymała liniowo jak i na węzłach – ocena 8   pozbawiona pamięci kształtu – ocena 10   całkowicie nierozciągliwa i świetnie przekazująca brania – ocena 8   odporna na uszkodzenia mechaniczne i ścieranie – ocena 9   bardzo gęsty splot uniemożliwia wnikanie cząstek wody – ocena 8   pozwala na długie i precyzyjne rzuty – ocena 7.  
      Generalnie plecionkę można polecić jako przyzwoity wyrób „budżetowy”. Mam nadzieję, że moje spostrzeżenia, szczególnie te pozytywne potwierdzą się przy dłuższym użytkowaniu, a linka zasłuży sobie na miano dobrej dla niezbyt intensywnie spinningujących i niezamożnych użytkowników.
       

      Opinia oparta na kilkunastogodzinnym spinningowaniu w wodzie stojącej i w rzece, wędzisko JAXON Ferox Ultra Spin 270cm/5-20g, kołowrotek JAXON Victus 300M, przynęty (woblery, obrotówki, wahadłówki i gumy) od 4 do 22g. Pomiary statyczne wykonane przy pomocy mikromierza TOPEX 0-25mm i elektronicznej wagi wędkarskiej WeiHeng 0-50kg.
       
      Aleksander Twardowski

    • Jotes
      Każdy z nas, kupując spławik za 30, czy nawet 60 zł + koszty wysyłki, ma prawo oczekiwać, że zakupiony towar jest najwyższej jakości i spełni nasze oczekiwania. Niestety, teoria i logika sobie, a praktyka sobie. Tak niestety nie jest i należy nad tym ubolewać, że jesteśmy "dymani" za własne pieniądze i zwodzeni reklamami i niemal bajkowymi opisami produktów. Pozostaje nam więc tylko ślepa wiara, że renomowana przecież firma, nie wciśnie nam bubla. A jak to wygląda podczas użytkowania, zgodnego z przeznaczeniem?
      Ponieważ czuję się zawiedziony jakością zakupionych spławików, w tym tekście "biorę na warsztat" pięciu producentów, których produkty posiadam i jestem już po wnikliwych testach i obserwacjach. I jakkolwiek zabrzmi poniższy tekst, będę miły i wyrozumiały, wyliczę wady, a gdzie się da, przedstawię własne pomysły na ewentualne rozwiązanie problemów. A będą to slidery: Traper, Rive, Gut-Mix, Dino i Cralusso.
       
      I - Traper G13
       

       
      W sklepie internetowym, cena tego spławika wynosi 25 zł, w moim mieście należy za niego zapłacić ca 30 zł.
       
      W opisie na stronie sklepu internetowego, możemy przeczytać same pochwały. A jaka jest rzeczywistość nad wodą?
       
      Kupiłem z tej serii slider 4+10 g i na szczęście tylko ten jeden model. Ale nie byłbym sobą, gdybym kupił tylko jedną sztukę. W sumie kupiłem trzy jednakowe. Na szczęście, bo nie miałbym już dowodu do sfotografowania i opisania w tym tekście.
       

       
      Opisując wady tego spławika, należy wymienić ich aż tyle:
       
      1. Podana gramatura ma się nijak do rzeczywistości. Podczas wyważania, okazuje się, że jeden jest niedoszacowany o ok 2 g, a drugi o ponad 2 g. Mowa o dwóch jednakowych przecież spławikach! W opisie powinno być więc 4+12g, co byłoby najbliższe prawdy!
       
      2. Wypadające w trakcie użytkowania dociążenie własne. Podczas połowu z łodzi - z Bogiem sprawa - postawiłem bojkę w nęconym miejscu, podniosłem obie kotwice i popłynąłem po spławik, gdy samo dociążenie zostało na żyłce. Mogłem sobie więc pozwolić na solidne wklejenie. Podczas połowu z brzegu, strata!
       

       
      3. Wypadające gniazdo na antenki. Wkleiłem!
       
      4. Pękające gniazdo antenki na delikatne brania, na węglowym pręciku, powodujące utratę tej antenki. Gniazdo antenki tubowej, rozpycha tę antenkę, a pęknięta również spada i ginie.
       

       
      Na powyższej fotce, wklejona na stałe antenka tubowa.
       
      A tak wygląda teraz całość:
       

       
      No dobrze, ale co powoduje pękanie tego gniazda i czy można temu jakoś zaradzić na przyszłość?
       

       
      Na fotografii przedstawiam oryginalną antenkę na pręciku węglowym Traper i antenkę konkurencyjnej firmy Cralusso. Przyczyn pękania gniazda upatrywałbym w pozycjach 1 i 3, na powyższej fotografii::
       
      1. Grubość pręcika to 1,2 mm, jego długość to 116 mm (wraz z nasadką). Jak widać jest to pokaźnej długości i sztywności dźwignia, która spada na wodę z różnych wysokości i pod różnymi kątami. Siłą rzeczy, przeciążenia działające na cienki plastik, muszą to gniazdo zniszczyć.
      2. Pręcik Cralusso o grubości 1 mm i długości 81 mm (wraz z nasadką). Ta dźwignia z racji swej długości i grubości oraz większej elastyczności (mimo wszystko), nie powoduje aż takich przeciążeń, jak oryginalna. Uważam więc, że taka grubość pręcika i taka jego długość byłaby idealna.
      3. Na końcówce oryginalnej antenki Traper, znajduje się przegrubienie na 2 mm. Moim zdaniem, zamiast niego, producent mógł dołożyć "ciała" do grubości ścianek gniazda. To z kolei wzmocniłoby jego wytrzymałość. Jeszcze inna możliwość i tutaj będę się posiłkował pomysłem z wagglerów Dino. W ten oryginalny otwór 2 mm włożyć odpowiedni kawałek rurki/wężyka silikonowego lub igelitowego, który wzmocniłby gniazdo, a jednocześnie amortyzował uderzenia o wodę.
      4. Na zdjęciu pod tym numerem, zaznaczyłem niewymienną antenkę, co też uważam za błąd i ograniczanie innych możliwości, takich, jak na poniższym zdjęciu:
       

       
      Prawda, że imponująca ilość rozwiązań, w zależności od nasłonecznienia, itp?
       
      5. Słaba konstrukcja korpusu i moim zdaniem zbyt krótki i zbyt gruby element wklejany w korpus. Gdyby to rozwiązanie było podobne, jak w przypadku sliderów Dino, było by solidne i trwałe. Cieńszy i dłuższy fragment dociążenia wklejany w korpus, pozwoliłby na pozostawienie więcej "ciała" korpusu, z delikatnej i kruchej balsy.
       
      Na tej fotce przedstawiam pozostałość po zapasowym sliderze Traper 4+10 g:
       

       
      Po obejrzeniu pozostałości po sliderze, postanowiłem już po niego nie popłynąć. Miałem go już serdecznie dosyć.
       
      Czy powinienem do zalet tego produktu zaliczyć trwałość lakieru? NIE, bo nikt mi łachy nie robi, że za moje pieniądze towar będzie chociaż w tym jednym miejscu, zgodny z opisem i przeznaczeniem!
       
      II - Slidery Rive
       
      Te spławiki urzekły mnie dokładnością wykonania, graniczącą niemal z perfekcją. Idealnie zachowana oś symetrii. Pokręcając końcówką antenki i trzymając za koniec dociążenia wstępnego, żadnych bić i odchyłek od osi symetrii. Ale na tym koniec, bo przecież nie do tego celu ma służyć, by obracać go w palcach...
       

       
      Wady:
       
      1. Do najważniejszej i dyskwalifikującej te slidery, zaliczam fatalnej jakości lakier. Już po kilku pierwszych wędkowaniach, lakier najpierw spęczniał, porobiły się pęcherze, a następnie odprysł. Oprócz tego, na całej powierzchni korpusu powstały liczne pęknięcia lakieru.
       
      Nowe, wyglądały tak:
       

       
      Po kilu wędkowaniach, tak:
       

       
      Teraz, po moim lakierowaniu, tak:
       

       
      Niestety, płacąc za wyroby nawet tak renomowanej firmy, nie mamy żadnej pewności, czy wydane 49 zł,
       

       
      czy 59 zł
       

       
      + koszt wysyłki, to nie jest wyrzucenie pieniędzy w błoto. W moim przypadku tak właśnie się stało, zaufałem firmie, a kupiłem buble...z najwyższej półki cenowej.
       
      Te reakcje lakieru, nie są też spowodowane złym przechowywaniem spławików, gdyż te przechowuję w wentylowanej tubie:
       

       
      2. Do kolejnej wady zaliczam, mały wybór antenek (w zestawie tylko 2 szt) i zbyt grubą końcówkę pręcika węglowego, co bez odpowiedniej obróbki, uniemożliwia wykorzystanie antenek innych producentów (np Cralusso). Po odpowiednim obrobieniu tej końcówki, stworzyłem teraz nieograniczone możliwości, w zastosowaniu różnych innych antenek. Na zwykłej osełce z piaskowca, dociskając równo palcem ok 1 cm końcówki i pokręcając, zmniejszyłem średnicę na tyle, że pasują teraz wszystkie antenki Cralusso, ale i te oryginalne też. Obrabiając pilnowałem, by tylko i wyłącznie 8 do 10 mm zeszlifować i by było okrąglutkie, nie stożek.
       
      3. W przypadku sliderów z wykorzystaną do budowy stosiną pawiego pióra (za 49 zł), do poważnych wad zaliczam:
       
      a. wypadające gniazdo antenek
      b. pękające gniazdo do antenek na pręciku węglowym
      c. to "nieszczęsne" gniazdo do antenek, ma jeszcze jedną bardzo poważną wadę, a dotyczy ona wszystkich producentów - bez wyjątków. Opiszę ją jednak pod zdjęciem Dino, gdyż ono najlepiej ukazuje istotę tej wady konstrukcyjnej.
       
      Czy za tak wysoką cenę za 1 szt, mam prawo czuć się oszukany i nabity w butelkę? TAK i tak właśnie się czuję! Produkty tej firmy - dla mnie! - nie posiadają już żadnych zalet. Za taką kasę, to te spławiki powinny mi robić takie rzeczy, o których nawet nie napiszę (nieletni mogą czytać). A przecież nie będę specjalnie kupował polskiego lakieru bezbarwnego, do francuskich bubli. No chyba, że to producent dokłada do zakupu i lakier i miłą młodą dziewczynę (Francuzkę, francuskiego pochodzenia) do (z)malowania korpusu...
       
      III - Slidery Gut-Mix
       
      Posiadam te trzy sztuki - 3+8, 3+10 i 3+12 g:
       

       
      Cóż, nie mam dobrego zdania o nich.
       
      Do wad zaliczam:
       
      1. Gigantyczną wadę konstrukcyjną, jaką jest "uciekanie" po żyłce w trakcie lotu zestawu. Spławik nie trzyma się przy ciężarku. Złe wyważenie, niestabilny lot i koziołkowanie uznaję, jako główną przyczynę odstawienia ich do lamusa.
       
      Przyczyną niestabilności w locie mogą być - moim skromnym zdaniem - dwie wady: zbyt krótka antena z pawiego pióra, albo złe dociążenie własne i przesunięty środek ciężkości. Albo i jedno i drugie?...
       
      2. Katastrofalne nieporozumienie z rozwiązaniem mocowania antenek.
       

       
      Na fotce wg numeracji:
       
      1. Gniazdo anteny tubowej ϕ 5 mm - przy zakupie brak ich w komplecie.
      2. Gniazdo antenki wewnętrznej ϕ 3 mm - przy zakupie tylko jedna antenka.
      I? Żadnych innych kombinacji np z antenkami na pręciku węglowym
       
      Jak dla mnie, zbyt mało kombinacji z antenkami i żadnych innych możliwości od producenta.
       
      Gdyby jednak "zapożyczyć" pomysł od Trapera i wkleić dwustopniowe gniazdo, a jeszcze od czoła przewidzieć dodatkowe rozwiązanie, to już bym może nie marudził.
       
      Takie:
       

       
      No cóż! Widziały gały, co brały? No widziały, widziały! Ale, gdybym wiedział przed zakupem, że tak będą się zachowywały w locie, to bym nie kupił. Poza tym, ta "głupia" antenka na pręciku, mogłaby (ale nie musiała!) ustabilizować je w locie.
       
      Te spławiki, po kilku próbach, idą w zapomnienie...
       
      IV - Slidery (i wagglery) Dino
       
      Spławiki tej firmy, kupiłem sobie na "prezent" gwiazdkowy. Wybrałem slidery 10-12 i 14 g, oraz kilka wagglerów.
       

       
      Poniższa fotka przedstawia wady dotyczące mocowania antenek, zarówno na pręciku węglowym, jak i tubowych:
       

       
      Opisując wg numeracji na zdjęciu:
       
      1. Antenka tubowa, wciskana na gniazdo zewnętrzne nr 4 i 5. To rozwiązanie uważam za porażkę konstrukcyjną związaną z nieznajomością podstawowych praw fizyki. Czemu?
       
      Odpowiedź na poniższej fotce:
       

       
      Gniazdo na tę antenkę jest stożkowe, więc z oczywistych względów musi rozpychać i rozsadzać, delikatną przecież, antenkę tubową. Ten feler przyczynia się do licznych strat tych antenek. Z widocznych na zdjęciu, pozostały mi jedynie niedobitki.
       
      Uwaga! W tym miejscu opiszę problem dotyczący wszystkich spławików wyposażonych w antenę z pawiego pióra, każdego producenta.
      W przypadku zastosowania stosiny pawiego pióra, jako anteny głównej, to gniazdo powinno być montowane tak, by antena wchodziła w środek plastikowej nasadki, nawet na 6 do 10 mm głęboko. Innym rozwiązaniem, byłoby wydłużenie elementu gniazda, powyżej stosiny tak, by było za co przytrzymać.Tylko w ten sposób można uniknąć zgniecenia stosiny w palcach, gdy wciskamy lub wyciągamy ciasno wchodzącą antenkę, zwłaszcza tę na pręciku. A ponieważ jest tak, jak jest, zaliczam to jako kolejną wadę konstrukcyjną, gdyż wszystkie te stosiny ulegają zgnieceniu, podczas wymienionej czynności. Można też spojrzeć na dołączone zdjęcia. Czy jest za co przytrzymać palcami, podczas montażu i demontażu antenki? NIE! Jest tylko delikatna stosina. Zbyt delikatna do moich spracowanych silnych "paluchów"...
       
      Widoczny na zdjęciu slider z antenką tubową (10 g), ma już na stałe wklejoną antenkę tubową. Przyczyną było zastosowanie przeze mnie antenki na pręciku węglowym Cralusso, ciut ciaśniej wchodzący w gniazdo. W efekcie, podczas zmiany antenki, pręcik się ułamał w środku gniazda, i tam pozostał, gdyż nie miałem za co przytrzymać podczas próby wymiany. To zmusiło mnie do wklejenia tej antenki.
       
      2. Antenka na delikatne brania, na węglowym pręciku do sliderów widocznych na ogólnej fotografii. Niedoskonałość polega na tym, że pręcik jest zbyt małej średnicy, w stosunku do gniazda i ciągle wypadają z niego te antenki. W komplecie nie ma antenek na odpowiednio ciasno osadzanym pręciku. Nie pasują też nieco grubsze antenki od wagglerów. Te są z kolei zbyt grube. Ten feler również skutkuje licznymi stratami antenek.
       
      3. W zaznaczonym polu, widoczna jest końcówka antenki na pręciku węglowym, do wagglera Dino. Pomimo fabrycznego (?) nałożenia na pręcik silikonowej tulejki, antenka zbyt luźno wchodzi w gniazdo, co także powoduje straty antenek. Z kolei w gnieździe (nr 5) osadzona jest druga silikonowa lub plastikowa tulejka (zielona), która ma zapobiegać pękaniu tego gniazda. Pomysł niemal genialny, gdyby nie felerne pręciki i silikon na nim. Mimo wszystko, luźno to wchodzi.
       
      4 i 5. Uwidocznione gniazda antenek. I o ile w zamyśle rozwiązanie niemal doskonałe, gdyż otwory w gniazdach są głębokie, niektóre wyłożone silikonem i te nie pękają, o tyle średnica samych pręcików węglowych, źle dobrana.
      To rozwiązanie przekonuje mnie, iż producenci - w większości zawodnicy wyczynowi, praktycy - doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ten delikatny, plastikowy element pęka od uderzeń o wodę i powoduje straty nie tylko antenek przecież, ale i pieniędzy na nie i czasu. Pęknięte wzdłuż gniazdo, czyni cały spławik ułomnym (delikatnie nazywając). Ale może właśnie o to chodzi? Może ci praktycy na inne spławiki łowią, a inne sprzedają? Może ich spławiki nie posiadają tych wad? Na rynek trafia tylko tandetna masówka?
       
      Kolejnym, poważnym błędem konstrukcyjnym, jest dociążenie wstępne, a dokładniej, zbyt duża średnica jego końcówki. Ten feler uniemożliwia dobranie właściwego łącznika silikonowego z krętlikiem, do montażu na żyłce.
       

       
      By odpowiednio dopasować końcówkę, do tulejek silikonowych Drennan, musiałem obrobić ją na ostrzałce stołowej (szlifierce), a potem ręcznie, papierem ściernym 400. I o ile nie było problemu w przypadku slidera 10 g, o tyle 12 i 14 g należało dopasować. Na zdjęciu numerami 1 i 2 oznaczyłem miejsca szlifowania. Dopiero na tak oszlifowaną i wygładzoną końcówkę, można naciągnąć silikon.
      Jeśli ktoś uważa, że zmieniłem w ten sposób wyważenie spławika? Coś popsułem? Zaręczam, że nie. Bo przecież o ile zeszlifowałem ten fragment, o 0,10-0,15 g? W każdym razie, po tym "zabiegu" wciąż pięknie i prościutko lecą do celu. I o to w końcu chodzi!
       
      Pomimo wymienionych licznych wad konstrukcyjnych, tych spławików jednak nie przekreślam całkowicie i wciąż jestem gotów dać im szansę. Czemu? Bo są idealnie wyważone, w locie zachowują się bardzo stabilnie, co przyczynia się do dużej celności rzutów. Bo do lakieru nie mam prawa mieć zastrzeżeń. Jest OK!
      Poza tym, jeden z tych sliderów zapisał się już pewną ciekawostką w mojej historii. Okazał się bardzo prowokujący dla... sandaczy. Na jednym z moich wędkowań, kiedy zająłem się złowionym leszczem, wyjęty z pyska ryby haczyk wyrzuciłem za burtę łodzi i cały zestaw, tak sobie bujał się na fali. Spławik został zaatakowany przez niemałego sandacza i przegryziony - Opis tutaj.
       

       
      Na tym zdjęciu widać też długość elementu dociążenia własnego, wklejanego głęboko w korpus (podpowiedź dla Trapera).
       
      I widoczne na nim dowody ugryzienia sandaczowego, o rozstawie zębów 28 mm:
       

       
      Spławik już jest sklejony i polakierowany, gotowy do dalszej "posługi".
       
      V - Cralusso Pro Slider
       
      Zakupiłem te najbardziej potrzebne na moim ulubionym łowisku - 10 - 12 i 14 g:
       

       
      Kolejne, niemal doskonałe spławiki, gdyby nie ich istotny i właściwie jedyny feler.
       

       
      Na zdjęciu zaznaczyłem, właściwie jedyny błąd konstrukcyjny tych sliderów. Jest to niczym nieuszczelnione ruchome połączenie, anteny głównej z korpusem. Gdyby ta antena wciskana była we wklejoną/wciśniętą/włożoną (?) w korpus silikonową tulejkę, rurkę, to nie miałoby miejsca wciekanie tam wody i gromadzenie się jej wewnątrz anteny, a co za tym idzie, również nasiąkania korpusu. Taki dodatkowy element silikonowy, byłby wzajemnym uszczelnieniem i dla anteny i dla korpusu. Ta wada powoduje, że w miarę wędkowania, z czasem zaczyna brakować regulacji wyporności na antenie i należy zdjąć śrucinę.
       
      Obecnie będę próbował uszczelnić je taśmą teflonową - 1 zwój. Jeśli jednak to nie pomoże, to zastosuję bardziej radykalne rozwiązanie - klej.
       
      Kończąc powtórzę - Widziały gały, co brały? Widziały! I cóż z tego? Nie mogłem przewidzieć aż tylu mankamentów, wad, usterek, niedoróbek (?), nie da się tak "na oko" i na odległość. Przeglądam ofertę, akceptuję cenę, kupuję i wszystko ma być na najwyższym poziomie, a latać ma jak "strzałeczka".
      A może po prostu nie potrafię się posługiwać tymi spławikami? Hmm! Wszystko można mi przypisać, ale skoro tak, to co z felerami nie związanymi z ich lotem? Lakier, pękające gniazda, rozsadzane antenki tubowe, zgniatanie stosiny, wypadanie obciążenia własnego, etc, etc? A podobnych pretensji jest mnóstwo w necie. I nie da się z tym nic zrobić?
      No tak, ale jak czytam na innych forach, to "każdy orze, jak może". Kupują spławiki, kupują od razu porządny lakier i sami sobie radzą. OK, jeśli chcą mieć dobrze zrobione, nie ma sprawy. Ale po takich producentach powinno się non stop jeździć w necie, na forach i pod ich ofertami sklepowymi, jak po łysej kobyle. Może to by ich nauczyło choć odrobinę uczciwości, bo jeśli chodzi tylko o sam lakier na spławikach, to temat jest stary, jak świat. Jeśli sami nie potrafimy się postawić i walczyć o należny szacunek, to nas tak będą dymać za naszą kasę, do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej!
       
      Podsumowując już całość, zastanawiam się, gdzie leżą granice zwykłej, ludzkiej przyzwoitości? Co skłania firmy do wypuszczania na rynek takich niedoróbek? Tylko popyt? A co z renomą tych firm? Co z kontrolą jakości? Czy my mamy do każdej zakupionej rzeczy dokupować całą masę akcesoriów, do ewentualnych napraw, sprzedawanych nam bubli?
       
      Coś tu jest bardzo "nie halo"! Jestem wściekły, bo w opisanych spławikach ulokowałem niemałą kasę. Lubię mieć ładne i markowe rzeczy, ale nie lubię być oszukiwany. Chyba nikt tego nie lubi... Dlatego postanowiłem opisać swoje doświadczenia z tymi spławikami i tymi konkretnymi producentami. Pod rozwagę i ku przestrodze! Bowiem - "nie wszystko złoto, co się świeci". Nie zadowala mnie stwierdzenie "niemal doskonałe spławiki". Za tę cenę, mam prawo wymagać pełnej doskonałości i perfekcji wykonania. Nie pochwalam brakoróbstwa!
      Nie wiem, czy jeszcze ktoś ma podobne do moich doświadczenia z tymi produktami, ale po to jest net, by dzielić się doświadczeniami. I tak niniejszym czynię. Na postawione w tytule pytanie, każdy musi sobie odpowiedzieć samodzielnie, jak i ja uczyniłem i wiem, czego już unikać. Za to teraz, pozostaję z pytaniem, co w takim razie kupować i komu zaufać?...
      Tylko proszę, niech nikt nie napisze, żeby kupować tanie wyroby, by uniknąć kosztownych rozczarowań, bo to nie jest recepta na pozbycie się markowych bubli z rynku!
       
      Są jeszcze inni producenci. Ich wyrobom się przyjrzę...
       
      Klucz widoczny na zdjęciach, jest przypadkowy. To nie jest klucz do rozwiązania problemu, choć "szczęśliwym posiadaczom" jakieś pomysły i lepsze rozwiązania, podsuwam. Niech więc to będzie klucz, do wędkarskich sukcesów. I tego wszystkim życzę!

    • wind
      Kilka dni temu trafiła w moje ręce nowość na polskim rynku, echosonda Ibobber. Czym jest echo i do czego służy chyba nie trzeba żadnemu wędkarzowi tłumaczyć, każdy miał styczność z takim urządzeniem i wie, jak działa. Ibobber łączy w sobie zalety echosondy i urządzenia mobilnego o niewielkich rozmiarach i prostej obsłudze. Wystarczy włożyć w kieszeń kolorową kulę oraz smartfona z zainstalowana aplikacją i można iść na ryby. Oczywiście warto zabrać ze sobą wędki.

       
       

       
      W pudełku znajdziemy urządzenie, ładowarkę z wyjściem USB, gustowną sakiewkę oraz kolorową instrukcję obsługi. Drugi elementem zestawu, w który musimy się zaopatrzyć we własnym zakresie, jest smartfon lub tablet z funkcją Bluetooth i systemem operacyjnym Android lub iOS. Aplikację dla Androida znajdziecie na Google Play a dla iOS na iTunes. Urządzenie uruchamia się automatycznie przy kontakcie z wodą.
       

      Dane techniczne:
      Średnica urządzenia – 59mm
      Waga – 47g
      Sonar – pojedyncza wiązka, kąt 90st., zasięg głębokości do 40m, lokalizacja ryb na wyświetlaczu z zaznaczeniem głębokości.
      Bluetooth – wersja Smart v4.0, zasięg działania do 30m
      Bateria – 3,7V , czas działania do 10 godz
      Jednostki miary – metryczna/anglosaska
      Ponadto aplikacja wyposażona jest w dodatkowe funkcje:
      Kalendarz, pogodynka, temperatura wody, stan baterii.
       
      Użytkowanie urządzenia jest proste, do umieszczenia go w wybranym miejscu używamy wędziska, echo mocujemy za pomocą prostego węzła spinningowego lub z użyciem agrafki. W korpusie mamy dwa uszka do mocowania, jedno z boku do łączenia z zestawem do zarzucania, drugie vis a vis, ale trochę niżej, co ma umożliwić korzystanie z sondy jako spławika. Sam bardziej widziałbym to jako miejsce mocowania obciążenia do kotwiczenia w wybranym miejscu, jeśli miałoby by to pełnić funkcję wskaźnika brań bliżej byłoby do kuli wodnej.
       

       
      Echosondy możemy używać w dwojaki sposób, klasycznie do czytania dna i lokalizacji ryb w wybranym miejscu lub do mapowania dna na wybranym odcinku. Wszystko zależy od wyboru opcji w aplikacji. Ale o tym wszystkim w kolejnym tekście, już znad wody.
      Szczerze przyznam, że będzie to mój pierwszy kontakt z echosondą w praktycznym wędkowaniu i jestem bardzo ciekawy jak to wpłynie na sam komfort łowienia i wyniki. Należę do tego pokolenia, które radziło sobie bez elektroniki w wędkarstwie, a dyscypliny wędkarskie, którym się oddaję nie wymagają takiego wyposażenia dodatkowego. Ale pewnie mogą pomóc, szczególnie na nowych, nieznanych łowiskach.
      Echosonda z telefonem połączone, baterie naładowane, czas wybrać się nad wodę . Wrzesień będzie czasem testów nad różnymi łowiskami, na pewno podzielę się z Wami swoimi odczuciami.

    • wind
      Po ubiegłorocznym debiucie w memoriale im. Romana Banaszkiewicza postanowiliśmy w tym roku ponownie pojawić się na tej imprezie pod egidą ForumWedkarskie.pl Silna Ekipa w składzie Jonasz, Marcin i Wasz ulubiony  admin, czyli wind. Czwarty zawodnik, Zbyszek – ZYBI68 niestety nie dotarł na start. Wszyscy mieliśmy nadzieję na dobry występ i wysokie lokaty, tym bardziej że wielu wędkarzy z czołówki pomorskiego spławika wybrało tego dnia inne zawody. Niestety, tak jak w ubiegłym roku miałem mnóstwo szczęścia w tym nie dopisało. Ale po kolei …
      W niedzielę 21 sierpnia spotkaliśmy się przed 7.00 nad kanałem Śledziowym w zacnym gronie 35 wędkarek i wędkarzy z Trójmiasta. Pojawili się również koledzy z dalszych stron, nawet z jednego z kół z Ostródy. Sprawnie przebiegła odprawa i losowanie stanowisk i szybko ruszyliśmy na swoje stanowiska. Tym razem wylosowałem miejscówkę w środku stawki, stanowisko nr 24. Jonasz miał więcej szczęścia, trafił 3 a Marcina miałem znów w niedalekim sąsiedztwie, 5-6 stanowisk ode mnie. A ja ponownie, tak jak w zeszłorocznych zawodach, trafiłem na bardzo przyjemne sąsiedztwo przemiłej pani Danusi z koła w Sopocie. I to było ostatni pozytyw mojego startu w tegorocznym memoriale.
      Zawody zaczęły się o 9.00 przy pięknej, słonecznej i bezwietrznej pogodzie.

       

      Pierwsze stanowiska mieściły się bardzo daleko, aż za drzewami widocznymi w tle. To właśnie gdzieś tam walczył Jonasz.
      Nęciłem mieszanką Traper Gold Series z ziemią bełchatowska i połową gazety jokersa.
      Na początek wrzuciłem 12 kul wielkości kubańskiej pomarańczy. Później donęcałem kulkami wielkości mandarynki. Przygotowałem sobie dwa baty, ósemkę i piątkę oraz odległościówkę. Przez pierwszą godzinę próbowałem łowić na ósemkę, kombinując z gruntem. Następną godzinę ćwiczyłem pod brzegiem na piątkę. Wreszcie zdecydowałem się poszukać ryb pod drugim brzegiem. Niestety, zaczęło mocno wiać i trudno było trafić zestawem w ten sam rejon łowiska. Wreszcie zrezygnowałem z łowienia na dystansie i wróciłem do batów. Moi sąsiedzi łowili pojedyncze ryby, niestety i pani Danusia i ja wciąż siedzieliśmy na zero. Około godz. 12.00 i do mojej sąsiadki uśmiechnęło się szczęście, trafiła miarowego okonka. Tym sposobem w sektorze ostałem się jako jedyny zawodnik bez ryby. Ostatnie dwie godziny łowiłem na zmianę, pół godziny ósemką, pół godziny piątką.
      Właściwie to mogłem po losowaniu pojechać do domu, albo chociaż pospać w aucie i wrócić na ostatnie 15 minut. Właśnie przez ostatni kwadrans zacząłem łowić ryby, całe cztery leszczyki o łącznej masie 485g. Punktualnie o 13.00 skończyliśmy zawody i wtedy zaczęło … lać. Zdążyłem schować do auta pokrowiec z wędkami, resztę pakowałem w deszczu moknąc przy okazji dokumentnie.

      Po ważeniu udaliśmy się na pobliskie gospodarstwo gdzie czekał na nas catering.

      Po smacznym posiłku doczekaliśmy się wreszcie wyników współzawodnictwa. Urobek był różny, od ponad 3 kg do zera. Aby wygrać sektor trzeba było ułowić dobrze ponad 2kg.



      Całą imprezę prowadzili pani Barbara oraz pan Bogdan. Nad prawidłowym obliczaniem wyników czuwał kolega Patryk.
      Nasza reprezentacja w zdecydowanej większości stanęła na wysokości zadania. Jonasz zrobił drugi wynik w sektorze waga 2570g i czwarty w końcowej klasyfikacji,
      Marcin również był drugi w swoim sektorze z wynikiem 1695g i szóstym w generalce,

      a mi przypadło w udziale jakże chwalebne ósme miejsce w sektorze i trzecia dziesiątka w całej stawce.
      Marcin przytulił również nagrodę za największą rybę zawodów, leszcze 1080g.

      Jonasz z Marcin godnie zaprezentowali barwy naszego Forum na tej imprezie, mój wynik można by podsumować w kilku żołnierskich słowach, których tu nie przytoczę. Mimo wszystko już umówiłem się z panią Danusią na „za rok” …

       

      Dzięki chłopaki za udział.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...